Ona myśli, że on jej nie kocha, a on boi się, że to ona go zostawi… Jestem przekonany, że przez brak rozmowy rozpadło się tysiące związków.

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
20 listopada 2017
Fot. iStock / Good_Studio
Fot. iStock / Good_Studio
 

Jestem unieruchomiony w domu, zatem jour fixe zaczął obowiązywać u mnie przez cały tydzień. Znajomi odwiedzają mnie dość licznie, pojedynczo i grupami. Kilka dni temu zaszczyciła mnie swoją obecnością dawno niewidziana znajoma. Lubimy się bardzo, ale ona podbija świat – otwiera z powodzeniem kolejne biznesy, przez co czasu ma niewiele. Ku mojej radości dla mnie go znalazła. Od początku wydawała mi się nieco przygaszona. W końcu po kolejnym kieliszku wina wyrzuciła to z siebie. „Mam kryzys w związku z Markiem”. – Jak to? Dlaczego? – nie mogłem wyjść ze zdumienia. Stanowili bowiem naprawdę wspaniałą, szczęśliwą jak mi się wydawało parę.

– On mnie kompletnie nie docenia. Wszystko robię dla niego. Tyram bez wytchnienia, niemal dniem i nocą, a mimo to staram się być kobietą domową. Wiesz – obiadki, zupki, posprzątane, poprawne, ugotowane. W sypialni też nam ogień przygasł. Nie wiem, co mam robić. Podejmuję poważne biznesowe decyzje, strategiczne z punktu widzenia firmy, a w życiu prywatnym – nie wiem… Kocham go! To facet mojego życia, a mimo to… a może właśnie dlatego… nie wiem.

W sobotę odwiedzili mnie kumple. Wśród nich Marek. Nie wiem, czy powinienem to zdradzać ;), ale jak to zwykle bywa zaczęło się utyskiwanie na kobiety. Każdy niemal zaczął wylewać swoje frustracje, zastrzeżenia i obiekcje do swoich wybranek. W końcu to Marek zabrał głos. – A ja nie mogę na Sylwię powiedzieć złego słowa. Wspaniała jest. Absolutnie wspaniała. Nie mogłem trafić lepiej. To ja jestem beznadziejny. A przynajmniej przy niej taki się czuję. Coraz częściej nachodzi mnie myśl, że to jednak nie moja liga. Boję się, że mnie zostawi. Wymieni na lepszy model. Nie daje mi to spokoju.

Im obojgu poradziłem, żeby ze sobą po prostu pogadali. Szczerze i otwarcie. O tym, co czują… Zastanawiam się dlaczego tak często o tej rozmowie zapominamy. Jestem przekonany, że przez jej brak rozpadło się tysiące związków. Czasami po prostu boimy się przyznać do tego, co czujemy. Bywa i tak, że wolimy żyć w atmosferze niedopowiedzenia. Boimy się prawdy i wygodniej jest tkwić w nieświadomości.

To nic, że często wtedy zaczynamy sobie dopowiadać, dobudowywać swoje teorie. To nic, że taka sytuacja nigdy nie wychodzi nam na dobre… Rozumiem codzienny natłok obowiązków, rozumiem zabieganie… Wychodzę jednak z założenia, że ZAWSZE mamy czas na to, na co chcemy go mieć. Może zatem warto wyłączyć 103569-ty odcinek serialu, wyłączyć komputer, odłożyć tablet, czy inny telefon… BA! Może warto nawet podarować sobie lekturę Oh!me! [Redakcja mnie zabije za to zdanie;)] i po prostu porozmawiać.

Mam świadomość, że nie zawsze jest możliwość umówienia się „na randkę”. Tak, tak… po wielu latach związku nadal należy umawiać się na randki! Nawet jeśli nie możecie pozwolić sobie na wyjście gdzieś razem – bo dzieci, bo brak kasy, bo coś tam… Świetnym rozwiązaniem jest po prostu spacer, nawet po mieście… Wymusza on odłożenie telefonów komórkowych. Najlepiej zostawcie je w domu. Ha! Trudne, co? Kto to widział wyjść na godzinę z domu bez telefonu. Uwierzcie mi jednak – świat się nie zawali, jeśli przez chwile nie będzie miał z wami kontaktu.

A jeśli naprawdę nie możecie ruszyć się z domu – zaparzcie sobie herbatę i przegadajcie wieczór. Skoro zdecydowaliście się być razem, to z pewnością kiedyś mieliście mnóstwo wspólnych tematów. Jestem przekonany, że naprawdę nadal tak jest. I tylko błagam… nie wykorzystujcie tego jako przyczynku do robienia wymówek. To nie ma być okazja do wzajemnego rozliczenia grzeszków. Macie oboje czerpać z tej rozmowy przyjemność. Będzie fajnie. Obiecuję…


Nie chcemy mieć dzieci. Zresztą nie po to zarzynam się nocami na siłowni, żeby teraz zniszczyć sobie figurę przez jakiegoś dzieciaka

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
1 grudnia 2017
Fot. iStock/YakobchukOlena
Fot. iStock/YakobchukOlena
 

Dawno niewidziani znajomi zaprosili mnie do siebie. Przyjechałem do najnowocześniejszego wybudowanego właśnie w Gdańsku, eleganckiego apartamentowca, z portierem w recepcji. Wszedłem po marmurowych schodach, wjechałem chromowaną windą, w absolutnej ciszy. Tuż za progiem przywitała mnie uśmiechnięta para nowoczesnych, energicznych ludzi sukcesu. Pracowali od świtu do nocy. Ona w jednej z największych agencji reklamowych, on jako prezes banku, niemal bez przerwy pod telefonem, bez przerwy przy komputerze. Ona podobno – gdy miała ważny kontrakt – potrafiła nie wychodzić z agencji i dwa tygodnie, spała w biurze, brała prysznic, jadła (błogosławiony catering dietetyczny) i pracowała dalej.

Pokazali mi to swoje imponujące mieszkanie. W pewnym momencie ku memu zdziwieniu zauważyłem, że ono nie ma… kuchni. Mieli olbrzymi salon kąpielowy z niesamowitą, wielką wanną, olbrzymi prysznic, saunę za szklanymi drzwiami i małą siłownię. Do tego wyłożona miękkim dywanem sypialnia i pięćdziesięciometrowy salon, cały urządzony z szarościach, wygodny, z olbrzymimi, miękkimi sofami i barkiem, na którym stał ekspres do kawy i czajnik elektryczny. Pół ściany zajmował olbrzymi ekran, zupełnie niczym w kinie. On opowiadał o jakichś nowinkach technicznych, które wykorzystali przy projektowaniu wnętrza, dzięki czemu mogą cieszyć się krystalicznie czystym dźwiękiem, gdy oglądają filmy, albo słuchają muzyki. Tylko czasu brak na oglądanie…

Jedliśmy zamówione dania z tajskiej restauracji, siedzieliśmy na miękkich sofach, każdy przy swoim malutkim szklanym stoliku. Stołu do wspólnego celebrowania posiłków również nie było. Rozmawialiśmy o tym, że nie jestem w stanie pojąć, jak mogą obyć się bez kuchni. Oni twierdzili, że kompletnie jej nie potrzebują, bo jadają wyłącznie na mieście albo w biurach.

– A co z dziećmi? – zapytałem w pewnym momencie
– Jakimi dziećmi? – odpowiedzieli zgodnym chórem pytaniem na pytanie wzdrygając się nieco.

Dzieci absolutnie nie wchodzą w grę – stwierdziła ona. Nie chcemy mieć dzieci. Zresztą nie po to zarzynam się nocami na siłowni, żeby teraz zniszczyć sobie figurę przez jakiegoś dzieciaka. Poza tym… wyobrażasz sobie mnie zmieniającą pieluchy? – powiedziała z nerwowym śmiechem. Nie, dzieci są obrzydliwe, zasmarkane… nie, nie, nie! To stanowczo nie dla mnie.

Spędziliśmy resztę wieczoru na rozmowach, śmiechu. Przez cały czas towarzyszył nam w tle koncert symfoniczny odtworzony w najwyższej jakości dźwięku. Było bardzo miło, chociaż gospodarz wydawał mi się nieco przygaszony. Zrzuciłem to na karby zmęczenia. On nawet podczas mojej wizyty przez cały czas był w pracy. Podłączony do laptopa niczym do życiodajnej kroplówki, albo aparatu tlenowego.

W końcu postanowiłem się zbierać. Kierowca gospodarza czekał przed budynkiem, by odwieźć mnie do domu. Ledwo zasiadłem w skórzanym fotelu z tyłu pojazdu, gdy zawibrował mój telefon. Dostałem SMS-a od niego: „Ja chciałbym mieć dzieci. Bardzo. Viola nie chce o nich słyszeć. Kocham ją, więc pozostaje mi się pogodzić z jej decyzją.”

Od tamtej pory nie mogę przestać o tym myśleć. Sam bardzo chciałbym mieć dzieci. Duuużo dzieci. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Ba! Upatruję w nich w dużej mierze sens mojego istnienia. I nie, nie chodzi mi o przedłużenie rodu, ale raczej przywołanie na świat istot, które pokocham całym sercem, za które będę odpowiedzialny, które będę uczył życia, przekazywał wiedzę, doświadczenia.

Czy byłbym w stanie pokochać kobietę, które stanowczo deklaruje, że dzieci nie wchodzą w grę? Czy w imię miłości byłbym gotów do takiego poświęcenia?
Czy taki związek jest w stanie przetrwać? Niby ich przykład pokazuje, że tak, ale… jak długo? Co jeśli on pewnego dnia stwierdzi, że jednak nie jest w stanie tak dłużej? Pytań sporo… i żadnych odpowiedzi.

A Wy co sądzicie o takiej postawie?


Przekonałem się już dawno, jak bardzo naiwne jest myślenie, że wolontariuszem jest się bezinteresownie. Otóż nie!

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
20 listopada 2017
Fot. iStock/kieferpix
Fot. iStock/kieferpix
 

Jestem wolontariuszem dwóch fundacji… Jedna pomaga chorym dzieciakom, druga – seniorom. I tyle. Zauważyłem bowiem prawidłowość, że informacja na ten temat przyjmowana jest przez znajomych, czy dajmy na to współpasażerów autobusu (nie, żebym przesadnie się tym faktem chwalił i raczył nim każdego) z lekkim zaniepokojeniem. Ewidentnie wprawia ich to w zakłopotanie.

Nie mam pojęcia czy obawiają się, że zaraz zacznę ich agitować, namawiać na wsparcie finansowe, domagać się datków, czy… mają jednosekundowe poczucie zakłopotania, że sami nie robią nic. Otóż – nie ma takiego obowiązku, zatem nie ma powodu do wyrzutów sumienia. Niech każdy rządzi swoim czasem wolnym tak jak chce.

Ja przekonałem się już dawno, jak bardzo naiwne jest myślenie, że wolontariuszem jest się bezinteresownie. Otóż nie! To daje naprawdę bardzo dużo! Wydaje mi się nawet, że zdecydowanie więcej dostaję niż sam mogę dać. Uśmiechy dostaję na potęgę, ogrom radości, ciepła, chęci do życia, pozytywnej energii i… przyjaciół.

Tak, tak… przyjaźnię się z ośmioletnim Kacprem, chorym na raka i… z osiemdziesięcioletnią Panią Aurelią, której sił i zdrowia mogłaby pozazdrościć niejedna nastolatka, ale nie o tym chciałem pisać…

Jakiś czas temu Mateusz Damięcki odebrał wyróżnienie w plebiscycie Gwiazd Dobroczynności. Tak się składa, że wiem o ogromie jego działań w zakresie pomocy charytatywnej. Jest choćby „twarzą” fundacji mojego kolegi. Wykorzystuje swoje nazwisko, by pomagać innym. Po fakcie wylało się na niego wiadro z pomyjami, bo „lansuje się na pomaganiu”. Dorota Wellman przekazała lwią cześć wynagrodzenia z kampanii reklamowej na cele charytatywne – to samo… atak! Lans na pomocy innym? Proszę bardzo! Zdecydowanie wolę taki, niż ten opierający się na pokazywaniu dupy na Instagramie.

Nie wspomnę nawet o Jurku Owsiaku (którego sam wspieram całym sercem i nie tylko), bo mam świadomość, że ataki na niego i Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy mają w dużej mierze charakter polityczny. Niemniej z podobnymi problemami mierzą się Janka Ochojska (Polska Akcja Humanitarna), Anna Dymna (Fundacja Mimo Wszystko), Ewa Błaszczyk (Fundacja Akogo) i pewnie wiele innych osób, które zdecydowały się pomagać innym.

Przez jakiś czas rozważałem założenie własnej fundacji. Mam jednak świadomość jak wielka jest to odpowiedzialność. Poza tą garstką, której zdecydujemy się jako fundacja pomóc, jest jeszcze ogrom osób, którym trzeba tej pomocy odmówić. Od jakiegoś czasu przeznaczam co miesiąc pewną kwotę, którą wspieram potrzebujące osoby na siepomaga.pl (Zajrzyjcie na tę stronę koniecznie i wesprzyjcie nawet kilkoma złotymi wybraną przez siebie akcję. Gwarantuję, że od razu poczujecie się fajniejsi). Czasami przyznaję całą tę kwotę jednej osobie, innym razem dzielę ją na kilka osób. Za każdym jednak razem podjęcie decyzji komu jest dla mnie niesamowicie trudne. Zupełnie jakbym podejmował decyzję od której zależą losy świata. Z drugiej jednak strony czasami czyjś cały świat może runąć jeśli odpowiedniej kwoty nie da się zebrać.

Koleżanka zaangażowała się w Szlachetną Paczkę. Wiecie… wybieracie sobie rodzinę, dostajecie spis czego ta rodzina potrzebuje (np. kredki, makarony, ryże, buty zimowe, środki czystości etc.) i zbieracie to firmą, grupą znajomych, rodziną, albo jeśli macie taką możliwość – sami. W okolicach Świąt – wolontariusze dostarczają te paczki potrzebującym rodzinom. Marta sama nie jest milionerką, więc zaczęła namawiać znajomych na Facebook’u, żeby pomogli jej zebrać wszystko. I znowu zalała ją fala żółci, nieprzyjemnych komentarzy. Zupełnie jakby chciała to wszystko zgarnąć dla siebie.

Zastanawiam się co takiego się z nami stało, że najzwyklejsze w świecie dobro, chęć pomocy… wydaje nam się podejrzane. Od razu zaczynamy dopatrywać się w tym drugiego dna, haczyka, przekrętu. Bo przecież trzeba coś na tym ugrać. Nikt nie robi niczego za darmo. Otóż tak jak mówiłem. Za darmo nie… Uśmiechy dostajemy na potęgę, ogrom radości, ciepła, chęci do życia, pozytywnej energii i… przyjaciół. I to wystarczy. To już BARDZO DUŻO! Nie napiszę już nawet o tym, że tak naprawdę fajny, potrzebny, ważny czuję się po każdych zajęciach komputerowych, które prowadzę dla seniorów. A gdy spotykam się z dzieciakami… czuję się kochany i… podziwiany. Także tak, z pewnością… coś z tego pomagania mamy.