Mówił, że jestem naiwną dziwką. „Zabiorę ci dziecko i sprzedam je w Szwecji. Tam jest wielu chętnych” – grozi

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
22 kwietnia 2018
Fot. iStock
 

„Jestem z tobą w ciąży. Nie chcę tego dziecka, jak go nie weźmiesz, zostawię je na śmietniku”. Rozłączyła się. Akurat siedzieliśmy w salonie, mieliśmy obejrzeć jakiś film. K. otworzył wino. I ten telefon. Pięć lat małżeństwa, a tu dzwoni jakaś kobieta mówiąc, że mój mąż jest ojcem jej dziecka?

Świat mi zawirował. Jakbym znalazła się w innej czasoprzestrzeni. W głowie krzyczało mi: „Jakie dziecko?”, „Jaka ciąża?”, „To jakaś pie*dolona pomyłka. Ktoś sobie robi jaja”. Nie robił. K. spotkał ją na jakimś służbowym wyjeździe. Podrywała go. On pijany, impreza. Seks w toalecie i tyle. Tłumaczył, że mi nie powiedział, bo to było kompletnie bez znaczenia. Nie zabezpieczył się. Nie wiedział, ile ona miała lat.

Okazało się, że 18. Młoda, przestraszona dziewczyna, która nie wie, co ma ze sobą zrobić. Była w czwartym miesiącu ciąży, za późno na aborcję, zresztą chciała urodzić to dziecko, ale się nim nie zajmować…

Zdaję sobie sprawę, że to wszystko brzmi nieprawdopodobnie, pewnie nikt by tego nie wymyślił, ale scenariusz napisało życie.

Mi w całej tej absurdalnej sytuacji, załączył się tryb, że najważniejsze jest dziecko. Mój mąż musiał ponieść konsekwencje tego, co zrobił. Na pewno nie bez znaczenia było, że od kilku lat staraliśmy się o dziecko. Nie wychodziło. Ja byłam już po badaniach, problem nie leżał po mojej stronie, za kilka dni mieliśmy odebrać wyniki K. Wtedy nie powiązałam tych faktów, nawet gdy badania pokazały, że ma on 10% szans to, by zostać ojcem. Przecież była dziewczyna, ciąża, seks w toalecie.

„Zgodzę się wziąć to dziecko, jeśli będziemy udawać, że jest nasze” – postawił warunek. Małe miasteczko, on trochę wpływową osobą, nie chciał skandalu. Dzisiaj wiem, jak to brzmi, ale wtedy wydawało się najlepszym wyjściem. W końcu bardzo chcieliśmy mieć dziecko, a przecież ja mogłam wyjechać do szpitala, w którym przeleżałam całą ciążę na tyle daleko, żeby nikt mnie nie chciał odwiedzać – mówiliśmy, że najważniejsza jest  najlepsza opieka. Wszystko wyglądało bardzo wiarygodnie. Przez te miesiące poza domem opiekowałam się 18-latką, która miała za chwilę zostać matką. Czasami wyobrażałam sobie, że to nasza surogatka, że dziecko i tak jest nasze, wspólne.

Byłam przy porodzie, trzymałam Majkę na rękach tuż po narodzinach. Słyszałam jej pierwszy krzyk. A kiedy jej biologiczna matka opuściła szpital zrzekając się wszelkich praw do dziecka, a ja z małą zostałam, bo miała żółtaczkę, poczułam, że mam mleko w piersiach. Mogłam karmić swoją córkę, bo to, że się nią stanie było tylko formalnością. K. odwiedził nas raz w szpitalu, nie był specjalnie zainteresowany ani dzieckiem, ani mną.

Znaliśmy się ponad osiem lat. Między nami bywało różnie, on był bardzo wybuchowy, nerwowy. Potrafił podnieść na mnie głos, rzucić moim telefonem. Nie zdawałam sobie sprawy, w jakim związku tkwiłam. Wydawało mi się normalne życie na takim rollercoasterze – raz spokojnie i z czułością, innym razem w kłótniach, szarpaninach. Nie miałam pojęcia, jak to wszystko odciska się na mojej psychice. Nie zauważyłam, kiedy odsunęłam się od znajomych, przestałam wychodzić bojąc się kolejnych awantur i nie chcąc się tłumaczyć, gdzie i z kim byłam. Cała moja uwaga skupiała się na tym, że chcę mieć dziecko, okazało się, że do tego stopnia, że nieswoje przyjęłam jako dar, od razu uznałam  za moje. Ojcem był K., ja po załatwieniu wszystkich formalności zostałam matką adopcyjną. Nikt niczego nie podejrzewał.

„Jak ten dzieciak się nie zamknie, to wywiozę was do lasu” – K.  darł się w nocy, kiedy Majka płakała. Kiedyś naprawdę nas wywiózł. Kazał się zbierać, wepchnął mnie z małą do auta i zawiózł jakieś pół godziny drogi od domu i zostawił. Moja siostra nas wtedy przygarnęła. Nie chciałam za dużo mówić. Skończyło się na: „Wiesz, w każdym domu zdarzają się awantury”. I tyle. Nic więcej. Zamykał nas w domu, zabierał klucze, żebym nie mogła wychodzić z Majką na spacer, bo nie wiedział, czy z kimś się po drodze, jak to mówił: „nie puszczę”. Zaczęłam się go bać. Bałam się o bezpieczeństwo córki. Zawsze po awanturze, wyzywaniu mnie w nocy, zamykaniu w łazience przyjeżdżał z kwiatami. Przepraszał, płakał, mówił, że sytuacja go przerasta. A ja chciałam wierzyć, że skoro on obiecuje, że to był ostatni raz, że pójdzie po pomoc do specjalisty, to naprawdę tak będzie. Do kolejnej awantury…

Kiedy Majka miała pół roku dostałam maila, od jej matki biologicznej. „Cześć. Mam nadzieję, że u was wszystko w porządku, ale muszę ci o czymś napisać. Nie dawało mi spokoju, jak powiedziałaś, że K. ma 10% szans na zostanie ojcem. Policzyłam dokładnie i faktycznie twój mąż nie może jednak być ojcem Majki. Wiem jednak, że jesteście fajną rodziną, ciebie zdążyłam poznać, na pewno jesteś dla niej najlepszą matką na świecie. Pozdrawiam”.

Do maila załączony był ten wysłany do K., w którym informowała go, że nie jest ojcem… To wszystko brzmiało jak jedna wielka cholerna pomyłka. Jakbym brała udział w jakimś reality show i nagle ktoś wyskoczy zza zasłony i krzyknie: „Mamy Cię!”.

Było coraz gorzej. Jakiś pieprzony matrix. On wracał do domu ze służbowych kolacji podpity i mówił, że nie chce tego „bachora”, że to nie jego, że ja jestem nawiną dziwką, która dała się na to wszystko nabrać, a może nawet sama to wymyśliłam. Siedziałam cicho, ale kiedy zbliżał się do łóżeczka rzucałam się na niego, obrywałam za każdym razem, ale to działało, bo K. odpuszczał, skupiał się na mne. Byłam w potrzasku, nie miałam pojęcia, co robić, a strach odbierał mi zdolność racjonalnego myślenia. Kiedy rzucił we mnie Majką, którą ledwo co złapałam, wiedziałam, że muszę uciekać. Zadzwoniłam do siostry, zabrała nas, ale to był dopiero początek.

Od dwóch lat toczy się w sądzie sprawa o prawo opieki nad Majką. Nadal nikt nie wie, że K. nie jest ojcem, a o mnie sędzia potrafi powiedzieć: „Przecież pani jest jedynie matką adopcyjną”. Jedynie? Przecież wyrokiem sądu tą mamą zostałam, dlaczego teraz nie ma to większego znaczenia? K. chciał opieki naprzemiennej. On, który nigdy dłużej niż 5 minut Majki nie trzymał na rękach, nigdy jej nie zabrał na spacer? Pewnego dnia wysyczał mi: „Zabiorę ci ją, wywiozę do Szwecji, sprzedam i tyle ją będziesz widzieć”. Boję się. W prokuraturze złożyłam dokumenty dotyczące zaprzeczeniu ojcostwa. Są tam zeznania świadków, oświadczenie biologicznej matki, wyniki badań K., opinia biegłego, który na podstawie badań wydał opinię i nikłym prawdopodobieństwie ojcostwa. Prokurator jednak nic nie robi, zbywa mnie, a chodzi tylko o skierowanie K. na badania DNA. To załatwiłoby całą sprawę, ucięłoby jego rzekome starania się o córkę.

Oprócz ustalenia opieki nad dzieckiem, toczy się sprawa karna przeciwko K. o znęcanie się nade mną i dzieckiem. Sędzia ma dwie godziny nagrań, jak K. mnie obraża, poniża, jak mi grozi, słychać jak odzywa się do dziecka i co o nim mów. Ma moją obdukcję, świadków. I cisza, sprawa się przeciąga. Kiedy sędzia wysyła się nas na badania, biegłe psycholog piszą, że ojciec ma z dzieckiem wyjątkową więź i powinien mieć z nim stały kontakt?!? One nie słyszały, jak Majka przez pół godziny z ojcem w sali zbaw non stop płakała? Uspokoiła się dopiero, kiedy wzięłam ją na ręce. Biegła niezależna psycholog wydała opinię, że moja córka jest dzieckiem, które doświadczyło przemocy, a sąd chce dać ją ojcu, który de facto ojcem nie jest?

Dlaczego to opowiadam? Bo czuję się bezsilna, bezradna, bo już nie wiem, gdzie mogłabym pójść, żeby udzielono mi pomocy i uwierzono, że mąż się nade mną znęcał, że ofiarą przemocy jest także dziecko. Ale przecież nie mogę się poddać, nie mogę odpuścić, choć coraz częściej mam wrażenie walki z wiatrakami. Ostatnio usłyszałam, że za szybko i zbyt nerwowo mówię, trochę jak nienormalna… I to z ust prokuratora. Sędzia twierdzi, że to mój były mąż jest zrównoważony, opanowany, a ja zachowuję się histerycznie. Ludzie! On mnie bił, upokarzał mnie, groził mojemu dziecku, jak mam być spokojna, skoro każdej nocy drżę, że zabiorą mi córkę i już nigdy jej nie zobaczę. Jemu nie zależy na dziecku, on chce kontrolować moje życie, chce być w nim obecnym, chce mnie zniszczyć. Naprawdę tak trudno to zauważyć?

Za kilka dni kolejna rozprawa. Trzymajcie proszę kciuki, żeby wszystko się dla mnie i Majki dobrze skończyło. Chcę wyjechać z tego kraju, jak będzie po sprawie. Nie chcę żyć tu, gdzie ofiara przemocy nie doświadcza pomocy, a wierzy się tylko mężczyźnie.


wysłuchała: Ewa Raczyńska

 


Nie pozwalasz dziecku samodzielnie decydować o swoim ubiorze? Popełniasz błąd

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
23 kwietnia 2018
Fot. iStock/evgenyatamanenko
 

„Mamo, ja nie lubię tej bluzki”, „Mamo, chcę założyć spódniczkę”, „Mamo, chcę tę czapkę. Kupisz mi?”. Wszystkie to znamy i kiedy słyszymy któreś z tych zdań, przewracamy oczami. „Bo kto to widział, żeby maluch decydował, co ma założyć? Jak będzie starszy, to można o tym pomyśleć, a teraz niech nie wymyśla i szybko się ubiera, bo jeszcze się spóźnię do pracy” – tłumaczymy się same przed sobą. Jeśli i ty nigdy nie pozwalasz swojemu dziecku decydować, co ma założyć i we wszystkim je wyręczasz, powinnaś jak najszybciej zmienić swoje podejście. Możesz się zdziwić, ile dzieci wiedzą na temat mody. Udowodniły to choćby na blogu Akademii 5.10.15.

Rodzicielstwo często opiera się na skrajnościach. Z jednej strony chcemy, żeby nasze dzieci były samodzielne, z drugiej – wolimy wszystko zrobić sami, żeby było nie tylko szybciej, ale i lepiej. Ubieranie się to idealny przykład. Irytujemy się, gdy dziecko tupie nogą i obwieszcza, że nie założy tej kwiecistej sukienki, ponieważ woli szare, dresowe spodnie, a jednocześnie chciałybyśmy, żeby jak najszybciej stały się samodzielne. Żebyśmy nie musiały każdego ranka szykować tych wszystkich rzeczy i pilnować, czy aby na pewno wszystko zostało dobrze założone.

Poza tym (choć głupio się do tego przyznać) nie chcemy się wstydzić naszych dzieci. A przecież będzie zwracało na siebie uwagę, kiedy do spódnicy w żółto-zielone paski założy bluzkę w kwiaty. Ludzie na ulicy na pewno będą z politowaniem patrzeć i zastanawiać się, co to za matka, że tak wypuściła dzieciaka na dwór.

Tak, lubimy nasze „dorosłe” lęki i obawy przenosić na dzieci. One natomiast mają w głębokim poważaniu, co inni myślą o ich ubiorze. Szkoda, że to podejście do własnego wyglądu i odbioru przez społeczeństwo gdzieś z wiekiem zanika, czyż nie?

Istnieje kilka powodów, dla których powinnaś pozwolić swojemu dziecku na większą swobodę w kwestii samodzielnego ubioru. Oto największe plusy:

Samodzielność to podstawa

Wybór ubrania do przedszkola i szkoły to nie siekanie cebuli ostrym nożem – nic nie powinno się wydarzyć. Skoro nie grozi dziecku żadne niebezpieczeństwo, dlaczego nie można mu pozwolić na naukę samodzielności? Jasne, jeśli na dworze jest ukrop, a twoja pociecha chce założyć wełnianą sukienkę, warto wybić jej to z głowy. Chociaż z drugiej strony, to też będzie cenna lekcja – inne ubrania nosimy zimą, a inne latem.

Zaskakująca kreatywność

Dzieci chętnie bawią się kolorami, wzorami i dodatkami. Wybór ubrania pozwala im na rozwinięcie swojej kreatywności i wykorzystanie wyobraźni. Co z tego, że twoim zdaniem te spodnie nie pasują do bluzki? Według dziecka to zestawienie jest idealne. Można się zdziwić, co dzieci potrafią ze sobą połączyć. A jeśli im sprawia to radość i dobrze się czują w danej stylizacji, to dlaczego nie można na to pozwolić? Bo tobie, drogi rodzicu będzie wstyd? Daj spokój, jakoś przeżyjesz ten „najnowszy krzyk mody”. To dobra lekcja także dla ciebie – przygotujesz się na przyszłość, gdy twoje nastoletnie dziecko zacznie pasjonować się jakąś subkulturą i kombinować ze swoim wyglądem.

Cenna umiejętność stawiania na swoim

Jeśli chcemy, żeby nasze dzieci potrafiły odnaleźć się w dorosłym życiu, muszą umieć postawić na swoim. Wiadomo, że rodzicom trudno jest się postawić, ponieważ ciągle zasypują dzieci argumentami typu „nie, bo nie”, ale kiedyś trzeba próbować, prawda? Musisz pamiętać, że twoje dziecko jest odrębną jednostką i ma prawo decydować o sobie (w granicach rozsądku i w sprawach adekwatnych do wieku) – przede wszystkim o swoim wyglądzie. Nie staraj się stworzyć z dziecka ideału, który wykreowałaś sobie w głowie. Jeszcze w ciąży planowałaś, że Zosia będzie słodką blondyneczką z opaską na głowie, w kwiecistej sukience i białych pantofelkach, a ona teraz wydziera się w sklepie, bo chce, żebyś kupiła jej bluzkę na dziale chłopięcym, więc czujesz się rozczarowana i zawiedziona? Najgorsze, co możesz zrobić, to zmusić dziecko, by wpisało się w ramy, które ty już dawno wyznaczyłaś. Błąd!

Plusy dla rodziców

Bardzo szybko docenisz, że twoje dziecko potrafi samodzielnie się ubierać. Masz pojęcie, ile czasu rano zaoszczędzisz, kiedy te wszystkie spory i dyskusje przy komodzie z ubraniami odejdą w niepamięć? Ach! I ta duma! Duma z własnego dziecka, które opanowało kolejną umiejętność. To w dużej mierze od ciebie zależy, jak szybko będzie się rozwijać i uczyć nowych rzeczy. My, dorośli oczywiście możemy pokazywać i ukierunkowywać, często jednak wystarczy dać im wolną rękę i obserwować kątem oka. Na ogół poradzą sobie lepiej niż nam się wydaje…

Chcesz poczytać więcej na temat dziecięcej kreatywności i talentach? Odwiedź Akademię 5.10.15. i dowiedz się więcej:

Czy moje dziecko ma talent?

Co sądzą dzieci o sławie, talencie i modzie?

Wiosna, ach to ty… czyli kontrowersje wokół czapeczki

Anna Dereszowska: Jak być zdolnym i szczęśliwym?

Artykuł powstał we współpracy z marką 5.10.15.


Dlaczego niekochane córki źle wybierają w miłości? Jest co najmniej 9 powodów

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
22 kwietnia 2018
Fot. iStock / Koldunov
Następny

Niekochane córki wpadają w sidła toksycznych związków jak śliwki w kompot. Raz za razem powielają ten sam schemat, te same błędy. I trwa to dopóki nie uświadomią sobie, że bardzo wiele w ich życiu zostało uwarunkowane dawno temu, gdy jeszcze były małymi dziewczynkami. Tymi, które nieustannie musiały walczyć o każdą sekundę uwagi, o każdy ochłap emocji i warunkowe uznanie. Na końcu swojej walki i tak musiały zmierzyć się z rozczarowaniem. Nigdy dość dobre, nigdy niewystarczające. Niegodne miłości, której tak łaknęły.

Bardzo trudno jest zejść z tego rollercoastera. Pierwszy krok, to zobaczyć, że od wielu lat siedzimy w pędzącym wagoniku… Jeżeli zobaczysz u siebie, któryś z tych schematów, będziesz mogła zacząć z nim walczyć i kochać bez dotychczasowego obciążenia.

9 powodów, dla których niekochane córki źle wybierają w miłości

1. Szukają tego, co dobrze znają

Niestety nie zaznały tego, co dobre. Nie mają pojęcia czym jest miłość bezinteresowna, dodająca skrzydeł, wspierająca.  One nie wiedzą – bo skąd?

To czego doświadczamy w dzieciństwie zostaje w nas na zawsze. Jeżeli masz kochającego i wspierającego rodzica, który pokazuje ci dobry i bezpieczny świat – będziesz żyć lekko i bez lęku. Jeśli zaś nie miałaś tego szczęścia, będziesz powielać swój trudny schemat. Ten, w którym świat i ludzie są zagrożeniem, ale który jest dla ciebie „bezpieczny”, bo dobrze znany. Zawsze boimy się tego, co nowe. Niekochane córki boją się „dobra”.

2. Są podatne na bombardowanie miłością

Każdy okruch rzucony w ich stronę jest atrakcyjny. Każde zachowanie choć z pozoru czułe i ciepłe – jest dla nich bogactwem. Iluzja miłości rośnie na tym gruncie bardzo łatwo , szybko sięga nieba – choć z tym prawdziwym niewiele ma wspólnego.

Niekochane córki łatwo padają ofiarą toksycznych relacji – narcyzów i przemocowców. Oni mają sobie równych w tworzeniu iluzji Kopciuszka.

3. Zaślepiają je doświadczenia z dzieciństwa

Taką mamy naturę, że gdy coś boli, chcemy ten ból zminimalizować. To jak z kłamstwem, które posuwa się czasem tak daleko, że sami zaczynamy w nie wierzyć. Magia racjonalizacji. Im dłużej tkwimy w toksycznej relacji, tym mocniej wmawiamy sobie, że wszystko jest w porządku. To, co kiedyś było niedopuszczalne, dziś staje się normą/codziennością. Płynnie i niepostrzeżenie przesuwamy granice. A co, jeśli od samego początku, od dzieciństwa, nasze granice stały w niewłaściwym miejscu?

Niekochane córki są podatne na manipulacje i wszelkie nadużycia. Nie mają żadnych zasobów by się bronić.

4. Szybko siebie obwiniają (często bez powodu)

Bo tego zostały nauczone. Zawsze były nie takie, jak powinny. Nie dość dobre, zdolne, ładne. nie wystarczające by je kochać, chwalić, być dumnym. Wiecznie musiały się starać, by zapracować na uwagę, pochwałę, czas, zadowolenie rodzica. I ta myśl: „co muszę zrobić, by wreszcie zasłużyć na jej/jego miłość” z nimi została. Zawsze za brak miłości i niepowodzenia w relacjach obwiniają siebie.

5. Źle definiują „miłość”

Ponieważ nie wiedzą czym jest ta „prawdziwa”, jaka mogłaby być. Zostały wychowane w poczuciu, że za każdy skrawek miłości, trzeba czymś zapłacić.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

Zobacz także

Chris Corner: Depression is a silent killer, that’s way whe sould talk about it as loud as possible.

Chris Corner: Tragiczna ironia tego, czym jest depresja, polega na tym, że unikanie jej tylko podsyca ogień

Jak optycznie powiększyć mały pokój? Poznaj kilka prostych trików, dzięki którym stanie się on ciepły i przytulny

Karma wraca. To co dajesz, to też do ciebie przyjdzie. 12 praw Karmy, które warto wcielić w życie

Karma wraca. To co dajesz, to też do ciebie przyjdzie. 12 praw Karmy, które warto wcielić w życie