Manifest pediatry podbija Internet. Zobacz, jaką listę wywiesił lekarz dla rodziców czekających na wizytę!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
26 lipca 2016
Fot. iStock/freemixer
 

Pewien mądry pediatra wywiesił  na drzwiach swojego gabinetu niepozorną kartkę. Zdania, które na niej umieścił poruszyły serca rodziców jego pacjentów. Jedna z mam zrobiła zdjęcie owej listy i podzieliła się nim z innymi, na Facebooku. W krótkim czasie post zyskał olbrzymią popularność. Sami zobaczcie, dlaczego….

Co jest najlepsze dla Twojego dziecka?

Fot.www.ideal.es/noticias

Fot. www.ideal.es/noticias

Najlepszą rzeczą jest …

Najlepszą rzeczą nie jest karmienie piersią.

Najlepszą rzeczą nie jest również karmienie butelką.

Najlepszą rzeczą, nie jest to, że nosisz swoje dziecko.

Najlepszym rozwiązaniem nie jest to, by odkładać  je do łóżeczka w jakiś określony sposób.

Najlepszą rzeczą nie jest to, aby odkładać go do łóżeczka w inny sposób.

Najlepszą rzeczą nie jest to, by przykrywać je zawsze tak samo.

Najlepszą rzeczą nie jest to, by robić to inaczej.

Najlepszą rzeczą nie jest to, że ubierasz je w taki właśnie sposób.

Najlepszą rzeczą jest to, że ubierasz je inaczej.

Najlepszą rzeczą nie jest to, że rozdrabniasz mu jedzenie.

Najlepszą rzeczą nie jest to, że podajesz mu do jedzenia małe kawałki.

Najlepszą rzeczą, że nie jest to, co mówi twoja mama.

Najlepszą rzeczą nie jest to, co mówi twoja znajoma.

Najlepszą rzeczą nie jest zostawienie twojego dziecka z opiekunką.

Najlepszą rzeczą nie jest zapisanie go do przedszkola czy zostawienie z dziadkami.

Najlepszą rzeczą nie jest to, aby  trzymać się jednego stylu wychowawczego.

Najlepszym rozwiązaniem nie jest to, aby stosować inny styl rodzicielstwa.

Wiesz, co tak naprawdę jest najlepsze?

Najlepszą rzeczą jest to, co sprawia, że ty ​​czujesz się dobrze.

Najlepszą rzeczą jest to, co twój instynkt mówi ci, że jest lepiej zrobić.

Najlepszą rzeczą jest to, co sprawia, że czujesz, że jesteś w porządku.

Najlepszą rzeczą jest to, co pozwala ci być szczęśliwym ze swoją rodziną.

Kiedy ty czujesz się dobrze, im również jest lepiej. 

Bo to, co najlepsze, to ty.

Bo jeśli ty czujesz się bezpieczny, ale również czują się bezpiecznie.

Bo jeśli myślisz, że postępujesz słusznie, twój spokój udziela się również im.

Jesteś tym, co najlepsze.

Spróbujmy powiedzieć każdej matce i ojcu, co jest najlepsze.

Tym, co najlepsze dla twojego dziecka jesteś ty sam.

 

Co byście pomyślały widząc taką listę na drzwiach gabinetu pediatry waszego dziecka?

 


 

Źródło: www.ideal.es


„Poświęciłam mu wszystko. Pieniądze, czas, uwagę, siebie. Wszystko, proszę Pani”

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
26 lipca 2016
Fot. iStock/andrej_k
 

Czasami zastanawiam się, kim trzeba być, aby przebić się przez nadmiar miłości, jak temu sprostać, jak nie okazać się egoistą, gdy wciąż nie można temu dorównać. Samo określenie „‚nadmiar”” miłości wydaje się być sprzeczne z tym, czym miłość jest, bo przecież wszyscy dążymy do tego, by kochać bardzo i też bardzo być kochanym. Ale za bardzo? Czy istnieje jakiekolwiek za bardzo?

Myślę, że jest jakaś miara uczuć, które nosimy w sobie. Pełna chochla, albo jak kto woli – worek wypchany po brzegi. Istnieje też granica, dno, które wysycha. W tej jednej ludzkiej pojemności jest Ta lub Ten, którego kochamy. Są tam też rodzice, dzieci, przyjaciele, autorytety, ważni ludzie. Jesteśmy też my sami. Gdy przelewamy wszystko w jedna osobę, nie starcza dla innych, nie starcza dla nas samych.

Spotykam wiele osób, które mówią o sobie, że kochają za bardzo. Nie kochają jednak siebie. Poświęcają swoje potrzeby, marzenia, fantazje, plany, by komuś, tej jednej wybranej osobie, było najlepiej na świecie. „Kochany, kawka? Szparagi w beszamelu? Lepsza strona łóżka, miejsce w samolocie od okna, śniadanie na trawie?”. Odejmują sobie od ust, aby ktoś zapchał się po kokardkę. I chodzą potem głodni, smutni, sfrustrowani, źli.

– Jestem bardzo zmęczona – mówi mi Pani X. – Mam wrażenie, że wciąż go obsługuję. Dzieci, rachunki, wakacje, śniadania, obiady, kolacje. Biegam z zadyszką, bo chcę, aby mu było dobrze. A on ma czas na wszystko: triathlon, piwko z kolegami, gazeta od deski do deski, a nawet spokojne przeglądanie nowości w Empiku. Czy Pani wie, kiedy ja ostatnio przeczytałam książkę? Nie pamiętam. Modle się o to, by coś mi się stało, żebym wylądowała w szpitalu – tam wypocznę. Wiem, głupie to, prawda?

Druga Pani hula na portalach randkowych. – Wciąż mi nie wychodzi- wzdycha. – Po kilku spotkaniach faceci przestają się odzywać. Ostatni jeden z nich, z którym myślałam, że już się uda, napisał mi, że jest mnie za dużo. Dokładnie napisał mi tak: „Czuję się tobą zmulony”. A ja tak bardzo się staram. Za bardzo.

Moja bliska koleżanka ma takie powiedzenie: „Coraz mniej Hani w Hani”. Co to oznacza? Dokładnie to, że kochając kogoś bardziej niż siebie, traci się własną tożsamość. Hania staje się Staszkiem, ale Staszek nie staje się Hania. Wszystko więc zamienia się w Staszka, jej myśli, słowa, mieszkanie, plany – po prostu – cały świat to on.

– Jestem ciągle spięta – mówi Pani X. – Tyle we mnie złości. Mam wrażenie, że zamieniłam się w jęczyduszę. Wciąż jestem niezadowolona. Sama nie wiem, czy chciałabym być ze sobą w tym stanie.

Bo czy ktoś chce żyć z wiecznym frustratem? Nie.

Czy ktoś chce budzić się ze służącą? Nie.

Czy ktoś marzy o tym, by po drugiej stronie widzieć tylko obraz siebie, grubego spasionego konsumenta czyichś potrzeb? Raczej nie.

Czy taka osoba może czuć się sprawcza? Oj nie. Czy potrzebna? Na pewno nie. Czy inspiruje go taka kobieta? Nie. Rozwija? Nie.

Jest tylko cieniem odbitym, nikim więcej. Więc, kiedy się nakarmi po pachy, idzie często dalej. Wybiera kogoś, kto mówi własnym głosem, ma oczekiwania, wie, że dawanie jest także braniem, istnieje, nie zatraca siebie. Staje się wyzwaniem. Partnerem.

– Dla takiej zołzy mnie zostawił? – dziwi się potem Pani X. – Nagle okazało się, że wszystko umie sam zrobić. Ba, podobno kawę jej do lóżka podaje. Czy trzeba być zołzą, by zasłużyć kawę?

Nie. Trzeba kochać mądrze. Kochanie za bardzo to kochanie bez granic. Granica ta jest prosta do zrozumienia. Wyznacza ją szacunek do siebie. Miłość minimalna chociażby do tego kim się jest. Miłość polegająca na dbaniu o swój komfort, rozwój i wygodę. Egoizm niezbędny do przetrwania z drugim człowiekiem. Egoizm, który jak kleszcz zamyka paszczę, która chce cię zjeść. Egoizm, który nienawidzi poświecenia.

Znam wiele kobiet, które zostają z niczym. Dosłownie. Klną co niemiara, albo zatracają się we własnej rozpaczy. Za własną naiwność, za brak instynktu samozachowawczego. Poświęcenie. Tak, to słowo pojawia się najczęściej. Poświęciłam mu wszystko. Pieniądze, czas, uwagę, siebie. Wszystko, proszę Pani.

Wierzę. Wierzę też w to, że miłość musi być odrobinę sprytna. Ślepa, naiwna, taka, która nam/nas zabiera – to po prostu głupia miłość.

– On był potworem- mówią potem. Największy egoista na świecie. Człowiek bez serca, a już na pewno bez grama empatii. Hani bez Hani terapeutka powiedziała kiedyś: „A Pani była dziewczyną tego potwora. Co to o Pani mówi?”

I to jest znacznie ciekawsze pytanie…


„Jestem rakowi wdzięczna. Za życie. Bo ja dopiero teraz żyję”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
26 lipca 2016
Arch. prywatne

– Wiem, że to może i strasznie i też banalnie zabrzmi, bo każdy kto wygrał to mówi. Tak myślałam, gdy słyszałam historie podobne do mojej. I nagle okazało się że jestem rakowi wdzięczna, że mogłabym mu podziękować. Za życie. Bo ja dopiero teraz żyję. 

Czekam na nią z niecierpliwością i ciekawością w małej, przytulnej knajpce. Kilka dni wcześniej zostawiła mi krótką wiadomość : „Masz coś w skrzynce na listy <3 ” . Czekała na mnie duża koperta, a w niej książka: „Teraz Jestem”. Dla mnie Ania Nowakowska, założycielka Stowarzyszenia na Rzecz Walki z Chorobami Nowotworowymi SANITAS, to prawdziwa bohaterka. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto wygrał własne życie.

Pojawia się w końcu i nie podaje mi ręki. O razu przytula tak, że szklą mi się oczy. I nie przestaje się uśmiechać. Nawet gdy mówi o tym, jak pod prysznicem odkryła, że traci włosy.

Jak moje życie wyglądało przed rakiem?

Chcesz to wiedzieć? To dobry punkt odniesienia, bo pokazuje, jak choroba mnie zmieniła, co tak naprawdę zrobił ze mną rak. Rak jajnika.

Nie marzyłam o podróżach, najlepszych uczelniach i mężu na stanowisku. Ja po prostu robiłam swoje. Ciężko było, więc do pracy trzeba poszłam szybko. Samej na wszystko zarobić. Oczywiście, że miałam przyjaciół, że ogniska były i gitara, na której gram. I jakieś miłostki, ale wiesz, nic wielkiego. Musiałam myśleć o czymś ważniejszym, bardziej przyziemnym. Tak mi się wtedy wydawało, że każdy tak ma. Taki schemat –  liceum, trochę szaleństw, ale z umiarem, bo trzeba myśleć o przyszłości, zadbać o nią. Zarobić, odłożyć. Po co? Na co? Teraz siebie o to pytam i się z tego śmieję.

13820310_1100999566652962_270022729_n

I tak jakoś to płynęło, dzień za dniem. Po prostu byłam.

Witka, mojego męża, poznałam niespełna rok przed diagnozą. To taki facet, którego jesteś pewna od samego początku. Wiesz, że z nikim nie będziesz szczęśliwsza i bardziej bezpieczna. To było jak piękna bajka. Tylko scenariusz do niej, jak się niedługo okazało, kiepski.

To nie było tak, że nagle zaczęłam podupadać na zdrowiu

Badania profilaktyczne robiłam regularnie i chętnie, jakby to nie zabrzmiało – odwiedzałam ginekologa. Po prostu, za jakimś kolejnym rutynowym badaniem, coś nie pasowało, nie zgadzało się.

Kiedy mieli już pewność, poprosili o rozmowę. Usłyszałam, że to rak. I w pakiecie, że złośliwy, i że chemię trzeba zacząć natychmiast. Stałam bez ruchu przez chwilę, przez kilkanaście sekund. I zamiast zacząć płakać, zapytałam, co jeszcze możemy zrobić i zgodziłam się, że ok, to niech będzie ta chemia.

Mój cudowny facet był przy mnie, moja mama pomagała z całych sił. A ja byłam pełna obaw, ale też wiary. I siły, bo przecież niedługo ślub, muszę się pospieszyć i za długo nie cackać z chorobą.

Pierwsza chemia była nad wyraz łagodna. Niestety, druga już nie. Miałam bardzo długie włosy, ale sama je ścięłam na krótko, żeby sobie zaoszczędzić dodatkowych niekoniecznie dobrych emocji. Włosy i tak by wypadły – tak do tego podchodziłam.

Musiałam się bardzo się starać o każdy kolejny dzień mojego życia, więc sorry, ale brak włosów to przy tym pryszcz. Tak mi się przynajmniej wydawało, ale gdy przychodzi ten moment cała twoja buta, pewność, tamto myślenie – znika. Weszłam pod prysznic… i nagle zobaczyłam, że moje włosy są wszędzie. Na dłoniach, ciele, w brodziku…

Pękłam…

Przecież ja w tym wszystkim jestem też po prostu kobietą! Woda się na mnie lała, a ja byłam coraz bardziej łysa. Płakałam i krzyczałam w sobie. Takie wiesz, małe piekiełko świadomości, kiedy dociera do ciebie, że to jednak się dzieje, że jest straszne i że niestety, może się skończyć różnie.

Takich momentów załamania podczas całej mojej choroby zdarzyło się zaledwie kilka. Takiego wiesz totalnego strachu, braku wiary, poddania się.

Jak się uspokoiłam? Przypomniałam sobie, że zawsze chciałam być jak Sinéad O’Connor. Przecież wiesz, jaka ona była piękna! Ja też byłam. Może to się wydać komuś głupie, ale ta myśl spowodowała, że odzyskałam wiarę w to, że wszystko będzie dobrze. Nawet ślub, który wcześniej chciałam przełożyć, zaczęłam planować na nowo. Cieszyłam się, znowu byliśmy szczęśliwi i patrzyliśmy w przyszłość ze spokojem.

I dopiero wtedy przyszedł cios. Dla mnie osobiście i dla kobiety w ogóle, najgorszy. Szczególnie tak młodej, która jeszcze nigdy nie była w ciąży, a tak bardzo chciała być matką. Po zakończeniu cyklu chemii, musiałam przejść radykalną operację wycięcia narządów płciowych. Rozumiesz? Wszystko.

DSC_1800

Pierwsza myśl: „Witek tak bardzo chciał, żebyśmy mieli dzieci”. W ogóle chciał mieć dzieci, jest takim wspaniałym człowiekiem. Byłby najlepszym ojcem na świecie. A nie będzie ich nigdy miał… i to przeze mnie.

Zniknęłam na kilka dni, w samotności podejmując straszne decyzje. Przecież nie mogę mu tego zrobić. Ale mogę dać mu wolność i szansę na normalny dom. Poprosiłam, żeby odszedł. Był w szoku. Przecież od samego początku się z tym liczył, wiedział z czym związana jest choroba, z jakim ryzykiem i obciążaniem i… jakim wyrokiem. Powiedział mi wtedy, ze już myślał o adopcji, że jest na nią zdecydowany, więc to nie jest tak, że nie będziemy mieć dzieci… Najważniejsze, żebym wydobrzała, bo brak posiadania biologicznych dzieci to nie problem, myśl,  że mnie mogłoby nie być, była wtedy dla niego nie do zniesienia.

Wiesz, co myślałam. Huczało mi w głowie: „On mnie na prawdę kocha. Przecież nie mogę się teraz poddać. Ani teraz, ani nigdy”.

Wzięliśmy ślub, a kilkanaście dni po weselu, na którym chyba za sprawą adrenaliny, na chwilę przestałam być chora, leżałam już na stole operacyjnym.

Zasypiając pod narkozą myślałam, że już się ze wszystkim pogodziłam, że sobie to poukładałam, zaakceptowałam fakt, że choroba odbierze mi część mojej kobiecości. W końcu miałam męża, dla którego najważniejsze było, że jestem i że będę.  Zdrowa.

Obudziłam się po operacji i jedyne co czułam, to nicość, wielką pustkę

Nie było smaku zwycięstwa. Patrzyłam w okno, połykałam łzy i nie chciałam nawet, żeby Witek przychodził. Smutek, strata, żałoba… Jakbym przestała być dziewczyną. Jakbym nie potrafiła się określić. Jakbym wiedziała, że bezpowrotnie straciłam coś najcenniejszego.

Ten stan trwał dość długo, a widok maleńkich dzieci go pogłębiał. Ale w końcu przyszedł dzień, w którym, z potwierdzeniem w ręce, mogłam wykrzyczeć całemu światu: „Wygrałam”. To wtedy, po odbiorze wyników, pierwszy raz tak mocno to poczułam.

8

To,  że teraz mogę wszystko! Że dostałam szansę na życie! Jeżdżę na motorze, takim dużym wiesz?  Chodzę po górach i dostrzegam to, o czym pojęcia wcześniej nie miałam, choć było tak blisko. Założyłam z przyjaciółką stowarzyszenie, dzięki któremu mogę wspierać oraz co ważne, integrować osoby zmagające się z rakiem. Pomagać ich rodzinom. To co daje, wraca ze zdwojoną siłą i niesie wiele dobra. Dla mnie też!

I jestem mamą. Gdy patrzę na swojego synka, na którego procesy adopcyjne kazały nam długo czekać, kiedy patrzę na to jak bawi się z moim mężem, to jakkolwiek to strasznie nie zabrzmi – dla tego widoku, dla tych emocji przeszłabym jeszcze raz tę samą drogę.  Żeby tylko mieć to, co mam teraz.  Dla każdej sekundy, która jest dla mnie cudem.

I śmieszy mnie, gdy ktoś  sugeruje, że jestem nieodpowiedzialna, żyję chwilą, bo nie myślę o przyszłości mojego dziecka, nie odkładam dla niego pieniędzy. Zawsze wtedy odpowiadam jedno: że owszem, odkładam, coś znacznie cenniejszego. Piękne wspomnienia, o które się staram. Przecież właśnie to mam na całe życie.

13820894_1101019539984298_1644261606_n


Zobacz także

Co możesz dać komuś, kto mówi, że ma wszystko? Są przecież ciągle marzenia do spełnienia

Karolina Korwin Piotrowska: „Wystarczy pokazać gołą du*ę i już jesteś sławny. Nasze gwiazdy mają często organiczny problem z definicją słowa „konsekwencja”

#PantyChallenge

#PantyChallenge – głupota, która może uświadamiać