Najlepszy romans na całe życie, to ten z samym sobą. Ile jesteś w stanie zrobić, by poczuć, że sam dla siebie jesteś najważniejszy?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 listopada 2016
Najlepszy romans na całe życie, to ten z samym sobą. Ile jesteś w stanie zrobić, by poczuć, że sam dla siebie jesteś najważniejszy?
Fot. iStock/Todor Tsvetkov
 

W życiu, gdzieś głęboko w naszej świadomości, towarzyszy nam obawa przed tym, że komfortowe sytuacje, w których się znaleźliśmy, relacje, które tworzymy są… czasowe. Niezależnie czy twój związek trwa 4 miesiące, czy już czterdzieści lat, wewnętrzny głos podpowiada ci, że może ten, którego kochasz nie zawsze będzie obecny w twoim życiu. Przecież i ono same może się nagle, pod wpływem jakiś losowych zdarzeń, w przeciągu kilku sekund zmienić.  

Tak naprawdę, wszyscy jesteśmy jak pasażerowie jadący w jednym składzie pociągu. Każdy z niego, prędzej czy później wysiądzie.  Im szybciej oswoimy się z tą myślą, tym łatwiej będzie nam osiągnąć samoakceptację i wewnętrzny spokój. Kiedy naprawdę zrozumiemy na czym polega kruchość i nietrwałość naszych doświadczeń, tym szybciej zaczniemy z nich wyciągać wnioski, pobierać lekcje, które pozwolą nam zbudować lepszą przyszłość. Nasze życie będzie spokojne, a relacje z innymi zdrowsze.

Niebezpieczeństwo emocjonalnej zależności

Gdy zależymy od innych ludzi, od ich miłości i akceptacji, a tym samym decydujemy dosłownie oddać nasz los w ich ręce,  stąpamy po cienkim lodzie.Co się stanie, gdy zostaniemy sami? Kto odbuduje nasze poczucie wartości? Kto upewni nas, że jesteśmy warci miłości, „dostatecznie dobrzy”, kiedy tamta relacja zakończy się ostatecznie?

Jeśli twoją jedyną radością w życiu, twoim jedynym, najważniejszym celem jest związek z drugim człowiekiem, jak ogromną pustkę odczujesz, gdy ten związek się zakończy? Czy będziesz umiał ją wypełnić?

Miłosne, czy przyjacielskie relacje niosą ze sobą wielką radość i mogą być niezwykle wzbogacające, ale  jedyną osobą, na której powinno ci zależeć „tak bardzo” jesteś ty sam. Tylko ty jesteś w stanie zapewnić sobie takie uczucie i wsparcie, które uniesie cię w życiu najwyżej, najdalej. Jeśli miłości własnej brak, każde rozstanie, a nawet groźba rozpadu jakiejś ważnej relacji,  będzie dla ciebie autodestrukcyjnym dramatem.

W skrajnych przypadkach, osoby uzależnione od innych ludzi tak bardzo mocno walczą o ich uczucie i uwagę, że starają się zadowolić wszystkich na siłę.. To prosta droga do spadku poczucia własnej wartości i pozbycia się resztek szacunku dla samego siebie. Ile jesteś w stanie zrobić by poczuć, że jesteś dla kogoś ważny?… Ile jesteś w stanie zrobić, by poczuć, że sam dla siebie jesteś najważniejszy?

Kochaj siebie samego 

Kiedy kochasz i szanujesz siebie za to, kim jesteś, zaczynasz odczuwać wolność, bo miłość własna jest przepustką do autentycznego życia, w zgodzie ze swoją prawdziwą naturą. Uczysz się jak dokonywać (satysfakcjonujących) kompromisów, pozostając tym, kim jesteś.

Miłość własna i  troska, która możesz sobie podarować, to jedyny rodzaj miłości, na którym, tak naprawdę, możesz polegać. Warunkiem jest znajomość swoich potrzeb i pragnień. Żeby je poznać, musisz dać sobie czas na „sam na sam” ze sobą, dowiedzieć się kim jesteś, co sprawia, że jesteś szczęśliwy, czego się boisz, o czym marzysz. Jeśli już nie boisz się być sam, jesteś gotowy budować życie, o którym powiesz kiedyś „spełnione”.

Łatwiej będzie ci teraz angażować się we wszystko to, co sprawia ci radość, łatwiej powiedzieć „przepraszam, ale nie”. Nawet nie będąc w związku, już nigdy nie będziesz sam. Zawsze będzie miał swoją własną przestrzeń, miejsce na realizowanie życiowych wyzwań. Napotkane po drodze przeciwności losu, pozwolą ci spojrzeć na siebie z twojej własnej perspektywy, przestaniesz określać się poprzez spojrzenie tych, na których tak bardzo ci zależy.

Ci, którzy w pełni pojęli znaczenie miłości własnej cieszą się z relacji z innymi ludźmi, ale nigdy nie popełnią błędu uzależniania się od nich. Związek nie będzie nigdy życiowym celem, ani gwarancją poczucia wartości Mocne jest w nich przekonanie, że są warci tyle samo, co każdy inny człowiek.

Kiedy pielęgnujesz to uczucie, łatwiej znieść ci najtrudniejsze koleje losu.


Źródło: lifehack.org

 


Syndrom wiecznej dziewczynki. Kobiety, które nie chcą dorosnąć

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
4 listopada 2016
Fot. iStock / wundervisuals
 

Chyba każda z nas słyszała o syndromie wiecznego chłopca — Piotrusia Pana. Dobrze wiemy, że dla własnego bezpieczeństwa lepiej unikać bliższych relacji z mężczyzną, który dorosły jest jedynie z pozoru. Życie u boku partnera mającego specyficzne podeście do życia, cechującego się brakiem odpowiedzialności, zamiłowaniem do luźnego życia, niewielu kobietom wychodzi na zdrowie. Piotrusiom Panom mówimy dziękuję, natomiast co z ich żeńskimi odpowiednikami? 

Uwaga! Nie tylko faceci bywają mało poważni, żądni przygód i szaleństwa, nieznający hasła „odpowiedzialność” za siebie i innych.

Wieczna dziewczynka, czy to się naprawdę zdarza? 

Kobiety postrzegane są jako istoty odpowiedzialne za siebie i bliskich, często matki, opiekunki domowego ogniska. Przypisuje się nam cechy opiekuńczości, dojrzałości, odpowiedzialności i wiele, wiele innych, dzięki którym doskonale radzimy sobie ze wszystkimi obowiązkami, nie tracąc własnych potrzeb z oczu. Ale od każdej reguły jest jakiś wyjątek, tak więc są kobiety, które zupełnie wyłamują się z tego schematu. Podobnie jak wieczni chłopcy, wieczne dziewczynki nie marzą o usamodzielnieniu się, dorośnięciu mimo niewątpliwie dorosłego wieku.

Takiej postawie sprzyja współczesność. Kult młodości, indywidualizmu, swobodnego i ciekawego życia ułatwia niegodzenie się na sztywne i lekko nudnawe ramy codzienności.

Po tym poznasz wieczną dziewczynkę

W jej oczach czas się zatrzymał, a mentalność, styl bycia czy ubioru nadal pozostaje bardziej młodzieżowy niż kobiecy. Wymaga od innych, aby się nią zajmowano i stawiano w centrum uwagi. Wieczne dziewczynki nie myślą o rodzinie, nie chcą dzieci a taką ewentualność traktują z najwyższym niezrozumieniem. Nastawione są na spełnianie swoich zachcianek, związek i seks traktują jak zabawę. Niechęć a często i strach przed odpowiedzialnością sprawia, że nie chcą stałych związków i boją się porażki. Budują swoją autonomię w oderwaniu od tradycyjnych wartości domu i rodziny. Mentalnie są w tyle, podobnie jak w czasach, gdy to rodzice podejmowali za małą dziewczynkę wszystkie ważne decyzje. Bywa, że kobieta czuje się mimo pozornie bezproblemowego życia zagubiona, i tak naprawdę nie wie dokąd zmierzać.

Fot. iStock / gremlin

Fot. iStock / gremlin

Bywa, że rodzice pielęgnują „swoją małą córeczkę”

Rodzice, działając w dobrej wierze wspierają córkę w niedojrzałym zachowaniu. Im naprawdę może nie przeszkadzać dorosła córka pod dachem, która nie pali się do podjęcia samodzielnego życia. To nic, że prowadzi swoje biznesy, ma towarzystwo, pracę i pieniądze. To jest bardzo wygodne, bo mama nadal gotuje, pierze i sprząta. Z kolei rodzice naiwnie myślą, że pod ich opieką nic córeczce nie zagraża. Co więcej, w wielu przypadkach sami zachęcają, żeby córka została, bo po co ma wydawać pieniądze na swoje lokum skoro nadal czeka na nią wygodny pokój, pamiętający czasy liceum.

Wieczna dziewczynka kontra Piotruś Pan

Syndrom wiecznej dziewczynki u kobiet występuje rzadziej niż syndrom wiecznych chłopców u mężczyzn. Ale to, co jest częste, to fakt, że kobiety o mentalności „wiecznych dziewczynek” znajdują sobie podobnych partnerów, co najczęściej kończy się miłosną klęską. Początkowo oba typy skojarzone ze sobą doskonale się ze sobą dogadują, jednak to sprawdza się tylko wtedy, gdy trwa młodość, nie mają zobowiązań i dobrze się bawią. Z biegiem czasu mogą pojawiać się kłótnie między obojgiem niedojrzałych o to, kto powinien wspiąć się na wyżyny dorosłości i stanąć oko w oko z życiem. Gdy pojawiają się nieuniknione obowiązki, do których trzeba dojrzeć, najczęściej jednak to Piotruś Pan rezygnuje z podjęcia próby.

Czy wieczne dziewczynki dorośleją?

Owszem, ale na to składają się różne czynniki. Różnice kulturowe między wiecznymi chłopcami a dziewczynkami sprawiają, że nam łatwiej jest porzucić swobodne życie. Częściej to my, kobiety jesteśmy od najmłodszych lat mentalnie przygotowywane do gotowości podjęcia przyszłych obowiązków. Już jako kilkulatki sprzątamy, wypełniamy obowiązki nakładane przez rodziców i szkołę. Z biegiem czasu to staje się dla nas normalne, a jeszcze po drodze odbieramy na przykładzie towarzyszących nam kobiet — babek, matek czy ciotek, jak powinno wyglądać standardowe kobiece życie.

Fizjologia również sprzyja emocjonalnej stabilizacji. Doświadczając miesiączki, ciąży, gruntujemy świadomość celów, do jakich jesteśmy predysponowane i łatwiej od mężczyzn się w tym odnajdujemy. Z tego powodu, wiecznej dziewczynce często łatwiej jest wskoczyć na właściwy tor w życiu, w przeciwieństwie do wiecznych chłopców. Ale nie wszystko dzieje się naturalnie. W wielu przypadkach kobiety muszą się skonfrontować ze wszystkimi słabościami i ograniczeniami. Tylko akceptacja ograniczeń i rzeczywistości otwiera drzwi do dojrzałości.


źródło: zwierciadlo.plwww.deon.pl, kobieta.wp.pl

 


Właśnie przegłosowano ustawę „Za życiem”. Rząd pokazał, że bardziej liczy się dla niego to życie, którego albo już nie ma, albo się jeszcze nie pojawiło

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 listopada 2016
Autor: Piotr Drabik from Poland (PiS) [CC BY 2.0], Wikimedia Commons

Sejm właśnie przyjął ustawę „Za życiem”.  Nieuleczalnie chory, nastoletni syn mojej przyjaciółki powiedział: – To zwykłe sku*wysyństwo. Wstyd mi za to gdzie mieszkam, bo teraz będą chore dzieci mierzyć miarą czterech tysięcy złotych, komu się należy, a komu nie. W miesiącach, kiedy czuje się gorzej, jego leczenie kosztuje ponad 4000 złotych, pieniądze, które jego matka musi skądś wydobyć, choćby spod ziemi.

Mam wrażenie, że znowu wszyscy zostaliśmy sprowadzeni do pionu. Bo jeśli jeszcze komuś w tym kraju się wydawało, że jego głos zostanie wysłuchany, że ustawy nie będą głosowane jedna za drugą bez konsultacji społecznych, bez wysłuchania strony opozycji, to bardzo mocno się pomylił. W październiku, po odrzuceniu ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne, co było dość zaskakujące, ale i tchnęło nadzieją na opamiętanie się rządu w jego zapędach, zapowiedziano, że PIS pracuje nad nowym projektem.

Byli tacy, którzy powtarzali: „biorą nas pod włos”. No i wzięli. Czterema tysiącami wypłacanymi JEDNORAZOWO z tytułu urodzenia się żywego dziecka z ciężkim i nieodwracalnym upośledzeniem albo nieuleczalną chorobą zagrażającą życiu, które powstały w prenatalnym okresie rozwoju dziecka lub w czasie porodu.

Skoro kupczymy wszystkim, co się da, także ludzkim losem, to ja dam osiem tysięcy tej matce, która tylko i wyłącznie ze względu na te pieniądze zdecyduje się donosić ciążę i otwarcie się do tego przyzna! Pamiętajcie, że mówimy o ciężkim i NIEODWRACALNYM upośledzeniu i NIEULECZALNEJ chorobie.

Cisną mi się na usta same przekleństwa. Bo jak bardzo trzeba nie mieć wstydu, żeby coś takiego kobietom proponować? Jak bardzo trzeba być wyzutym z empatii i uczuć w ogóle myśląc, że jakiekolwiek pieniądze zrekompensują ból i cierpienie rodziców.

Jak w końcu bardzo trzeba być bezdusznym, żeby patrzeć w oczy tym rodzicom, którzy zmagają się z ciężkimi chorobami swoich dzieci, z ich niepełnosprawnością, ich upośledzeniem.

Nasz rząd po raz kolejny udowodnił, że jedyne życie jakie dla nich się liczy, to życie, którego albo już nie ma, albo się jeszcze nie pojawiło. Nie dba o tych co żyją, co za 153 złote zasiłku pielęgnacyjnego mają zadbać o komfort życia swoich dzieci i bliskich. Życia, które nawet zbliżone nie jest do normalności.

Ja tego nie rozumiem. I tak jak temu choremu nastolatkowi jest wstyd, tak wstyd jest dzisiaj także mi. Bo myślę o tych, chorych dzieciach, które znam. O dorosłych, którzy właściwie żebrzą o 1% co roku, by móc uzbierać na własną rehabilitację. Od nich dzisiaj wszyscy się odwrócili i myślę, że oni długo tego nie zapomną…

Tak jak nie zapomni matka, której dziecko umiera podczas porodu, a ktoś kpiącym głosem jej zakomunikuje: „No cóż, jednak nie udało się zdobyć tych czterech tysięcy. Ale wie Pani, można próbować”.

Koszt wprowadzenia  w życie ustawy oszacowano na około 152 miliony złotych. Nie chcę pytać, na co wydaliby te pieniądze rodzice chorych – żyjących dzieci…

 


Zobacz także

Znamy sekret długowieczności! To dopasowana dieta, jest zapisana w twoim DNA

Serce z lodu, czyli osoby niedostępne emocjonalnie: eksperci od braku zaangażowania

Ślub z samym sobą? Sologamia? Sorry, ale ja tego nie kupuję!