Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiada na artykuł o alimentach: „Pani redaktor, nasze propozycje są konkretne i skuteczne”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 listopada 2016
Fot. iStock/AleksandarNakic
Fot. iStock/AleksandarNakic

Uderz w stół a nożyce się odezwą. I dobrze. Powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze, ponieważ na artykuł o zmianach rządu w prawie alimentacyjnym, które wyglądają na zmiany jedynie kosmetyczne zareagowało Ministerstwo Sprawiedliwości zwracając się z prośbą o umieszczenie ich komentarza do artykułu. Niniejszym to czynimy, bo każdy głos w ważnej i dotyczącej wielu osób – tych po jednej stronie, czyli dzieci i tych po drugiej – czyli dłużników alimentacyjnych, jest niezwykle istotny.

 

„Szanowna Pani Redaktor,

Tak samo Pani, jak ja, kochamy dzieci i chcemy dla nich jak najlepiej, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, prawda? Dobrze jednak wiemy, że zdarzają się sytuacje, w których rodzice muszą się rozstać. W takich momentach powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli kochamy nasze dzieci, to  musimy zapewnić im byt. By miały co jeść i w co się ubrać.

Publikując tekst „Alimentacyjny absurd goni absurd, a rząd myśli, że dokonuje przełomu. Śmiech na sali, proszę Państwa” (Oh!me.pl, 20 października 2016 r.) z pewnością kierowała się  Pani szlachetną troską o dobro najmłodszych, a także oburzeniem wobec postawy tych, którzy zaniedbują podstawowe obowiązki wobec własnych dzieci.

Nam w Ministerstwie Sprawiedliwości również towarzyszą takie odczucia. Płacenie na własne dzieci to powinność nie tylko matki i ojca, ale także konstytucyjny obowiązek państwa. I państwo chce chronić i otaczać opieką nasze pociechy. Dlatego powstał projekt ustawy, który umożliwi skuteczne egzekwowanie alimentów.

W pierwszym zdaniu pisze Pani: „Polska to raj dla tych, co nie mają zamiaru płacić alimentów”. To zawstydzająca dla polskiego państwa prawda. Nie może być dłużej tak, że skuteczność ściągalności alimentów wynosi obecnie w Polsce około 20 proc., a blisko połowa postępowań wszczętych wobec rodziców uporczywie uchylających się od ich płacenia została umorzona. Chcemy to zmienić. Właśnie w trosce o dzieci, które są naszym najcenniejszym wspólnym dobrem.

Pani redaktor, nasze propozycje są konkretne i skuteczne.  Nie możemy więc zgodzić się twierdzeniem, że „to co się dzieje wokół prawa alimentacyjnego tchnie nadzieją w tych wszystkich, co płacić nie chcą i nie zamierzają”.

Nie mamy najmniejszych wątpliwości, co do Pani dobrych intencji. Jesteśmy jednak przekonani, że jedyną przyczyną nieuzasadnionej krytyki może być niepełna znajomość naszych propozycji.

A więc po kolei. Pisze Pani: „Załóżmy – dziecko nie dostaje alimentów przez trzy miesiące. Pełnomocnik dziecka, czyli drugi z rodziców zgłasza ten fakt i… czeka. Na co? Na pewno nie na pieniądze. Bo, by podjąć jakiekolwiek czynności zgodnie z proponowanymi zmianami, najpierw prokurator musi się zorientować, czy są zaspokojone podstawowe potrzeby dziecka. Dopiero, gdy okaże się, że dziecko chodzi głodne, nie ma gdzie mieszkać i w co się ubrać, prokurator podejmie działania.”

Tak nie będzie. Prokurator wcale nie będzie musiał stwierdzać, czy są zaspokajane podstawowe potrzeby dziecka. Wystarczy samo to, że dług alimentacyjny przekroczy sumę trzech należnych świadczeń okresowych (najczęściej miesięcznych). Wtedy taki dłużnik „z automatu” stanie przed obliczem prokuratora i będzie mu grozić rok więzienia.

Stwierdzenie zaś dodatkowych okoliczności, świadczących o ciężkim położeniu dziecka, będzie miało znaczenie jedynie dla ewentualnego wymierzenia wyższej kary – do dwóch lat więzienia.

Jeśli chodzi o pieniądze, to właśnie dzięki proponowanemu przez Ministerstwo Sprawiedliwości rozwiązaniu, mogą one szybko trafić na zaspokojenie potrzeb dziecka. Wezwany przez prokuratora dłużnik dostanie bowiem swoistą „propozycję nie do odrzucenia” – jeśli w całości ureguluje alimentacyjną zaległość, dopiero wtedy uniknie odpowiedzialności karnej. Pisze Pani o takich typach, którym „nie brak cwaniactwa, sprytu i ironicznego uśmiechu, którym śmieją się byłym żonom, dzieciom i państwu w nos”. Co zrobi teraz tego rodzaju cwaniak, który do tej pory ukrywał dochody, by nie płacić alimentów? Gdy stanie przed groźbą trafienia za kratki, uśmiech raczej zniknie mu z twarzy i „spod ziemi” wyciągnie pieniądze na alimenty.

Niepokoi się Pani również tym, że spraw alimentacyjnych będą „setki tysięcy”, że nasz system prawny tego nie udźwignie, a gdy „delikwent” trafi do więzienia, nie będzie miał kto dać dziecku alimentów. Są to obawy grubo na wyrost. Spraw alimentacyjnych wcale nie musi być więcej niż obecnie. Nowe przepisy obejmą tylko te sytuacje, które będą miały miejsce po wejściu w życie ustawy. Nie uderzą też w tych, którzy nie płacą alimentów, ponieważ sami są w prawdziwej biedzie, spowodowanej np. bezrobociem. Sądy mogą zostać wręcz odciążone, bo dłużnicy korzystać będą z przedstawianej im przez prokuratora możliwości uniknięcia kary, jeśli spłacą zaległości.

Proponowane przez nas rozwiązania dotyczą tylko tych rodziców, których stać na płacenie alimentów, ale uchylają się od tego obowiązku z przyczyn nie dających się zaakceptować moralnie ani społecznie. Kara sprawiedliwa – to kara nieuchronna. I tak będzie, gdy przepisy wejdą w życie. Dłużnicy nie będą mogli oszukiwać swoich dzieci i bezczelnie unikać płacenia świadczeń alimentacyjnych.

Nie ma przy tym niebezpieczeństwa, że osoby skazane za niepłacenie alimentów trafią od razu do zakładów karnych i zapełnią więzienia. Skazani na karę pozbawienia wolności nie muszą przecież odbywać kary w więzieniu. Będą podlegać dozorowi elektronicznemu i normalnie pracować. Wdrażamy też program pracy więźniów, w którym w pierwszej kolejności uczestniczyć mają osoby z obowiązkiem alimentacyjnym. Nie będzie więc tak, jak Pani przypuszcza, że matka martwi się za co kupić dziecku buty na zimę, „za to ojciec – ciepło, w więzieniu, najedzony, oprany, książki sobie w więziennej bibliotece poczytać może w ciszy i spokoju”. Tacy ojcowie będą pracować i płacić na dzieci, choć nieco w innych okolicznościach.

Twierdzi Pani, iż nic nie zrobiliśmy z sytuacją, że wystarczy zapłacić na dziecko 10 zł miesięcznie, by – w mocy prawa – uchodzić za rodzica, który nie uchyla się od obowiązku alimentacyjnego. Eliminujemy takie cwaniactwo! Będzie wręcz przeciwnie. Nie wystarczy zapłacić na odczepnego 10 zł miesięcznie, gdy należność wynosi – załóżmy – 2 tys. zł. Bo gdy dług przekroczy 6 tys. zł (suma trzech należnych świadczeń), o dłużnika natychmiast upomni się prokurator.

Apeluje Pani, by wreszcie ktoś wysłuchał, z czym zmagają się matki (bo to one zazwyczaj zostają z dziećmi), gdy ojciec unika płacenia alimentów. Żeby wreszcie głos tych kobiet potraktować poważnie, otworzyć szerzej oczy i zobaczyć, że „ w tej sprawie najważniejsze jest dziecko, a nie dorosły i o dobro tego dziecka zacznie się w końcu dbać, a nie złodziei i dłużników”. My odpowiadamy na ten apel, Pani redaktor. Słyszymy każdy głos. I kobiety, i mężczyzny, którzy zostali sami z dziećmi, a ich partnerzy nie chcą płacić alimentów. Każdy z tych głosów  jest tak samo ważny. Jednak najważniejsze są dzieci.

Mamy nadzieję, że publikacja naszych uwag na internetowych łamach Oh!me.pl rozwieje wszelkie wątpliwości i przekonana Państwa Czytelników do proponowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości zmian. Dla dobra dzieci. Bo jeśli je kochamy, to dbajmy o nie, przede wszystkim w sytuacjach, gdy rodzice nie mogą być już razem. Wykażmy się przy tym  dojrzałością. Proponowane zaś przez Ministerstwo Sprawiedliwości przepisy spowodują, że ci, którzy nie płacą alimentów nie będą się już śmiali państwu w twarz i uciekali od rodzicielskiej powinności.

 

Z wyrazami szacunku,

Wioletta Olszewska

Naczelnik
Wydział Komunikacji Społecznej i Promocji
Ministerstwo Sprawiedliwości”

 

P.S. Pozostaje nam liczyć na to, że faktycznie sytuacja na dziś dość wygoda dłużników alimentacyjnych naprawdę zacznie się zmieniać na korzyść ich dzieci…


Ania Szubert: „Dzięki chorobie wygrałam swoje życie. Gdyby nie rak, wylądowałabym w szpitalu z roztrzaskaną głową lub po przedawkowaniu leków nasennych”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 listopada 2016
Ania Szubert/arch. prywatne
Ania Szubert/arch. prywatne

W swojej książce pyta: „Jaki jest dźwięk, którego nigdy nie usłyszysz na onkologii?”. Dźwięk suszarki. Dzisiaj mówi, że przeszła na drugą stronę lustra. Po życiu pełnym imprez, dużej kasy, szybkich samochodów, morza alkoholu i narkotyków nagle znalazła się na oddziale onkologii. I już nigdy nic nie było takie same.

Mija rok od wyjścia Ani Szubert ze szpitala, gdzie spędziła ponad 18 tygodni walcząc o życie. W chorobie towarzyszyły jej tysiące osób, bo ona sama swoimi emocjami, trudnościami i dzieliła się na Facebooku. W szpitalu miała 10 peruk, nosiła je na zmianę, bo włosy były dla niej jak korona, zwieńczeniem jej kobiecości. Wygląd był dla niej jedną z najważniejszych rzeczy, to jej wizerunek – kobiety, fotografa, modelki. W książce „Jak pokonałam swojego raka” pokazuje niepublikowane zdjęcia, na których jest kompletnie do siebie niepodobna. Ona – królowa życia, dla której nie było rzeczy niemożliwych, dopóki rak nie stanął na jej drodze.

Ewa Raczyńska: Są tacy, którzy mówią, że choroba zabrała im rok, czasami dwa lata życia, że to czas nie do odzyskania… Co tobie zabrała?

Ania Szubert: Rzadko kiedy myślę o chorobie w kategorii tego, co zabrała, ale jeśli pytasz… Zabrała mi toksyczne przyjaźnie, moje stare życie, mnie tamtą, sprzed choroby.

A co ci dała?

Umówmy się, że w momencie, kiedy zachorowałam z czarnej dupy znalazłam się w dupie. Musiałam się zatrzymać. Paradoksalnie choroba uratowała mi życie. Od mojej pani doktor usłyszałam, że pokonanie raka daje ci coś, czego nie mają ludzie, którzy tej choroby nie przeszli. Daje ci szacunek do własnego życia. Przysięgam ci, ja teraz zupełnie inaczej patrzę na swoje życie. Choroba zmieniła moją percepcję postrzegania świata.

Twoje życie teraz jest lepsze?

Gdybyś spytała mnie o to przed chorobą, powiedziałabym, że oczywiście mam świetne życie, haj lajf – mam kasę, spotykam się z celebrytami, moje życie toczy się właściwie od imprezy do imprezy, na wysokich obrotach. Ale teraz porównując moje dwa światy… widzę to zupełnie inaczej. Przecież wtedy nie miałam zbyt dobrego kontaktu z synem, zresztą sama się nazwałam złą matką. Po prostu, przyjmowałam do wiadomości, że mam syna. A dziś patrzę na moje macierzyństwo, jak na dar od losu, że mam kogoś, kto po mnie zostanie.

Ania Szubert/arch. prywatne

Ania Szubert/arch. prywatne

Tak, kiedyś myślałam, że mam fajne życie, ale moje życie nie było nic warte. Przyjaciółka mówi, że dzisiaj jestem skrajnie inna. Tak inna, że trudno to określić. Mój narzeczony, gdyby spotkał mnie przed chorobą, myślę, że nie chciałby mnie znać. Ja byłam pustakiem. Po prostu. Zwykłym pustakiem. Ciągle krzyczałam. Zapalałam i gasiłam jak zapałka. Stres w jakim żyłam, z pewnością wpędził mnie w chorobę.

Nie bałaś się powiedzieć wszystkiego? W książce nie owijasz w bawełnę, jest o seksie, narkotykach, o tym, jak pobił cię twój ówczesny facet.

Strasznie się bałam. Jak już rozsyłałam przed premierą książkę do zaufanych mi osób, to siedziałam jak na szpilkach bojąc się recenzji, bo moje towarzystwo jest skrajnie różne. Ale też w tej książce powiedziałam całą prawdę o sobie, o swoim życiu. Nie chciałam udawać kogoś, kim nie jestem, nigdy nie miałam takiego zamiaru. Moje życie przed chorobą było zabawą. Ciężką pracą, ale też nieustającą zabawą. A tę książkę potraktowałam trochę jak spowiedź. Pomyślałam: „nie chodzę do spowiedzi, więc wyspowiadałam się Piotrowi (Piotr Mieśnik – spisał Ani historię – przypis red.). Poza tym wiadomo było, że im więcej wyrzucę z siebie, tym ciekawiej dla samej książki. Zresztą boję się do teraz, bo ja odporna na krytykę jestem, ale jej nie lubię.

Pokonałaś raka, a co wygrałaś?

Wygrałam drugie życie, choć najpierw musiałam o nie powalczyć w szpitalu. To jest tak, jakbyś spadała w przepaść i nagle wyrosłyby ci skrzydła, dzięki którym możesz z tej przepaści zawrócić. Lecisz na łeb na szyję i jesteś pewna, że się rozbijesz, ale dostajesz szansę na powrót, na zmianę.

Ludzie do mnie piszą, że jestem ich bohaterem, że mnie to tylko podziwiać. A ja nie jestem żadnym herosem. W szpitalu było mi strasznie. Miałam swoje chwile zwątpienia, o których pisałam przyjaciółkom. Zrywałam te swoje sztuczne rzęsy i rzucałam nimi o podłogę, i wyłam. Najtrudniej było, kiedy zmarł mój przyjaciel – Kuba. Jego odejście uświadomiło mi, że ta choroba jest śmiertelna, że tu nie ma żartów. Że ja też mogę umrzeć… To był punkt zwrotny, bo na początku śmiałam się z raka. Kuba zmarł właściwie na kilka tygodni przed końcem mojego leczenia, ale to ten koniec jest w chorobie najgorszy, bo wtedy masz już wszystkiego dość, twoje ciało jest wyjałowione, każdy zastrzyk boli bardziej i bardziej…

Ale wyszłaś ze szpitala…

Tego bałam się najbardziej. Bałam się wyjść do cywila. Bałam się, że opuszczam swoją strefę komfortu. W szpitalu nie było afer, awantur, nie było pogoni za pieniądzem, nie musiałam się martwić za co będę żyć. Podczas pobytu w szpitalu wszystko straciłam. Nie pracowałam pół roku, co dla fotografa jest bardzo długim okresem, nie zarabiałam. I nagle wychodzisz i musisz zacząć swoje życie od nowa, wszystko musisz zacząć od nowa. Masz przewartościowane życie, przewartościowany świat, stajesz i nie masz k*rwa pojęcia, w którą stronę pójść.

To było cholernie trudne. W szpitalu obiecywałam sobie bardzo wiele rzeczy. Chociażby to, że będę jeść tylko szpinak i samą trawę, ale obietnic nie dotrzymałam do końca. Nadal piję alkohol, lubię imprezy, myślę, że stałam się jeszcze większą hedonistką od tej, którą byłam wcześniej, ale teraz życie smakuje inaczej i ja inaczej się z nim obchodzę.

Twoje życie przed chorobą było kolorowe, szalone, takie na granicy ryzyka. A dzisiaj? Mówisz o sobie „nowa Anka”.

No kurde, nie ma ludzi kuloodpornych. Jednym do przewartościowania własnego życia musi przytrafić się nowotwór i walka ze śmiercią na oddziale w szpitalu, a komuś innemu wystarczy, że cię facet zostawi i to jest motorem zmian.

Jak wyglądałoby twoje życie, gdyby nie rak?

To pytanie padło podczas premiery mojej książki. Spłakałam się i nie byłam w stanie odpowiedzieć… Bo dzisiaj wiem, że pewnie też skończyłabym w szpitalu, tyle, że  roztrzaskaną przez mojego ówczesnego faceta głową, albo po przedawkowaniu leków nasennych. Tabletek, które brałam od czasu śmierci dziadka, to on był jedną z najbliższych mi osób i z jego śmiercią kompletnie nie potrafiłam sobie poradzić…

Ania Szubert/arch. prywatne

Ania Szubert/arch. prywatne

Jak to było z tym facetem? Pobił cię, a potem lądowaliście w łóżku… Związek na krawędzi?

Wiedziałam, że on jest wybuchowy. Z czasem zdałam sobie też sprawę, że nie można tańczyć z diabłem i zastanawiać się, czemu ciągle jest się w piekle. Może dla innej kobiety to byłby fantastyczny facet, dla mnie nie był. Powinnam była odejść i to skończyć. Tylko ja chyba chciałam na siłę udowodnić, że go ułożę, że go „naprawię”. Nie udawało się, więc robiliśmy sobie coraz większą krzywdę. Ten związek skończył za mnie rak. Gdyby nie on, też wylądowałabym na OIOM-ie, tyle, że skatowana….

Uciekłyśmy od tematu. Wychodzisz ze szpitala, i…?

Zderzyłam się z brutalną rzeczywistością. Bo nagle okazało się, że dopóki byłam chora to ludzie mnie oszczędzali, a jak wyszłam ze szpitala, to usłyszałam, że chciałam zarobić na chorobie, na niej budować swój wizerunek…

Dotykało cię to?

Wiesz, co się we mnie zmieniło przede wszystkim?

Co?

Mam w dupie, co myślą o mnie inni.

A kiedyś się tym przejmowałaś?

Jasne. Na samym początku, jak zaczynałam robić zdjęcia… Bardzo. Zależało mi na ogólnej akceptacji, na uznaniu, na budowaniu mojej marki. Teraz już przestałam. Żałuję jednej rzeczy – wplątania się w aferę z udziałem mojej kontrahentki, nazwijmy ją koleżanki. Wzięłam udział w akcji charytatywnej „Fuck off cancer”, założyłam koszulkę, którą mi zadedykowała. Chciałam pomóc jej to rozruszać. Tymczasem pieniądze z akcji nie trafiły od razu do fundacji, rozliczenie trwało długo, a ja broniłam tej koleżanki, jak się okazało niesłusznie… A smród ciągnie się do dziś. Teraz jak pomagam to tylko z jakąś fundacją, nie robię nic na własną rękę.

Onkocelebrytka – zetknęłaś się z tym określeniem?

O nie, nawet mi nie mów. Jasne, że słyszałam, także na swój temat. W Polsce samo słowo celebryta ma pejoratywny wydźwięk. Za granicą bycie celebrytą nie jest niczym złym, jest się po prostu gwiazdą, osobą publiczną. U nas jest odwrotnie za sprawą chociażby plotkowych portali. Ale, żeby do celebryty dołożyć „onko”, to już jest mega przegięcie. Jeśli miałabym się określić w jakiś ramach, to jestem osobą publiczną, która zachorowała. I nigdy nie myślałam, że ludzie będą chcieli sobie ze mną robić zdjęcia i to dlatego, że chorowałam… Uwierz, wolałabym tego wszystkiego nie przechodzić…

Przestałaś się bać?

Czy ja się w ogóle bałam? Tak. I boję się cały czas, że to wróci. Boję się jednej rzeczy, że mój syn lub ktoś mi bliski może zachorować. To jest mój największy lęk, bo wiem, przez co musieliby przejść. Czy boję się nawrotu. Boję się, ale nie paraliżuje mnie jakoś szczególnie ten strach, bo wiem, że jak już raz przeskoczyłam przez ten płotek, to drugi raz też przeskoczę. Największe lęki już chyba pokonałam, myślę że najgorsze mam za sobą – swoje niewidzialne potwory pokonałam.

Przemeblowałaś swoje życie.

Zostawiłam wszystko dla Łukasza, mojego narzeczonego. Moje życie w Warszawie zaczynało się rozwijać, życie zawodowe szło do przodu. A teraz dzwoni do mnie Pani z telewizji, a ja mówię, że nie przyjdę, bo nie mieszkam w Warszawie. Wiem, że tam mogłabym się realizować bardziej. Ale mi to już teraz nie jest potrzebne, bo mam rodzinę. Dla mnie ważne jest, że mam przy kim zasnąć, że mamy dwójkę dzieci, bo Łukasz ma syna ze swojego poprzedniego związku. Ja się nauczyłam gotować, robię codziennie obiady. I to lubię. A kiedyś nikt nie zagoniłby mnie do kuchni. Żyłam od imprezki do imprezki, bo tak wygląda show biznes, musisz bywać, żeby istnieć.

Ania Szubert/arch. prywatne

Ania Szubert/arch. prywatne

Ale lubiłaś tamto życie?

Wiesz co, ja raczej do tego przywykłam. Jak zaczynasz pływać pod wodą, to w końcu wyrastają ci skrzela. Musisz się dostosować przystosować i w pewnym momencie zapominasz, co jest ważne, a co nie. Mi choroba przypomniała, co jest najważniejsze. Czego w domu uczyli mnie dziadkowie. I teraz jest fajniej, niż było. Dzisiaj jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Wiem, że dużo ludzi tak mówi, a ja naprawdę tak czuję.

A jak zawodowo?

Bez zmian. Na pewno robię mniej zdjęć, a do dlatego, że w Warszawie jestem dwa razy w miesiącu. Przestałam właściwie prowadzić swój fanpage fotograficzny, kiedyś wrzucałam tam multum zdjęć i dbałam o to, żeby się rozwijał, ale teraz już mi nie zależy. I może ktoś mi nie uwierzyć, ale naprawdę – pewnie na kasę w Biedronce bym się zwyczajnie nie nadawała, bo jestem zbyt dużym oszołomem – ale mogłabym pracować w sklepie z odzieżą, a nie wracać do tamtego życia, do tego pędu, w którym wcześniej żyłam.

Ja dzisiaj wiem, że życie ma się tylko jedno i je trzeba przeżyć, z niego brać jak najwięcej, a nie mu jeszcze naddawać.

Największa wartość, jaką wyniosłaś, jeśli tak można mówić, z tej twojej rakowej historii?

Przyjaciele. Moje przyjaciółki, tak zwane „Czarownice”, były przy mnie zawsze. Przyjaciele to rodzina, którą sami sobie wybieramy. One w chorobie były ze mną codziennie. Czasami nie miałam siły, a one przyjeżdżały i siedziały przy moim łóżku, gdy spałam. Przywoziły mi obiady, gołąbki. Pamiętam, że Ala (jedna z dziewczyn) na koniec już wpadła w taką paranoję, bo ja je ciągle opie*dalałam, że nie mam rzęs, że sama mi je przywiozła i kleiła bezpośrednio do skóry, bo nie było do czego.

Ten rak był dla nas tak codzienny, że czasami kompletnie znikał. W książce dziękuję Monice za pytanie w windzie. To anegdota. W szpitalu nie można było mieć za dużo swoich rzeczy, więc dziewczyny przyjeżdżały, coś zabierały, coś dowoziły. Pewnego dnia, kiedy byłam już łysa, spakowałam prostownicę, suszarkę i szampon do włosów. Na głowie, jak zawsze, miałam perukę. Jedziemy windą, a Monia do mnie: „Ej a ta suszarka na pewno ci się nie przyda…”.

Kiedy tylko było można prześmiewałyśmy chorobę. Ale to też był egzamin dla nich i dla mnie.  Wiesz, ja nie byłam łatwa, a to przyjaciele dawali mi siłę, opie*dalali mnie. Jak napisałam do dziewczyn, że jak umrę, to proszę żeby zabrały Natana do Disneylandu, odpisały: „Nie, Ania, my go nie zabierzemy”. A ja pomyślałam: „ Co to kuźwa za przyjaciółki?!?”. I dostałam wtedy odpowiedź: „Nie pojedziemy, bo ty pojedziesz z nami”… To był taki moment, kiedy zrozumiałam jakich ludzi mam wokół siebie.

Otrzymałaś mega wsparcie…

Cały czas powtarzam, że to bliscy ci ludzie są w chorobie najważniejsi. Bo jak nie masz do kogo otworzyć ust, to zostajesz sama ze swoimi myślami, które są czasami najczarniejsze z możliwych…

Oprócz przyjaźni, co jeszcze dzisiaj jest dla ciebie ważne?

Rodzina. Jak poznałam Łukasza, on w ogóle nie wiedział, kim ja jestem. Poznaliśmy się na Tinderze.

Ty na Tinderze?

Oczywiście. Moje przyjaciółki namówiły mnie na założenie konta. Po przedchorobowych przeżyciach nie chciałam mieć żadnego faceta. Ale wyskoczył mi Łukasz i jakoś tak mnie trzepnęło. Zaczęliśmy pisać, spotkaliśmy się, wyprowadziłam się z Warszawy, zaręczyliśmy się.

A Natan?

Mojego syna wygrałam już w trakcie choroby, bo zdałam sobie sprawę, że on to jedyne co mam na zawsze. Krew z mojej krwi. Natan zyskał normalną mamę, która gotuje obiad, a nie która wiecznie lata z aparatem i siedzi w telefonie. Mamę, która umie huknąć i czegoś zabronić, bo kiedyś Natan mógł wszystko, bo ja nie miałam czasu na jego wychowanie, bo sobie uroiłam, że muszę robić karierę i zarabiać kasę.

Widzisz to jest tak, że ja nie patrzę na negatywy mojej choroby i może to jest potęga mojego umysłu, o której mówiła mi moja pani doktor. Ja nie widzę negatywów, po prostu ich nie widzę.

Żałujesz czegoś?

Żałuję swojej starej siebie. Przed chorobą mówiłam, że niczego w życiu nie można żałować, bo to wszystko doprowadza cię do miejsca, w którym właśnie jesteś. Nieprawda. W życiu należy żałować, bo to, że żałujesz, oznacza, że masz w sobie pokorę. Jeśli nie żałujesz, że kogoś krzywdzisz, to jesteś głupim człowiekiem. A ja krzywdziłam, krzywdziłam mojego syna, a przede wszystkim samą siebie. Wtedy tego nie żałowałam, a teraz…

Nie umiem tego opisać, co to jest za lekcja życia. To tak, jakbyś przez całe życie szła ślepa, niczego nie widziała, a nagle odzyskujesz wzrok. Dla mnie to jest niesamowite. Ja totalnie inaczej patrzę na świat. Nie złoszczę się na przyziemne rzeczy.

Na przykład?

Chociażby teraz, kiedy mieliśmy premierę książki.  Miałam zaplanowane, że zrobię paznokcie, rzęsy, a z niczym nie zdążyłam i kiedyś bym był wku*wiona, pewnie bym w ogóle na tę premierę nie poszła, a teraz miałam to totalnie w dupie. Nie wybielam się – nadal mam więcej wad niż wynosi przeciętna.

Czyli nie jest to zmiana radykalna?

Oczywiście, że nie. Nie stałam się nagle świętą Anią Szubert. Dalej mam swoje zwariowane życie, ale jednak żyję inaczej. Nie będę nagle aniołem, nie pójdę leżeć krzyżem w kościele, nie zacznę ubierać burki. Tak jak mówiłam, ja raczej zostałam jeszcze większym hedonistą, który pije alkohol wieczorem, ale się nie upija do nieprzytomności, bo wie, że rano trzeba wstać, bo pamiętam, że jestem mamą. A kiedyś o tym nie pamiętałam.

Myślisz o sobie za 10 lat?

(Ja myślę o niej za 10 lat – wtrąca się Łukasz). Nie myślę, bo już nie planuję, bo plany mogę spełznąć na niczym. Bo jutro może mnie nie być. Miałam zaplanowane całe życie przed chorobą – co będę robić, gdzie pojadę, jaką sesję zrobię i gdzie. I nagle, pewnego dnia, to wszystko przestało mieć znaczenie.

Także nie planuję, ale myśląc o sobie… Chciałabym mieć jeszcze jedno dziecko i żyć tak, jak teraz. I być zdrowa i żeby moi najbliżsi byli zdrowi.

A jak jest dzisiaj?

Dzisiaj mój guz zmniejszył się z 12 na 6 cm. Choroba nie zagraża mojemu życiu, choć o całkowitym wyzdrowieniu będziemy mogli mówić za rok, czyli dwa lata po leczeniu. Nie wierzę w Pana Boga, nie wierzę, że ta choroba była dla mnie jakąś karą. Wierzę, że jadłam zupki chińskie z paczki, żyłam niezdrowo, prowadziłam mega stresujące życie, jadłam tabletki bez recepty, jakby to były gumy do żucia i sama na własne życzenie doprowadziłam się do tamtego stanu.

Szanuję życie. Tak chyba można powiedzieć.

Jesteś szczęśliwa?

Bardzo. Jasne, że nadal sobie nie radzę ze swoimi porażkami, bo nie umiem przegrywać. Kłócę się z  Łukaszem, nie raz wolałabym uciec, niż rozmawiać. Bo tak kiedyś żyłam. Ale zostaję i walczę o to. To jest mój pierwszy dojrzały związek, kocham Łukasza ponad życie. Jemu tylko brakuje zbroi i rumaka. I teraz też wiem, że związek trzeba pielęgnować, że to był sukces naszych dziadków, że nie uciekali przy pierwszym kryzysie tylko walczyli o siebie, bo trzeba być ze sobą na dobre i złe, tak jak ze mną były i są moje przyjaciółki.

Tak, jestem szczęśliwa i na pewno mądrzejsza. Choć pewnie jeszcze będzie milion sytuacji, które zweryfikują tę moją mądrość i to czy się naprawdę czegoś nauczyłam.

To zabrzmi trywialnie i z mojej strony lekkomyślnie, ale to była zajebista przygoda. Takie przejście przez las z jednej strony lustra, na drugą, gdzie też jest łąka. Tylko piękniejsza.

14479767_1226504364037841_543301639319104466_n


Gdybyśmy wiedziały dzisiaj to, co wiedzieć będziemy za 30 lat… Pięć podstawowych zmian, których warto dokonać w życiu

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
2 listopada 2016
Fot. iStock /  Tverdohlib
Fot. iStock / Tverdohlib

Mam młode ciało i jędrną twarz. Względnie. Mam włosy jeszcze w jednym kolorze i większość zębów. Nie potrzebuję asysty przy wychodzeniu z domu i na pewno nie zgubię się w rodzinnym mieście. Nie zapytam przypadkowych ludzi jak się nazywam i gdzie szłam, czy wiedzą. Dzieci własne mnie szanują. W grach słownych nadal wiem, o czym mówią i rozeznaję się w slangu. Mniej więcej, ale nie błądzę. Jednak starość, która czeka na mnie na końcu z ciepłym obiadem i pościelonym w świeżą poszwę łóżkiem do spania na zawsze, jest jedną z rzeczy, której boję się jak totalnego zapomnienia. Że byłam, że na tym przystanku wsiadałam, tam wysiadałam, tutaj kupowałam gazetę, lubiłam piosenki Maanamu. Jestem teraz tu, jutro tam. Dzisiaj młoda, jutro wspomnę osiągnięcia.

Jest jednak w przemijaniu magia. Wyrównuje wszystkie mankamenty starzenia i uzupełnia braki jak dobrze zbilansowana dieta. Nie można przecież umrzeć nie wiedząc o życiu nic. Nie można odejść w jesień i nie wspomnieć, że co jak co, ale ta kobieta była mądra, cwana, pyskata, rezolutna, głupia jak but, bezczelna. Obgryzała paznokcie, dziwnie wypowiadała słowa, hodowała piękne paprocie, miała zdolność rozszyfrowywania intencji. Że była jakaś. Gdybym miała szansę na miesiąc cudu i w trzydziestoletnie ciało mogła wpakować kilka cech staruszki, wypchać głowę poglądami i reakcjami, nie zapomniałabym o kilku najważniejszych.

Priorytety

Chciałabym zmienić priorytety. Teraz, nie później, kiedy zrozumiem, że szacunek do rodzinnych kolacji był  ważniejszy niż służbowy wyjazd. Nie później, kiedy za późno. Nadałabym rzeczom ważnym ważność i zeszła z tego pieprzonego piedestału trzydziestolatków, pań i panów świata. Zdjęła z głowy diadem władców idealnego czasu na życie, jedynie słusznych żartów, wysublimowanego języka. Już nigdy nie powiedziałabym do matki, że nic nie rozumie tak, że ona czuje się po tym jak zero. Jakby nie miała prawa zdania innego niż moje.

Przestałabym się bać o doczesne wyzwania

Gdybym mogła wybrać chciałabym przestać się martwić. Uwolnić łeb od ustaleń, kalkulacji, wywoływania małych armagedonów. Co z pracą, co ze zdrowiem, czy jutro też będziemy mieli pieniądze. Dam radę wychować dzieci na dobrych ludzi? Czy wybrana droga prowadzi mnie do czegoś dobrego? Starość oczyszcza uświnione półki w głowach i doskonale zna wartość każdej myśli, której nie marnuje na bezsensowne dywagacje. Nie ma na nie czasu. Starość otwiera oczy i na podstawie przebytego życia zestawia wydarzenia tak, że nagle nic nie ma żadnego znaczenia stojąc obok wyższych  uniesień. Obok samotności. Obok przemijania. Obok intensywności przekazywania rodzinie, że jest najważniejsza na świecie. Na końcu wszystkie problemy dostają status „przeczytane”. Jak maile w spamie, do wyrzucenia. Nieważne będą błahe gdybania, gdy postawi się je obok najsilniejszego przeciwnika – śmierci. Gdybym mogła na chwilę wyczyścić mózg z lęku i nareszcie zacząć oddychać…

Wdzięczność

Nauczyłabym się dziękować za małe dary. Nie ma drugiej takiej mocy jak wdzięczność w oku prababć siedzących w pierwszych ławach na chrzcie prawnucząt. Nie ma innej, większej radości niż ta, że doczekały ich ślubu, że poczuły jeszcze zapach dzieci tychże dzieci. To są ułamki sekund, kiedy powinniśmy dziękować, a których nie dostrzegamy bez bardzo grubych szkieł w opuszczonych na nosie okularach zakładanych na starość. Kiedy widzę prababcię moich dzieci, która ledwo utrzymuje je na rękach, to przeszywa mnie niewytłumaczalny rodzicielski obowiązek wsadzenia syna i córki w te dwie pomarszczone dłonie. Z każdym „przyjedźcie jeszcze kiedyś do babci” przeszywa dreszcz tajemnicy ważności zdarzeń, którą ona posiadła, a ja jeszcze nie. Może coś przeczuwa. Może już wie. Gdybym mogła chciałabym być wdzięczna. Bardziej wdzięczna.

Odejścia

Przydałoby się w ciele młodej kobiety posiąść też dar zrozumienia umierania i większą siłę godzenia się z nieuchronnym. Teraz, nadal w tym niepotrzebnym diademie, nadal nadmuchana dumą trzydziestolatki myślę sobie NIESPRAWIEDLIWE. Wrzeszczę NIE ODCHODŹ. Błagam NIE UMIERAJ. A gdyby się zatrzymać i zastanowić, pogodzić patrząc na systematycznie znikające z ulic koleżanki babci, kolegów ze szkoły i partnerki do sobotniego koniaku, to o ile łatwiej byłoby spakować swoje torby i zamknąć za sobą drzwi. Chciałabym osiągnąć ten stan radości wynikającej z wypełnienia misji, a nie rozpaczy po utracie sternika.

Świadomość

Finalnie chciałabym zachłysnąć się świadomością w każdej dziedzinie. Nie tytułem, nie nadprogramowymi umiejętnościami, nie nieokiełznaną wiedzą. Świadomością, która pomogłaby przeskoczyć niektóre etapy życia w bardziej przemyślany sposób. Zrobiłaby z dorosłej dziewczynki dorosłą kobietę.

Z szacunkiem do mijania i pochylona nad grobem dziadków zostawiam was z burzą myśli, mam nadzieję planem działania od teraz, myślę sobie… z szerzej otwartymi oczami. Warto szanować starość i doceniać jej umiejętności. Bądźcie szczęśliwi.


Zobacz także

Fot. iStock / pixdeluxe

Zbieraj chwile i doświadczenia, nie przedmioty. Tych ostatnich nie jest żal, gdy przychodzi starość

Fot. Screen z YouTube / AsapSCIENCE

Dlaczego zdradzamy? Nauka potwierdza, że to typowo ludzkie zachowanie

Fot. iStock / Peopleimages

Prostownica i suszarka, czy naprawdę niszczą włosy? Akcja „Jaki jest twój sekret pięknych włosów?” – wyzwanie #5