„Mam 46 lat i zaczęłam studia. My kobiety zasługujemy na wszystko, co najlepsze – w każdym wieku!”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 października 2016
Fot. iStock / m-imagephotography
 

Droga redakcjo,

1 października zostałam studentką. Zasiadłam w ławach uczelni po raz pierwszy, z ogromną determinacją i podekscytowaniem. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden, mały szczegół. Mam 46 lat. W końcu postanowiłam zainwestować w siebie.

Znajomi śmieją się, że powinnam wybrać uniwersytet trzeciego wieku, a nie normalną uczelnię. Może na początku mnie to denerwowało, a nawet demotywowało… Dzisiaj jednak wiem, że dobrze zrobiłam. Postawiłam na siebie, w końcu!

Ostatnie lata spędziłam na wychowywaniu dzieci, męża też! Za mąż wyszłam w wieku 18 lat. Wszyscy mówili, że to paranoja. Młodzieńcza miłość, która zaraz nam przejdzie. Zaraz po maturze zaszłam w ciążę. Złożyłam papiery na uczelnię. Ba, dostałam się na medycynę! Studentką byłam miesiąc. Pewnego dnia zamiast na zajęciach, wylądowałam na oddziale patologii ciąży. Dziecko było dla mnie najważniejsze. Studia mogły poczekać.

Potem urodziłam jeszcze dwójkę dzieci. Na szczęście mój mąż miał na tyle dobrą pracę, że mogliśmy sobie pozwolić na to, bym została w domu. Stałam się typową kurą domową. W ogóle o siebie nie dbałam, nie miałam życia poza dziećmi i mężem. Nie byłam tylko lekarką, ale przy okazji sprzątaczką, kucharką, nauczycielką i przyjaciółką. Najstarsze dziecko miało 9 lat, kiedy wpadłam w depresję.

To był czas, kiedy depresja była postrzegana jak fanaberię. „Bo kobiecie nie chce się zajmować dzieckiem, bo jest wyrodną matką, bo jest egoistką…” W tym całym nieszczęściu, moim największym szczęściem był mąż. Przejął trochę obowiązków, odciążył mnie i zaprowadził… do pracy! Nie było to coś niezwykłego. Ot, zwykła praca w salonie piękności. Na pół etatu, pomoc w ogarnianiu rachunkowości. Zawsze miałam talent do matematyki, w domu zajmowałam się rachunkami. Żeby nie było – salon należał do kuzynki męża, więc wszystko było trochę poza kolejnością. Pomimo wszystko, dzięki nim odżyłam!

Dzieliłam życie między pracę i dom. Bałam się, czy dzieci sobie z tym poradzą. Pracowałam do południa, więc teoretycznie w czasie, kiedy maluchy były w szkole. Chciałam być jak najbliżej nich, a z drugiej strony mieć coś z życia dla siebie. Matka kwoka, co? Zgadnijcie ile wytrzymałam w pracy. Uwaga, całe cztery miesiące! Przyszły wakacje. Dzieci płakały, żebym została w domu… No i zostawałam, przez kolejne kilkanaście lat.

W międzyczasie dzieciaki dorosły, mąż dostał awans, a ja zostałam perfekcyjną panią domu. Pokochałam gotowanie, prasowanie, a każda przyjaciółka dzwoniła do mnie z błaganiem o poradę jak usunąć plamę po podkładzie z koszulki czy upiec moją popisową bezę. Moja metamorfoza była zauważalna dla wszystkich. Nie byłam już kurą domową, a kimś, kto naprawdę cieszy się życiem! Koleżanki i koledzy moich dzieci zazdrościły im matki – dla mnie to był największy komplement.

Rok temu najstarszy syn spełnił moje marzenie – został lekarzem. Na imprezie, którą zorganizowałam dla niego i jego przyjaciół, syn zażartował, że teraz pora na mnie. Konkretniej na studia i na mnie. Wyobraźcie sobie, jak bardzo się śmiałam! Mój mąż skwitował to tylko hasłem, że na studia mnie nie puści, bo jeszcze znalazłabym sobie młodszego kochanka.

Kochanka nie potrzebowałam, ale studia zaczęły mnie coraz bardziej intrygować. Zaczęłam szukać uczelni w pobliżu domu. Kierunek nie miał znaczenia. Szukałam, grzebałam w Internecie, ale nic nikomu nie mówiłam. W końcu zdecydowałam się na rachunkowość. Trochę tego zakosztowałam i naprawdę polubiłam. Kto wie, może gdybym nie uległa dzieciakom, dzisiaj byłabym ministrem finansów?!

Tydzień temu urządziłam rodzinny obiad. Zaprosiłam dorosłe dzieciaki z żonami, a mąż zastanawiał się, czy przypadkiem nie chcę ich poinformować o ciężkiej chorobie. Kiedy wszyscy rozkoszowali się pieczenią ze śliwkami, postanowiłam przekazać im tą radosną informację. -Kochani, zapisałam się na studia. Zaczynam w sobotę.

-Studia?! A ja myślałem, że masz raka!

Reakcja syna-lekarza była o wiele bardziej zaskakująca.

-A już myślałem, że nigdy nie załapiesz – zasługujesz na coś dla siebie!

Ma rację, zasługuję. Tyle lat poświęcałam się dla innych, że teraz pora zadbać o siebie. Kiedy usiadłam w szkolnej ławie z okazji innej niż wywiadówka czy przedstawienie. I wiecie co? Bardzo mi z tym dobrze! W końcu czuję, że robię coś dla siebie. Może i nie zacznę pracować w zawodzie za trzy lata, ale przynajmniej będę miała świadomość, że postawiłam na siebie.

Z mężem założyłam się, że jeżeli skończę studia w terminie, za trzy lata jedziemy w wymarzoną podróż dookoła świata. Czy to nie cudowna motywacja?!
Pamiętajcie, na zrobienie czegoś dla siebie nigdy nie jest za późno! Niezależnie od tego, czy chcesz studiować, zostać pilotem czy może skoczyć ze spadochronem. My, kobiety zasługujemy na wszystko, co najlepsze. Nieważne, ile masz lat i skąd jesteś, spełniaj swoje marzenia.


Silna i dominująca. Kim jest „samica alfa”?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
3 października 2016
silna i dominująca - samica alfa
Fot. iStock / utkamandarinka
 

„Samiec alfa” – to sformułowanie towarzyszy opisowi silnego mężczyzny, który obejmuje dowodzenie nad jakąś grupą. W naturze określa się tak osobnika dominującego i przewodzącego stadem zwierząt. Najsilniejszy, zdecydowany na walkę w obronie własnych interesów i bezpieczeństwa pozostałych. „Samiec alfa”, funkcjonował dotychczas jako przedstawiciel męskiego gatunku, od zarania dziejów kojarzonego z okazywaniem siły. Tymczasem nastały nowe czasy, a wraz z nimi pojawiły się one — silne, niezależne, zaradne kobiety, które nie boją się sięgać po władzę oraz przywileje czy rzeczy, które ich zdaniem im się należą.

Samica alfa staje do walki

Te kobiety nie potrzebują stawać za plecami facetów, podążać wiernie za ich cieniem, bo doskonale odnajdują się w wytyczaniu własnych ścieżek. Decydują indywidualnie, co i w jaki sposób chcą osiągnąć i dążą z powodzeniem do celu. Bo typ kobiety „alfa” pokazuje, że stać ją na wiele. Inne kobiety (mężczyźni zresztą też) tak samo jej się obawiają, jak podziwiają, a wiele z nich pragnie odkryć w sobie właśnie ten pierwiastek kobiecej siły i dominacji.

Kobieta „alfa” potrafi bronić własnego zdania i stawiać na swoim, nawet jeśli na pierwszy rzut oka, nic nie gwarantuje osiągnięcia sukcesu. Ambitna, przebojowa i wyróżniająca się z tłumu odważnie sięga wyżej, niż mniej zorientowane na sukces koleżanki i koledzy. Trudno jest nią manipulować i wykorzystać do własnych celów. To raczej ona, jako sprawny gracz rozstawia swoje pionki na polu walki o wymarzone trofeum.

Dominacja mężczyzny kontra siła charakteru kobiety 

Przestrzeń życia i działania kobiet oraz mężczyzn, zupełnie się przemieszała. Od dawna nie funkcjonuje jasny podział na obowiązki typowo kobiece i typowo męskie. Kobiety prowadzą firmy, jeżdżą ciężarówkami, walczą na ringu. Mężczyźni opiekują się ciężko chorymi, zajmują się dziećmi, projektują kobiece fatałaszki. Nie ma podziału, nie istnieje granica, za to coraz intensywniej ścierają się wpływy jednej i drugiej płci. Każda chce rządzić, zaznaczyć swoją siłę i przewagę. Następuje swego rodzaju wyścig zbrojeń w zakresie kompetencji, umiejętności i osiągnięć. Kobieta dominująca predysponowana jest nie tylko, by przetrwać, ale rozmawiać z mężczyznami jak równy z równym. Jedynie w ekstremalnych przypadkach dochodzi do zjawiska „psychologicznej kastracji”, gdy silna kobieta pozbawia partnera możliwości podejmowania decyzji czy przejmowania inicjatywy. Bywają jednak tacy panowie, którym taka zamiana ról wcale nie przeszkadza, co pokazuje badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii.

The Daily Mail” poinformował niedawno, że jedynym lub głównym żywicielem rodziny jest obecnie co piąta Brytyjka. Co ciekawe tamtejszym mężczyznom podoba się, że ich żony i narzeczone zarabiają na życie – tak twierdzi aż 86 proc. ankietowanych. 44 proc. facetów przyznało, że byliby szczęśliwi, gdyby mogli zająć się dziećmi i domowymi obowiązkami.

Kobiety chcą być po prostu silne, nie „alfa”

My same nie lubimy tego określenia. Mimo że wiele silnych, ambitnych kobiet staje w szranki z facetami, nie wszystkie chcą być tak określane. Samica, jakakolwiek by nie była — alfa, beta, gama czy delta, nie brzmi dobrze. Wręcz przeciwnie, to określenie w połączeniu z silnym charakterem, raczej tworzy negatywny obraz. Czasem nawet nie „samicy”, a „suki”, wrednej, dwulicowej i gotowej na wszystko. Do zdobycia wymarzonej pracy, wykłócenia się o swoje racje, czy odbicia brzydszej koleżance męża.

Samiec „alfa” w odniesieniu mężczyzny brzmi inaczej, bo dumnie. Mężczyzna ma w genach cechy przywódcze, pociąg do okazywania siły i swojej przewagi. Kobiety powinny być raczej łagodne, ukierunkowane na dzieci, tworzenie ogniska domowego, w którym ten facet miałby się ogrzewać. Tymczasem schemat się zmienia, kobiety wychodzą z domowych pieleszy, wprost w ten wielki świat, do tej pory dostępny dla nielicznych z nich. Coraz częściej kobieta staje się głową rodziny i decyduje w całości na temat jej funkcjonowania. Bywa, że przyjmuje na swoje barki ciężar utrzymania domu, a nawet wyręcza w tym niezaradnego partnera. Według badań 30% Polek dokłada się finansowo do domowego budżetu większymi kwotami i to właśnie one troszczą się o finansową egzystencję rodziny. Co ciekawe, te same cechy dla postronnych stają się u kobiety silnej zbiorem negatywów, a u faceta „alfa” nadal pozostaje czymś podziwianym, pożądanym zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn.

Silne kobiety mogą zrobić sobie krzywdę

Sobie, a także partnerowi. Bo łatwo pójść o krok dalej, niż podpowiada logika. W dążeniu do osiągnięcia celu można się pogubić. Wtedy cierpi na tym otoczenie kobiety, szczególnie partnerzy, którzy nie do końca nadążają za tempem ich działania. Odsunięci na boczny tor, mogą czuć się niepełnowartościowi i mniej istotni. A nawet silne kobiety powinny pamiętać, że mimo poczucia misji i wewnętrznej siły, łatwiej jest współpracować, niż samej nieść na barkach swój mały świat, jednakowo w kwestii zawodowej, partnerstwie czy wychowywaniu dzieci.


źródło: kobieta.wp.pl


Pierwsza myśl jest taka, że ci się kończy życie. Że to jest wyrok. Koniec

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
2 października 2016
Fot. iStock/Antonuk

Kiedy po śmierci Ani Przybylskiej świat na chwilę stanął, serca i umysły ludzi zaczęły pracować w innym trybie. Jak to w ogóle możliwe, że siła wyższa odebrała trójce dzieci sens życia i zostawia pogrążoną w smutku rodzinę zdaną na siebie? Poczucie niesprawiedliwości i braku zrozumienia przelały się przez głowy narodu, który mistycznie złączył się w cierpieniu z bliskimi Ani, nie znając jej osobiście. Goniąc za marzeniami i materialnym spełnieniem zatrzymałyśmy się wszystkie pogrążone w głębokiej zadumie i jakby głębiej zaczęłyśmy spoglądać na własne dzieci. Kim jestem. Dokąd zmierzam. Czy na pewno wiem, ile czasu mi zostało i czy słusznie przechodzę przez życie. Kiedy jakiś czas temu dotarła do mnie informacja, że kolejna dziewczyna toczy nierówną walkę z rakiem o dalsze prawo do rozpieszczania córki, o możliwość uczenia jej szacunku i miłości, tąpnęło mną mocno. Na zdjęciu łysa, owinięta w chustę, słaba. Leżała na szpitalnym łóżku, a obok niej, opatulona, pogrążona w swojej nieskazitelnej nieświadomości maleńka dziewczynka, Maja. Gosia Idzikowska, trzydziestoczteroletnia Wrocławianka, która w zaawansowanej ciąży dowiedziała się o złośliwym raku jajnika nadal stara się pokonać wyjątkowo przebiegłego wroga. Spod kliniki MD Anderson Cancer Center w Madrycie, zgodziła się opowiedzieć swoją historię.

Michalina Grzesiak: Gosiu, jakie było życie przed rakiem?

Gosia Idzikowska: Byłam zawsze dziewczyną sukcesu, nie chciałam mieć dzieci. Mój mąż odwrotnie. Jesteśmy parą czternaście lat, ślub wzięliśmy trzy lata temu. Kiedy dochodziło do tematu powiększania rodziny, ja myślałam przyszłościowo. Chciałam mieć dzieci, owszem, ale nie teraz. Moje życie było na tyle idealne – zarabiałam pieniądze, miałam wygodny czas, jeździłam po świecie, że nie myślałam na serio o porzuceniu go. Byłam kierownikiem działu handlowego w dużym motoryzacyjnym salonie. Właściwie nadal nim jestem, bo tak się „ cudownie” złożyło, że choroba dopadła mnie, kiedy mogę bezpiecznie siedzieć w domu.

To co się takiego zmieniło, że jest Maja?

Kilka rzeczy, przypadków, o których trudno mówić, sprawiło, że poznałam osoby, które pokazały, jak należy w życiu zwolnić. Po drodze, zabawna sprawa, mój mąż miał operowane kolano. Przez dwa miesiące był pod moją, absolutną opieką. To doglądanie go, wyprowadzanie psów trzy razy dziennie, zakupy, gotowanie obiadów sprawiło, że zaczęłam dopuszczać do siebie myśl o zajmowaniu się na stałe drugim człowiekiem. Poczułam, że taka opieka jest „do zrobienia” i że sprawia mi przyjemność. Kiedy zaczęłam intensywniej myśleć o dziecku, coś się we mnie odblokowało i tak, jak od czternastu lat nic, tak wtedy w miesiąc wszystko.

Pindzia, bo tak pieszczotliwie nazywasz córkę, jest cudem, z medycznego punku widzenia. Miałaś guza na jajniku jeszcze przed ciążą, poczęcie dziecka było praktycznie niemożliwe, prawda?

Tak. Nie powinnam była zajść w ciążę w pierwszej kolejności. Nie miałam prawa, ale los jest strasznie pokręcony. Wiedział lepiej. Zanim dowiedziałam się, że noszę pod sercem życie zapisano mnie z guzem na operację usunięcia endometriozy. W szale kolejnych wydarzeń, zaskakującej informacji, że jestem w ciąży, plany operacyjne musiały naturalnie ulec zmianie. Do operacji nie doszło. I wiesz, gdyby się wtedy dowiedzieli, że to nie endometrioza, a rak jajnika, nie  miałabym żadnych szans na dziecko po zabiegu. Myślę, że dużo późniejsza diagnoza, dosadna informacja, pocisk taki, sprawił, że wierzę, że ja i Maja byłyśmy sobie po prostu pisane. Kiedy  dowiedziałam się, że to jednak nowotwór, pamiętam, jakbym dostała w twarz. To jest takie uczucie, jakby Ci ktoś właśnie wykrzyczał w złości, że jutro umrzesz . Przewrotnie, ale w tamtym momencie nie rejestrowałam czy jestem w ciąży czy nie. To na mnie postawiono wyrok. Na mnie. Na Gosi. A później, jak nie wierzę w zabobony, tak pochylam czoła. Będąc w ciąży z Mają  byłam jedyną kobietą z rakiem jajnika w Polsce, co spowodowało, że wszystkie drzwi się przede mną otwierały. Szczęście w nieszczęściu. Czasem myślę – dobrze się stało, bo jest Misia. Oczywiście nie cieszę się, że jestem chora, bo to jest wielka lipa, ale dzięki temu mam dziecko, którego pewnie w innych okolicznościach nie mogłabym mieć już wcale. I wiesz, kiedy po raz kolejny ryczałam z bezsilności do sufitu, mój mąż oznajmił, że to się po prostu musi dobrze skończyć, bo to jest za bardzo poj*bana historia.

Już wiesz, że to rak.  Co czujesz? Co czuje dziewczyna w Twoim wieku, z Twoim nastawieniem do życia. Sama na początku naszej rozmowy nazwałaś się dzieckiem sukcesu, a tu taki kaliber. Myślałaś o sobie? O córce? O przyszłości?

Pierwsza myśl jest taka, że ci się kończy życie. Że to jest wyrok. Koniec. Kiedyś przeczytałam u Kory, że dopada człowieka zwierzęcy lęk przed umieraniem, i to jest absolutna prawda. Więcej nie rozważasz, bo informacja, którą się w ciebie strzela i odczucia, które temu towarzyszą, są tak strasznie instynktownie pierwotnie, że nie masz kiedy myśleć głębiej. Boisz się śmierci. Na tamtym etapie robiłam co musiałam zrobić, brałam chemię, konsultowałam się z lekarzami, odbierałam to w kategoriach zadania. Wyszłam z założenia, że ja to ja, zawsze mam w życiu zajebiste szczęście, więc i tym razem wszystko się uda. Niemożliwe wręcz, że może być źle. Wypadły mi wszystkie włosy, wyglądałam strasznie. Mimo to nadal chodziłam do pracy. Jestem takim typem, że nie wyobrażałam sobie iść na zwolnienie z powodu ciąży, nie wspominając o chorobie. Byłam łysa, miałam raka. Nie doceniłam przeciwnika.

Kiedy zobaczyłaś Maję? Pamiętasz?

Nie widziałam jej od razu bo mnie uśpili do cesarskiego cięcia. Poznałyśmy się dopiero dwa dni po porodzie, bo ja cały czas leżałam na intensywnej terapii przykuta do łóżka, owinięta kablami, przez które podawano mi morfinę. Pewna wspaniała Pani doktor wykradła Majkę z oddziału dziecięcego i przyniosła zawiniątko wkładając mi ją w ręce. Przyznaję, ja się wtedy chyba nawet rozpłakałam.

Rozpłakałaś! Pierwszy raz wspomniałaś o płaczu. Mam wrażenie, że Ty jesteś straszna twardzielka, a ja taki mięczak. Ja bym płakała cały czas.

Słuchaj, to nie było tak, że ja czekałam na dziecko i zapłakiwałam się nad instynktem macierzyńskim. Dopiero w trzecim trymestrze oglądając program „Moje 600 gramów szczęścia”  zaczęłam zalewać się łzami. Wtedy mną wstrząsnęło. Teraz mogę śmiało stwierdzić, że moja córka jest najważniejsza na świecie. Nie zamieniłabym życia z dzieckiem na życie bez. Po porodzie były przede mną jeszcze dwa ostatnie kursy chemii. Zaparłam się, że je wybiorę i będę zdrowa. Wierzę w siłę ludzkiego umysłu. Mówiłam do siebie, że będzie dobrze, tak wyleczyłam węzeł chłonny, zaatakowany przerzutami i kurzajkę. Skoro pozytywne myślenie uzdrowiło kurzajkę i węzeł, w zamiarze było wypędzenie wszystkiego podobnie.

Zaczęliście walczyć, zbierać pieniądze.  w dwa dni na konto siepomaga.pl wpłynęło blisko 700 tysięcy złotych. JAKIM CUDEM?!

Choroba to taka sprawa, w której chcesz, żeby ktoś za Ciebie podejmował trudne decyzje. Na wakacjach, które zafundowaliśmy sobie dla odpoczynku, mój mąż oświadczył, że trzeba szukać innych opcji. Opowiedział mi wtedy, że wszyscy nasi przyjaciele zgrali się ze sobą i  w tydzień ogarnęli cały wachlarz możliwości. Stanął przede mną pamiętam i stanowczo oświadczył „MUSISZ MI ZAUFAĆ.” Tą stanowczością potrząsnął mną wewnętrznie. Początkowo zaczęliśmy zbierać pieniądze na Rak ‘n’ Roll. Pomogła moja firma. Na pierwsze konsultacje do Madrytu pojechałam za pieniądze ze zbiórki, wydałam piętnaście tysięcy złotych. To jest zupełnie inny świat, lekarze tutaj byli przygotowani, rozrysowali wszelkie możliwości. Wróciłam do Wrocławia, spakowaliśmy się i na szybko wróciliśmy do Hiszpanii. Walczyć o mnie. Po prostu.  Pytasz, dlaczego udało mi się uzbierać tyle pieniędzy w dwa dni na siepomaga.pl? Nie mam pojęcia, dlaczego zostałam wyróżniona. Siła ludzi, których spotkałam na własnej drodze spowodowała, że w dwa dni moim losem zaczął żyć internet. Sprawa urosła do tego stopnia, że w pewnym momencie musieliśmy zatrzymać lawinę pomocy, bo pieniądze zostały już uzbierane, a na konto napływały nadal środki.  Po czasie wiem, że się da. W to wszystko trzeba uwierzyć i mieć przy sobie dobrych ludzi, którzy myślą za Ciebie w chwilach największych słabości. Kogoś, kto Cię kopie w dupę!

Myślisz czasem o tym co będzie, jak Ciebie zabraknie?

Parę razy podchodziłam do pisania Majce listów pożegnalnych. Chciałam napisać na szóste urodziny, na piętnaste, osiemnaste, kiedy już policzono mi życie. Piętnaście miesięcy. Taka jest mediana w podobnych przypadkach. Zdarza mi się powiedzieć do Dawida, że go o coś proszę, że jak mnie już nie będzie, ma powtarzać dziecku często, że je kocha. On jest raczej mało wylewny, muszę mu przypominać, że mówienie o miłości jest mega potrzebne. Przypominam, że ma ją całować bez okazji. Tak, zdarza mi się dawać krótkie instrukcje, ale ja wiem, że gdyby mnie faktycznie zabrakło, to on sobie świetnie poradzi. Jest najlepszym człowiekiem na świecie. Wszystkie jego czyny, pomimo braku wylewności świadczą o tym, jak bardzo mnie kocha. Zaraz się znowu popłaczę…

Jedyne co mogę robić teraz, to starać się wyzdrowieć i nie stękać codziennie.

Patrzysz inaczej na życie?

Dużo odpuściłam, zapisałam się do psychologa. Podeszłam do choroby kompleksowo. Zadbaj o ciało, o rozum, jedz zdrowo, zaakceptuj , że jesteś chora. Dużo rzeczy robię szybciej. Dużo więcej ryzykuję, nawet gotując. Nie zatrzymuję się nad głupotami. Pogodziłam się z tym, jak wyglądam. Postarzałam się o dziesięć lat a mój brzuch wygląda jak rąbnięty siekierą. Prawda jest taka, że staram się być silna i uśmiechnięta, bo jest Misia i Dawid. Dla nich, dla siebie, mam dużo siły. Teraz dopiero zrozumiałam, że najważniejsza jest rodzina. Nie tylko dziecko i mąż. Wszyscy. Moja mama, babcia, teście, psy, przyjaciele (kolejność przypadkowa). No i ja. My się zajebiście kochamy i po prostu chcemy być razem.  Staram się nigdy nie mówić, że walczę dla Majki, bo to nie jest właściwa motywacja. Właściwa według mnie to szacunek i kochanie swojego życia. To co chciałam swoją postawą przekazać innym w trudnej sytuacji to to, że zawsze trzeba walczyć. O każdy dzień, miesiąc, zdrowie, uśmiech. Jest mnóstwo osób, które wyrwały się statystykom. Ksiądz Kaczkowski, Magda Prokopowicz z Rak’N’Rolla. Owszem, nie ma ich już z nami, ale ich ogromna motywacja do życia, poczucie celu spowodowało, że wycyganili sobie od losu dużo więcej życia niż im wieszczono. Nie, nie wycyganili, po prostu wzięli, bo można. A Majkę kocham nad życie. Czasem zdarza mi się ronić łzy z tej miłości. Tak bez sensu. Ja się chyba do tego na głos nie przyznaje, żeby nie psuć wizerunku twardej babki… 😉

Jak widzisz siebie za kilka lat? Jakie masz plany?

Nie planuję tak daleko, jak „za kilka lat”. Choroba uczy pokory. Jest jak jest, cieszę się chwilą. To się właśnie we mnie zmieniło najbardziej. Jak masz coś zrobić – zrób tu i teraz, to jest moment, w którym powinnaś. Nie później. Nie potem. Chciałabym wrócić do pracy, mam tam fantastycznych ludzi. Chciałabym mieć kury, zawsze chciałam. Chciałabym zwolnić. Sukces faktycznie jest w głowie. Planuję, że wrócę do Polski, że będą święta, co kupię dziecku pod choinkę, że nie będę na nich płakać…

…planuję!


Zobacz także

Czujesz od siebie dziwny albo nieprzyjemny zapach? Oto 7 medycznych przyczyn problemu

Samotność może być szkodliwa dla naszego zdrowia. Zadbaj o siebie

„Niegrzeczny chłopiec” tylko na jedną noc. Dlaczego tak na nas działa seksowny Piotruś Pan?