Mąż dostał kontrakt. Wyjeżdżamy! Jak przeżyć – krótki poradnik dla żony

Małgorzata Mueldner
Małgorzata Mueldner
8 lipca 2016
Fot. iStock / Pilin_Petunyia
 

Kiedy mąż pakuje biurko, żona zaczyna pakować swoje dotychczasowe życie.  Często rezygnuje z pracy, ze swoich rytuałów i miejsc.  Myśli o wszystkim – co zabrać, jak poradzą sobie dzieci, czy pies zniesie daleką podróż, co będzie z pozostawionym domem lub mieszkaniem, czy przetrwa bez rodziny, przyjaciółek?

Dopiero, kiedy będzie wyjeżdżać kolejny raz, spakuje jedynie kilka walizek, zabierze ulubiony obrazek ze ściany, kupi większą klatkę na podróż dla psa, spokojnie zamknie dom na klucz i powie: „Do zobaczenia”.

Nie pakuj domu do walizki

W pierwszym odruchu kobiety, zwłaszcza domatorki, chcą zabrać dosłownie wszystko, bo przecież dom…to dom – ta malowana szafka pod telewizor, stara kochana komoda z sypialni i stół, a jak stół to przecież muszą być krzesła starannie dobrane i jeszcze portrety przodków ze ściany. W ten sposób na kilka dni przed wyjazdem rośnie sterta kartonów, a panowie z firmy przeprowadzkowej zastanawiają się jak wytaszczą ogromne łóżko z sypialni. Na koniec przyjeżdża ciężarówka, w której jest miejsce nawet na samochód, a ty zastanawiasz się czy jednak nie przesadziłaś z pakowaniem.

Tak naprawdę wystarczy zabrać kilka rzeczy, które darzymy szczególnym sentymentem, rzeczy osobiste, kilka książek, do których tak lubimy wracać. Przyda się na pewno ładna zastawa stołowa – zawsze robi wrażenie i będzie niezwykłą ozdobą, kiedy zaserwujecie tradycyjne polskie dania. Niech każdy weźmie ze sobą cząstkę siebie to, co lubi najbardziej. Pozwól dziecku zabrać wszystkie zabawki, jeśli ma takie pragnienie, mężowi płyty z jego muzyką, a sobie…kilka pudeł z butami. I dopilnuj koniecznie, żeby klatka dla psa była na pewno odpowiednich rozmiarów, bo służby na lotnisku są bezlitosne!

Wszystko czego potrzebujesz, znajdziesz na miejscu

No może z wyjątkiem mąki ziemniaczanej…to bywa w niektórych miejscach problematyczne.  Za to szwedzki sklep z meblami jest w zasadzie wszędzie.  Firmy wysyłając pracowników na kontrakt zapewniają im zazwyczaj domy, wygodne mieszkania – do wyboru urządzone lub nie. Jeśli zdecydujecie się na pusty dom, otrzymacie środki na jego wyposażenie – takie są standardy w dużych korporacjach. Pamiętajcie, że jesteście w danym miejscu na dwa do pięciu lat, a bywa, że jeszcze w trakcie trwania kontraktu przemieszczacie się do kolejnego kraju. Rozpakowywanie i pakowanie walizki o nazwie „dom” to gehenna – uwierzcie mi!

Warto urządzić tymczasowy dom wygodnie i prosto. Zrobić sobie frajdę kupując jakiś wyjątkowy mebel, ozdoby charakterystyczne dla kraju, w którym teraz przyszło wam żyć. Wszystko nowe idealnie połączy się z przywiezionymi drobiazgami zarówno w przestrzeni, jak i w sercu.

 Zorganizujesz sobie życie

Podczas kiedy mąż spędza długie godziny w pracy, żona organizuje życie rodziny …i swoje. Bo jak tu zrobić schabowego, kiedy przez lata kupowała mięso w jednym i tylko jednym sklepiku? A gdzie kupić świeże warzywa, jeśli wokół jedynie supermarkety? Spokojne! Wyjdź śmiało poza mury ogrodzonego osiedla, odkrywaj miasto, szukaj a znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz. Pytaj mam w szkole, sąsiadów – oni chętnie podzielą się informacjami, pomogą, bo przecież doskonale rozumieją twoje rozterki. Dodatkowo ludzie, przebywający na kontraktach są zazwyczaj bardziej otwarci i przyjaźni… przynajmniej pozornie.

Zobaczysz, że wkrótce odtworzysz swoje rytuały i będziesz ponownie kupowała pomidory u jednej pani, chodziła do tej samej kosmetyczki tyle, że za każdym razem nauczysz się nowego słowa w obcym języku. Naturalne jest tęsknota za tym, co znałaś do tej pory, ale wykorzystaj dany ci czas na zmiany, potraktuj jako przygodę, wyzwanie i sposób na zagospodarowanie dnia, być może porzucisz dotychczasowe rytuały, odkryjesz nowe hobby – to dobry moment!

 Dzieci dadzą sobie radę

Najważniejsze, że są z rodzicami. Oczywiście będą tęsknić za kolegami i koleżankami, jednak w dobie Facebooka i skypa zdecydowanie łatwiej pokonać pierwsze chwile rozstania. Zobaczysz, wkrótce pojawią się nowi przyjaciele, a ty będziesz musiała nieźle się natrudzić szykując lunch z poszanowaniem ich religii i nawyków kulturowych.

Dzieci, które wyjeżdżają na kontrakty z rodzicami uczą się szybko języków, poznają inne obyczaje, stają się bardziej tolerancyjne dla odmienności. To bardzo ważne i zaprocentuje im w całym przyszłym życiu.

Trudny moment dla związku

Życie na kontrakcie bywa egzaminem dla związku. Każde z was przechodzi trudny moment nawet, jeśli potraktujecie wszystko jako wspaniałą przygodę, jesteście obciążeni potężną dawką stresu – przynajmniej w pierwszych miesiącach wyjazdu.  Dbaj o niego i wymagaj, by on dbał o ciebie jeszcze mocniej niż zazwyczaj. Nie narzekaj na kraj, w którym przyszło wam żyć, bo on potraktuje to jako osobistą krytykę i niedocenienie. Z drugiej strony pamiętaj, że masz prawo do smutku i tęsknoty.

Te kwestie nie są proste, bowiem tak naprawdę wiele zależy od tego, co spakowaliście do walizek oprócz rzeczy, gdy opuszczaliście dom…Jedno jest pewne – najważniejsze, że jesteście razem. Związek na odległość w tym wypadku nie jest dobrym rozwiązaniem

Nowe znajomości

Będzie ich całe mnóstwo, wiele skazanych na zapomnienie. Bądź ostrożna w kontaktach z ludźmi, niestety za uśmiechami i sympatią często kryje się pustka i fałsz…jak wszędzie.. Ale…zdarzają się prawdziwe perły, przyjaźnie na lata, może na zawsze bez względu na dzielące was różnice religijne, kulturowe.  Zobaczysz, rozpoznasz swoje dusze pokrewne – one mimo innego koloru paszportu, mówią zawsze tym samym językiem.

Życie ekspatów oznacza zazwyczaj lepsze warunki bytowe, prestiż. Może być wspaniałą przygodą, ale może okazać się też porażką. Nie wszystkie kobiety odnajdują się w nowej rzeczywistości i nie pomaga tu elegancki dom z basenem. Niektórzy mogą pomyśleć, że to wręcz grzech mieć tak wiele i tęsknić za zwyczajnością…, więc niech ruszają i zmierzą się z życiem na kontrakcie. Ciekawe za czym zatęsknią najbardziej?


Malgorzata mueldner gosia awatarMałgorzata Mueldner

Mama Mikołaja, 4 kotów i psa. Ponad wszystko ceni sobie spokój domowego zacisza i ogródka, ale miewa zaskakujące przygody. Przed laty zaczynała  jako obiecujący pracownik dużej korporacji, a dziennikarzem została dzięki splotowi różnych okoliczności i ludzkiej życzliwości.


Wakacje w telefonie, wakacje bez telefonu? Przyłącz się akcji „Urlop bez monitora”!

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
8 lipca 2016
wakacje bez telefonu
Fot. iStock / vladans
 

Obrazek numer 1:

Rodzina siedzi w holu, czekając chyba na taksówkę. Mama, tata, dwoje dzieci w wieku około 6 i 9 lat. Dziewczynka, chłopiec, w kolejności on starszy, ona młodsza- jak w podręczniku szczęśliwej rodziny. Są wakacje, Hiszpania, słońce. Mogliby rozmawiać, przecież wszystkim nam na co dzień brakuje rozmowy. Mogliby też nie rozmawiać, ale patrzeć na siebie. Być może ona (matka) zauważyłaby, że jej córka ubrała bluzkę na lewą stronę, a syn ma śliczne piegi od słońca. Mogliby się do siebie bardziej zbliżyć, mogliby zbudować kapitał na kolejny szkolny rok, który ich czeka, tym bardziej, że pewnie mała idzie do szkoły. Ale oni wszyscy mają nosy w ekranach telefonów, tata rozmawia, mama przegląda strony z butami, chłopiec gra, a dziewczynka rysuje coś na tablecie. Nowoczesna, multimedialna rodzina na wakacjach.

Obrazek numer 2:

Ta sama wyspa, to samo słońce, te same wakacje. Ona ma około trzydziestki i pcha wózek z dwu-trzylatkiem. Na oko taki, co mu się kryzys wieku trzeciego za chwilę włączy. Pani rozmawia przez telefon, wygimnastykowana w wirtuozji motorycznej na tyle, by trzymać torebkę z zakupami, lizać loda, którego młody odrzucił, rozmawiać i pchać wózek jednocześnie. Dziecko w tablecie ogląda jakiś filmik. Polacy, Hiszpanie, może Anglicy. Wszyscy w monitorach.

Obrazek numer 3:

Para na romantycznym wyjeździe. Ona wygalantowana w kieckę i szpilki, kok upięty, oko zrobione, siedzi na kolacji z nosem w telefonie a właściwie kciukiem, który niczym formuła jeden wypisuje elaboraty wakacyjne do koleżanki, kuzynki lub Bóg wie gdzie. On chichocze pod nosem, czytawszy coś w swoim monitorku, może dowcip, może mem – coś, o czym ona nie ma pojęcia, bo zajęci są czymś innym i mimo, iż razem, to jednak osobno. Ważne, że stolik ten sam, bo tak pomyśleć by można, że obcy.

Wiem, wiem. Wszyscy popełniamy te grzeszki, telefon niby wyłączony, a jednak wciąż z nami. To zrozumiałe, w telefonach mamy dziś wszystko, w Internecie także. Ktoś powie, że nie mógłby wyjechać bez telefonu, bo jego praca nigdy się nie kończy. Ktoś ma kogoś chorego i monitoruje postęp leczenia. Ktoś zostawił psa pod opieką sąsiadki, ktoś czeka na telefon z propozycją nie do odrzucenia. Ale czym się to różni od dnia codziennego? Od poniedziałku w pracy? Od tygodni żmudnej roboty, na którą wszyscy narzekamy? Dlaczego nie umiemy odłożyć telefonu, gdy mamy wreszcie upragnione wakacje? Jaki dajemy przykład naszym dzieciom?

Wiecie to wszyscy, wiem i ja. Że cierpimy dziś na chorobę zwaną deficytem intymności w relacjach. Każdych. Partnerskich, z dziećmi, rodzicami, przyjaciółmi. Brakuje nam przestrzeni do prawdziwego kontaktu. Takiego, w którym jesteśmy tylko my ludzie i nic więcej. Nic, co stoi pomiędzy. Żaden zagłuszacz, rozpraszacz, żaden argument, który wytłumaczy obcość. Telefon to technologiczny cud, ale także przekleństwo współczesnych czasów. W sensie budowania relacji między ludźmi. Szczególnie to smutne, gdy patrzymy na dzieci. Mam w głowie taki obrazek (numer 4), gdy idziemy na kolację, a jedno z dzieci (na szczęście nie moje) mówi do swojej mamy „Czy mogłabyś choć raz nie brać telefonu?”. Ma 7 lat i już wie, że telefon zabiera mu mamę.

Kochani, są wakacje. To taki czas, gdy możemy mieć wreszcie siebie na wyłączność. Kochać się, przytulać, grać w piłkę, w karty, chińczyka, kalambury. Przestańmy dostarczać sobie kolejnych wytłumaczeń, odłóżmy telefony, Ipady, komputery. Wyłączmy je na ten jeden czas, który zamieni się w magię, obiecuję wam. Niczym nie zmąconą miłość, która buduje się między ludźmi, gdy mają czas spojrzeć sobie w oczy. Zauważyć piegi. Zaśmiać w tym samym momencie, bo zobaczyli coś głupiego. Pomilczeć. Ponudzić. Tylko wtedy dzieją się rzeczy niezwykłe.

Zachęcam Was, przyłączcie się do akcji „Urlop bez monitora”. Piszcie o tym, co odkrywacie nowego, gdy wyłączycie wszystkie sprzęty, piszcie o swoich obserwacjach, a my nagrodzimy najfajniejsze listy. Ściskam was z Hiszpanii znad monitora, który włączyłam tylko na chwilę, by napisać ten tekst, a teraz lecę grać w piłkę ręczną, choć już ręce mnie bolą.

Bye bye!


Listy wysyłajce na adres: kontakt@ohme.pl z dopiskiem „Urlop bez monitora”

 


Narcystyczny feminizm, czyli czas na selfie!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
8 lipca 2016
fot. iStock/AleksandarNakic

Czy potencjalna Prezydent Stanów Zjednoczonych i celebrytka popularna dzięki seks-taśmie mogą mieć coś wspólnego poza tym samym obywatelstwem? Hillary Clinton i Kim Kardashian West wbrew pozorom łączy o wiele więcej. Obie chcą zamieszkać w Białym Domu, ale przede wszystkim obie mają tą samą tajną broń – selfie.

O co tak właściwie chodzi?

Według definicji na Wikipedii to po prostu autoportret fotografa zrobiony przy użyciu aparatu cyfrowego lub komórki, która bardzo często jest umieszczona na kiju do selfie. Prościej? To po prostu zdjęcie, które sami sobie robimy. Ten osobliwy autoportret ma ścisły związek z socialmedia; to właśnie dzięki nim, dzisiaj na ślubach poza profesjonalnym fotografem znajduje się kilkudziesięciu amatorów, którzy prześcigają się w coraz to wymyślniejszych zdjęciach. Czasy się zmieniają, pojęcie sztuki też. Gdyby da Vinci malował Mona Lisę w XXI wieku, na pewno miałaby skierowaną ku górze głowę, a kolory byłyby o wiele jaśniejsze, bo dzięki nim po prostu wyglądamy młodziej.

Dobry filtr i setki lajków

Za kilkadziesiąt lat nasi wnukowie lub prawnukowie opisując rozwój fotografii, nie będą mogli uciec od osobliwych autoportretów. Paradoksalnie zrobienie dobrego selfie wcale nie jest takie proste, choć producenci telefonów prześcigają się w przednich aparatach wspomaganych programami, które mają wygładzić nam twarz. A przecież wszystkie chcemy mieć skórę gładką jak niemowlę! Może to właśnie powód popularności „słitfoci”? Wystarczy dobry kąt nachylenia aparatu, dzienne światło, głowa przechylona na bok, a w czasie edycji odpowiedni filtr i voila! Jest duża szansa, że wyglądamy jak milion dolców, a telefon nie nadąża z powiadomieniami o kolejnych polubieniach. Niewątpliwą zaletą tego typu zdjęć jest właśnie nasz wygląd, znacząco różniący się od tego w dowodzie, a już nie daj Boże w paszporcie. Poza kątem nachylenia, światłem i filtrem, decyduje o tym także fakt, że możemy kontrolować mimikę twarzy, patrząc w ekran telefonu. Łatwiej wtedy korygować wszelkie nieprawidłowości.

My cutie

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Kim Kardashian West (@kimkardashian)

Zróbmy sobie dobrze

Pewnie gdybym przejrzała swój telefon, znalazłabym dziesiątki, o ile nie setki selfie, ale kto ich nie ma? Przygotowując tekst o pierwszej wizycie na siłowni, trafiłam na artykuł amerykańskiej trenerki fitness, która już na wstępie napisała: „jeżeli idziesz na trening tylko po to, żeby cyknąć sobie fotę w lustrze z logo siłowni – odpuść”. Trochę o to właśnie chodzi w tej „sztuce” naszych czasów, o chwalenie się. Dzisiaj każdy jest swoim własnym PR’owcem, kreującym wizerunek siebie w Internecie. Po co? Czasem po to, żeby inni nam zazdrościli i nie myśleli sobie, że mamy gorzej od nich. Druga opcja to dowartościowanie samego siebie, wcale nie przez bycie lepszym od koleżanki z pracy. Wrzucając zdjęcie do socialmedia, narażamy się na krytykę jednocześnie pozwalając się komplementować. Może to trochę budowanie pewności siebie na piasku, ale na początku dobre i to, czyż nie?

Dobry biznes

Pomijając wcześniej wspomniane filtry i oprogramowania, biznesmeni prześcigają się w coraz to śmielszych pomysłach na ułatwienie „produkcji”. I tak oto w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy rynek zdobywają kije do selfie, obudowy do aparatów z wbudowanym światłami, dodatkowe mini-obiektywy dedykowane przednim kamerom telefonów, ale także mini blendy fotograficzne czy nawet książki o idealnym pozowaniu sobie samemu! Przesada? Jest popyt, kto by tego nie wykorzystał. Największy biznes na samouwielbieniu zrobiła Kim Kardashian West. Przywołana na samym początku celebrytka wydała album, w którym podziwiać możemy tylko i wyłącznie jej selfies. Ona sama wyznaje, że musi zrobić kilkaset zdjęć, żeby wybrać to jedno nadające się od publikacji – po prostu ciężka praca!

 

Dedication.

 

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Hillary Clinton (@hillaryclinton)

 

Tajna broń

Skoro wyjaśniłam ciężką pracę Kim, pora na Clinton, Hillary Clinton! Pomimo, że w eterze nie słychać nic na temat książki z jej zdjęciami, tak samo jak Kardashianka wie, że selfie może być bardzo pomocne w karierze. W czasie swojej kampanii, (potencjalna) Prezydent USA nie stroni od zdjęć ze swoimi wyborcami, czasami nawet sama ich o nie prosi. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo nawet Papież Franciszek strzela sobie fotki, ale to właśnie tym zjednuje sobie ludzi. To taka tajna broń, którą Hillary wykorzystuje, żeby być bliżej ludzi i przekonywać, że dobrze wie, jak życie potrafi skopać nam tyłki. Zapytana czy po ewentualnej wygranej nadal będzie tak chętna do selfie zaznacza, że sama nie widzi przeszkód, ale Secret Service wręcz przeciwnie. I jak tu jej nie kochać?

Bez umiaru prowadzi do śmierci

Amerykańskie Towarzystwo Psychiatrów uznało robienie zdjęć sobie samemu za objaw zaburzeń psychicznych. Choroba dotyczy nas dopiero, gdy selfie robimy kilka-kilkanaście razy dziennie i namiętnie wrzucamy je do sieci. Co więcej, odnotowuje się wzrost przypadków, w których chęć zrobienia dobrej tzw. „samoj*ebki” doprowadziła do zgonu. Brzmi bardzo amerykańsko, czyż nie? Przykładów nie trzeba jednak szukać daleko. Niespełna rok temu, przed koncertem w Warszawie pewien meloman chciał zrobić foto na moście. To był jego ostatni autoportret, bo przechylając się za bardzo, spadł do wody i nie udało się go uratować. Tak jak we wszystkim, tak i w tym przypadku potrzebny jest umiar. Zawalanie znajomych tysiącem zdjęć w tej samej pozie nie spowoduje przecież, że polubią nas bardziej.


Zobacz także

Co mówi o tobie twoja kawa?

Ania Witowska: „Zacznij od przebaczenia i zostań szefową swojego życia”. W kilku słowach o świadomym dążeniu do szczęścia [film]

Siostry od kuchni polecają: Makaron z orzechami, suszonymi pomidorami i rukolą