„Musisz nauczyć się decydować sama za siebie. Kiedy dorośniesz, nie będziesz się bała sięgać po swoje marzenia”. Dlaczego kobietom brak odwagi?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
23 czerwca 2016
Fot. iStock / wundervisuals
Fot. iStock / wundervisuals
 

Nie, nie tej, która jest potrzebna by zawalczyć o swoje dzieci. Znam kilka cudownych matek, które w przeciwieństwie do ich (byłych) życiowych partnerów, dzielnie walczą o każdy uśmiech ciężko chorej pociechy, ba czasem nawet o każdy jej oddech. Znam też kobiety, które jak lwice walczą o swojego mężczyznę, o związek, o rodzinę. Kiedy on już nie wierzy i nie chce, one wierzą nadal że będzie dobrze, wyznając najpiękniejszą z możliwych religii: religię miłości. Ale jednocześnie zbyt często brak im odwagi by zawalczyć o siebie, o swoje prawa, o swoje szczęście.

Mam znajomą. W pracy to mądra i pewna siebie osoba o otwartej głowie i analitycznym umyśle. Pisze do mnie czasem SMS-y, komentując polityczną i społeczną rzeczywistość. Ale w sobotę napisała tak: „Poszłabym na Marsz Godności, tylko że on (mąż) nie chce. Pojedziemy do przyjaciół, na działkę.”. Zabrakło jej pewności by postawić na swoim, by pójść razem z innymi dziewczynami solidarnie wyrazić swoje poglądy. Dlaczego? Bo ON by nie poszedł. Bo by ją może wyśmiał. ON jest taki mądry, tak dużo wie. Któregoś dnia ironicznie skomentował reportaż o mobilizacji znanych i lubianych przed marszem: „baby się wygłupiają, w ten sposób nic nie wywalczycie”.  Pomyślała więc, że i ona boi się przed nim „wygłupić”. Szkoda, miałybyśmy choć jeden głos więcej w sprawie, która dotyczy naszego wspólnego dobra.

Szkoda, że ona jest w związku z mężczyzną, który odbiera jej prawo do decydowania w jaki sposób chce wyrażać swoje poglądy.

Czytelniczka pisze: „Chcę odejść. Jestem nieszczęśliwa, łączą nas tylko dzieci. Nie, on nie bije, nie ma nawet nałogów. Między nami emocjonalna chłodnia. Nie, nie mam nikogo, ale w tym związku nie mogę być tym, kim chcę. Próbowaliśmy terapii, dawaliśmy sobie szanse. Nie ma już miłości, dzieci to widzą. Pomóżcie mi, boję się. Boję się, że on nie pozwoli mi odejść, że mnie zniszczy, że odbierze mi dzieci. Boję się, że moi rodzice nigdy więcej się do mnie nie odezwą. Boję się reakcji naszych wspólnych znajomych.” Po krótkiej wymianie maili, kontakt się urywa. W końcu przychodzi jeszcze jedna, ostatnia wiadomość: „ Zabrakło mi odwagi, widocznie tak ma być.  Trudno, trzeba płacić za swoje błędy”.

Przyjaciółka, która pracuje jak mróweczka w dużej, warszawskiej kancelarii przychodzi na nasze babskie spotkania zawsze z tą samą wątpliwością: poprosić o podwyżkę, czy nie? Jeśli tak, to jak zrobić to tak, żeby nie wyjść na zbyt „roszczeniową”? A urlop? Poczekać na dobry humor szefa, czy może na razie w ogóle zapomnieć?

Po co się wychylać. Przecież szef sam w końcu zauważy ze się staram, ze jestem dobra, może nawet najlepsza. To on zdecyduje, kiedy nagrodzić moją pracę. No tak, pracuję tam już bardzo długo. Tak, wszyscy są ze mnie zadowoleni. Właściwie uważam, że ta podwyżka mi się należy. Tak wiem, że mam prawo do urlopu. Wiem wszystko. Ale chyba jeszcze chwilę poczekam. Jakoś tak głupio pójść i powiedzieć: „Słuchaj, jesteś usatysfakcjonowany moją pracą, mówiłeś, że zaskakuje cię moja skuteczność, że powinnam sobie zrobić wolne. Chciałabym prosić o podwyżkę i kilka dni urlopu.”. Walczyć na sali sądowej o sprawiedliwy wyrok dla klienta to co innego niż walczyć o swoje u pracodawcy. Dlaczego?

Nie potrafimy, ciągle jeszcze nie umiemy zawołać głośno w swojej sprawie: to mi się należy! I póki się nie obudzimy, nie wywalczymy szacunku dla siebie i swoich marzeń, celów, planów wśród najbliższych, w domu, w rodzinie, w pracy póty nie będziemy w stanie zawalczyć o swoje prawa w naszym kraju.

Na ulicy młoda, piękna kobieta prowadzi za rękę ośmioletnią córeczkę. Tłumaczy jej coś spokojnym, ciepłym tonem. Kiedy je mijam, docierają do mnie tylko dwa zdania: „Musisz nauczyć się decydować sama za siebie. Kiedy dorośniesz, nie będziesz się bała sięgać po swoje marzenia”.  Ufff! Dla najmłodszego pokolenia jest jeszcze nadzieja.


Niezadowolony związek. Nie walcz o człowieka, zawalcz o miłość

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
30 czerwca 2016
Fot. IStock/stsmhn
Fot. IStock/stsmhn
 

Czego byś nie zrobiła, jak bardzo byś się nie postarała, zawsze coś nie będzie tak, jak trzeba. Przecież można było spróbować chociaż o ten jeden raz więcej. Przecież można było włożyć więcej starania. Przecież można było poruszyć niebo i ziemię. Przecież… Jeśli bliska ci osoba jest z ciebie wiecznie niezadowolona, bardzo ci współczuję. Taka konfiguracja w związku szczęścia  nie wróży, niezależnie od tego jak wielkie byłoby wasze uczucie. I wcale nie ma w tym winy jedynie tego, który wszędzie wietrzy katastrofę i niedopatrzenia. My też popełniamy błędy. Nie potrafimy być „ponad to”. Nie potrafimy walczyć o miłość, bo walczymy o człowieka. 

Kiedyś, dawno temu, kochałam pewnego Niezadowolonego (choć zapewne nie tak mocno, jak powinnam), a on kochał mnie. Nasza, nieperfekcyjna z mojej strony, miłość nie przetrwała do trzeciej rocznicy i zakończyła się jednym wielkim wyrzutem rozpoczynającym się od słów: Bardzo chciałem z tobą być, ale ty nie chciałaś się dla mnie postarać.

Nie zrozumiałam, choć to jedno zdanie pozwoliło mi szybciej wyplątać się z tej relacji emocjonalnie. W tamtym momencie zabolało nieznośnie i obudziło we mnie poczucie niesprawiedliwości i rozczarowania. – Jak to? – myślałam – Znosiłam to ciągłe kręcenie nosem, to ciągłe wytykanie mi moich, najdrobniejszych błędów i poprawianie, strofowanie, udowadnianie, a on mi mówi, że mi się nie chciało?!

Znosiłam, bo… Bo co? Z miłości chyba. Tak mi się wówczas wydawało. Dziś myślę, że miłość nie „znosi”. Miłość akceptuje. Co, oczywiście  musi działać w obie strony.

Świetnie, ale…

Słyszysz to często. Już po tonie tego komplementu orientujesz się, że twoja chwila radości długo nie potrwa. Jest sukces, ale nie taki, jak by mógł być (większy, okupiony trudem – tylko ty do cholery wiesz, ile cię ten sukces kosztował – bardziej spektakularny. Twój partner nie umie się cieszyć z tego, że ci „wyszło”. Albo umie tylko w ten sposób, pokazując ci „drugą stronę medalu”. Więc niby fajnie, pięknie, a przynajmniej dobrze, ale… (tu następują logiczne argumenty, zarzuty i wyrzuty). Skrzydła zostają podcięte, radość umiera.

Nie wiń go za to, jak się czujesz. A czujesz się bez wątpienia źle, beznadziejnie, jesteś przytłoczona i zawiedziona, bo pozwoliłaś by jego słowa cię dotknęły. To ty nie masz w sobie wystarczająco dużo przekonania, że twoja wygrana jest wartościowa. Łapiesz się tych kilku „ale” umniejszających twój sukces i przeżywasz, rozpamiętujesz, zamykasz w nich swoje szczęście, choć rozum mówi ci, że ON wcale nie ma racji. Sprawiasz, że jego słowa mają na ciebie negatywny wpływ. Uwolnij się spod tego wpływu. Jak? Uznając, że to ON ma problem, a nie ty. Czy nie wiedziałaś tego wcześniej? Czy nie bagatelizowałaś jego negatywnego podejścia do życia i związku? Człowiek, który psuje radość innym i wszędzie doszukuje się mankamentów jest gdzieś w głębi bardzo nieszczęśliwą osobą. Masz więc wybór: możesz spróbować mu pomóc, albo skoncentrować się jedynie na sobie. I każda z tych opcji ma swoje uzasadnienie.

Dobrze, spróbujmy ale…

Znasz taką sytuację? Wiesz, że jest między wami źle, podejmujesz próbę naprawy, bo ciągle wierzysz w tę relację. Więc najpierw organizujesz wspólny wyjazd na weekend, nie zrażając się, że nie to miejsce, nie ten hotel, nie ta pogoda i nie ten czas. Jest tak sobie. To znaczy, ty oczekiwałaś, że będzie inaczej, że twoje starania przyniosą zmiany w jego nastawieniu. Ale okazuje się, że to znów za mało. A ty znów jesteś nieszczęśliwa.

Potem proponujesz terapię. Wybieracie dzień, godzinę i gabinet. On się zgadza, choć od razu ostrzega, że się do „takich rzeczy” nie nadaje. Że terapeuta przygłupi, za drogi, za słaby. Mimo to, ciągle szukasz jakiegoś sposobu.  Bo wydaje ci się, że skoro on jest niezadowolony to twoim zadaniem jest go zadowolić. Dopasowujesz się, zatracasz, zmieniasz swoje plany. A on? W zasadzie tylko krytykuje wszystkie twoje starania. Twoja frustracja rośnie, ale jakimś cudem najprostsze rozwiązanie nie przychodzi ci do głowy.

Daj mu tę szansę. Odpuść. Usiądź i pozwól mu pokazać jak należy zadbać o wasz związek. Przestań go zadowalać. Ryzykujesz właściwie tylko tym, że ON nie ma żadnego planu, że nie wie, że nie potrafi, a może już nawet nie kocha. Ta świadomość jest dla związku oczyszczająca. Co możesz wygrać? Wolność bez poczucia winy: jeśli nie kocha, nie wie, nie umie, po prostu odejdź.  Jeśli kochacie oboje, a ON  chce coś zmienić, pomyśl o tym, że być może z jego perspektywy wszystko wygląda inaczej. Człowiekowi trudno jest samemu wyjść z negatywnych schematów, zwłaszcza jeśli swoim ciagłym staraniem by go zadowolić odbiera mu się szansę odczucia na własnej skórze, że jego postawa jest zła.

Z perspektywy czasu myślę, że w tamtym moim „niezadowolonym” związku było dużo dobrych momentów. To ja koncentrowałam się jedynie na tych złych i na słowach, które mnie raniły i oddalały od człowieka, którego kiedyś przecież pokochałam. To ja stałam się Niezadowoloną i nie zawalczyłam o miłość. Bo o człowieka walczyć może jedynie on sam.


Codzienność i zwyczajność jest „na życie” o wiele lepsza niż te fajerwerki…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
14 czerwca 2016
Fot. iStock / Springfrom
Fot. iStock / Springfrom

Na początku oczekujesz naprawdę czegoś „wielkiego”. Jak zakochać się, to na zabój, spektakularnie i z przytupem, jak wziąć ślub to z rozmachem. Jak wyjechać to tylko tak, by się zachwycić do utraty tchu, jak mieć przyjaciół, to tylko takich, którymi można się pochwalić. Fajerwerki i wybuchy, niespodzianki i zwroty akcji.

Żyj pełną piersią – radzą autorzy artykułów w magazynach – sięgaj po marzenia, porywaj się z motyką na słońce… Przecież jedno masz to życie.

– No pokaż mi jak mnie kochasz – mówiła moja znajoma do swojego chłopaka, a on przynosił jej gorącą kawę do łóżka. – E, nie, ale pokaż mi naprawdę – prosiła zawiedziona, a on, wracając z pracy wchodził do piekarni po jej ulubioną drożdżówkę z kruszonką, a w kiosku na rogu kupował jej ulubioną gazetę. – Nasze życie razem jest takie nudne i przewidywalne – skarżyła się ona nam, swoim przyjaciółkom, na swój związek. A on, co roku planował im urlop w miejscu, w którym pierwszy raz wyznali sobie miłość.

Zostawiła go w końcu dla jakiegoś kolegi z pracy, który był szalony do tego stopnia by namawiać ją na seks w biurze i nocne wyznawanie sobie miłości w fontannie na rynku. I dostała od niego diament, prawdziwy, ukryty w pudełku wypełnionym płatkami róż. I piła z nim szampana, nago, o północy, w hotelowym apartamencie dla VIP-ów. Chwilę to trwało, tylko chwilę. Po czterech miesiącach on wrócił do żony (a może wcale nigdy od niej nie odszedł), a ona jeszcze jakiś czas udawała, że nic ją to nie obeszło, że przynajmniej czuła, że żyła, że miała tę miłość jak z filmu. Potem płakała, długo nad zwyczajnością, którą miała wcześniej. Nad powrotem do codziennej kawy i drożdżówkami z piekarni na dole. Bo ten powrót był już niemożliwy.

Mój kolega, odważny i silny wspinał się wysoko w dalekich krajach, a jego żona umierała ze strachu za każdym razem, gdy wyjeżdżał i nie było z nim kontaktu. Kiedy się nie wspinał, wyskakiwał co chwila na koncerty i wystawy: do Berlina, do Nowego Jorku, do Paryża. Ona czekała wiernie w domu, który miał być jego ostoją, portem, do którego wracał. Kiedy już jednak trafił do ich wygodnego i przytulnego mieszkania, nigdy nie mógł być dla niej naprawdę. Zwykłe wieczory z ukochaną żoną, rutyna podobnych do siebie poranków i codziennego wyjścia do biura, w którym był szefem, męczyła go. Stale planował następny wyjazd, następny szczyt. Nie miał głowy do tego, by zapamiętać bezbłędnie o której godzinie jego dzieci kończą lekcje, nie miał głowy by pamiętać o liście zakupów.

O swojej chorobie jego żona dowiedziała się, gdy on pływał z delfinami po drugiej stronie kuli ziemskiej. Gdy wrócił, była już w szpitalu. Rutyna, stałe godziny posiłków, codzienne zabiegi: ten poranny i ten popołudniowy. No i dzieci, którymi również musiał się teraz zająć, ale tak naprawdę, na serio. Bo młodszemu, Kubusiowi trzeba było wieczorem przygotować ubranie na rano i pamiętać o zajęciach z logopedą. I o alergii.  A starszemu, Piotrkowi sprawdzić codziennie lekcje i dwa razy w tygodniu odwieźć go na trening. Zwyczajne życie.

Fajerwerki, adrenalina, bliskość egzotyki  – wszystko przestało się teraz liczyć. Żeby tylko ona była zdrowa.

–  Kiedy bliska osoba tak ciężko choruje i sukcesem jest dla niej wykonanie samodzielnych kroków, zebranie energii na to tylko by spędzić z tobą święta w domu, gdy każda prozaiczna czynność okupiona jest walką – powiedział kiedyś ten znajomy – zaczynasz rozumieć, że na zwykłe życie najlepsza jest zwyczajność.

Niektórzy z nas rodzą się „niespokojni”, poszukujący i nie przestają szukać aż do końca. Inni żyją z dnia na dzień, a każdy ich poranek podobny jest do poprzedniego. Jeszcze inni żyją tak, by fajerwerki gościły na ich niebie w wyjątkowych chwilach. Jak jest najlepiej? Chyba tak, by codzienność  była dla nas czymś niezwykłym, by dostrzegać w tej zwyczajności i przewidywalności dobro.  To, że mamy dobry, ciepły dom z ukochaną osobą u boku. Że potrafimy docenić i to, że najbliżsi są zdrowi i że jest miłość – ta wyrażona najprostszym gestem.