Najgorsza prawda czy kłamstwo? Co wybierasz?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 lutego 2016
Fot. iStock / dmbaker
Fot. iStock / dmbaker
 

Piję poranną kawę, kot patrzy trochę zdziwiony, że ja pracuję, kiedy cały dom jeszcze śpi. Spotkałam się ostatnio z osobą, z którą rozmawiałam o tym, jak trudno się nam przyznać przed samym sobą, kim naprawdę jestem.

Ta szczerość wobec siebie często niesie poczucie lęku – bo co zrobię, gdy okażę się nikim szczególnym? Kimś mało wartym? Wolę myśleć o sobie dobrze niż stanąć twarzą w twarz ze sobą samym.

Myślę sobie, że boimy się szczerości, bo gdzieś w nas jest głęboko zakorzenione przekonanie, że prawda zawsze boli. „Lepiej powiedz najgorszą prawdę, niż miałbyś kłamać” – słyszeliście w dzieciństwie? I ta najgorsza prawda w nas zostaje. A my? My wolimy szukać usprawiedliwień, wytłumaczeń.

A przecież życie jest największym darem, jaki dostajemy. Tak, wiem to wyświechtany frazes, tyle razy podawany z ust do ust, że kompletnie stracił siłę swojej wymowy. Ale co jest cenniejszego? Zobacz, jesteśmy postawieni tu i teraz. W tym jednym momencie. Nie będzie czasu na poprawki, co cofanie się w czasie, na jeszcze jedną próbę. Nie krzykniesz: „Halo, kurde, wszystko było nie tak, ja chcę jeszcze raz!”. Bo drugiego razu już nie będzie. Im szybciej to sobie uświadomimy, tym większą mamy szansę przeżyć nasze życie z pełną świadomością własnych wyborów.

To wielkie szczęście, że mamy siebie samych. To my jesteśmy sprawcami wszystkiego, co się wokół dzieje. To my decydujemy i wybieramy, gdzie chcemy być. To my dla siebie jesteśmy największym wsparciem. Tylko tak rzadko dajemy sobie na to przyzwolenie.

– bo przeglądamy się w oczach innych szukając swojej wartości

– bo nie wierzymy, że jesteśmy kimś ważnym – ważnym dla siebie

– bo nie wiedzieć czemu blokują nas opinie innych, choć to nie ich życie

– bo boimy się, że nie damy rady, choć nawet nie próbujemy

– bo lęk, że zawiedziemy samych siebie nie pozwala nam zrobić ani jednego kroku

– bo uważamy, że nie zasługujemy na nic lepszego – ale dlaczego nie?

A może warto być w końcu szczerym wobec siebie?

Jesteś nieszczęśliwa?

Dlaczego? Co powoduje twoje nieszczęście: związek z niewłaściwym facetem, praca, której nie cierpisz, chroniczny brak czasu, czy może przyjmujesz na swoje barki cały ból istnienia świata?

Więc dlaczego w tym tkwisz? Pomyśl, czy gdyby ktoś kogo kochasz wielką miłością był nieszczęśliwy – co byś zrobiła? Wszystko, by mu pomóc, by pokazać, że są inne wyjścia, rozwiązania, że nie musi tkwić w tym, co tu i teraz. „Odejdź od tego faceta, poradzisz sobie, wierzę w ciebie”, „Zmień pracę, jest tyle ogłoszeń, zobacz – pomogę ci napisać cv”, „Idź na terapię, znajdź specjalistę, który pomoże ci poradzić sobie z bólem, który w sobie nosisz”. Jesteśmy świetnymi doradcami – wybawcami. Tylko dlaczego nie potrafimy powiedzieć tego wszystkiego sobie? Nie kochasz siebie? Nie chcesz dla siebie jak najlepiej? Tak, wiem – nie zasługujesz, wszyscy inni są ważniejsi.

A może tobie tak wygodnie? Szczerość za szczerość? Najgorsza prawda? Więc może tkwisz w tym swoim nieszczęściu, bo jest ono dla ciebie doskonałym usprawiedliwieniem. Zawsze możesz powiedzieć: to przez niego, nie spróbuję, bo i tak jestem beznadziejna, i tak mi się nie uda, po co mam sobie dokładać kolejnych kopniaków? A może po prostu ci się nie chce. Może tak jest ci dobrze. Czerpiesz korzyści ze swojej sytuacji, wybierasz tkwienie w tym co tu i teraz, bo ono nie wymaga od ciebie zaangażowania, podejmowania wyzwań, jakichkolwiek działań. Bo przecież masz usprawiedliwienie: „Jestem do niczego”. Naprawdę tak o sobie myślisz? Czy szukać usprawiedliwienia dla tego, jak wygląda twoje życie?

Użalanie się nad sobą jest łatwiejsze od podążania za marzeniami

„Gdybym tylko mogła, to bym to zrobiła”. Ale kto cię ogranicza, co ci nie pozwala. Kasa, ludzie? A może ja sama? A może wcale tego nie chcesz, nie chcesz wystarczająco mocno, żeby po to sięgnąć. Może budujesz sobie iluzję wielkich rzeczy, które chciałabyś osiągnąć – bo to i tak jest niemożliwe?

A gdyby tak położyć tuż przed tobą małe cele? Sięgniesz po nie, czy wykręcisz się choćby bólem pleców. Kolejną słabą wymówką, po której kolejny raz myślisz: „Jestem beznadziejna”.

Myślisz: „Tyle by mogła, jestem świetna, ale to ludzie mnie ograniczają”? Tak, łatwo się chować za kimś, prawda? Łatwiej innych obarczyć odpowiedzialnością za twoje niepowodzenia, niespełnione pragnienia, niż zrobić ten cholerny krok do przodu i zadecydować o sobie, a nie szukać winy w innych, w całym świecie, który sprzysiągł się przeciwko tobie.

Tkwisz w toksycznych relacjach: „Tak już mam, bo przyciągam do siebie takich ludzi”. Jasne, a może czerpiesz z nich więcej korzyści, niż chcesz się sama przed sobą do nich przyznać? „On mnie ogranicza”, „Ona wysysa ze mnie energię” – słyszysz siebie? Dlaczego im na to pozwalasz? Żeby trzymali cię w miejscu, żebyś nie musiała nic robić, bo jak? Skoro ktoś ciebie ogranicza? Nie umiesz zerwać takich relacji – to znaczy, że uwikłanie w nie jest dla ciebie dobre. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie sypiałby z wrogiem.

Co wybierasz – najgorszą prawdę czy kłamstwo na swój temat? A może ta prawda nie jest najgorsza? Może ona przyniesie ci ulgę, otworzy oczy. Powiedz do siebie: „Chodź, od dzisiaj się tobą zaopiekuję. Zasługujesz na moją miłość”. I powtarzaj to sobie każdego dnia. Bo ty jesteś dla siebie najważniejsza. Bo masz siebie. A w prezencie dostałaś życie – pomyśl, jakie chciałabyś by było, dla kogoś kogo kochasz. Dla ciebie.

 


Kochasz jabłka? To dobrze, bo kocha je także twoja figura i zdrowie. Sprawdź dlaczego

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
11 lutego 2016
jabłka
Fot. Pixabay / Hans / CC0 Public Domain
 

Ostatnio coraz częściej powtarzane jest angielskie powiedzenie “one apple a day, keeps the doctor away“ czyli w dowolnym tłumaczeniu jedno jabłko dziennie trzyma doktora z daleka. I trudno się z tym nie zgodzić, gdyż jabłka zdecydowanie służą naszemu zdrowiu. Warto je jeść nie tylko ze względu na ich wspaniały smak.

Są niskokaloryczne. Zawierają jedyne 57 kcal w 100 g oraz mają dużo fruktozy. Ten słodszy od sacharozy cukier powoli przemienia się w organizmie, zapobiegając szybkiemu wzrostowi poziomu cukru we krwi. Dzięki zawartości pektyn (rozpuszczalnego w wodzie błonnika), które wypełniają żołądek, mózg otrzymuje sygnał o sytości, a potem pektyny wspomagają pracę jelit. Ponadto oczyszczają one organizm neutralizując substancje toksyczne, regulują florę bakteryjną jelit, zapobiegają zaparciom.

Obniżają poziom złego cholesterolu. Hamują one wchłanianie złego cholesterolu LDL z jelita, zwiększając produkcję „dobrego” cholesterolu HDL w wątrobie. Neutralizując kwasy żółciowe, pektyny wymuszają na wątrobie pobieranie cholesterolu z krwi. Dodatkowo zawarte w jabłkach flawonoidy (przeciwutleniacze) zapobiegają powstawaniu zakrzepów w naczyniach krwionośnych.

Flawonoidy wzmacniają serce. Blokują blaszkom miażdżycowym możliwość przyklejania się do naczyń krwionośnych. Flawonoidy chronią także naczynia krwionośne przed stanami zapalnymi, a także przyspieszają regenerację ich ścianek.

Cynk wpływa na odporność. Jabłko zawiera witaminę C, która usuwa z organizmu wolne rodniki, ale nie są to duże wartości. Zawierają jednak cynk, niezbędny do prawidłowego rozwoju limfocytów T, czyli białych krwinek, które niszczą bakterie i wirusy.

Minerały dla urody. Jabłka zawierają m. in. potas, żelazo, cynk, krzem, witaminy A, C, E oraz z grupy B które poprawiają stan skóry, włosów i paznokci. Przeciwutleniacze, w których skład wchodzą wyżej wymienione minerały i witaminy, zwalczają wolne rodniki, które uszkadzają błony komórkowe, co wpływa na proces starzenia organizmu.

Są korzystne dla zębów. Wynika to z faktu,  że gryzienie twardych owoców jest korzystne dla dziąseł. Pektyny z jabłek wzmacniają szkliwo, chroniąc je przez niszczeniem i powstaniem próchnicy.

Smacznego i na zdrowie!


Polska to dziwny kraj, w którym nie opłaca się być zaradnym. My, biedni bogacze

Listy do redakcji
Listy do redakcji
11 lutego 2016
Fot. iStock / Joel Carillet
Fot. iStock / Joel Carillet
 

Naprawdę nie ma absolutnie żadnej różnicy w tym, czy na banknotach mamy polskich królów, czy będziemy mieć wszystkich świętych. 500 zł piechotą nie chodzi – wszyscy się zgodzimy. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Mało kto zastanawia się, jak wielu Kowalskich w Polsce żyje tak jak ja. A dla nas program 500 plus jest śmieszny i żałosny (nie wiadomo do końca, co bardziej).

Mieszkam w Warszawie, mam dwójkę małych dzieci. Mam pracę, mój mąż również (choć jego zatrudnienie jest dość nieregularne, wolny zawód, cóż). Ile zarabiamy? Dużo (dla jednych), mało (za mało – dla nas). Ja 3 tysiące netto, on 3-4 tysiące – w zależności od zlecenia. Jeśli podzielić jego pensję na równe części (średnia z ostatnich dwóch lat) miesięcznie wychodzi około 2,5 tysiąca, no może 3 (czasem wpadnie jakaś fucha).  Co oznacza nieregularnie? Owszem czasem zdarza się kosmiczna gaża 5-6 tysięcy, ale potem pracy nie ma przez kilka miesięcy (choć na PIT-cie może wyglądać dostojnie)…

I tu pojawia się pytanie czy 5-6 tysięcy złotych, to dużo czy mało? Pewnie wielu wydaje się, że dużo…

Policzmy:

1.800 zł miesięcznie – wynajem mieszkania. Jesteśmy za bogaci na „socjal”, spółdzielczych mieszkań nie ma, a na kredyt jesteśmy za biedni (nie mamy wkładu własnego, ani oszczędności chociażby na konieczne formalności i podatki). Wybór jest prosty, gdy nie ma wyboru.

140 zł miesięcznie – (120zł prąd, 20zł gaz) – podstawowe media.

1.600 zł miesięcznie – prywatny klubik zamiast żłobka dla młodszego dziecka. Niestety, w rekrutacji się nie powiodło,  jedyna opcja państwowego żłobka oznaczała spory dojazd (placówka z rezerwy). To nie kwestia wygody – tylko logistyki. Żeby zawieść dziecko do żłobka przed pracą, musiałabym wytargać dzieci z domu ok. 6 rano, pojechać z dwójką do żłobka, wrócić, odprowadzić dopiero starsze do przedszkola (otwierają dopiero po 7:30) itd. Podobnie po południu – najpierw przedszkole, bo krócej czynne, potem do żłobka na styk, jeśli bym zdążyła na 18-tą, około 19-tej w domu. Odpada. Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby niespełna 2-latka i 4-latka były na nogach 13-14 godzin – z czego 11 w placówkach (?). To chore. Została opcja „prywatnie”, za więcej niż połowę mojej pensji – i nie jest to wygórowana stawka w Warszawie (razem z wyżywieniem).

240 zł miesięcznie – państwowe przedszkole. Czyli zapłata za dodatkowe godziny (poza tymi z urzędu), wyżywienie, nieobowiązkowa (ale obowiązkowa) darowizna zamiast rady rodziców, bo przedszkole nie ma funduszy na wodę do picia, teatrzyki, czy kredki. O przepraszam – kredki, papier, bloki, plastelinę i wszystkie przybory co roku kupują rodzice – to tzw. Wyprawka. Do tego dochodzą nieregularne koszty – wycieczki, składki, wyjścia dzieci, ubezpieczenie etc., ale nie rozdrabniajmy się.

120 zł miesięcznie – bilet na komunikacje miejską.

170 zł miesięcznie – telefony, Internet. Ktoś powie, to nie są rzeczy bez których nie da się żyć. Owszem. Ale bez nich nie da się pracować, i zarabiać. Przynajmniej nie w moim przypadku. Pracuję Internetem i telefonem. Albo poświęcam 170 zł albo nie zarabiam 3 tysięcy. Proste.

To nie wszystkie koszty. Mamy właśnie w podsumowaniu 4.070 zł. Średni miesięczny budżet mojej rodziny to 5-6 tysięcy. W gorszych miesiącach, gdy jest 5 tysięcy, na życie zostaje niespełna tysiąc złotych. Czteroosobowa rodzina. Podzielcie sobie. Małe dzieci (w tym trzeba upchnąć pieluchy, górę prania, jedzenie lepsze niż buła z masłem – przynajmniej dla dzieci, nie będę biadolić o lekach i prywatnych lekarzach dla dzieciaków, jeśli coś się dzieje – każdy z nas to ma i zna, za dobrze).

Kiedyś ze znajomymi przygotowywałam Szlachetną Paczkę, lubię te akcję. Lubię pomagać. Ale pakowałam te rzeczy do kartonów, słuchałam rozmów niektórych osób – że to straszne, że ci ludzie mają na życie na osobę 250-300 zł miesięcznie. I pomyślałam, ja pier**lę, mam tyle samo – czasem mniej. Ale jestem przecież za bogata… żeby ktoś mi pomógł albo chociaż nie dokopywał.

Ach taki szczegół. Pracujemy na śmieciówkach. Od ośmiu lat nie mam ubezpieczenia (zdrowotnego). Nigdy nie miałam urlopu macierzyńskiego, ani wychowawczego. Parę godzin po porodzie, gdy inne położnice relacjonowały na Facebooku stan swojego krocza/dziecka/oddziału– ja grzecznie wrzucałam zlecenie dla pracodawcy. Na szpitalnym korytarzu, bujając nogą córkę w szpitalnej mydelniczce. Oczywiście mój ówczesny pracodawca gratulował i pytał czy aby na pewno nie potrzebuje wolnego (przecież nie jest potworem). Ale pytał również czy nie chciałabym sobie zrobić jednak przerwy, przecież zawsze, kiedyś w przyszłości, możemy wznowić współpracę…

Nie będziemy mieli emerytury. Z opieki medycznej nie korzystamy (na szczęście dzieci są ubezpieczone przez dziadków z etatami, jest taka opcja). Oczywiście można ubezpieczyć się dobrowolnie. To tylko 385,27 zł miesięcznie (plus „wpisowe” – czyli kara za lata nieubezpieczone).

Próbowałam kiedyś zarejestrować się w urzędzie pracy jako bezrobotna. Niestety, ten jest zrejonizowany. A tak się składa, że skoro nie mam swojego mieszkania, nie mam i meldunku w nim. Meldunek 300 km dalej. Koszty podróży?

Kilka lat temu, Urząd Pracy.Nie miałam zatrudnienia. I tak nie dostałabym żadnej zapomogi, zależało mi na ubezpieczeniu. Bardzo miła i chętna do pomocy Pani poradziła mi – Niech się Pani wymelduje i zostanie bezdomna, wtedy będę mogła panią zarejestrować u nas i nikt o nic pytać nie będzie … Kurtyna.

20 tysięcy ubezpiecza się dobrowolnie. Jest też około 800 tysięcy osób, za które ubezpieczenie płacą różne instytucje. Na przykład za bezdomnych składkę na ubezpieczenie zdrowotne opłaca budżet państwa. Za bezrobotnych pobierających zasiłek płaci powiatowy urząd pracy.(*gazeta)

Bardziej opłaca się być bezdomnym lub zasiłkowcem, niż sobie radzić w życiu…

Szkoda, że brak meldunku nie przeszkadza w ogóle w US, w którym płacę swoje podatki – ze względu na miejsce zamieszkania, a nie zameldowania. Postępowa instytucja! Za to w bibliotece publicznej już tak kolorowo nie jest, bo potrzebny jest meldunek – lub chociaż status studenta danego miasta… No ale taki bezrobotny, który podatków na tę bibliotekę nie płaci, sobie poczyta, czas ma. I ma to nawet sens, ja za bardzo czasu na czytanie nie mam, pracuję po 12-14 godzin dziennie…

I tak naprawdę nie wiadomo, czy wszyscy powinniśmy się z tego śmiać, czy płakać. I prawie każdy Polak, natrafia w swoim życiu na takie absurdy.

Przyszło nam żyć w wyjątkowo dziwnym kraju. Bez względu na to, kto aktualnie bawi się w rządzenie, bo o prawdziwej polityce, chyba mówić nie wypada. Przyszło nam żyć w kraju, w którym dążąc do poprawy sytuacji demograficznej – miast ludzi produkować, powoli się ich zarzyna. Tak, również teraz. W kraju absurdów. Dobrze zarabiam, na życie jednak niewiele mi zostaje. Program 500 złotych – jest śmieszny w obliczu tego, co dzieje się z całą resztą. Jak bardzo trzeba być krótkowzrocznym i cynicznym, żeby próbować sobie zaskarbić wdzięczność ludu tak absurdalnym rozwiązaniem?

Szanowna Pani Premier, Panie Prezydencie, Posłowie (obecni, byli i przyszli),

Nastawcie czasem uszu, wyjdźcie na spacer. Zobaczcie ludzi. Nie swoich krewnych obsadzonych po urzędach. To my klasa średnia. Też dzielimy się na tych biednych i tych bogatych. A wszystko zaczyna i kończy się nie na tym, ile zarabiamy, a na tym jak bardzo jesteśmy zaradni. Ci bardziej zaradni jakoś ciagną – innego wyjścia nie mamy, nie dla nas zasiłek, kredyt czy socjal. Przecież jak nie będziemy mieli na chleb albo dentystę, pożyczymy. A następny rok zamiast oszczędzać, spłacimy długi i zaczniemy od nowa. My, biedni bogacze…

PS: Jeszcze nigdy nie pojechaliśmy na wakacje.


Zobacz także

fot. iStock/lechatnoir

Jestem chora. Kochany, uciekaj, póki na to czas!

fot. iStock/pixdeluxe

Samotność jest fajna, ale na chwilę… 5 konsekwencji bycia samotnym

Fot. iStock/AzmanJaka

Czy masz w sobie coś z psychopaty? Jakie są ciemne strony twojej osobowości? Zrób sobie test Szondiego i sprawdź