Mleko z masłem i miodem to przeżytek. Tak zrobisz lizaki na ból gardła

Pani Mądrala
Pani Mądrala
18 grudnia 2017
Fot. iStock/anandaBGD
 

Zaczyna się… Dziecko wraca ze szkoły i skarży się na ból gardła. Dodatkowych objawów infekcji, póki co, brak. Proponujesz mleko z masłem i miodem, żeby nie faszerować dzieciaka chemią, ale latorośl z obrzydzeniem kręci głową. Już wiesz, że nawet nie masz co wyskakiwać z syropem z cebuli. Siadasz przy komputerze i szukasz domowych sposób na ból gardła. I wtedy trafiasz na… przepis na lizaki.

Większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że miód ma wiele wspaniałych właściwości. Działa bakteriobójczo, przeciwzapalnie i dzięki swojej konsystencji – łagodząco. To dlatego warto po niego sięgać, gdy tylko pojawi się ból gardła. Zamiast jednak jeść miód łyżkami, można podać go w nieco atrakcyjniejszej formie. Dzieciom z pewnością przypadną do gustu lizaki. Przepis jest bardzo prosty.

Składniki:

  • ¼ szklanka wody
  • ¾ szklanki miodu
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • kilka kropel soku z cytryny lub pomarańczy (opcjonalnie)

Wodę, cukier i cynamon należy zagotować w rondelku, aż utworzy gęstą masę. Trzeba to robić na małym ogniu, żeby uniknąć przypalenia. Potem karmel wylewamy porcjami na blaszkę, wyłożoną papierem. Najlepiej użyć małej łyżeczki i zachować odpowiednie odstępy, żeby masa nie zlała się w całość. Do każdej porcji wkładamy patyczek od lizaka i czekamy aż karmel zastygnie. W oddzielnym rondelku podgrzewamy miód do temperatury 45 stopni. Twarde, karmelowe lizaki maczamy w miodzie i zostawiamy do zastygnięcia.

Jeżeli twoje dziecko potrafi już ssać tabletki, możesz zrezygnować z patyczków i w ten sam sposób przygotować cukierki, które doskonale złagodzą ból gardła.

Cukierki i lizaki, po obsypaniu cukrem pudrem, żeby się nie skleiły, można przechowywać w blaszanym pudełeczku. Istnieje jednak spora szansa, że wszystkie znikną w mgnieniu oka.


 

Źródło: Ofeminin


Jak wybrać dobrego karpia? Mój niezawodny sposób

Pani Mądrala
Pani Mądrala
19 grudnia 2017
Fot. iStock/aydinmutlu
 

Można mówić, że karp śmierdzi mułem, nie ma żadnych wartości odżywczych i jest niesmaczny, ale kurczę na Wigilii po prostu być musi. I nie interesuje mnie, czy goście się na niego rzucą czy też będą udawać, że półmiska z dzwonkami wcale na stole nie ma, karpia kupuję każdego roku. A ponieważ w końcu nauczyłam się, jak wybrać najlepszy okaz, powoli udaje mi się przełamać niechęć domowników.

Po pierwsze (choć wiem, że zabrzmi to strasznie), zawsze kupuję żywego karpia z hodowli. Jest znacznie droższy i muszę parę kilometrów po niego jechać, ale opłaca się. Dzięki temu mogę ocenić, w jakiej jest kondycji i w jakich warunkach przechowywane są ryby. Szerokim łukiem omijam miejsca, w których kupuje się martwe ryby, ponieważ boję się, że najzwyczajniej w świecie zdechły (np. z powodu choroby). Nie kupuję też karpia w supermarkecie, ponieważ często ryby traktowane są tam niewłaściwie.

Samo zabijanie karpia w domu nie należy do najprzyjemniejszych zadań, zawsze robi to mój mąż. Gdyby jednak nie miał tak sprawnych i pewnych ruchów, wolałabym, żeby zajął się tym sprzedawca w sklepie, który wie, co robi.

Moim zdaniem, najsmaczniejsze są małe okazy, maksymalnie o wadze 1,5 kg. Kilka razy mąż przyniósł bardzo dorodnego karpia (bliżej mu było do 3 kg) i jego mięso było zdecydowanie za twarde. Mniejsze ryby świetnie nadają się na dzwonki, a właśnie w takiej formie lądują na moim świątecznym stole.

Na co jeszcze zwrócić uwagę? Przede wszystkim na to, w jaki sposób ryby są przechowywane w sklepie. Czy woda jest czysta, przejrzysta i filtrowana. Dokładnie się przyglądajmy, czy karpie nie są pokaleczone, czy mają kształtne płetwy i zdrowe, wypukłe oczy. Warto zerknąć także na skrzela – powinny być ciemnoczerwone.

Osobiście zawsze przed zakupem pytam też, w jaki sposób ryba zostanie mi zapakowana. Wkładanie jej do reklamówki to zwykłe bestialstwo. Jeśli pracownicy dbają o to, żeby można było karpia przetransportować do domu w wodzie,najprawdopodobniej też przechowują ryby w sklepie we właściwych warunkach. Poza tym lepiej pójść do sprawdzonego miejsca, w którym ryby kupujemy także w ciągu roku. Rzucanie się na promocję w hipermarkecie zawsze kończy się porażką.

Łososia, dorsza czy pstrąga jeszcze się najecie, serio. Na wigilijnym stole naprawdę powinien królować karp.

Smacznego!


Pakowanie prezentów przestanie być udręką. Prosty i szybki sposób dla osób, którym nigdy nie wychodzi

Pani Mądrala
Pani Mądrala
12 grudnia 2017
Fot. iStock/franckreporter

Istnieją ludzie, którzy na samą myśl o pakowaniu prezentów, dostają dreszczy. I ja do nich należę. Nie mam żadnych zdolności artystycznych, więc na ogół ograniczam się do zapakowania upominków w torby prezentowe. Nawet to wychodzi mi różnie – często coś się nie mieści, coś trzeba upchnąć i prezent koniec końców wygląda jak psu z gardła wyciągnięty. 

Wiem, wiem, można przecież zapakować w ozdobny papier. Tak, pod warunkiem, że opakowanie prezentu jest kwadratowe lub prostokątne. Naprawdę nie mam pojęcia, jak inni ludzie sobie z tym radzą, ale mi zawsze wychodzi krzywo, źle przykleję taśmę, a przy zawijaniu rogów zawsze coś nie pasuje, papier się zagina i w ostateczności drze. Jednym słowem – porażka.

A jednak chciałoby się zobaczyć pod choinką stertę pięknie zapakowanych i podpisanych prezentów, prawda? Postanowiłam więc, że w tym roku naprawdę przyłożę się do sprawy. Nie, żeby zaraz własnoręcznie robić prezenty i opakowania, ale chociaż opanuję sztukę szybkiego i sprawnego pakowania prezentów.

Tak oto trafiłam na pewien filmik z Japonii. No same powiedzcie, czy to nie jest genialne?!