Magiczna zima w Norwegii

Kat Piwecka
Kat Piwecka
25 grudnia 2016
Magiczna zima w Norwegii
Fot. Kat Piwecka
 

W kraju wiecznej zimy, w którym tak zwana Biała Zima ustępuje miejsca Zielonej Zimie, mieszkają ludzie lodu o największych i najbardziej gorących sercach.

Samotny domek w górach pokrytych śniegiem, obok tylko lasy i kilkadziesiąt kilometrów tras biegowych. Bez prądu i bez wody. Na kozie grzeje się dzban z wodą do mycia. Wieczorem tylko światło świec i ciepło płynące z kozy. W dzień w silnym wietrze pokonujemy kilometry na biegówkach w śladach poprawianych dwa razy dziennie przez specjalne maszyny. Najpiękniejsze momenty łapiące za serce to te, kiedy przy zachodzącym słońcu mkniemy z prędkością światła w trasach biegowych. Zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcie i wysyłam telefonem do bliskiej mi osoby, „Ale Czad” – dostaję zaraz smsa zwrotnego.

Magiczna zima w Norwegii

Fot. Kat Piwecka

Magiczna zima w Norwegii

Fot. Kat Piwecka

Norwegowie biegają na nartach od zawsze. Wbiegają na nartach nawet na szczyty pobliskich gór, które latem z kolei zdobywają pieszo lub na rowerach. Codziennie pokonują na nogach strome podejścia do swoich domów mieszczących się na zboczach gór. Zimno na zewnątrz nie przeszkadza im w przebywaniu długimi godzinami w śniegu, którego z kolei rozróżniają kilka rodzajów pod kątem ubicia i ślizgu w zależności od warunków atmosferycznych. W wodach fiordów płynących pomiędzy górami zaliczają obowiązkowe kąpiele zimowe. A podczas Świąt Wielkanocnych całe rodziny piknikują na śniegu na specjalnych matach.

Magiczna zima w Norwegii

Fot. Kat Piwecka

Magiczna zima w Norwegii

Fot. Kat Piwecka

Minusowe temperatury na zewnątrz, a w ciepłych domach mieszkają ludzie o wielkich sercach, rodzinni i gościnni jak nikt inny na świecie. To tutaj gorąca dziewczyna z południowym temperamentem zostawiła po raz kolejny całe swoje serce i duszę. To była moja piąta wizyta, w czasie której upewniłam się tylko, że wrócę tutaj szybko i jeszcze wiele razy.

Magiczna zima w Norwegii

Fot. Kat Piwecka

Magiczna zima w Norwegii

Fot. Kat Piwecka

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Kat Piwecka

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Kat Piwecka

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Kat Piwecka

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Kat Piwecka

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Kat Piwecka

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Kat Piwecka

Norwegia – Valdres, marzec 2014


Samotna Sardynia wiosną

Kat Piwecka
Kat Piwecka
22 stycznia 2017
Fot. Kat Piwecka
Fot. Kat Piwecka
 

Wyspa skał i wiatru, przepełniona aurą nostalgii i osamotnienia, zapomniana przez Włochów i rzadko odwiedzana przez turystów, idealna dla samotników kochających bliski kontakt z naturą. Sardynia to druga pod względem wielkości wyspa Morza Śródziemnego. Słynie z przepięknego wybrzeża – szmaragdowo-błękitnych zatok otoczonych skałami o osobliwych wypolerowanych kształtach. Dominującym żywiołem na Sardynii jest wiatr. Mówi się, że Sardynia jest „sempre ventilata” – cały czas „wietrzona”. Rzadko odwiedzana przez turystów zachowała swój pierwotny charakter. Panuje tutaj nieskażona i dzika natura – skaliste wybrzeża, odludne plaże, liczne zatoczki otoczone klifami, groty z kolosalnymi stalaktytami i stalagmitami, korytarze jaskiń wijące się kilometrami oraz kręte górskie drogi. We wszechobecnych tutaj skałach przybierających najróżniejsze kształty, każdy znajdzie co mu się „widzi” – zwierzęta takie jak słoń i niedźwiedź lub zaklęte w kamień ludzkie twarze.

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Małe portowe miasteczko na zachodnim wybrzeżu wyspy. Moje pojawienie się wywołuje sensacje u lokalnych mieszkańców, których zresztą można policzyć na palcach jednej ręki. Jedyna w całym miasteczku otwarta kafejka serwuje tylko i wyłącznie kawę oraz lody. Jedyny w całym miasteczku bankomat przywalony gruzem jest w remoncie od zeszłego roku. Jedyny w całym miasteczku sklepik spożywczy świeci pustymi półkami, a nieliczne produkty mają nieaktualną od wielu miesięcy datę ważności. Nikt tutaj nie mówi po angielsku, więc nie mam wyjścia i próbuję porozumiewać się w języku migowo-włoskim. Na szczęście dzięki niezwykłej życzliwości i otwartości Sardyńczyków – idzie nam w miarę dobrze.

Największym problemem jest zjedzenie obiadu, bo trzeba jechać kilkadziesiąt kilometrów, żeby znaleźć otwarty i w pełni zaopatrzony sklep spożywczy (o restauracji można zapomnieć). Po wyspie podróżuje się bardzo dobrze wynajętym samochodem, drogi są w dobrym stanie. Pomimo, że wyspa jest duża, w ciągu tygodniowego pobytu udaje mi się dotrzeć do Przylądka Północnego i Archipelagu Magdaleny, Wybrzeża Szmaragdowego i Zatoki Orosei na zachodnim wybrzeżu oraz Riwiery Koralowej na wschodzie wyspy.Codziennie do snu kołysze mnie szum morza, a rano budzi mnie krzyk bardzo hałaśliwych mew. Poza tym nic się tutaj nie dzieje. Na całej wyspie opustoszałe miasteczka zdają się trwać we wiecznej sjeście. Cisza i spokój – gdzieniegdzie słychać tylko odgłosy z włoskich stacji radiowych i telewizyjnych. Na skałach przy morzu silny wiatr szaleje we wszystkie możliwe strony. Człowiek zdaje się być wystawiony ku dzikiej naturze i poniewierany przez potężne żywioły. Już dawno nie czułam się taka samotna jak tutaj … i już dawno mi ta samotność tak bardzo nie przeszkadzała …

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Miłą odmianą w mojej samotnej podróży są codzienne śniadania, które dla kontrastu odbywają się w bardzo hałaśliwej atmosferze w kafejkach pełnych energicznie dyskutujących ze sobą Sardyńczyków. Codziennie rano siadam przy stoliku i ich obserwuję – jak piją kawę, rozmawiają prawie krzycząc i czytają gazety podczas obowiązkowej porannej kawy z rogalikiem. Typowe włoskie śniadanie składa się z kawy cappuccino oraz rogalika cornetto. Niektórzy maczają najpierw rogalik w mlecznej piance, a dopiero potem wypijają kawę. To jedyna chwila w ciągu dnia kiedy mam kontakt z ludźmi, dlatego tak bardzo się rozkoszuję ich obecnością i gwarem panującym w kawiarence. Zaraz potem przepadam znowu w mojej samotnej eksploracji tej dzikiej i odludnej wyspy …

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka

Fot. Kat Piwecka


Kocham Cię jak… Irlandię. Dajcie się zabrać w tę podróż

Kat Piwecka
Kat Piwecka
11 grudnia 2016
Fot. Kat Piwecka
Fot. Kat Piwecka
 

Klify zasnute tajemniczą mgłą, urokliwe miasteczka z pięknymi drzwiami i kolorowymi witrynami, samotne twierdze i wysokie celtyckie krzyże, odludne i dzikie zakątki, zieleń we wszystkich możliwych odcieniach, ocean przypominający o sobie silnym i porywistym wiatrem oraz codzienny deszcz …

Wiejki poranek w Irlandii Północnej

Wczesnym rankiem budzę się w ciepłej pościeli w starej wiejskiej chatce na północnym wybrzeżu wyspy. Z okna widzę owce beztrosko wylegujące się na zielonych łąkach oraz w oddali niebieskie wody Oceanu Atlantyckiego. Już za chwilę po śniadaniu wyruszam w jego stronę, aby zobaczyć dwie perełki Irlandii Północnej – formację skalną składającą się z kolumn bazaltowych zwaną Groblą Olbrzyma oraz wiszący most linowy Carrick-A-Rede. Wieczorem wybieram się na spacer po Belfaście – mieście murali, które dokumentują historyczne starcia pomiędzy katolikami i protestantami. Najbardziej interesujące projekty murali znajduję na murze oddzielającym dzielnicę protestancką od katolickiej, symbolicznie nazwanym Linią Pokoju.

1

2Trzy rodzaje deszczu w Dublinie

Ulewa, w czasie której niemożliwe jest przebywanie na zewnątrz, lekki przyjemny do spaceru deszczyk oraz deszcz, którego się w ogóle nie czuje, ale po mokrych ubraniach orientujemy się, że jednak musiało padać. Te trzy rodzaje deszczu naliczyłam podczas mojego spaceru ulicami Dublina, a rodowici mieszkańcy podobno rozróżniają jeszcze więcej rodzajów deszczu. Pomimo niesprzyjającej aury udaje mi się odwiedzić pomnik i dom James Joycea, słynną ulicę i szerszy niż dłuższy most Oconnell oraz największy w Europie miejski park – Phoenix Park.

3

Claddagh ring – symbolprzyjaźni, wierności i miłości

W mieście Galway położonym na zachodzie wyspy warto się zatrzymać na dłużej z kilku ważnych powodów. Po pierwsze, jest to dobry punkt wypadowy, aby zobaczyć największe cuda natury irlandzkiego wybrzeża: Klify Moheru – malownicze skały wyłaniające się z morza na wysokość 120-200m, przepiękną trasę widokową Ring of Kerry oraz Park Narodowy Connemara. Po drugie – to tutaj w Galway w XVII wieku powstał tradycyjny pierścień irlandzki zwany „claddagh ring”, będący symbolem przyjaźni, wierności i miłości. Pierścień przedstawia dwie dłonie obejmujące serce w koronie. Przekazywany z pokolenia na pokolenie, może pełnić rolę obrączki ślubnej, pierścionka zaręczynowego lub podarunku dla bliskiej osoby, na przykład od matki na narodziny dziecka. Noszony jest na dwa sposoby: jeżeli dół serca wskazuje dłoń, nosząca pierścień osoba jest „zajęta”, jeśli skierowany jest ku czubkom palców – nosząca go osoba jest „wolna” i szuka osoby, której może podarować swoje serce. Mój claddagh ring już od kilku lat ma swoje stałe miejsce na serdecznym palcu mojej lewej ręki …

4

Sztorm na oceanie

Z miasta Galway płynę promem na wyspy Aran, będące prawdziwą ostoją irlandzkich tradycji. Na największej z trzech wysp mieszka około 800 mieszkańców. Posługują się oni wyłącznie językiem gaelickim, należącym do grupy języków celtyckich. Cała wyspa pełna jest tradycyjnych wiejskich chatek z dachami pokrytymi strzechą oraz łąk poprzedzielanych niskimi kamiennymi murkami. Wieje wyjątkowo silny wiatr, który szczególnie uciążliwy jest podczas pobytu na szczycie klifów, a krew w żyłach mrożą legendy mówiące o tym, ile ludzi zostało porwanych przez ten wiatr do oceanu. Ogrzewam się przy kominku w jedynej otwartej na wyspie knajpce, serwującej przepyszny krem z pomidorów z dodatkiem świeżo upieczonego brązowego chleba o lekko słodkawym smaku. Wracając z wysp z powrotem do Galway, przedsztormowe morze kołysze promem we wszystkie strony. Zaraz po dopłynięciu port zostaje zamknięty z powodu sztormu, przestają kursować promy i tym samym wyspy Aran są odcięte od świata dopóki morze się znowu nie uspokoi.

6

Z tobą lub bez ciebie

Kilkanaście lat temu na tej szmaragdowej i wietrznej wyspie dokonało się moje przeznaczenie życiowe. Każdej nocy walcząc ze strachem, usiłowałam zasnąć w targanym wiatrem namiocie rozbitym na szczycie klifu. I wtedy już wiedziałam, że odtąd całe moje życie będzie podporządkowane nieustającej podróży i przygodzie, że nawet będąc na miejscu w domu, myślami i sercem będę zawsze daleko daleko stąd – planując kolejne wyprawy i marząc o nowych przygodach … a w głowie już zawsze będzie grać „With or without you” U2.

Walcząc z burzą dobijamy do brzegu

Oddajesz mi wszystko, ale ja chcę więcej

I czekam na ciebie

Z tobą lub bez ciebie

Nie mogę żyć

Z tobą ani bez ciebie

(U2 „With or without you”)


5

7

9

10

11

12

13 14 15 16 17