Muszę wam coś powiedzieć, żeby oddać sprawiedliwość wszystkim kobietom: faceci się brzydko starzeją. Bardzo brzydko

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
18 czerwca 2018
Fot. iStock/pixelfit
Fot. iStock/pixelfit
 

Siedzę sobie nad jeziorem. Jest to kolejna niedziela, bo kolejny upalny dzień, ale też kolejna plaża, na której spędzam miło niedzielny czas. Owszem – kąpię się, staję na rękach w wodzie i biorę udział w konkurach typu: „Kto najdłużej wytrzyma pod wodą”, ale też czytam książę od czasu do czasu zerkając na zbierający się tłum.

I muszę wam coś powiedzieć, żeby oddać sprawiedliwość wszystkim kobietom. Faceci się brzydko starzeją. To jest jakaś masakra! My tu fit-srit, a oni? Jakby zupełnie zapomnieli, że kiedyś pewne dziewczyny się kochały w ich fajnych ciałach, po których teraz nawet śladu nie zostało.

Przedyskutowałam tę kwestię z moim mężem, który ostatecznie powiedział, że trochę się mnie boi, jak tak ludzi obserwuję i wnioski wyciągam. Podzieliłam się plażową refleksją z przyjaciółką i stwierdziłam, że to cholernie niesprawiedliwe, że to my – kobiety, czujemy na sobie presję tego, by dobrze wyglądać, a faceci mają to głęboko w dupie. To znaczy to, jak oni się prezentują wraz z upływem wieku i ilości wypitych piw.

Wiecie, co jest najgorsze, że ja znam takich facetów, a już na pewno o nich słyszałam, co to potrafią swojej kobiecie zwrócić uwagę: „O znowu się przytyło”, „No wiesz, te boczki mogłabyś zgubić” i do tego jeszcze powłóczyć wzrokiem za jakąś blond długonogą. Nie dla psa kiełbasa, stary! Nawet ta żona, co to lepiej od ciebie wygląda sto razy, powinna pacnąć się w łeb i karnet na siłownię pod choinkę kupić, żeby w następne lato koleżanki mogły jej pozazdrościć fit męża.

Tja… marzenie ściętej głowy. Wiecie, to smutny obraz tych naszych facetów. Jeszcze dopóki się w kąpielówkach latem nie pokażą, to jak cię mogę, ale jak już rozbiorą się, to naprawdę milej popatrzeć sobie na fajne laski niż na nich. Ot – stoi tak przede mną i widok na dzieci mi zasłania – z pleców boczki wystają, bo już brzuch się rozlał na prawo i lewo. Do tego łysiejący na samym czubku głowy, ale włosy twardo trzyma na głowie, przez co jeszcze żałośniej wygląda. O kumpel mu macha. Też koło 40-tki, ale ze zwisającym już brzuchem poniżej kąpielówek. Kolejny nie lepszy – klata może i większa, ale nie z przetrenowania, tylko od otłuszczenia, będę złośliwa, ale czasami się zastanawiam, dlaczego nie wymyślili jeszcze staników dla facetów – brrr nie wygląda to dobrze. I nie chodzi mi o to, że ktoś choruje, że ma problemy ze zdrowiem, ale o zwykłe ludzkie zaniedbanie, które wypływa w tych brzuchach, cyckach i trzech podbródkach. Przecież ja sama jako gówniara do nich wzdychałam, o starsi o jakieś pięć lat byli (a t wtedy jak pół wieku niemal), przystojni, pachnący… A teraz? Wszystko woła o pomstę do nieba!

I wiecie, najbardziej wku*wia mnie to, że tacy faceci najchętniej chwalą się pięknymi żonami. Łapią je za dupę albo cycki przy wszystkich, żeby pokazać: „Zobacz, jaki jestem świetny, skoro taka dupa obok mnie stoi”. Tyle tylko, że ich samych złapać strach, dyszą, sapią, pocą się, oblepieni piaskiem nawet do wody nie wejdą, ale pamiętają doskonale czasy swojej świetności. Kiedy to jako bożyszcze tłumu mogli przebierać w panienkach, które wzroku od nich oderwać nie mogły. Mało co im zostało z tamtych czasów, chyba, że te przyciasne T-shirty, które zamiast pokazywać muskulaturę ciała, rzeźbią tylko fałdy tłuszczu, by te dało się jakoś sensownie pod ubraniem ułożyć.

Wkurza mnie to na maksa, zwłaszcza gdy słyszę moje przyjaciółki, które nim czas bikini rozpocznie się na nowo, gorączkowo liczą, ile kilogramów są w stanie stracić do urlopu i czy siłownia pięć razy w tygodniu pozwoli im zniwelować opadające pośladki. Nie ma co ukrywać – my, kobiety, lubimy wyglądać dobrze, czyli tak, by w swoim własnym ciele czuć się komfortowo. To nam wystarczy – osobiste, subiektywne poczucie, że wychodząc w stroju kąpielowym nie będziemy się chować za ręcznikiem. I nie chodzi o chudość, szczupłość i fit figurę. Im jestem starsza, tym częściej stwierdzam, że umięśnione ciała kobiet mnie osobiście nie kręcą i dalekie są od mojej estetyki pojmowania kobiecości.

Tak samo z facetami – on nie musi mieć kaloryfera na brzuchu i klaty jak Stallone. Ma być zadbany. Fajnie widzieć facetów po 40-tce, którzy biegają, jeżdżą na rowerze, pocą się na siłowni, regularnie są na basenie. I nie są jakimiś modelami z kalendarza dla starszych pań. Wręcz przeciwnie – to normalni faceci, którzy dbają o swoją kondycję, zdrowie, a przy okazji wygląd. Szkoda tylko, że są w mniejszości. Zdecydowanie odwrotnie niż u kobiet. Moja szybka plażowa statystyka wskazuje, że kobiety starzeją się ładniej niż mężczyźni, dbają o siebie bardziej, co jest ogromną dla nas korzyścią. A panowie? Cóż? Dzisiaj wieczorem zasiądą z paczką czipsów i butelką piwa oglądając mecz i niech się nie dziwią, że później my powłóczystym wzrokiem wodzimy za tymi, którzy nie tylko sport oglądają, ale też lubią go uprawiać.


Tymczasem nasza autentyczna prawda rzadziej brzmi jak „dziękuję”, a częściej jak „zamknij się, ku*wa”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
26 czerwca 2018
Fot. iStock/lechatnoir
Fot. iStock/lechatnoir
 

Najlepszą rzeczą jaką dla siebie zrobiłam, to przestałam być dobrą i grzeczną dziewczynką, która za wszystko przeprasza i o każdą rzecz prosi.

Nie, nie zostałam wychowana w duchu: „Dziewczynki są grzeczne i miłe”. Szczerze nawet sobie nie przypominam, żeby kiedykolwiek moi rodzice coś takiego mi powiedzieli. Nie miałam brata, który mógł wszystko. Kiedy dzisiaj o tym myślę, wydaje mi się, że to presja społeczna tworzy w nas pewne schematy zachowań, że to panie w przedszkolu podkreślały, w jaki sposób – odpowiedni dla płci, powinniśmy się zachowywać. I jakbyśmy nie były w tamtych czasach „zbuntowane”, to jednak wrzucone do jednego worka z dziewczynkami, zaczynamy śpiewać jak wszyscy. Później szkoła i tam to się zaczyna hard core. Dziewczynki lepiej się uczą, lepiej się zachowują, sadzane są z chłopcami, by ich utemperować, by pomóc im w nauce, by oni byli grzeczniejsi. Ja pie*dolę właśnie zdałam sobie sprawę, że tak jest od początku. Dziewczynki mają być pomocne, usłużne. Sama siedziałam z takim chłopakiem, choć fakt, że waliłam go w trzeciej klasie podstawówki linijką po łbie, jak czegoś nie wiedział… Hmm ciekawe na kogo wyrósł.

Całą podstawówkę byłam jedną z tych, którą stawiano za wzór. A kiedy wyrwałam się z podstawówkowego systemu, od razu poczułam w sobie bunt. Rozciągnięte swetry, imprezy, picie taniego wina podczas wakacyjnych wypadów nad morze. I chociaż moja mama powtarzała mi: „Ja bym tak chciała, żebyś nosiła spódniczki i malowała paznokcie”, nie dałam się w to wciągnąć. Nie, to nie było dla mnie, to nie byłam ja. I pewnie tylko dlatego, że nigdy nie miałam problemów z nauką, moi rodzice przetrwali ze mną ten czas i nie zamknęli mnie w klatce, żebym całkiem nie zdziczała. Pomalowałam nawet której zimy szyby w oknie pokoju na czarno, żeby nie widzieć szarości – na znaku buntu i oczekiwania na wiosnę. Nikt nie kazał mi tego zmyć, nikt w domu nie łamał mi kręgosłupa, nikt nie mówił: „Bądź grzeczna”.

A jednak jesteśmy, grzeczność wraca do nas jak bumerang. Poznajmy faceta, który zdaje się nam być tym na całe życie i znowu stajemy się miłe, usłużne, zrobimy wszystko, żeby go zatrzymać, a przykład, który wytycza nam drogę pokazuje, że to najlepsza metoda, w końcu nasze matki i babcie takie były.

A później drogi mamy dwie – zostać miłymi i grzecznymi albo zawalczyć o siebie. I wybór wcale nie jest łatwy. Wbrew pozorom więcej kobiet wybiera tę pierwszą opcję, bo drugiej nawet nie znają, bo nikt im jej nie podrzucił. Ba, myślą, że ich na nic innego nie stać. Boją się, że kiedy w końcu powiedzą czego chcą i tupną nogą, ich świat się zawali, odrzuci je, zostaną niezrozumiane i zupełnie same. Każda z nas tam była. Każda. Która postanowiła wyjść?

Ładne, miłe i grzeczne dziewczynki całe życie uczą się, że muszą płacić za akceptację innych, za uznanie, aprobatę. Muszą połknąć wściekłość i ukryć swoją furię. Przez cały czas muszą być niezwykle uprzejme. Muszą się nagiąć do innych, podczas gdy to inni przekraczają ich granice. Muszą pozwolić na to, by inni traktowali je jak gówno, podczas gdy one zawsze mają do buzi przyklejony uśmiech.

Tymczasem nasza autentyczna prawda rzadziej brzmi jak „dziękuję”, a częściej jak „zamknij się, ku*wa”.

Uczy się nas trzymać język za zębami, nie wtrącać się w trakcie rozmowy. Przepraszać tonem przepraszającym za to, że w ogóle istniejemy. Przestać zajmować zbyt dużo cholernej przestrzeni. . Przestać obnażać się ze swoją seksualnością, ale nadal być seksi. I jeszcze stłumić emocje, które sprawiają, że wyglądamy histerycznie i emocjonalnie.

Tymczasem faceci mogą być źli, odważni, mogą wtrącać się w trakcie rozmowy, być nieuprzejmi i protekcjonalni z dużą większą swobodą i z mniejszym strachem, że zostaną odrzuceni. Mogą odmówić seksu albo wziąć go, kiedy mają ochotę. Mogą wyrażać siebie bez ogródek i przeprosin.

Grzeczne dziewczynki czekają na swoją kolej, muszą mieć naprawdę poważny powód, żeby zabrać głos, udają, że nie mają pragnień i myślą, że godząc się na seks zyskają więcej, niż gdy odważą się odmówić.

Bycie dobrą dziewczynką jest wyczerpujące i tak naprawdę rzadko kiedy przynosi jakieś nagrody. Bo w efekcie każda z nas musi znaleźć drogą powrotną do siebie, do miejsca, które pokaże kim jest naprawdę.

Powiem wam jedno – czasami opłaca się odwiedzić swoją ciemną stronę. Zdecydowanie wolę być niegrzeczną i bywa c wku*wioną dziewczyną, czyli taką, która wie, czego chce i idzie po to bez pardonu. Powiewa mi, gdy ktoś mówi, że jestem szorstka czy nieuprzejma – to ich opinia i oni mają z tym problem. Nie ja. Ja walczę o swoje, bo mam jedno życie, jedną szansę do wykorzystania, kolejnej nie będzie.

Każdego dnia pytam siebie: „Czego ty ku*wa chcesz” i znajduję odpowiedź, choć nie zawsze jest prosto i czasami droga do celu jest poplątana na maksa. Jednak przestałam pozwalać ludziom jeździć po mnie, wchodzić mi na głowę. Zaczęłam walczyć o swoje, pozwoliłem sobie na luksus odczuwania wszystkich mrocznych emocji, których inni mi odmawiają.

I – jak na ironię – bycie złą dziewczyną stało się najmilszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem – dla siebie. Polecam.


Kobieta po 40-tce jest dojrzała, świadoma i interesująca. Pie*dolę to, chcę być młoda! W dupie mam tę niby „lepszą jakość”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
14 czerwca 2018
Fot. iStock/Anchiy
Fot. iStock/Anchiy

No dobra, niby starzeć powinno się z godnością. Ileż to ja ostatnio tekstów nie przeczytałam, że życie kobiety dopiero zaczyna się po 40-tce, że wszystko co najlepsze właśnie wtedy nas czeka. Ba, moja mama idzie jeszcze dalej mówiąc, że po 50-tce to jest dopiero haj. Patrząc na nią, to chyba po 60-tce jeszcze się nie kończy.

Niedużo do zakończenia tej czwartej dekady i mi zostało, więc łaknę takich tekstów jak kania dżdżu (właśnie kania – grzyb, czy kania – ptak? wolałabym być ptakiem). Myślę sobie: „co tam 40-tka, życie dopiero się przede mną otwiera, w końcu wiem, czego chcę, a już na pewno czego nie chcę”. I tak karmię się tym, ba – szczerze w to wierzę, bo też tak się czuję. Tylko niezmiennie dopada mnie zdziwienie, kiedy ktoś, kto wygląda na jakąś 30-tkę, zwraca się do mnie per pani. Trochę jakbym w pysk dostała, bo przecież ja się duchem dużo młodsza od niego czuję. I w ogóle kumpela jestem, a nie jakaś tam pani. Pani to może być ktoś po 70-tce (matko, jak ta granica się przesuwa). No dobra, pamiętam, jak dawno temu myślałam, że na przełomie wieków będę kończyć 21 lat. Rety – jakie ja wtedy wyobrażenie na swój temat miałam, że stara będę, dorosła, poważna. Cóż, do dzisiaj niczego takiego nie czuję. Ale uwaga – dzwoni przyjaciółka. „Nie chcę być stara” – słyszę i myślę: „Przecież jest w moim wieku”. Trochę się boję tej rozmowy, bo nie wiem, w jaki kierunku pójdzie i może okaże się, że my już położyć się powinnyśmy i na śmierć czekać cierpliwie i spokojnie, a nie jeszcze fiu-bździu jakieś w głowie.

Ale od początku. Przyjaciółka jechała pociągiem z inną przyjaciółką, która dopiero trzecią dekadę co wykreśliła na swoim kalendarzu. Ale przecież wiek nie jest ważny, prawda?. Wracają ze służbowego spotkania, a w wagonie restauracyjnym zaczepia ich facet. „Fajny, starszy od nas” – opowiada przyjaciółka. Dyskusja mocno schodzi na tematy matrymonialne, bo ta młodsza po kilkuletnim związku szuka faceta na życie. Ma farta, bo idealnym kandydatem okazuje się być inny gość, który włącza się do ich rozmowy. Ba – umawiają się na kolejny weekend. Brawo!

Co do tego ma 40-tka? Otóż to, że nagle się okazało, że ona jest za stara, żeby się z nią umówić, że przyjemniaczek – ten starszy, owszem byłby zainteresowany, ale ma dziewczynę – młodszą od nas. Młodszą! Młodszą?!? Auć! Gość po 40-tce ma młodszą laskę od nas? Przy czym ostatnio usłyszałam, że znajomy po 50-tce nigdy nie umówił się z dziewczyną, która miała więcej niż 34 lata! Nożesz ku*wa.

I jakbyśmy się nie broniły, jakbyśmy dobrze nie mówiły o tej dekadzie życia, to – uwaga (!) kobieta po 40-tce jest:

– dojrzała

– świadoma

– interesująca.

Ale nijak nie jest obiektem zainteresowania ciut starszych kolegów, bo jednak umawiać się z 40-tką to obciach! Bo lepiej pokazać się z młodszą, niż dojrzałą, świadomą i interesującą? Aaaa jeszcze coś – kobieta po 40-tce to jednak inna, lepsza jakość – możecie usłyszeć. A ja pierdolę tę inną jakość! Mam PRAWIE 40 lat, jestem fajną babką, jak wiele moich koleżanek. Zdecydowanie lepszą niż jeszcze 5 lat temu. Jestem jak wino – im starsze tym lepsze, lepiej pachnące, lepiej smakujące, bardziej upojne.

Czas zderzyć się z bolesną prawdą. Otóż, na rynku matrymonialnym 40-tki nie mają szans. Ryczące 30-tki i owszem, ale my zostajemy zepchnięte na margines męskiego zainteresowania. Choć jesteśmy: dojrzałe, świadome i interesujące (sic!). Tylko brakuje facetów, którzy by stawili temu czoło? Nie rozumiem. A nie chwila… może i rozumiem. Może faceci wolą – głupsze, mniej świadome i pełne zachwytu nad ich męstwem niż te rozumiejące, czego od życia chcą? (z całym szacunkiem do wszystkich kobiet, ja też byłam głupia i mniej świadoma – taki etap życia i rozwoju). Faceci dojrzewają później, a po 40-tce są jak mali chłopcy, którzy potrzebują być podziwianymi. Oni wtedy mają:

– kasę

– wypasione auto

– kasę.

I myślą, że to wystarczy na te młodsze, które dają im poczucie, że się nie starzeją. Ha – ale starzeją się, mają obwisłe jajka, obwisłe tyłki jak nie ćwiczą, a brzuch ozdabiają coraz to liczniejsze – mniejsze lub większe oponki, nie mówiąc o zakolach i siwiźnie – choć ta, przyznam, jest dość seksowna. I choć budzi w nich temperament ta młodsza, to z coraz większym trudem sobie z nim radzą. Ale mają kasę, więc w inny sposób wynagradzają swoje braki.

Ale wiecie, trochę im zazdroszczę, bo oni z obiegu nie wypadają, wręcz przeciwnie – korzystają, ile wlezie i czują, że ich życie koło 50-tki w pełni rozkwita.

A ja? Ze swoją dojrzałością, samoświadomością i byciem interesującą? Ku*wa czuję się jak staruszka, która to zaraz usiądzie w fotelu i będzie prawić swoje mądrości młodszym, którzy i będą się nią zachwycać, ale nie w taki jakby chciała sposób. Pie*dolę. Nie chcę być stara. Nie chcę, by ktoś miarą mojego peselu mierzył moją atrakcyjność i zamykał w jakiś szufladkach. Chcę być młoda, chcę, by inni tak mnie postrzegali, żeby widzieli, że duchem mam jakieś 26 lat i jestem młodsza od większości młodszych lasek od mnie! Nie chcę być dojrzała, świadoma i interesująca. Chcę być atrakcyjna, zabawna, seksowna, kobieca! Bo tak do jasnej cholery się czuję!

Kurde, dochodzę do wniosku, że życie koło 40-tki pełne jest sprzeczności. Bo z jednej strony zajebista jest ta akceptacja siebie, tfu – niech będzie – dojrzałość i świadomość, a z drugiej strony – no ku*wa to jakby nie patrzeć 40 lat. 20 więcej niż 20 lat temu i 10 więcej niż dekadę. Jakby tak zacisnąć zęby i pośladki i spojrzeć na siebie oczami tych 25-latków? Bilans wypada słabo. A gdyby tak przyjąć punkt widzenia 45 – latków… No ch*j jesteśmy stare w każdą stronę. Bolesna prawda, z którą za diabła nie chcę się pogodzić. Dobrze, że mój syn już nie pyta: „Mamo, a jak ty się urodziłaś, to była jeszcze wojna?”.

Cudownie jest być 40-tką wśród innych 40-letnich kobiet, ale lepiej nie rozglądać się zbyt bardzo, bo spojrzenia innych mogą od czasu do czasu skutecznie popsuć nasze dobre samopoczucie. A w sumie, w dupie – niech wiedzą, co tracą, jeszcze będą żałować.

To ja – 40-latka, która przez chwilę poczuła się staro. (pewnie jak czasami każda z was)