Jakie myśli, takie emocje, a jakie emocje, taka też i kondycja naszego ciała. Nieoceniona siła niemyślenia

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
8 października 2017
Fot. iStock/SrdjanPav
Fot. iStock/SrdjanPav
 

Jakie myśli, takie emocje. Jakie emocje, takie rezultaty w ciele. Czy zatem myśli to początek jest wszystkiego? Takie nasionko wbite w mózg, które kiełkuje i rośnie w ciele jak jakaś komórkowa roślina? Korzonki ma w głowie, a kwiaty lub ciernie w ogrodzie ludzkiego ciała? No i czy to w ogóle jest możliwe, by coś tak nieuchwytnego jak myśl mogło mieć potencjalnie taką nad nami moc, aby i ciało we własnej osobie skakało tak jak owa myśl mu zagra? To ciało fizyczne? To liczone na kilogramy? Wrażliwe na dotyk? To żywe, ruchliwe ciało, które gołym okiem, jakie jest, każdy widzi?

Pytać i dywagować można tu sobie w nieskończoność. Odpowiedź jednak jedna jest i pewna jestem jak dwa razy dwa, że innej nie ma: jakie myśli, takie emocje, a jakie emocje, taka też i kondycja naszego ciała. Człowiek to bowiem fenomenalnie skonstruowana całość. To system naczyń powiązanych, funkcjonujących i łączących ludzką fizyczność z duchowością i umysłem. Tacy po prostu jesteśmy. Spirytualni, bo wyposażeni w duszę, która nieustannie chce się rozwijać. Umysłowi, bo dano nam mózg, którego możliwości są nieskończone. I fizyczni, a więc zaopatrzeni w ciało, uszyte na miarę tego zewnętrznego świata, w którym żyjemy.

Aby zatem system sprawnie działał, wszystkie trzy wymiary muszą trwać w harmonii. To balans jest tu bowiem tym stanem, który stwarza nam optymalne do życia warunki. Wytrącenie takiego super systemu z równowagi, każdorazowo powoduje trzęsienie. I o ile jeszcze małe uniesienia, wzloty i upadki dodają życiu pikanterii, a co poniektórzy to i żyć bez nich nie potrafią, o tyle wspomniane trzęsienia, najchętniej byśmy omijali. Tylko jak? Zapytacie. Kiedy myśli takie galopujące, takie nieokiełznane, a w ślad za nimi emocje do białości rozwirowane i to ciało biedne, takie udręczone, umęczone, obolałe.

Ano jest pewien sposób, rodem z dalekiego wschodu, który ulgę w myśleniu przynosi. Ujarzmia myśli, wycisza emocje i pozwala ciału oddech na powrót złapać. Mowa tu o medytacji. O tym stanie ciszy idealnej. Pustce w głowie, wyzutej z myślowego galopu. Dotrzeć tam, gdzie myśl przestaje nawet drgać, nie jest jednak łatwo wcale. Wszakże przyzwyczajeni jesteśmy do mózgogadania jak do powietrza, którym oddychamy. Ledwo oczy o świcie otworzymy, a już nam w mózgu gra taka czy inna myślo-melodia.

Wyciszenie głowy to niestety proces, powiązany do tego z regularną praktyką. W sumie trudny nie jest. Wszystko czego wymaga to to, byśmy w ciszy usiedli, może oczy przymknęli i trwali tak przez 15, 20, może 30 minut. I kiedy mówię „trwali” tylko to mam na myśli. Trwali bezwysiłkowo, bez jakiejkolwiek próby kontrolowania myśli, zmuszania ich do niegalopu, niemyślenia, nieistnienia. Jeśli już na czymś skupić się musimy, to niech to będzie oddech. Wdech i wydech, wdech i wydech… który krąży w nas… najpierw może szybciej, lecz w chwilę potem już wolniej, docierając, zaglądając w miejsca, w których z reguły wcale nie bywa, wdychany i wydychany zbyt szybko. Taki rozpędzony oddech na wzór i podobieństwo rozpędzonego życia, który nagle zwalnia, zmniejsza tę szaloną prędkość i staje się równomierny, opanowany, uspakajający, życiodajny. Taki jaki oddech powinien po prostu być.

Więc, kiedy człowiek tak w ciszy usiądzie, kiedy skupi uwagę na przepływającej chmurze oddechu, wtedy nie tylko poznaje siebie niejako de novo, lecz także z czasem, władze nad myśleniem odzyskuje. Myśli rzecz jasna nie znikną od razu. Będą powracać, nawracać, zagadywać. Nic to nie szkodzi, taka w końcu jest procedura. Trzeba pozwolić myślom zaistnieć choć tylko po to, by w momencie w którym złapiemy się na konkretnej myśli myśleniu, będziemy mogli w pełni świadomie podziękować jej za uwagę obiecując, że w późniejszym terminie przemyślimy ją z nawiązką i na wskroś. Tak zidentyfikowana i poniekąd zdemaskowana myśl, najczęściej oddali się bez zbytniej walki. Aż pewnego dnia poczujemy, że nasz regularny czas w ciszy przynosi nam wyczekiwaną ulgę i całkowite uwolnienie od myśli wszelakich.

Jak to się teraz ma do choroby? Tej wrednej, nieprzyjaznej, choroby takiej jak rak, czy jakiejkolwiek innej, która umysł nasz zaprząta? Ci, którzy choć raz diagnozę swoją w tej kategorii dostali, wiedzą doskonale, że gorsze od samej choroby są właśnie owe myśli, które wymiar nieco potworny w takich chwilach przybierają. Myśli, które sen z powiek spędzają, które tworzą makabryczne scenariusze, kręcą nam w głowie psychologiczne thrillery i wyciskające łzy dramaty. Z takimi myślami jakość naszego życia spada do poziomu nędzy. I nie dość, że raka mamy w systemie, to do tego własna nasza głowa nóż nam wbija w plecy.

Wyciszenie tej mózgowej nawałnicy jest jak owo słońce po deszczu. Wschodzi takie na nieboskłon i wyciąga życie z nory, w której przerażone, schronienia szukało. Dlatego nie można nie doceniać potęgi niemyślenia. Zwłaszcza w chwilach trudnych, w których myśl niekontrolowana pogłębia tylko dramat. Głowa z myśli wyczyszczona to głowa zbawiona. Głowa przyjazna, przychylna, terapeutyczna. To głowa, która ciału ulgę przynosi, zdejmuje z naszych barków ciężar, rozluźnia mięśnie, uciski w ciele, opanowuje i umniejsza ból. Na poziomie mentalnym zaś, taka głowa, przestaje biczować nas myślami, przestaje ciąć nimi jak brzytwa. Bo taka głowa przestaje się bać i zaczyna myśleć konstruktywnie. Taka głowa to sprzymierzeniec w chorobie. I taka głowa teraz już wie jak ma główkować, by człowiek mógł zdrowie odzyskać.

Jakie myśli takie emocje. A jakie emocje, takie rezultaty w ciele. A zatem cicho, sza.

amazonka w dzubki agata

sliwowski-awatarAmazonka w Dżungli to portal dla kobiet i o kobietach, w których życiu pojawił się RAK. To miejsce, w którym piszemy o tym jak przeżyć raka i nie zwariować; co zrobić by życie pomimo choroby nie straciło na jakości; jak odzyskać grunt, który utraciłyśmy z powodu jednej, obezwładniającej diagnozy. To portal, w którym odkodowujemy raka, odzieramy go z czarnego PR’u i uczymy jak budować w sobie moc.

Odwiedź Amazonkę w Dżungli na blogu oraz na Facebooku.


Jeden prosty sposób, by spi*przyć nawet najbardziej udany związek

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
8 października 2017
Fot. iStock/Marjan_Apostolovic
Fot. iStock/Marjan_Apostolovic
 

Małżeństwo Edyty rozpadło się cztery lata temu. Powód? Była chorobliwie zazdrosna, a on po prostu miał już dość ciągłego tłumaczenia się. Ta zazdrość nie wzięła się jednak z powodu jego niefrasobliwego zachowania lub luźnego podejścia do relacji z innymi kobietami. Nie, nie. Zazdrość Edyty była bardziej złożona i dlatego też rozpadł się także jej kolejny związek. 

Odkąd pamięta, nigdy siebie nie lubiła. Przeszkadzało jej niemal wszystko – garbaty nos i kręcone włosy, niski wzrost, piegi na dekolcie. Nie przepadała także za niektórymi swoimi cechami charakteru. Jest bardzo impulsywna, zaborcza i ma słomiany zapał. Tak ona w skrócie opisuje siebie. Terapeucie wystarczyło jedno spotkanie, by mógł ocenić ją zdiagnozować. A właściwie wskazać powody, przez które jej małżeństwo się rozpadło. Ale od początku.

Z Markiem tworzyli udaną parę, byli szaleńczo w sobie zakochani. Ona jednak wciąż nie mogła uwierzyć, że taki wspaniały facet w ogóle zwrócił na nią uwagę. Jemu nie pozostało więc nic innego, jak tylko każdego dnia zapewniać Edytę o swoich uczuciach. I robił to niemalże przez cały okres ich małżeństwa. – Kiedy on zapewniał, że świata poza mną nie widzi, ja śmiałam się i mówiłam, że pewnie w końcu mu się odmieni i spotka fajniejszą babkę. No i wykrakałam – opowiada. Nie ukrywa, że była bardzo zazdrosna i zaborcza. Kontrolowała każdy jego ruch. Porównywała się z kobietami, które obracały się w jego towarzystwie. Po różnych wzlotach i upadkach każde poszło w swoją stronę. To znaczy właściwie to Marek poszedł, a ona została, utwierdzając się w przekonaniu, że faktycznie jest brzydka i beznadziejna.

Rok później poznała Tomka. Był bardzo szarmancki, ale też oddany i kochający. Na niewiele jednak zdały się jego dobre intencje, ponieważ Edyta w każdym jego ruchu dopatrywała się fałszu. I znów pojawiły się natrętne myśli „to niemożliwe, żeby taki facet zwrócił na mnie uwagę”. Cokolwiek zrobił, zawsze było źle, niedobrze. – Kiedyś w kłótni powiedział mi, że ma wrażenie, jakbym tylko czekała na jakieś jego niepowodzenie. I to dało mi do myślenia. Faktycznie obserwowałam każdy jego ruch i czekałam, aż będę mogła krzyknąć „acha, mam cię!” – wspomina. Na niczym go jednak nie przyłapała. Zostawił ją.

Edyta wybrała się do terapeuty, który miał wyjaśnić jej, co robi nie tak, że faceci od niej odchodzą. Jakież było jej zdziwienie, gdy już na pierwszej wizycie dowiedziała się, w czym tkwi problem. Dla specjalisty nie było to trudne, ponieważ problem, z którym zmagała się Edyta, dotyczy bardzo wielu kobiet. – „Pani siebie nie kocha. Ba! Pani nawet siebie nie lubi. Ani wyglądu, ani charakteru. Nawet najbardziej udany i dobrze rokujący związek, przepełniony wielką, szczerą miłością rozpadnie się, jeśli nie będzie pani kochała siebie”. Dokładnie tak mi powiedział. I dziś wiem, że miał rację – stwierdza.

Te dwa związki można było uratować. Ty też jeszcze możesz uratować swój. Musisz uświadomić sobie, w jaki sposób twój brak samoakceptacji sabotuje twój związek.

Partner ma dwa razy więcej roboty

Skoro ty nie czujesz się piękną, mądrą i wartościową kobietą, oczekujesz, by on cię o tym zapewniał. Wciąż i wciąż. On będzie to robił, ale tylko do pewnego czasu. W końcu po prostu będzie zmęczony, bo to naprawdę ciężka praca. Szczególnie, gdy negujesz każdy jego komplement i zapewnienie o miłości.

Posądzasz go o złe intencje

Ludzie, którzy nie kochają siebie, mogą niewłaściwie oceniać sytuację i zachowania innych ludzi. Wydaje im się, że każdy jest wrogiem. Takie podejście działa wyjątkowo destrukcyjnie na związek, ponieważ powoduje, że partner czuje się wciąż obserwowany i osądzany.

Porównujesz swój związek z innymi

Zamiast być wdzięczną i doceniać to, co masz, nieustannie porównujesz swój związek z innymi. Oczywiście twoja relacja z partnerem zawsze wypada słabo na tle innych. Tam mężczyźni przecież bardziej się starają, intensywniej okazują swoją miłość, a ich partnerki są zadowolone z życia i spokojne o swój związek.

Generujesz negatywne emocje

Nikt nie chce wiązać się z osobą, która nieustannie szuka dziury w cały, a ty właśnie to robisz. Doszukujesz się problemów, a jeśli nie możesz ich znaleźć, wymyślasz je. Wasza relacja staje się coraz bardziej toksyczna, a partner, mimo najszczerszych chęci, nie potrafi cię zadowolić.

Przestaniesz go interesować

Jest coś pociągającego w ludziach, którzy są niezależni, lubią siebie i mają normalne, zdrowe poczucie własnej wartości. Przy kimś takim po prostu chce się żyć. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że są przez to atrakcyjniejsi dla płci przeciwnej. On po prostu straci zainteresowanie tobą, jeśli dalej będziesz sabotowała wasz związek poprzez swoją niską samoocenę.

To jeszcze nie jest najgorsze. Wiesz, co jeszcze może się stać, jeśli nie kochasz siebie? Jeśli akurat trafisz na kogoś, kto nie będzie darzył się prawdziwą miłością, a po prostu zwiąże się z tobą?

Pozwolisz traktować się źle

Nic dziwnego, przecież nie zasługujesz na miłość, opiekę, bezpieczeństwo, wsparcie. „Gdybym była coś warta, on na pewno nie traktowałby mnie w ten sposób”. I tak latami będziesz pozwalać na różne nadużycia oraz fizyczną i psychiczną przemoc, będąc przekonana, że nic więcej cię w życiu nie spotka.

Brzmi strasznie, prawda?

Jesteś wspaniała, jedyna i niepowtarzalna. Uwierz w to.


 

Na podstawie: Pop Sugar


Życie to miłość przemieszana z depresją… Jak odzyskać radość? Zobaczcie ten fantastyczny filmik

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 października 2017
Fot. Screen/Vimeo
Fot. Screen/Vimeo
 

Nasze życie pełne jest nieprzewidzianych sytuacji, a co za tym idzie – także emocji, które z jednej strony wywołują w nas euforię, by za chwilę zrzucić na sam dół. 

Bohaterem cudownej animacji jest mężczyzna, którego sposobem na dobre i szczęśliwe życie jest gra ba trąbce. Gdy kobieta odrzuca jego oświadczyny popada w stan, który jedni nazwą depresją, inni żałobą. Przybiera on postać czarnego stwora, który skutecznie odbiera mężczyźnie radość życia, sprawia, że stacza się on coraz bardziej w swojej rozpaczy i poczuciu beznadziei. Czy jego los się odwróci? Czy on dźwignie się? Zawalczy o siebie i ponownie o swoje dobre życie?

Wszystko jest w naszych rękach, musimy tylko chcieć otworzyć szeroko oczy, rozejrzeć się, żeby zrozumieć w jakim miejscu się znajdujemy i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy właśnie tu chcemy utknąć? Czy chcemy, by tak wyglądało nasze życie? Wybór należy do nas.

Obejrzyjcie koniecznie.

 

 


Zobacz także

Fot. iStock/Izabela Habur

„Jak na dziewczynę z baru to nawet nieźle wyglądasz”. Przywyknijcie drogie panie, tak podrywa się na „negi”

15542205_1676411695982093_1314238184446141126_n

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Na ile można wycenić życie dziecka? Życie Emilki ma swoją cenę. Nie możemy jej nie pomóc!

Fot. Pixabay / cristinaureta / CC0 Public Domain

Jak dobrze jest wątpić ! W drodze do poznania siebie…