Majtki Bridget, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 września 2016
Fot. iStock / mucella
Fot. iStock / mucella
 

Prawo Murphy’ego mówi, że jeśli chcesz wyglądać dobrze, a nawet cholernie ci na tym zależy, to i tak będziesz wyglądać tak, jak zwykle. Albo nawet jeszcze gorzej. I to jest bardzo zła wiadomość, dla tych, którzy tak jak ty, wybierają się właśnie na pierwszą od dawna i najprawdziwszą randkę. I TAK. Z najprawdziwszym chłopakiem!

Pojawił się w twoim życiu w całkiem nieoczekiwany sposób i zupełnie nie w tym momencie, co powinien. Właściwie to on w nie wjechał. Swoim samochodem w twojego dziesięcioletniego volkswagena, w momencie w którym popijałaś sobie swobodnie kawę z pianką, i czytałaś babskie pisma (te, które czytasz tylko u fryzjera). To zupełnie nie szkodzi, że miałaś właśnie na głowie miliony zawijasków z folii aluminiowej. No bo co z tego, że wyglądasz jak choinka nieudolnie obwieszona na gwiazdkę świecidełkami przez czterolatka? Nikt nie zauważy. Na pewno.

– Co pan robi? – wrzasnęłaś głupio, bo po pierwsze to już to zrobił (pozbawił cię tylnego zderzaka), a po drugie, było to pytanie retoryczne. – Przepraszam – powiedział on nie odrywając wzroku od twoich aluminiowych zawijasków. ­– Przepraszam. Już dzwonię po NASA. To znaczy, do ubezpieczalni.

Chrzanić zderzak. Przystojny był. I zdecydowanie w twoim typie. Nawet jeśli twoje przyjaciółki mówią, że wcale nie.

Wszystko to przypominasz sobie w miesięcznicę owego zdarzenia, siedząc przy biurku w pracy, zagryzając zimną kawę już drugim ołówkiem z gumką. Co go podkusiło, żeby zaprosić cię na tę kolację? Matko Boska, to na pewno świr. Niemożliwe, żebyś mu się spodobała, taka jaka jesteś naprawdę. To znaczy, na co dzień nie zakładasz raczej tej folii.  Ale skoro cię już w niej widział, jest i duże prawdopodobieństwo, że nie ucieknie z wrzaskiem, gdy zobaczy cię bez makijażu, w piżamie w misie, a  nawet w kostiumie kąpielowym. Szkoda tylko, że nie ma już nawet mowy o tym, żeby uwierzył, że ten piękny blond (dlaczego, do cholery znowu wyszedł inny niż w katalogu?) to twój naturalny kolor włosów.

Dobra, koniec tej pracy. Nie możesz tyle pracować, to źle wpływa na twoje samopoczucie. Pędzisz do domu, żeby w „coś się ubrać”.

Są kobiety, które mogą na siebie założyć byle co i wyglądają jak milion dolarów. Na głowie mogą mieć abażur z Ikei i każdy powie im, że to piękne i stylowe nakrycie głowy. Są kobiety, które w rozciągniętym swetrze typu over-size  i w bawełnianej koszulce made in China emanują seksem. Są takie kobiety. Ale to nie ty.

Podstawą dobrego samopoczucia jest akceptacja tej sytuacji. W związku z tym akceptujesz ją. Jesteś feministką. Absolutnie nie zamierzasz dziś dobrze wyglądać dla jakiegoś faceta, który wjechał ci w zderzak. Ty chcesz wyglądać świetnie dla siebie.

Która to już randka odkąd ON zostawił cię dla innej twierdząc, że jesteś dla niego za mądra (o rany, to już pięć lat) i odszedł do definitywnie głupszej, ale szczuplejszej? Od tego czasu przyjaciółki (dwie „szczęśliwie zamężne” i trzecia, przekonana, że szczęśliwie zamężną być nie można, bo właśnie się rozwiodła) próbowały wyswatać cię ze swoimi bardziej lub mniej dziwnymi znajomymi. Na przykład z tym, który do knajpy przyszedł z torebką z psem i karmił go resztkami twojego jedzenia. Albo ten, który tak dziwnie na ciebie patrzył i myślałaś, że to dlatego, że mu się podobasz, a potem wyznał ci, że budzisz nachalne skojarzenia z jakąś jego ciotką, która tłukła go wałkiem do ciasta, kiedy był mały?

Ale dziś będzie inaczej. To przeznaczenie. No bo jak wytłumaczyć fakt, że on wjechał akurat w twój samochód?

Wracasz do domu wcześniej niż zwykle. Trzy godziny powinny spokojnie wystarczyć na przygotowanie się do tego spotkania. Pierwsze sześćdziesiąt minut zajmuje ci więc poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: W co tu się do cholery ubrać?!

Zasada pierwsza: Nie możesz wyglądać tak, jakby ci zależało

Dlatego wyciągasz swoje najlepsze ciuchy, a kiedy okazuje się, że kupiłaś je na poprzednią randkę, pięć kilo wcześniej, wiesz już dobrze, że nadszedł TEN moment. Majtki Bridget Jones. Może nie bardzo estetyczne, może nie nadające się na bliższy etap znajomości, ale zdecydowanie odbierające ci kilka centymetrów w talii… Ufff. Udało się!

Zasada druga: Na randce nie powinno ci burczeć w brzuchu

Absolutnie! Skoro masz już na sobie bieliznę, która czyni cuda, możesz spokojnie zajrzeć do lodówki. Przecież odkąd wróciłaś do domu, nic jeszcze nie jadłaś. Kurczak w galarecie to samo zdrowie i szczęście. Ale galareta na twojej seksownej sukience w grochy już nie.

Zasada trzecia: Nie przesadzaj z makijażem

I to nic, że kreska nad prawym okiem wyszła ci trochę grubsza niż ta nad lewym. Tak wypadło, oto prawdziwa ty: kobieta pełna sprzeczności, nieoczywista, zagadkowa.  Marzenie i wyzwanie dla prawdziwego mężczyzny. Więc lepiej, żeby on się właśnie takim prawdziwym okazał. Może wtedy nie zauważy, że rozciapciał ci się lakier na dwóch paznokciach.  Trudno jeść kurczaka jednocześnie susząc lakier.

Zasada czwarta: Żeby zrobić wrażenie powinnaś się chwilę spóźnić

Może niekoniecznie całe pół godziny. Ale z drugiej strony, skoro mu zależy, to poczeka, prawda?

Kiedy spocona, ale ciągle jeszcze absolutnie atrakcyjna wypadasz z domu, taksówkarz czeka już od 20 minut. – Gotowa?– pyta zerkając na ciebie – Jak nigdy w życiu! – odpowiadasz. I naprawdę tak właśnie myślisz.


Śpiące królewny. Nie chcą się obudzić, właściwie nie wiedzą czego chcą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
14 września 2016
Śpiące królewny. Nie chcą się obudzić, właściwie nie wiedzą czego chcą
Fot. iStock / CSA-Archive
 

Możesz nazwać to życiem, ale dla nich to raczej taki film, a może bajka, w której tylko grają jedną z głównych ról. O niczym nie decydują, wolą zostawić to innym. Trochę się bawią, trochę plączą bez celu, rzadko kiedy myśląc na poważnie o tym, co będzie, kiedy zostaną same albo kiedy w jakiś sposób odkryją, czego potrzebują naprawdę. To śpiące królewny, niby kobiety, ale tak naprawdę, głęboko w środku, ciągle jeszcze dziewczynki, które nie wiedzą, czego chcą, ani kogo chcą i dokąd zmierzają.

Asia, lat 26

Lubi sobie mówić, że jest „taaaaka młoda” i ma ciągle mnóstwo czasu. Na wszystko ma ten czas. Na nowe miłości, z których każda była bardzo prawdziwa, a każda kolejna kończyła się jeszcze szybciej niż poprzednie. Na studia i rozpoczynanie coraz to nowych kierunków, a żaden jakoś jej szczególnie nie zainteresował. Na bardzo drogie hobby, które podsuwa jej tata.

Na pracę, do której się notorycznie spóźnia i w której nawala, a nie wyleciała z niej jeszcze tylko dlatego, że firma należy do jej mamy.

Asia ma swoje mieszkanie, kupione przez tę samą, troskliwą mamę, która tak samo jak tata, swoją jedynaczkę traktuje od dziecka po królewsku. Wszystko było zawsze dla Asi, ale zawsze tak jak chcieli oni, nie ona. Lata mijały, z małej Asi wyrosła piękna Joanna. Bardzo drogie zabawki zamieniła na zamożnych facetów. Bo tylko oni byli w stanie choćby zbliżyć się do poprzeczki, jaką zawiesili w tym emocjonalnym maratonie rodzice Asi.

Każdy mężczyzna w jej życiu, tak jak oni musi traktować ją jak księżniczkę. Trudno jej powiedzieć, czy kiedykolwiek starała się utrzymać jakiś związek. Raczej nie: oczekiwała, że to ONI będą się starać. Choć właściwie nie wiedziała do końca czego powinna oczekiwać. Czy była w którymś z tych związków szczęśliwa? Chyba tak. Do końca nie wie. Z reguły każdy kończył się tak samo: nudził się. Sorry, to nie to.

Sama powtarza opinię, którą usłyszała o sobie od jednego z porzuconych partnerów: „Jestem dobra na chwilę, żeby podnieść samopoczucie sfrustrowanym facetom w średnim wieku, takim, którzy chcieliby o kogoś w końcu zadbać, ale jeszcze nie założyli rodziny. Mam w sobie pustkę”. Nie, nie jest głupia. Ale jest rozedrgana w środku. Chciałaby coś zmienić, coś zyskać, być z siebie dumna, ale boi się tej odpowiedzialności jaką musiałaby wziąć za siebie. Tych decyzji, którą zawsze podejmowano za nią. Więc na razie woli spać.

Beata, lat 39

Raczej już się nie obudzi. Ma dwoje dzieci, z dwoma partnerami. Ma kilkanaście przelotnych związków za sobą i rozpaczliwie próbuje zatrzymać uciekający czas. Ma też poczucie, że on przemija, a ona go marnuje, ale uważa, że nie jest w stanie zapoczątkować jakichkolwiek zmian.

– Bo ty nie wiesz, czego chcesz – powiedziała jej kiedyś przyjaciółka. – Nie potrafisz wybrać sobie dobrego faceta, nie umiesz być z dziećmi tak na 100%, i chociaż za pół roku kończysz 40 lat, ciągle nie wiesz kim chcesz być.

Obraziła się wtedy, bo ją zabolało. W głębi serca poczuła, że tak właśnie z nią jest. Nigdy nie chciała mieć dzieci. Obie córki to „wpadki”, owoce tego jednego „momentu” z mężczyzną, który w tamtej chwili wydawał się jej być gwarancją szczęśliwego życia. Chciał dziecka – zachodziła w ciążę, chciał mieć dziewczynę z długimi włosami, zapuszczała włosy, chciał, żeby zmieniła pracę – szukała nowej. Tworzyła siebie taką, jaką on chciałby ją widzieć. Osobiście nie pamięta by miała na siebie inny pomysł.

Dziś chodzi na terapię. Chodzi, bo zażądał od niej tego jej obecny partner, który kocha, ale odkrył, że Beata ma skłonność do mitomanii. Na spotkaniach z terapeutą odgrywa swoją rolę, nie jest szczera. Jeszcze mocniej maluje usta, jeszcze wyższe zakłada szpilki. Nie pamięta już jak to było przedtem, zanim stawała się „jakaś” dla swojego mężczyzny.

Katarzyna, lat 53

Właśnie się obudziła. Z mężem, nieco starszym i wiecznie niezadowolonym pedantem, córką, którą rozpieszczała jak się dało, żeby wynagrodzić jej ciągłą nieobecność i nawalanie na wszelkich macierzyńskich polach. I z ogromnym kacem. Bo nie tak to jej życie miało wyglądać. Wcale nie chciała go przespać, przymykając oko na brak miłości w związku, na pełną zależność finansową od swojego męża, na poczucie, że właściwie jest zupełnie nie w tym miejscu, w którym powinna być. Jak to się wszystko stało? Lata mijały, a wydarzenia w jej życiu następowały jakby bez jej udziały, jakby była obok, jakby jej nie dotyczyły. O ślubie zadecydował on, uznając właściwie za pewne, że ona się zgodzi. O dziecku też. I jeszcze o tym, że po urodzeniu dziecka wróci do pracy najszybciej jak się da. Więc zaczęła zasypiać, uciekać od tego swojego życia i grała w tym filmie, do którego scenariusz napisał jej mąż. I rodzice właściwie też, bo odkąd pamięta posłusznie realizowała tylko ich oczekiwania.

A potem poznała jego i wzięli ślub. Od razu odnalazła się w sytuacji, w której ktoś przejął kontrolę nad jej życiem. Były pieniądze, był piękny dom, były wyjazdy zagranicę. Coraz więcej wszystkiego wokół, tylko jej coraz mniej. A dziś?… Czy mogłaby być jeszcze bardziej samotna?

Hej, śpiące królewny, obudźcie się wreszcie… Dla siebie, dla waszych córek, dla tego wszystkiego, co mogłoby być na wyciągnięcie ręki, gdybyście tylko przestały pozwalać prowadzić się innym za rękę.


To nie romans, tylko praca… Korpo-żony zasypiają w milczeniu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 września 2016
Korpo-żony asypiają w milczeniu
Fot. iStock/Anna Rise
 

Odgarniam mu włosy z czoła i na chwilę wstrzymuję oddech, żeby wsłuchać się w tę ciszę. Po raz pierwszy od dawna czuję spokój. Po raz pierwszy od dawna, zaczynam wierzyć, że nam się uda. Po raz pierwszy od dawna, patrzę jak on śpi i nie czuję złości, bezradności, pustki. Powoli przestaję bać się przyszłości. Od czterech tygodni nie jestem już korpo-żoną. Jestem znów żoną mojego męża.

Kochanie, teraz nam będzie wspaniale

Ta propozycja pojawiła się w naszym życiu nagle, nieoczekiwanie. Właściwie to pojawiła się w jego życiu, ale zmieniła i moje. Przyszła e-mailem, skusiła prestiżem miejsca pracy, zaszeleściła imponującą kwotą i mile połechtała jego ambicję ilością obowiązków. Nie wahaliśmy się. Pięciocyfrowa kwota, regularnie spływając na konto gwarantowałaby nam, prócz większego spokoju, jeszcze coś dodatkowego: możliwości. Będą pieniądze, będzie niezależność, może w końcu własne mieszkanie. Widziałam nas już w tym mieszkaniu. Widziałam pokój małej: mebelki, wymarzone, na wymiar, już nie te składaki z IKEI. I naszą sypialnię z wygodnym fotelem, na którym wylegiwałby się kot.

I może w końcu przestanę się zastanawiać, czy na pewno mogę posłać Małą na te zajęcia z rysunku? Będzie nam wspaniale, to na pewno.

Decyzję podjęliśmy wspólnie. Następnego dnia złożył aplikację, w ciągu miesiąca przeszedł cały proces rekrutacyjny i udało się. Odetchnęłam. Nie, nie tylko odetchnęłam. Cieszyliśmy się oboje jak wariaci. Nie tylko w tej kasy, z tego, że będzie lżej. Ale i z tego, że go doceniono, zauważono.

– Dobrze będzie, prawda?

– No pewnie, zobaczysz. 

– Nie boisz się trochę?

– Czego?

– No wiesz, że to korporacja…

– No co ty. Szybko pójdę wyżej, zarobię jeszcze więcej. Będziesz mogła rzucić te swoje zlecenia  i robić to, co lubisz.

Zaprosiliśmy rodziców na obiad, upiekłam ciasto, drożdżowe ze śliwkami. Usiedliśmy razem przy stole i ogłosiliśmy dobrą nowinę: Piotrek zmienia pracę. Kwota zrobiła spodziewane wrażenie.

W koszty wrzuciliśmy wtedy tylko czas. Wiadomo, będziemy go teraz mieli dla siebie mniej, ale przecież „coś za coś”.

Pierwszego dnia wrócił z pracy pełen wrażeń. Że sprzęt, naprawdę bardzo dobry, że budynek rzeczywiście ogromny, bardzo nowoczesny i rytuały w zespole fajne: co piątek wspólne śniadanie, raz w miesiącu wyjście na piwo, codzienne stand-upy. Że pierwszy wyjazd, do firmy, do Stanów. Otworzyliśmy wino i długo snuliśmy plany na życie.

Minął tydzień, dwa, trzy. Po dwóch miesiącach był już wciągnięty w tryb korporacyjnej pracy. A właściwie, ten tryb wciągnął nas wszystkich.

Kochanie, nie mam czasu

Mała zachorowała. Nie ten czas, nie ten moment. Piotrek siedział nad jakimś raportem, był już późny wieczór. Poprosiłam go o pomoc, chciałam tylko zejść na dół, do apteki. Miał zostać z dzieckiem na niecałe 10 minut. Dostał szału. Krzyczał, że jest spóźniony, że musi pracować, że jego praca jest najważniejsza, że po to jestem w domu, żeby on mógł spokojnie TO skończyć. Że jeśli TEGO nie wyśle za chwilę, będzie bardzo źle. Że dziecko może poczekać. Że jestem do niczego. Jego twarz była twarzą obcego człowieka. Na dobre kilkanaście sekund zamarłam.

Potem wybiegłam z pokoju i oparłam się mocno plecami o ścianę. W głowie pulsowało mi gorąco. Tego wieczora położyliśmy się spać osobno.

Co się stało?

– Nic się nie stało.

– Ale dlaczego tak zareagowałeś? Przecież to nie jest normalne? Coś się dzieje w pracy?

– Nie, nic się nie dzieje. Nie rozumiesz po prostu.

– To mi wytłumacz…

– Co tu tłumaczyć?! Że jak pracujesz, to masz obowiązki?!

– Nie krzycz…

Zaczął znikać. Nie fizycznie. Fizycznie był tuż obok. Wieczorem słyszał, jak opowiadałam mu o moim zwykłym dniu, o tym jak mała radzi sobie w przedszkolu, ale wcale nie słuchał. I nie odpowiadał, choć pytałam. Spał w tym samym łóżku, ale nie ze mną, nie dotykał mnie nawet, choć dobrze wiedziałam, że godziny mijają, a on nie może zasnąć. Traciłam go. Samotność uderzyła mnie mocno, zwaliła z nóg. Płakałam w tym łóżku, po cichu, do środka płakałam.

– Na pewno ma romans – myślałam i przeszukiwałam w nocy kieszenie jego spodni, w obawie, że jak w filmie, znajdę jakieś rachunki za hotel na godziny, za damskie drinki z palemką i za bieliznę nie dla mnie. Bezskutecznie.

Ale jak tu sobie racjonalnie wytłumaczyć, że ktoś, kto dotąd był ciepły, otwarty, kochający, odsuwa cię od siebie, zamyka ci wszystkie drogi i nie masz już jak do niego dotrzeć? Że nie chce już rozmawiać jak dawniej? Miotałam się bezsilnie, na przemian albo próbując mu dogodzić, przypodobać się,  albo karząc go milczeniem i chłodem, którego i tak nie zauważał. Żal i złość mieszały się we mnie i gryzły od środka.

W tygodniu wstawał spięty, podminowany. Robił sobie dwie kawy, przeglądał maile i wychodził, coraz rzadziej całując mnie w czubek głowy. Wracał późno, jeszcze bardziej podminowany i piekielnie zmęczony. Przestały go cieszyć wspólne wieczory z dobrym filmem, przestał zaglądać do córki, kiedy już spała. Piątkowe raporty kończył jeszcze w domu,  w niedzielę po południu żył już poniedziałkiem. Szef dał mu zadanie, od którego realizacji miał zależeć awans. Tyle dowiedziałam się właściwie przez przypadek. Napięcie, które przynosił do domu stało się nie do zniesienia. Kłóciliśmy się o wszystko, bo wszystko, każda błahostka mogła go zdenerwować. A to krzywo odwieszona torba na zakupy, a to lalka na podłodze, a to moje wyjście do sklepu…

– Proszę, zajmij się małą, ona tęskni za tobą…

– Nie mogę teraz, muszę to skończyć.

– Ale ona za tobą tęskni!

– O co ci chodzi, przecież macie za co żyć i dobrze żyjecie, prawda?

Zdarzały się chwile, kiedy znowu był tym dawnym NIM. Przytulałam go wtedy mocno, żeby mu powiedzieć, że tak jest dobrze, że tego chcę. Przez ten jeden moment oboje żyliśmy nadzieją, że możemy mieć wszystko.

Potem było ich coraz mniej, a coraz więcej tych trudnych, niepojętych. Działo się źle, a ja zaczynałam rozumieć, że to nie romans, tylko praca – atmosfera, rywalizacja, tworzenie sztucznych i coraz wyższych poprzeczek – niszczy mojego męża, sprawia, że staje się kimś innym. Że to nie dla niego, że wyzwala w nim wszystko, co najgorsze, zmienia w potwora, w kogoś z z kim nie mam ochoty przebywać, patrzeć na niego. Jeśli jej nie zmieni, rozpadniemy się. Nie wysłuchał mnie.

Po niespełna pięciu latach małżeństwa byłam zdecydowana odejść. Nie wiedziałam już kim jesteśmy, nie miałam siły ani determinacji. Marzyłam o spokoju, a nie życiu w ciągłym strachu, że nie wiedząc nawet jak, wywołam burzę.

Kochanie, lepiej zejdź mi z drogi

W tamtą sobotę wstał w południe, z ogromnym bólem głowy. Zamiast odpocząć, usiadł przy komputerze. Powiedział, że musi się uczyć nowych technologii. Panicznie bał się zostać „w tyle”. Nie zareagowałam. Jego praca w weekendy stała się czymś normalnym. Nie wiem kiedy, nie wiem jak. Nasze życia rozminęły się. W domu zapanował podział: ja i dziecko i gdzieś daleko, nieobecny on.

– Ma być dziś cisza.Więc lepiej zabierz stąd dziś dziecko i zejdzcie mi dziś z drogi.

– Dobrze, zaraz pójdziemy do parku. Za pół godziny.

(…)

– Co mówiłem?! Do cholery, co mówiłem? Nie potraficie uszanować mojej pracy? 

Agresja, gniew. Złapał Małą za rękę, mocno. Bardzo mocno. Pisnęła z bólu, ze strachu, skuliła się. Podbiegłam, odepchnął mnie, upadłam pod ścianą. To był koniec.

Znaleźliśmy się na podłodze, płacząc, we trójkę. Najgłośniej płakał on, zaraz potem Mała, przerażona, drżąca. Pamiętam tę chwilę trochę jak przez mgłę. Ile to trwało? 15 minut czy pół godziny? Nie wiem. Wieczorem usiedliśmy w kuchni, pod dwóch stronach dębowego stołu. Pierwszy raz od  dziesięciu miesięcy rozmawialiśmy szczerze. Przyjrzałam się mu wtedy uważnie i zobaczyłam: cienie pod oczami, blado – żółta cera, i dobre kilka kilo mniej. Dlaczego nie zauważyłam tego wcześniej?

Tydzień później złożył wymówienie. Nikt nie mógł zrozumieć. Zawsze odpowiedzialny, pewny siebie, mocny punkt zespołu… Dlaczego…?

Tamten czas jest jeszcze trochę w nas, a trochę już za nami. Ślad, taka jakaś blizna na naszym związku została, a może dopiero się goi? Ale nie jestem już sama. Zasypiam i budzę się z nim.

– Kocham Cię. Przepraszam.

– Ja też kocham. Będzie dobrze w końcu, prawda?

– Zrobię wszystko, żeby było. Ale musisz mi pomóc.