Mówiliśmy sobie: „Nic z tego nie będzie”. Kwitłam, schudłam, pomalowane paznokcie u stóp były symbolem, że znowu żyję

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
18 sierpnia 2017
Fot. iStock/mixetto
Fot. iStock/mixetto

Bierzesz ? – zapytał los…

Scenariusz banalny jak wszystkie komedie romantyczne: sama na weselu przyjaciółki, wokół pary i szczęśliwi ludzie. Miałam do wyboru tego wieczoru: dziesięć lat młodszego Marcina lub dziesięć lat starszego Pawła. Dodam, że sama młodością nie grzeszę ale, jak mówiła moja babcia – „na zachwyty serca a w sam raz”. :)

Trudno było się zdecydować. Dla kogoś, kto nie wierzył, że w ogóle jeszcze może wzbudzić jakieś zainteresowanie, to było jak strzała z nieba. Dla porządku zatem opiszmy moją powierzchowność: 10 kilo za dużo, zamaskowane wszystkie defekty, niczym Bridget Jones, wyszczuplająca, świetna sukienka, majtki ściągające pas, idealny makijaż od przyjaciółki. Z rozumem całkiem w porządku. A jak dodamy fakt, że i dosyć przyzwoicie się ze mną rozmawiało, zainteresowanie obydwu panów wcale nie musiało być symulowane.

Ale to Marcin odezwał się po weselu. Ten młodszy.

– Bierzesz? – zapytał los.

– Nie, teraz nie mogę. To nie jest najlepszy moment, może później?

– Później może się nie zdarzyć. Nie wiem, co będzie później, jestem losem a nie przeznaczeniem – odpowiedział.

Wzięłam. I nie żałuję. Trzy miesiące egoizmu, niczym nie skrępowanej radości życia, wspaniałego szaleństwa.

Pierwsze spotkanie nam kompletnie nie wyszło, a przynajmniej mnie się tak wydawało, ponieważ od razu, na dzień dobry, zupełnie nie wiedzieć czemu wystrzeliłam: z tego i tak nic nie będzie. Proponuję, żebyśmy nie udawali, nie ściemniali, nie oszukiwali siebie…

Już po miesiącu, za każdym razem kiedy otwierał mi drzwi do swojego mieszkania, witaliśmy się chórem: z tego i tak nic nie będzie! Do dzisiaj uśmiecham się do siebie na samą myśl tych słów.

Spotykaliśmy się coraz częściej, z reguły po pracy i obowiązkowo w każdy drugi weekend.

Wiedział, że jestem po rozwodzie, mam dzieci i byłam od niego starsza 7 lat. Oczywistym chyba było w takim przypadku, że … z tego i tak nic nie będzie :)

Kwitłam. Schudłam, miałam zawsze ogolone nogi, ułożone włosy, ładną bieliznę. Pomalowane paznokcie u stóp były symbolem, że znowu żyję. Z tęsknotą wyczekiwałam wspólnych weekendów i bez wyrzutów sumienia odwoziłam dzieci do taty. Przestałam dzwonić do nich, pytać, czy wszystko w porządku, zniknęłam ale za to sumiennie spędzałam swój czas z nimi, żeby zapracować na niczym nieskrępowane osobiste chwile radości. Bo o radości tutaj piszę przede wszystkim. Radości z odkrycia rzeczy, emocji, o które nigdy bym siebie już nie podejrzewała.

One we mnie były, ale zwyczajnie zapomniałam, że:

umiem się głośno śmiać, wygłupiać,

oglądać filmy całą noc,

spacerować bez sensu,

być dla Niego ważna.

Trzy miesiące solidnej dawki dopaminy, jakby moje serce i ciało pojechało do spa. Ani razu nie pomyślałam, że tak będzie już zawsze. Korzystałam z chwili, jego zainteresowania, wspólnych chwil razem. Nigdy nie zapytałam czy mnie kocha. Brałam na oślep, na zapas. A kiedy padło – moja mama chciałaby Cię poznać, wiedziałam, że już czas.

Nie miał żalu ani poczucia, że go wykorzystałam. Nie chciałam mieć więcej dzieci, on – przeciwnie. Nie chciałam jeszcze raz wychodzić za mąż – dla niego było to bardzo ważne. Nie miałam nic do zaoferowania, oprócz swojego towarzystwa, dobrej rozmowy i czasu do zabawy.

Zrozumiał.

Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni wręczył mi list.

Nie zakochuj się w kobiecie, która czyta, w kobiecie, która czuje zbyt wiele, w kobiecie, która pisze… Nie zakochuj się w kobiecie wykształconej, czarodziejce, rojącej, szalonej. Nie zakochuj się w kobiecie, która myśli, która potrafi wiedzieć, zdolnej wzbić się do lotu, w kobiecie, która ma wiarę w siebie. Nie zakochuj się w kobiecie, która śmieje się lub płacze, gdy się kocha, która potrafi przekształcić swego ducha w ciało, a nawet więcej… w kobiecie, która kocha poezję (są one najbardziej niebezpieczne) lub w kobiecie, która może stać pół godziny przed obrazem, która nie może żyć bez muzyki. Nie zakochuj się w kobiecie intensywnej, zabawnej, błyskotliwej, zbuntowanej, zuchwałej. Niech nigdy nie zdarzy ci się zakochać w takiej kobiecie. Bo gdy zakochasz się w tego typu kobiecie, czy pozostanie z tobą czy nie, czy będzie cię kochać, czy nie, od takiej jak ta kobiety nigdy nie wrócisz wstecz. Nigdy.

Martha Rivera Garrido


Cóż mu po iluzjach, moim ładnym zdjęciu na Facebooku. Wszystko to nic w porównaniu z prawdziwą miłością

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
27 sierpnia 2017
Fot. iStock/martin-dm
Fot. iStock/martin-dm

Jestem kanalią. I zdzirą pewnie też. I pomyśleć, że powiedziałam to na głos, a potem napisałam. Od zawsze bowiem życzę wszystkiego, co tylko mogłoby skutecznie obniżyć standard życia nowej kobiecie mojego byłego męża. Przechodzi mi tylko wtedy, jak sobie przypomnę, że zajmuje się moim dzieckiem co dwa tygodnie. Zresztą „zajmuje” to za dużo napisane. Towarzyszy. O niej będzie w następnym wpisie, teraz winny jest ktoś inny.

Facebook. Podejrzewam, że niejedno małżeństwo poszło z dymem, kiedy rozdzielone przez los pary, po latach często nawet szczęśliwego życia, zaczęły odnawiać kontakty. O „Naszej Klasie” nie wspomnę. Nagle wszyscy zaczęli organizować zjazdy, zloty, rocznice klasowe, malować trawę na zielono – wszystko po to, by udowodnić, że nasze życie jest pasmem niekończących się sukcesów, prywatnych i zawodowych oczywiście. A my, jak dwadzieścia lat temu, piękni i młodzi.

60 lat mojej szkoły podstawowej w malutkim miasteczku. Wspomnienia wspaniałe – jeden wielki, niekończący się obóz sportowy. Trenowałam rzut oszczepem, skok w dal i grałam w kosza. Byłam naprawdę niezła, ale wciąż za słaba, by zwrócić uwagę JEGO – rok starszego, pięknego (wtedy nie przystojnego) kapitana drużyny, również koszykarskiej. Rok później połączył nas zbieg okoliczności i przez trzy kolejne lata byliśmy nierozłączni. Ja oczywiście byłam już w szkole średniej. To rodzice nas odseparowali, bo kiedyś zamiast mądrej rozmowy, sprawy potencjalnych ciąż regulował zakaz spotykania się. Do dzisiaj jakaś część mnie nigdy im tego nie wybaczyła. Zdecydowanie, w wieku 17-tu lat, świat się dla mnie skończył. Ale najwidoczniej nie była to miłość mojego życia, bo nie walczyłam o nią do końca i szybko podporządkowałam się nowym warunkom. A potem przyszła miłość zła. Kto mógł wiedzieć, że tak źle wybiorę w życiu. Ważne, że, autonomicznie.

Odświeżyłam swoje zdjęcie profilowe, zawiązał się komitet organizacyjny balu szkolnego , podzieliliśmy zadania. Zastanawiałam się kiedy ON się odezwie. Bo na Facebooku był. Długo nie musiałam czekać:

– Fajnie wyglądasz, zawsze byłaś ładna. Będziesz na balu?

Pisaliśmy prawie całą noc. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, jaką mu wyrwę zostawiłam w sercu. Wspominaliśmy dawne czasy, dużo tego było. Chwilami się zapadał i na zmianę, a to był pełen żalu, to znowu uradowany mając w perspektywie nasze spotkanie.

– Jesteś szczęśliwy ?- zapytałam.

– Nie wiem. Chyba tak. Skąd mam wiedzieć. Teraz jestem. A Ty?

– Ja bywam – odpowiedziałam i umówiliśmy się, że zatrzymamy się w tym samym hotelu. Żeby pogadać, napić się. Wiadomo.

Kolejnego dnia już tylko myślałam o tym, że muszę kupić nową, ładną bieliznę (tak na wszelki wypadek), oddać do prania dyżurną wyjściową sukienkę i najlepiej schudnąć jeszcze ze 3 kilo. Żeby się zachwycił. Żeby ta noc była tylko nasza, żeby było jak dawniej, żeby …

I wtedy przyszła wiadomość. Od NIEJ. Znalazłam ją dzień później co prawda, w folderze – „Inne”.

„Wiem, kim jesteś. Towarzyszyłam mu w zapominaniu o tobie. Kilka dobrych lat, jeszcze na studiach. Długo cię szukał. Byłam cierpliwa i bałam się, że mnie nigdy tak mocno nie pokocha. Ale pokochał. Pozwoliłam mu na prywatny ołtarzyk, wiem, gdzie chowa listy od ciebie, pamiątki, zdjęcia. Miałam wrażenie, że do ślubu też szła nasza trójka. Chyba nigdy nie przestał tęsknić. Postanowiłam, że będę go kochać za nas obie. Gdyby ci zależało, na pewno dałabyś się znaleźć. Na moje szczęście zniknęłaś z naszego życia. Mamy skromny, ale fajny dom, dwie córki, bardzo kochamy Piotra. Wiem, że on dla ciebie już nic nie znaczy, dlatego proszę cię, zostaw go w spokoju. Wiem też o balu i wiem, że nie znajdę w sobie już tyle siły i mądrości, żeby jeszcze raz przez to przechodzić”.

Zdzira to mało powiedziane. Nie pomyślałam o niej ani razu. Czułam się tak idiotycznie, jakbym brała udział w jakimś pie*dolonym konkursie na królową balu. Wybierz mnie! Wybierz mnie!

Czy my wszystkie jesteśmy złe z natury czy tylko, kiedy rodzi się okazja? Czy jesteśmy naprawdę takie naiwne, żeby wierzyć, kiedy on mówi, że jest nieszczęśliwy w małżeństwie, czy zwyczajnie chcemy to usłyszeć, żeby go uratować? Uratować i udowodnić przy okazji, jakie to jesteśmy szlachetne, poczciwe i dobroduszne. Wiadomo przecież, że fajniejsza jest zawsze każda inna kobieta od żony, dopóki sama się nią nie staje…

Przypomniał mi się piękny cytat, który znalazłam gdzieś na Facebooku (tak, dalej uważam, że wszystko co złe, jest na Facebooku): „Lepsza jest najboleśniejsza prawda, która niesie wiedzę o ograniczeniach, niż najpiękniejsza iluzja, która widzi moc tam, gdzie jej nie ma”.

Jego żona wygrała według mnie wszystkie konkursy na świecie. Wygrała swoją prawdą i siłą, którą budowała na ograniczeniach. Cóż mu po iluzjach, moim ładnym zdjęciu na Facebooku. Wszystko to nic w porównaniu z prawdziwą miłością. Tylko się trzeba w porę otrząsnąć.


A – jak alimenty, czyli alfabet świeżej rozwódki

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
22 kwietnia 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
Fot. iStock/AleksandarNakic

Alimenty są jak wrzód na tyłku każdego mężczyzny, który rozstaje się z matką swoich dzieci. Do dzisiaj nie zbadano, co ich tak boli najbardziej, portfel, czy duma. (celowo pomijam przypadki, kiedy to rozwódka musi płacić alimenty, bo całe życie dziada utrzymywała i musi zapewnić mu godne warunki, do jakich go przyzwyczaiła).

Cóż więc jest takiego niewygodnego w tej, jakże bolącej sprawie?

Ojciec moich dzieci, z którym się rozstawałam twierdził, że alimenty płaci się tylko kobietom lekkich obyczajów, więc żeby go nie ranić używałam słowa – mecenanty , od słowa „mecenas” – patron, opiekun.

W ogóle uważam, że rozprawa alimentacyjna, jest swoistego rodzaju przypowieścią o człowieku, który odchodzi… „Po alimentach ich poznacie” – rzekłabym nawet. W tej jednej sumie, wyszarpywanej z gardła facetowi, któremu urodziłaś dzieci, jest coś odbierającego godność nam, kobietom, które zostają z całym tym gównem po rozstaniu. Niebywałe jest również ich przekonanie, że to pieniądze, które rozpuścimy na waciki i inne własne przyjemności, bo przecież sumy są to zawrotne, a my już do 18-tego roku życia będziemy dzieci karmić zupą z proszku i podrzucać sąsiadce na wakacje, wysyłając fotki z parówkami znad morza. Zadziwiający jest również wyraz ich twarzy, kiedy pierwszy raz dostają podsumowanie wydatków, jakie ponosimy każdego miesiąca na dziecko. – Co to jest? Jedna para spodni kosztuje 80 złotych?? I nie wiesz, czy masz się śmiać, czy płakać, czy nie machnąć ręką na te całe alimenty dla świętego spokoju. O nie, drogie Panie po rozwodach, nie ma świętego spokoju, nic takiego nie istnieje. Ja po czterech latach od „rozwodu” spokój mam tylko wtedy, kiedy mój były „mąż” kłóci się ze swoją obecną kobietą. Zabawne są te zwroty akcji, ale o tym w kolejnym odcinku

Ja nie dopilnowałam sprawy alimentów przy rozstaniu, bo uwierzyłam w dobrą wolę i stwierdzenie – „będę płacił za szkołę”. „Będę płacił za szkołę” dzisiaj bowiem oznacza: opłać obiady, zajęcia dodatkowe, opiekę na świetlicy… No i tak obcinał z roku na rok, a ja tylko z wezwań do zapłaty orientuję się, ile jeszcze dołożyć. Opłacam wszelkie „bieżączki”, dlatego tatusia stać na zakup kilku markowych rzeczy w roku i wakacje zagranicą. Z pewnością nie jest po równo, a już z pewnością nie według potrzeb.

Im bardziej starałam się być w porządku, tym więcej gnoju leciało na moją głowę. I wtedy mnie olśniło. Jeśli już dostaję za wszystko, jak leci, to przynajmniej niech będzie wiadomo za co! Przede mną kolejna rozprawa alimentacyjna i postanowiłam pójść na całość. Kujcie drogie Panie żelazo, póki gorące. Zdanie na swój temat i tak znacie, bo przecież znacie. Była teściowa: „Zawsze była pazerna”, były mąż: „Tylko pieniądze są dla ciebie najważniejsze”, obecna kobieta byłego męża: „Dziwię się, że nie ma w sobie za grosz godności”. Brzmi znajomo? Dlatego nie odpuszczajcie żadnej złotówki, honor zakopcie razem z pamiątkami z małżeństwa (ok, ślubne zdjęcie na pamiątkę dla waszych dzieci może zostać) i zalejcie cementem. Wiem, co piszę.