Mówią, że szczęście jest sumą przypadków. A gdyby tak wygrać milion?

Anika Zadylak
Anika Zadylak
9 listopada 2016
Fot, iStock/nullplus
Fot, iStock/nullplus

Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby na wasze konto nagle wpadł okrąglutki milion? Albo i dwa? No ba! Nie przyznajemy się do tego głośno, ale większość z nas była już z tą sumką na zakupach. I domy z basenem budowała, kraje odległe zwiedzaliśmy, jeździliśmy na koncerty największych gwiazd, kupowaliśmy drogie auta i złote zegarki. Czasem lot balonem, czasem jakieś prezenty dla najbliższych, czy operację dla chorej mamy. Bo pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają na szaleństwa, o których marzy każdy. W moim pięknym mieście, w pewnym urokliwym miejscu stoi ławeczka. Przesiaduje na niej zazwyczaj tych samych trzech jegomości. Popijając winko marki wino, prowadzą wieczorne Polaków rozmowy. Dosiadłam się więc na dłuższą chwilkę i posłuchałam, na co przeznaczyli by swoją wygraną. 

Pan Tadziu

Pan Tadzio ma 60 wiosen z kawałkiem. Jest bezdomny  z własnego wyboru. Mawia, że ludzie wolni, mogą mieszkać wszędzie i on z tego przywileju korzysta. Z rozbrajającą szczerością przyznaje się też do swojego zamiłowania napojami wyskokowymi. Oraz do tego, że pieniądze go chyba nie lubią. Bo się go zwyczajnie nie trzymają i już. Ale gdyby je miał, to wiedziałby co z nimi zrobić. – Kochaniutka, milion? To istnieją tak ogromne pieniądze? Dla mnie stówka to sztaba złota! Ale jak mówisz, że można tyle mieć, a nawet wygrać, to warto też się rozmarzyć. W końcu nadal żyję, mam się nieźle jak na mój hulaszczy tryb życia to i czemu nie.

Powiem szczerze, że większość oddałbym mojej ciężko chorej żonie. Co z tego, że byłej? Prawda jest taka, że ja swoim chlaniem się do tego chorowania mocno przyłożyłem. I wstyd mi jak cholera, więc wysłałbym jej anonimowo, żeby na leki i na nic jej nie zabrakło. Anonimowo, bo kobieta swój honor ma i normalnie, nic by ode mnie nie przyjęła. Swoją drogą człowiek to takie niedoskonałe stworzenie jest. Przecież dobra była, kochałem ją i nadal kocham, a jednak krzywdzę… Dużo też bym dał na chore dzieciaki. Bo nie ma większego bólu dla rodzica, jak umierające dziecko. A nasz kraj piękny jest ale podły i chytry. Daje nie tym co trzeba, a tym, co nie trzeba, odbiera. Księżą bym nie dał złamanego grosza! Oni przez te swoje opasłe brzuchy i tak już drugiego człowieka nie widzą. Sobie bym buty kupił, bo zima idzie i czapkę cieplejszą. O! I ławkę bym nam taką wygodniejszą, z wiatą postawił. Może nawet jakoś ocieplił. Siedzielibyśmy sobie z  chłopakami, śnieżek by prószył, kolędy z okien roznosiły. A my byśmy sobie popijali i cieszyli, że mamy choć tyle.

Pan Henio

Pana Henia poznałam dwa lata temu na Wigilii dla ludzi bezdomnych. Ciepły człowiek, były bibliotekarz, dla którego nie ma złych pisarzy. – Wina czasem za mało, moje dziecko, czyli weny – mruga okiem i pociąga spory łyk. Gdybym grał i wygrał, to kupiłbym moim towarzyszom doli, a głównie niedoli, garnitury eleganckie. Do fryzjera byśmy poszli i wykąpać się, do hotelu jakiegoś. Najpierw wyspać w czystej pościeli, a potem na kolację bym ich zabrał. Jest tu taka restauracja elegancka i kiedyś przechodziłem, to jeden gość tam taka piękną goloneczkę jadł. Takie dzieło sztuki, że jak patrzyłem na nią, to aż smak czułem. A ponieważ dobrze się konsumuje tylko w dobrym towarzystwie, to z kim jak nie z moimi chłopakami?

I do muzeum Beksińskiego bym ich zabrał, żeby trochę sztuki zaznali. Bo taki zacny człowiek, takie dzieła malował, aż żal nie znać i nie zobaczyć. I tym naszym kotom osiedlowym domki postawił. To poczciwe stworzenia. Szkoda i serce boli, jak człowiek patrzy, że marzną. No i oczywiście też bankiet urządził, bo z milionem w garści, to przecież głupio po zwykłym piwie postawić. Kolegów z innych ławeczek bym zaprosił, nakarmił, popatrzył jak się cieszą. Bo cóż jest bardziej wartościowego od radości drugiego człowieka? Od tego, że możesz sobie pozwolić na luksus i ten uśmiech komuś podarować? No sama powiedz, co cię w życiu najbardziej cieszy? Jak się twoi bliscy radują. Więc ja bym radosny bankiet urządził i nikomu niczego, nie żałował. I jeszcze bym taki piękny plac zabaw wybudował dla wszystkich! Nie tylko dla dzieci. Dlaczego? Bo my dorośli często zapominamy, że dotąd  dzieckiem jesteśmy, dokąd nam się tyłki w huśtawkę mieszczą. I chodzimy tacy smętni, szarością oblani. A może jakbyśmy się choć trochę na karuzeli pokręcili, to wszystko wydawałoby się prostsze, ładniejsze. I jeszcze do mamusi mojej, na grób bym pojechał. Lata nie byłem, świeczkę bym zapalił i podziękował. Za ten trud, za tę miłość jaką mi dała, choć tak szybko odeszła. I przeprosił, że mi to życie jakoś tak nie do końca wyszło.

Pan Stasiu

– Wszystko bym moim dwóm synom oddał. Dobre chłopaki są, uczciwe. Pracują, mają rodziny, a wiem bo czasem ktoś mi tam opowiada, co u nich. I raz w ubiegłym roku przypadkiem widziałem jednego z żoną i córeczką. Piękni tacy, jak z obrazka. To ja zawaliłem, wódkę i bezdomność wybrałem, niczyja wina. A zwłaszcza moich chłopaków. Matka ich piękną pracę wykonała, tak dobrze wychowała na porządnych ludzi. Choć  ja ojciec, złamany drań.  A sobie, to tylko jedną rzecz bym kupił. Aparat, żeby zdjęcia robić. Bo kiedyś przeczytałem, że wszystko jest fotografią a ta przecież, zatrzymuje wspomnienia i piękne chwilę. Na zawsze. Pamięć szwankuje, lata lecą a tyle cudowności wokół przecież. Takie zatrzymane na zdjęciu piękne momenty mogą dać człowiekowi siłę w najgorszym momencie. Czasem życie uratować. Jak mi, już zresztą nie raz.

Pan Stasiu drżącymi dłoniami wyciąga coś z kieszeni pomiętej marynarki. – To ja, jak jeszcze byłem młody chłopak, z tatą moim. Mądry człowiek to był ogromnie, pół wioski się do niego radzić przychodziło. Taką dumę czułem, że koledzy mi go zazdroszczą. I jak mi jest tak totalnie paskudnie, to patrzę sobie na to zdjęcie. I nie myślę o tym, że takiego ojca miałem. Tylko sam do siebie mówię: „Stasiek, ty ch*j byłeś i jesteś dla swoich dzieci. Ale popatrz, przypomnij sobie, jakim szczęściem było, posiadać takiego rodzica. Weź ty się w garść człowieku, pomyśl, bo może jeszcze nie wszystko stracone. Może ci jeszcze wybaczą synowie i też takie zdjęcie z tobą, nosić kiedyś będą”. Czasem się przechadzam i zwykłe cuda obserwuję. Jak chłopak dziewczynę przytula, jak nasze Bieszczady jesień maluje, gdy księżyc okrągły i wielki świeci. Zatrzymywałbym to wszystko w tym swoim pudełku jednym pstryknięciem. I gdy źle mi i zimno, ogrzewał się słońcem z fotografii i pocieszał, że za kilka miesięcy na niebo wróci. O! I Heniutkowi ten bilet bym kupił, żeby do matki swej pojechał choć raz. Bo zawsze tak ładnie o niej wspomina.

Mówią, że szczęście jest sumą przypadków. Że nie można go zdobyć za żadne pieniądze. Ale taki milion, mógłby jak widać zdziałać wiele dobra.

Patrząc na mojego ciężko chorego syna, wiem, na co wydałabym w pierwszej kolejności. Potem, zabrałabym Pana Tadzia na golonkę, a Stasiowi sprawiła polaroida. Bo na ławeczce nauczyłam się, że każda wygrana cieszy tylko wtedy, gdy można się nią podzielić. A prawdziwe szczęście to możliwość obserwowania cudzej radości.

A ty? Co zrobiłbyś ze swoim milionem?


Po co pani cztery kurtki? A tak pragmatycznie, zawsze można zwrócić… O promocji w Lidlu słów kilka i nie tylko

Karolina Krause
Karolina Krause
9 listopada 2016
Fot. iStock/olaser
Fot. iStock/olaser

Cały internet pokrył się lidlowską plagą. Wszyscy tacy bardzo oburzeni, że „jak tak można?!’, „nie mają wstydu?”, „żenada!”, „buractwo”. A ja się zastanawiam skąd to wszystko się bierze. Po ostatnich zamieszkach w Madrycie, kiedy to Warszawscy pseudokibice zorganizowali sobie „bankiet” pod stadionem Świętego Barnaby, usłyszałam w radiu, że Polscy kibice najwyraźniej nie są jeszcze gotowi na to, by móc towarzyszyć swoim drużynom na sparingach organizowanych w zachodniej Europie. Nie to, żebym jakoś przesadnie przejmowała się piłką nożną, ale obchodzi mnie mój kraj. I boli mnie, kiedy muszę się za niego wstydzić.

Wczoraj Lidl w trybie pilnym zakończył promocję „Kupuj sprytnie i tanio”, w ramach której można było kupić produkty marki własnej Lidla, a w przypadku niezadowolenia z jakości, otrzymać zwrot pieniędzy nawet po całkowitym zużyciu.  Akcja miała potrwać do końca listopada. Organizatorzy zdecydowali, jednak o jej przedwczesnym zakończeniu, z powodu odnotowania licznych przypadków „wykorzystywania promocji wbrew jej celom”.

Co to właściwie oznacza? A dokładnie tyle, że nasi jakże pomysłowi rodacy wpadli na pomysł, że można się obłowić kupując masowo produkty, wypakować je w domu (lub już na parkingu) i zwrócić opakowania w kasie. Zaskutkowało to tym, że kolejki do kasy praktycznie nie mieściły się w sklepach, a groteskowego wyrazu całej sytuacji dodawał zapach unoszący się znad pustych opakowań (w tym także po mięsie).

Jedna z moich znajomych pracuje w Lidlu. Aferą, jaka wyniknęła z samej promocji, wcale nie jest zaskoczona. To w sumie tak, jakby codziennie był poniedziałek. Czytelniczkom, nie robiącym regularnie zakupów w tej sieci sklepów, wyjaśniam: w każdy poniedziałek przed 8:00 do sklepów przychodzi nowa dostawa. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że już o 8:45 nie można dopchać się do drzwi.

Oczywiście nie mówię, że wszędzie tak jest. W dużym mieście być może nie rzuca się to tak bardzo w oczy, ale w małych miejscowościach lub miastach, gdzie następny taki sklep znajduje się o kilkadziesiąt kilometrów dalej, to już praktycznie norma. Punktualnie o godzinie 8:00 wrota do raju się otwierają i cała zbieranina łowców okazji jak jeden mąż biegnie do półek. Urządzając przy tym scenę, jak z kultowego już skeczu Ani Mru Mru „Otwarcie Hipermarketu”, gdzie rozentuzjazmowany tłum krzyczy co chwilę:  „Open the door! Open the door!”.

Na pytanie, czemu to robią, większość osób odpowiada, że chodzi o jakość. „No bo gdzie indziej dostaniesz kurtkę dla dziecka na zimę, z takiego materiału, za TAKĄ cenę?” W internecie? – chciałoby się odpowiedzieć pytaniem na pytanie. No ale, ok. Za ciuchy dla dzieci płaci się teraz jak za zboże. Rozumiem. Ale dlaczego od razu cztery kurtki? – A to tak „pragmatycznie” przecież potem i tak będę mogła zwrócić.

No to weźmy teraz kilka takich „pragmatycznych” matek, postawmy je przed Lidlem o 7:30 (co by miały szansę dopchać się do drzwi) i dramat gwarantowany. Prawie pozabijają się o te kurtki. Widzicie to? Niemal tak, jak całkiem niedawno w kolejce po kawę, czy „cotamwsklepierzucą”.

Z takim nastawieniem to nic dziwnego, że potem jak jest promocja i można dostać coś za darmo (nie wnikajmy w szczegóły, czy do końca legalnie czy nie), to produkty opróżniane są już na parkingu. W końcu „Polak potrafi”, czyż nie? A jeśli jeszcze do tego „szwaba” robi w balona, to powinno mu się jeszcze za to podziękować. Bo co innego oznaczają te wszystkie „Mają, co chcieli”, czy „Wcale mi ich nie żal”?

Jasne, rozumiem, jesteśmy Polakami, mamy swoją historię. To ona nas ukształtowała i wpłynęła na naszą kulturę (lub jej brak?).  Ale przez ile jeszcze pokoleń, będzie się nam odbijało PRL-em? Ile jeszcze czasu musi minąć, abyśmy mogli w końcu zrozumieć, że takim zachowaniem szkodzimy tylko sami sobie? Że nic nie musimy nikomu wydzierać, że można po ludzku i uczciwie? Nadal przekonuję się, że takie zachowanie to jeszcze nie dla nas… To nasze odwieczne cwaniactwo. O ile w tamtych czasach PRL-u wydaje mi się to jeszcze uzasadnione, o tyle dzisiaj zaczynam się zastanawiać, czy my w ogóle jeszcze potrafimy inaczej…


Głodni miłości kochają przez chwilę, nie wiążą się na stałe. Nie uratujesz ich swoim uczuciem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
9 listopada 2016
Głodni miłości kochają przez chwilę, nie wiążą się na stałe. Nie uratujesz ich swoim uczuciem
Fot. iStock/CoffeeAndMilk

Jeśli ich o to zapytasz – tak, kochają. Do utraty tchu, do szaleństwa, do zatracenia. Dla miłości są w stanie zrobić wszystko. Kochają… przez chwilę, przez moment. A potem ta miłość topnieje, uchodzi jak powietrze z balonika, znika, nie ma jej. Jest ucieczka,  po angielsku, po cichu, byle szybciej przeciąć nić zależności, którą się samą tak mocno utkało. Co z nimi nie tak, że tak garną się do kochania, by za chwilę porzucić i odejść, dalej szukać płomienia, który dla nich musi płonąć stale takim samym ogniem?

Kasia

Kasia, asystentka prezesa w dużej firmie. Ma 28 lat, na koncie trzy „poważne” związki. Trwały kilka lat. Najpóźniej po roku trwania każdego z nich, Kasia już zaczynała czuć niepewność (co do swoich uczuć), niepokój (że to się w końcu musi rozpaść, bo to niemożliwe, żeby było tak dobrze), a potem narastającą złość na partnera (za to, że już jej tak nie pociąga, że już tak go nie pragnie, że jego obecność nie zapiera jej już tchu w piersiach, za to, że jest „normalny”, za to, że ona już nic nie czuje). Rozstawała się zawsze w ten sam sposób: pakowała walizki, kiedy on był w pracy, kiedy otwierał drzwi kluczem, stała w nich gotowa do wyjścia i mówiła ze łzami w oczach (szczerymi łzami): Przepraszam, jestem beznadziejna. Wybacz mi, nie możemy być razem. Potem zrywała kontakt, nie odbierała telefonów, uciekała. Biegła, aż na jej drodze pojawił się nowy on, nowa szansa na „miłość życia”. Zakochiwała się bez pamięci, snuła plany na przyszłość, dopóki znowu nie poczuła niepewności, niepokoju i złości.

Obecnie Kasia nie chce angażować się w żaden nowy związek. Boi się, bo zdaje sobie sprawę z tego, że poprzednimi rozstaniami swoich partnerów raniła bezpardonowo, że była okrutna. Ale nie wie dlaczego tak się dzieje.

– Nie umiem być sama, ale nie umiem też być z kimś – mówi Kasia. – Jestem po prostu niespokojnym duchem, zawieszonym między potrzebą stabilizacji, wypływającą z tego,w jaki sposób mnie wychowano, a moją naturą. Nie umiem sobie tego inaczej wytłumaczyć. Terapia? Przecież nie jestem nienormalna. Po prostu nie spotkałam jeszcze nikogo, kto potrafiłby mnie zatrzymać.

Klara

Klara, czterdziestolatka po rozwodzie, mówi, że jest świadoma, że to z nią „coś jest nie tak”. Ze swoim mężem przeżyła 15 lat. Już po roku wiedziała, że „to nie to”, czuła ten sam niepokój i złość, co Kasia.

W trakcie swojego małżeństwa przeżyła trzy romanse i kilka głębszych, niespełnionych fascynacji innymi mężczyznami. Wszystkie te relacje zaczynały się równie gwałtownie i szybko, co gasły. Kiedy się kończyły, coś znowu popychało Klarę ku następnej przygodzie (tak Klara mówi o swoich związkach, bo w słowie „przygoda” nie ma stałości, a to jej właśnie boi się najbardziej). Przyjaciółka powiedziała jej kiedyś, że nie byłaby zła, gdyby Klara wdała się w romans z jej mężem, bo wie, że dla Klary to nic nie znaczy. To był impuls, który dał do myślenia. „Jak to nic nie znaczy – myślała – przecież spalam się w każdej z tych miłości.” Od miesiąca chodzi na terapię, żeby znaleźć źródło swojego problemu. Mówi, że jest już blisko…

Głodni miłości nie wiążą się na stałe bo:

1. Odczuwają paniczny, choć nieuświadomiony lęk przed zaangażowaniem

Strach przed emocjonalną zależnością paraliżuje ich na tyle, że zostawiają nawet te związki, w których naprawdę mogliby być szczęśliwi, uciekają przed dobrym partnerami. Kochają do momentu, w którym zaczynają się bać. Potem lęk bierze górę nad największym uczuciem. Przeraża ich fakt, że żeby kochać, trzeba zaufać, trzeba trochę „oddać siebie” w ręce tej drugiej osoby

2. Są uzależnieni od adrenaliny związanej jedynie z pierwszą fazą zakochania

Ten dreszcz, kiedy krzyżują się spojrzenia, to uczucie, kiedy dotykacie swoich dłoni… Ta świadomość, że do twojego życia wkracza nowe uczucie, że będziecie się nawzajem odkrywać, poznawać, te „pierwsze razy”…

3. Mają chorobliwie zaniżone poczucie wartości

Zakochując się, wiążąc emocjonalnie z drugą osobą, poszukują kogoś, kto podniesie ich wartość, w ich własnych oczach.Odchodzą, „podładowawszy” bateryjki swojego poczucia wartości. Partnera traktują czysto użytkowo – ma on im dać akceptację, dobre samopoczucie, poczucie, że są warci miłości. Ich miłość, ich zachwyt i adoracja nie są szczere, choć oni w tę szczerość wierzą.

Jeśli spotkałeś kiedyś „głodnego miłości”, wiesz już, że potrafi zranić, ale nie jest to intencjonalne. To, co pcha go do takiego zachowania to głęboko ukryte, osobiste problemy. Poradzić sobie z nimi może tylko on sam – ty go nie uratujesz.


Zobacz także

Fot. istock/DanielBendjy

Zrób sobie pięciominutowy, japoński test osobowości. „Sześcian” jest zaskakujący…

Fot. iStock/ArtMarie

Bycie mamą pokazało mi wiele rzeczy, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, o których nikt mnie nie uprzedził…

Fot. iStock / Imgorthand

W tej historii nie ma katów, nie ma zbrodniarzy, maltretujących swoje dzieci. Jest ciężkie życie, zbyt ciężkie dla dorosłego