Moja rodzina jest „pełna”, gdy są zwierzęta

MamaM&M
MamaM&M
16 marca 2017
Archiwum prywatne
Archiwum prywatne
 

Kiedy wprowadzaliśmy się do naszego mieszkania, nie planowaliśmy dzieci. Nie zamierzaliśmy jednak żyć tylko we dwójkę. Niecały miesiąc po uwiciu gniazda, podjęliśmy decyzję o adopcji czworonoga. Wprawdzie zawsze marzył mi się shar pei, którego chciałam nazwać „Zmarszczka”, jednak informacja o działającym w mieście azylu dla zwierząt sprawiła, że przygarnęliśmy Ćwiartkę – sfilcowanego husky. Mieści się pod stołem na stojąco, miała jakieś 4-5 lat, była ułożona, grzeczna i miała niezwykle smutne oczy. Od razu stwierdziłam, że chcę dać jej dom. Kiedy następnego dnia zobaczył ją mój mąż, nie kwestionował mojego wyboru. Po prostu otworzył tylne drzwi samochodu i tak oto z duetu zrobił się tłum, który później już się tylko powiększał. 

Do momentu pojawienia się dzieci, ceniłam sobie obecność psa najbardziej wtedy, gdy mąż wyjeżdżał na dłużej. Miałam powód, żeby wyjść z domu. Musiałam zorganizować jedzenie, miałam się do kogo odezwać i z kim się pobawić. Dziś widzę, jak starszy syn coraz chętniej zaczepia Ćwiartkę, zanosi jej smakołyki, idzie się przytulić, albo specjalnie wygania ją, gdy widzi, że ta zainteresowała się młodszym. Śmieje się, gdy mąż wygłupia się z psem, oczy się obserwować, kiedy zwierzę jest smutne, chore.

Po narodzinach syna, były obawy, że jest uczulony na kurz, a Ćwiartka dwa razy w roku gubi sierść przez nawet dwa miesiące (łącznie 4 miesiące w roku). Wygląda to tak, że wieczorem odkurzamy, a rano na podłodze jest ściółka. Nawet nie braliśmy pod uwagę, aby oddać psa. Ograniczyliśmy kontakt syna z Ćwiartką, częściej wychodziliśmy na dwór. Okazało się, że to nie jest żadna alergia. Wszystkie objawy minęły. Marek po prostu miał chwilowy problem z odpornością.

Nie wyobrażam sobie dziś domu bez tego charakterystycznego tupania pazurami po panelach, bez zaczepiania gości. W końcu to pies wyprowadza nas na spacer.  Oczywiście są dni, kiedy Ćwiartka nas denerwuje, zwłaszcza jak coś zniszczy, zje, nabałagani, ale gdy tylko zachoruje, rzucam wszystko i biegnę do weterynarza czym prędzej. Pies jest członkiem naszej rodziny, pełnoprawnym. Śpi obok naszego łóżka, bawi się z dziećmi, przychodzi się przywitać, gdy wracamy do domu, jest smutna, gdy zostawiamy ją, wyjeżdżając gdzieś na weekend i ogon jej prawie odpada z radości, gdy ją odbieramy od mojej mamy.

W domu, w którym się wychowałam, zawsze były zwierzęta. Niezliczona ilość psów, koty, rybki, świnki morskie, białe myszy, gołębie, króliki. Dziadek miał kury i świnie, wujek kaczki. Co chwilę coś z bratem znosiliśmy. Rodzice rzadko protestowali. Tłumaczyli tylko, że żywe stworzenia trzeba przynajmniej regularnie poić i karmić. Niektóre stworzonka umierały, bo były chore, inne przez naszą głupotę, jeszcze inne uciekły niepilnowane i słuch po nich zaginął. Był płacz, był żal i smutek. W ten sposób uczyliśmy się odpowiedzialności, empatii i miłości do zwierząt. Wiedzieliśmy, że nasze zwierzęta to nasze obowiązki. Im byliśmy starsi, tym mniej nowych domowników się pojawiało. Szybko do nas dotarło, że mama nas nie wypuści z domu, gdy świnki morskie mają brudno, a przez szybę akwarium nie widać rybek. Zaczęliśmy kalkulować, czy warto angażować się w opiekę nad kolejnym zwierzęciem. W końcu zostały tylko psy i koty.

Dziś mamy z bratem swoje rodziny. Ja mam psa, miałam rybki (wkrótce znów się pojawią – tak czuję w kościach), mój brat ma psa, co chwilę innego kota, hoduje też drób (jak kabaretowy Pan Józek z Chociul), króliki. Nasze dzieci na co dzień obcują ze zwierzętami. Wiedzą, że nie wolno im robić krzywdy, wiedzą, kiedy pies może ugryźć i dlaczego, wiedzą, że w miskach i poidłach musi być woda. Dla nich jest to naturalne. Dla nas też było.

Nie wyobrażam sobie domu bez żadnego żywego stworzenia. Obserwując życie zwierząt, nauczyłam się, że wszystko, co się urodzi, musi w końcu umrzeć i że nie da się tego zmienić. Czekam już na okres, kiedy moi synowie zaczną znosić do domu różne żyjątka i po cichu liczę na to, że przytargają jakąś papugę lub kanarka, bo najpierw mama, a potem mąż nigdy nie pozwolili mi kupić żadnego ptaka.

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz też 😉


Chcę się podobać mężowi i nie widzę w tym nic złego

MamaM&M
MamaM&M
17 marca 2017
Fot.Archiwum prywatne
Fot.Archiwum prywatne
 

Bardzo często mówi się, że najważniejszy jest charakter człowieka, a nie to, jak wygląda. „Ładna miska jeść nie daje” – kiedy to słyszę, dodaję: „a z brzydkiej jeść się nie chce”. Fizyczność w związku jest dla mnie bardzo ważna.

Kocham mojego męża, bo jest wartościowym, dobrym i (jakkolwiek to zabrzmi) prawym człowiekiem, jednak umówiłam się z moim mężem na pierwsze spotkanie, ponieważ uznałam go za atrakcyjnego mężczyznę. Nie zdradzam mojego męża, bo mnie niezmiennie pociąga i jest mi z nim w łóżku dobrze. Najkrócej rzecz ujmując, dostaję wszystko to, czego potrzebuję.

Kiedy słyszę, jak kobiety mówią, że dbają o siebie wyłącznie dla siebie, śmiać mi się chce. Z moich obserwacji wynika, że dbamy o siebie z kilku powodów. Po pierwsze chcemy zdobyć faceta. Jak już zdobędziemy, chcemy pozbyć się konkurencji, więc robimy wszystko, abyśmy były bezkonkurencyjne. Trochę inaczej jest, gdy wybieramy się na imprezę. Wówczas chcemy pokazać innym kobietom nowe buty, torebkę, sukienkę, więc te godziny spędzone w łazience, garderobie, u fryzjera, kosmetyczki poświęcamy po to, żeby inne kobiety, jeśli już muszą, mówiły o nas dobrze.

Często zastanawiam się, dlaczego ludzie się zdradzają. Nie jest niczym odkrywczym, że wina leży po obu stronach. Wyobrażam sobie, że mogłabym zdradzić mojego męża wyłącznie wtedy, gdyby w małżeństwie czegoś mi brakowało, co byłoby trudne, ponieważ, jeśli coś nie gra, mówię o tym otwarcie. Mówię, ponieważ wiem, że zostanę wysłuchana i mój partner przynajmniej postara się zrozumieć. To działa obie strony. A to znaczy, że także ja stwarzam warunki, w których Grzegorz może powiedzieć, czego oczekuje, czego potrzebuje, a czego nie lubi.

Lubię patrzeć na mojego męża, jak o siebie dba, jak robi zakupy i porządki w swojej garderobie, żeby wyglądać atrakcyjnie, a jednocześnie nie udaje nikogo, nie naśladuje. Właśnie dlatego jest dla mnie atrakcyjny, że dobrze czuje się w tym, co ma na sobie.

Czy chęć podobania się mężowi oznacza dla mnie wyrzucenie do kosza dresów, bawełnianej koszuli nocnej i papci z tygryskiem? Nie. W domu ubieramy się przede wszystkim wygodnie. Nie zwalnia nas to jednak z dbania o siebie. Można pięknie wyglądać bez makijażu, kiedy skóra jest świeża, nawilżona i czysta. Można wyglądać seksownie w dresach, kiedy się ładnie pachnie. Kobieta jest piękna także w związanych w kucyk włosach, kiedy te włosy ma czyste i lśniące, choćby z 5-centymetrowym odrostem.

Faceci są wzrokowcami. Kobiety także są wzrokowcami . Lubimy patrzeć na to, co ładne – bez względu na płeć. Tworzymy udane związki wówczas, gdy mamy o czym rozmawiać, gdy rozumiemy się bez słów, gdy wzbudzamy w sobie podziw, gdy mamy wspólne cele, oczekiwania i wspólne drogi dojścia do założonego celu, a także podobne tempo, w jakim zmierzamy ku realizacji planów i marzeń. Dla mnie udany związek nie może jednak istnieć bez udanego seksu, bez: „pięknie dziś wyglądasz, „lubię twój zapach”, „podobasz mi się w tych spodniach”, „kręci mnie twój dwudniowy zarost”, bez jednoznacznego spojrzenia podczas tańca, które oznacza, że już trzeba wrócić do domu.

Lubię rozmawiać z moim mężem, lubię jego humor, który u osoby mówiącej tak niewiele ma swój niezwykły urok, lubię, gdy mój mąż opowiada o rzeczach, które go interesują, a więc o nowinkach technicznych, grach komputerowych, swojej pracy. Zazwyczaj przynajmniej połowy nie rozumiem, ale sprawia mi przyjemność obserwowanie zaangażowania Grzegorza w to, co mówi. Ogólnie lubię mojego męża. Zawsze powtarzam, że, nawet gdyby nie był moim życiowym partnerem, lubiłabym go. Nie byłby jednak moim mężem, gdyby nie był dla mnie atrakcyjny, gdyby mnie nie pociągał.

Zapraszam na mój profil na Facebooku: MamaM&M
Jeśli mnie poznasz, będziesz ci łatwiej mnie zrozumieć 😉


Dlaczego pozwalamy, aby nas źle traktowano?

MamaM&M
MamaM&M
12 marca 2017
pixaby.com/Aleksas_Foto
pixaby.com/Aleksas_Foto

Moje małżeństwo jest naprawdę szczęśliwe. Wprawdzie kilka razy pakowałam już walizki, wprawdzie żartuję czasami, że kiedyś zakopię męża w ogrodzie z workiem wapna, wprawdzie są dni, kiedy płaczę przez mężczyznę, którego kocham, jednak wzajemny szacunek i poczucie bezpieczeństwa, które sobie zapewniamy, sprawia, że największy kryzys nie może być powodem, aby zakończyć to, co zbudowaliśmy.

Nie jestem w żaden sposób uzależniona od drugiego człowieka, także od męża. Dom, w którym dorastałam, nauczył mnie, że trzeba postępować tak, aby w każdej sytuacji sobie poradzić, żeby nie uzależniać swojego życia od drugiego człowieka, bo to szybko prowadzi do zniewolenia, które ja wprost nazywam niewolnictwem.

Pamiętam, jak narzekałam, wstając na 6:00 do pracy w markecie. Stawałam w drzwiach kuchni i mówiłam do rodziców pijących kawę: „kiedyś będę miała męża, który zabroni mi pracować”. Jaka ja byłam głupia, że w ogóle myślałam o tym, by ktoś mógł mi narzucić, jak mam żyć. Tak robił mój ojciec. Przez niego mama nie mogła swobodnie pracować. Tak naprawdę żadna praca, którą podejmowała, nie odpowiadała ojcu, więc po jakimś czasie jego narzekań, zwalniała się i zajmowała się domem, pomagała prowadzić ojcu firmę, robiła milion rzeczy dla innych. Po wielu latach pozostała jednak z czarną dziurą w cv. Jako młoda kobieta sądziłam, że mąż, który chce, aby jego żona zajmowała się wyłącznie domem to skarb. Dziś wiem, że to forma przemocy, bardzo powszechna forma przemocy domowej.

Lubię ten komfort, który daje mi mój mąż. Kiedy się poznaliśmy, nie sądziłam, że po kilku latach jego pozycja zawodowa i moje umiejętności pozwolą mi bez ciśnienia na zarabianie pieniędzy robić to, co sprawia mi przyjemność, a więc pisać, udzielać się społecznie, organizować większe i mniejsze imprezy. Kiedy nie mieliśmy dzieci, byłam dziennikarką w lokalnych mediach i często nie było mnie w domu. Nigdy nie usłyszałam żadnych pretensji, żalu, złośliwości. Nakład pracy był ogromny, zarobki więcej niż marne, więc sens pracy na pierwszy rzut oka żaden. Odwrotnie wygląda to u mojego męża. Praca 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu i niezła wypłata 10. dnia każdego miesiąca, bez żadnego opóźnienia. Kiedy założyłam firmę, bywały miesiące, że musiałam dołożyć do interesu, nie zarabiałam nic, a w domu mnie nie było. Do tego w pracy wykorzystuję nasz samochód, przyjmuję klientów w mieszkaniu czasami proszę męża o pomoc. Jak ma ochotę, pomaga. Jak nie, nie naciskam. Nigdy jednak nie powiedział, żebym się zwolniła z pracy, zamknęła firmę, zrezygnowała ze stowarzyszenia. Wydawało mi się, że taka wolność w życiu zawodowym jest zupełnie naturalna.

Okazuje się jednak, że wśród moich znajomych bliższych i dalszych częste są przypadki kontrolowania żon przez mężów. Nagminne jest wręcz wykorzystywanie sytuacji finansowej. Kiedy mąż/partner zarabia więcej, a nawet na tyle dużo, że to jedno źródło dochodów wystarcza na życie, wakacje, rachunki i inne wydatki, potrafi powiedzieć swojej żonie, że nie będzie mył naczyń/prasował/sprzątał, bo zarabia na dom. Mężczyźni sprawdzają, ile kosztowały buty, wizyta u kosmetyczki i fryzjera, buty dla dziecka. Żony słyszą: „siedząc z dzieckiem, nie zarobię na kredyt”, „gdyby nie ja, nie miałabyś tego co masz”. Kiedy tak pozbierałam wszystkie zasłyszane historie razem, zapytałam mojego męża, czy wie, ile kosztował mój ostatni zimowy płaszcz (płaciłam jego kartą, kosztował niemało), ile zapłaciłam w drogerii. Popatrzył na mnie, jakbym się urwała z choinki.

Może brak kontroli wynika z naszego mało konsumpcyjnego podejścia do życia – podoba nam się wiele rzeczy, ale nie mamy potrzeby posiadania wszystkiego, co nam się podoba, może wynika z tego, że nam wystarcza z zapasem od wypłaty do wypłaty, a może wynika z bezgranicznego zaufania. Mój mąż wie, ile warte są moje zlecenia, ja wiem, ile on zarabia. Mamy wspólny budżet, wspólne wydatki.

Nie wyobrażam sobie, że mąż powiedziałby do mnie, że w nagrodę za cokolwiek będę mogła pójść na „shopping”, albo nie da mi pieniędzy na nową torebkę. Nie jestem pracownikiem, którego się nagradza premią lub tę premię zabiera za niewywiązanie z umowy. To nasze wspólne pieniądze i każdy ma prawo je wydać, na co chce. Nie „nagradzamy” się też seksem za „dobre sprawowanie”, bo seks jest naturalną częścią naszego małżeństwa i nikt nie wykorzystuje swojej pozycji, nie ma „bólu głowy” po nadgodzinach w pracy, czy imprezie z kolegami. Jesteśmy partnerami, nikt z nas nie używa argumentu siły przeciw drugiemu.

Po 8 latach wspólnego życia mam poczucie satysfakcji, że stoję u boku mężczyzny, dzięki któremu nie muszę pracować, ale który jednocześnie wspiera mnie w ciągłym rozwoju, nie podcina skrzydeł. Dzięki mojemu mężowi jestem niezależna finansowo, robiąc to, co sprawia mi przyjemność.

 

Zapraszam na mój profil w serwisie społecznościowym Facebook!