Na litość boską, nie mówcie nam: chciałaś, to masz, nie narzekaj teraz, bo nie wypada. Wypada, jak cholera

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
6 lutego 2017
Fot. iStock/Geber86
Fot. iStock/Geber86
 

Umówiłyśmy się na kawę, gdzieś w centrum miasta, bo tak jej wygodniej. Ja jestem „wolna”, wiadomo, zawsze podjadę. Wyskoczyła z biura na 40 minut, w przerwie na lunch. Dwa razy zmieniała godzinę naszego spotkania, bo „coś” jej wyskoczyło. Ale to przecież nie szkodzi, bo ja i tak pracuję w domu, łatwiej mi się dostosować, prawda? Prawda, więc od ponad dwóch lat, to ja dostosowuję się do innych, przekładam swoje plany na później i myślę tylko o tym, jak zorganizować swój dzień, by zdążyć, ale tylko z tym, co najważniejsze. Pracuje na dwa etaty: domowo-opiekuńczy i domowo-zawodowy.

„A co ty taka wkurzona?” – zapytała mnie z uśmiechem, kiedy mocno spóźniona usiadła zamawiając latte. I co tu tłumaczyć? Że umówiłam się z rodzicami, że Młodego odbiorę o konkretnej godzinie, że do szkoły po córkę muszę być punktualnie, bo i tak późno dziś kończy i wieczorem będzie tak zmęczona, że skończy się łzami i buntem? Że mój czas, też należy szanować?

Ryzykuję. Kiwa głową, niby ze zrozumieniem, ale za chwilę rzuca: „Wróciłabyś do pracy, to by ci się wszystko samo zorganizowało”. Samo – mówi osoba, której życie organizuje mama, wychowująca 14- miesięczne wnuki, przygotowująca obiady na weekend i nieustannie dyżurująca w przypadku ważnych wydarzeń, takich jak wieczór z przyjaciółmi, nowości w kinie, czy… słabszy dzień.

Nie, wcale jej nie żałuję przyjemności. Tak, na trzeźwo oceniam. Szybko przypominam, że moje życie zawodowe nie umarło, ono toczy się w domu, w tak ważnych godzinach „dla siebie”. A zmęczona jestem, bo również PRACUJĘ. Wychowywanie dzieci, prowadzenie domu to PRACA. I to nielimitowana czasem. „No, ale przecież świetnie sobie radzisz, ja daję radę sama, wszystko jakoś da się pogodzić” – słyszę w odpowiedzi frazes wytarty jak dżinsy z liceum.

Szczerze – śmieszą mnie do łez wyznania rodziców, którzy zapewniają, że „wszystko da się pogodzić”: wychowanie dzieci, pracę zawodową, satysfakcjonujące życie małżeńskie i jeszcze rozwój osobisty. Kiedy? Bo o ile się nie mylę, pomimo wszystkich lepszych i gorszych zmian, doba ma nadal 24 godziny. A człowiek, nawet przy najlepszych chęciach, ma swoją wytrzymałość i przy najdoskonalszej organizacji, coś w końcu w tej maszynie przestanie działać tak, jak trzeba. Ktoś powie: „dość”, zrezygnuje z pracy. Zaciśnie zęby i weźmie to, co trzeba na siebie, oczekując uczciwej współpracy podczas weekendów,  od partnera pracującego w tygodniu.

Ktoś zawsze musi choć trochę poświęcić swoje osobiste ambicje, zawodowe plany. Przynajmniej wtedy, kiedy dzieci są naprawdę małe. I najczęściej jest to matka. Z czegoś zawsze trzeba zrezygnować, żeby dać dzieciom prawdziwą, namacalną obecność, a nie tylko nieprzytomny wzrok wpatrujący się w nie tempo, kiedy piąty raz pytają, czy mogą posolić sobie owocową kaszkę. Ktoś musi dać im poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że są ważne i wysłuchane. Ktoś musi być z nimi w chorobie, przy pierwszych krokach, pierwszych rysunkach. Jeśli są to wasi rodzice, albo opiekunka, nie mówcie, że sami daliście radę.

„Nie narzekaj, przecież sama chciałaś” – mówi mi jeszcze moja znajoma, dopijając kawę. Nie narzekaj? A właściwie, dlaczego?

Nie mam opiekunki, nieczęsto proszę o pomoc rodziców, ale nie udaję, że jest cudownie. I tak, mój świat jest pełen takich niekomfortowych uczuć, osobistych poświęceń, wyrzeczeń. Owszem, zdecydowanie są momenty, gdy mam dosyć tej sytuacji. Ale i na te momenty, na to uczucie dałam sobie przyzwolenie. Zaakceptowałam w pełni decyzję, którą podjęłam: zostaję z dziećmi i jestem z tego powodu szczęśliwa.

Tak, sama chciałam. Ale to nie znaczy, że nie mogę być: wściekła, przemęczona, załamana, zdenerwowana, rozczarowana? Przecież to są uczucia, które zdarzają się również w życiu zawodowym, kiedy bierzemy na siebie obowiązki ponad nasze siły. A jednak pracę, zawsze możesz zmienić, odpowiedzialności za dzieci – tego psychicznego i emocjonalnego bagażu – już nikomu nie oddasz. Czy praca w domu, przy dzieciach jest tylko pięknym poświęceniem, czy może również czasem stresem powodującym nudności, złością na siebie i innych, negatywnymi myślami? Dlaczego nie można mówić o tym głośno?

Mówmy głośno o tym, że mamy prawo mieć dość. Tak, dokonałyśmy wyboru. A czasem zostałyśmy w domu z dziećmi, bo nie miałyśmy innego wyjścia. Ale, na litość boską, nie mówcie nam: chciałaś, to masz, nie narzekaj teraz, bo nie wypada. Wypada, jak cholera.


Nie każdy musi być żoną. Choć wydaje to nam się nieprawdopodobne, jeden „papierek” zmienia wszystko

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
17 lutego 2017
Fot. iStock / prostooleh
Fot. iStock / prostooleh
 

Blisko cztery lata mojego małżeństwa nauczyły mnie w zasadzie tylko jednej, ważnej rzeczy: choć wydaje to nam się nieprawdopodobne, jeden „papierek” zmienia wszystko. Choćby nie wiem jak nagle jego obecność zaczęła cię drażnić, choćby nie wiem jak ten związek uwierał, nie można już tak po prostu wyjść i zamknąć za sobą drzwi. Nie można odejść nagle, w dwie, różne strony i rzucić tego wszystko „w cholerę.”

Małżeństwo jest jakimś rodzajem układu, o który (o ile nie dzieje ci się realna krzywda) zawsze warto zawalczyć. Brzmi mało romantycznie? Może. Ale tu chodzi o coś więcej niż miłość. Chodzi o osobiste wybory, które rzutują na całe nasz życie. Bo kiedy dzieje się źle, oczywiście, można się rozwieść, choć nie jest to takie proste, zwłaszcza, gdy mamy dzieci, można podjąć wyzwanie i szukać kompromisów, ale można też zdecydować się na „bylejakość” i powoli tracić dla siebie resztki szacunku. Pewnie wszystko jest sprawą bardzo indywidualną.

Mam wśród swoich znajomych dwie pary z dość dużym (8 i 9 lat) stażem związku. Pierwsi zdecydowali się na ślub po roku znajomości, spontanicznie, przepełnieni poczuciem, że „to jest to”, że znaleźli się, jak te dwie połówki jabłka. Rozczarowanie małżeńskim życiem przyszło dość szybko, zaledwie po kilku miesiącach od składanej uroczyście, przed ołtarzem, w obecności i tych najbliższych i tych prawie nieznajomych, przysięgi. Przekonanie, że będzie cudownie, już zawsze, a miłość pomoże im rozwiązać wszystkie problemy, ulotniło się nieodwracalnie. Pół roku po ślubie, spotkałam się z NIĄ, rozczarowaną i pełną wątpliwości o wspólną przyszłość swojego związku. A przede wszystkim przekonaną, że małżeństwo zabija miłość. Dlaczego? Bo daje pewność, a pewność to (jej zdaniem) samobój dla miłosnej relacji. Jak to możliwe – zastanawiałam się głośno podczas tej rozmowy, bo zawsze wydawało mi się, że dla dobrej, pozytywnej miłości nie ma nic lepszego niż poczucie, że cokolwiek się stanie, będziemy razem i możemy na siebie liczyć.

A jednak, dla niej, sprawy przedstawiały się zupełnie inaczej. Ona w miłości chciała nie wiedzieć „na pewno”, bo to sprawiało, że przestawała widzieć w swoim mężu atrakcyjnego partnera, godnego pożądania i zdobywania. Ona chciała zdobywać cały czas i czuć się cały czas tak samo wyjątkowo.

Bo niby „nic się nie zmieniło”, ale dotarło do niej, bardziej niż zwykle, że to na niego będzie teraz patrzeć zaraz po przebudzeniu i chwilę zanim zapadnie w sen. Że, zgodnie z tym co obiecała, nigdy nie pozna dotyku żadnego innego mężczyzny. Że, czy będzie między nimi dobrze, czy źle, ma przy nim trwać (tak jak on przy niej) i zrobić wszystko, żeby było między dobrze.

„Są tacy, co nic sobie z tego nie robią, zdradzają się na prawo i lewo, z czasem stają się obojętni” – powiedziała mi dopijając swoje latte. I tak właśnie z nimi się stało. Przez kilka lat oszukiwali się jeszcze, coraz bardziej obrażeni na siebie i na tę swoją miłość, że nie podołała ich oczekiwaniom. Bo biorąc ślub, nie przemyśleli, że to jednak bardziej „na zawsze” niż „na chwilę”. Teraz, żyjąc wciąż jako mąż i żona (o rozwodzie nie ma mowy, u niej nigdy nie było rozwodów), oboje mają „kogoś na boku”, ale Wigilię spędzają razem i razem wychowują pięcioletniego synka. Małżeńska schizofrenia.

Moi drodzy znajomi, znają się tak długo, że nazywamy ich „starym małżeństwem”, a przyjaciele pytają ich: „po co wam właściwie ten ślub, przecież od lat żyjecie jak mąż i żona”. Powody decyzji o zawarciu małżeństwa są w ich wypadku dwa. Po pierwsze, rodzice od dawna mówią o wnukach, a ona nie wyobraża sobie, że jej dzieci miałyby się urodzić w związku pozamałżeńskim. Nawet jeśli przez lata żyła z nim „na kocią łapę”, na dzieci zgodzi się tylko jako żona. Po drugie, lata lecą, kredyt trzeba w końcu wziąć i „wszystko to” jakoś łatwiej załatwić, kiedy jest się w formalnym związku.

Im bliżej do wyznaczonej daty ślubu, tym bardziej się od siebie oddalają. Ona tłumaczy to stresem związanym z przygotowaniami, on nie przyznaje otwarcie, że tak naprawdę to się boi i nie chce. Ale wszystko już załatwione, zaproszenia wysłane, rodzice i dziadkowie nie mogą się już doczekać. Więc oni wezmą ten ślub, zostaną mężem i żoną.

Każdy z nas, w miłości szuka dla siebie czegoś innego. Jedni pewności, inni możliwości troszczenia się o ukochaną osobę, jeszcze inni chcą być po prostu blisko i cieszyć się tą bliskością, wspólnymi chwilami, świadomością, że tak wiele ich łączy. Ale małżeństwo nie jest dla wszystkich.


Mówił: „Niedługo będę”, wracał po kilku dniach. Ich światy nigdy się nie spotkają. Przynajmniej – nigdy nie spotkają się na dłużej

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 stycznia 2017
Mówił: "Niedługo będę", wracał po kilku dniach. Ich światy nigdy się nie spotkają. Przynajmniej - nigdy nie spotkają się na dłużej
Fot. iStock / master1305
 

Dobrze, Kochanie – mówiła, kiedy uprzedzał, że właśnie musi wyjść. Jakoś nigdy nie powiedział tego wcześniej, bo też i rzadko kiedy cokolwiek planował. Całował ją pośpiesznie, myślami był już przecież gdzie indziej, znała to spojrzenie. Taki już jest – nie potrafi długo wytrzymać w jednym miejscu. Co chwila spotkania ze znajomymi, nowatorskie wernisaże, dziwne instalacje, wyjazdy do innych miast, na wystawy. A w domu? Właściwie też ciągle się mijali. To cud, że w ogóle chciał z nią – taką nudną i spokojną, ciągle tą samą – być.

W tygodniu wstawała wcześnie i biegła do biura. Potem szybki lunch, najczęściej kanapka zrobiona jeszcze w domu, żeby zdążyć się z nim zobaczyć, kiedy wróci do domu. Wychodząc z pracy prawie biegła, byle szybciej być przy nim. A on? Pracował nad swoimi grafikami w nocy, siedział przy komputerze do bladego świtu, a potem odsypiał do późnego południa. Wstawał, brał długą kąpiel, wrzucał na siebie te swoje modne, wyprane przez nią bluzy i przyrządzał warzywa po tajsku, jeśli akurat w tym tygodniu poczuł, że to absolutnie doskonały pomysł. Albo makaron. Albo zamawiał pizzę. Wracała, przytulał ją, pokazywał projekty i te grafiki, które sprzedawał do dużych gazet. Trochę poklepał po głowie, jak wiernego psa. A potem wybiegał gdzieś, rzucając, że będzie niebawem. No, co? Tak się żyje z artystą. Intensywnie, kolorowo, niepewnie. Zabierz mnie ze sobą – poprosiła kilka razy, zaniepokojona, że ma go dla siebie coraz mniej, że właściwie nie zna jego przyjaciół. I zaraz pożałowała. Bo mimo, że byli parą, w tłumie tych głośnych, kolorowych ludzi, ona ginęła. Bo była zwyczajna. Jego ta jej zwyczajność przyciągała, kochał ją ( „na swój sposób” – dopowiadała zawsze w myślach”).  Ale potrzebował tamtego świata, by żyć, rozwijać się, oddychać.  Tak mówił. Była mu potrzebna, żeby go ściągać na ziemię, zakotwiczyć gdzieś, żeby miał przy niej dom– śmiał się. Bardzo nie lubiła, gdy tak mówił. „Równie dobrze mógłbyś żyć beze mnie” – wyrzucała mu. Nigdy nie odpowiedział na to wprost.

Tamtego dnia, jak zwykle zamknęła zanim drzwi. Byli parą pół roku, ale czuła, jakby to trwało już kilka lat. Zmęczona, usnęła na kanapie. O w północy przeniosła się do sypialni. Wciąż nie było go w domu. Nie, to nie było dziwne, czasem wracał dopiero nad ranem i jeszcze siadał na kilka godzin do pracy. Nawet to lubiła, budził ją wtedy przed ósmą, robił kawę, rozmawiali, śmiali się. Tak bardzo nie chciała wychodzić z domu.

Tym razem było inaczej. Kiedy rano nie zastała go w kuchni, przy komputerze, zaniepokojona wybrała jego numer. Ale telefon milczał – był wyłączony. Przez następne 40 godzin umierała ze strachu , wydzwaniając do tych znajomych, których znała, alarmując jego siostrę z innego miasta i dzwoniąc po najbliższy szpitalach. Bez rezultatu. Kiedy po dwóch dniach otworzył drzwi kluczem i jak gdyby nigdy nic, pocałował ją na dzień dobry, wpadła w szał. Ona, ta spokojna, cicha, ta „rozsądna”, straciła panowanie nad sobą. „Gdzieś ty był?”- krzyczała. „Kim dla ciebie jestem, że nie dajesz znaku życia, nie myślisz o tym, że nie wiem co się z tobą dzieje?”. Zdziwiony, lekko zaskoczony, a może rozbawiony wziął ją w ramiona. Przecież żyje, widać chyba? No co, telefon się rozładował, kochanie, normalna rzecz. Nie zadzwoniłem? No przecież nie możesz mnie trzymać na smyczy. Jak to, gdzie byłem? W kilku miejscach.

Przełknęła to. Przytuliła się do niego ze wszystkich sił, szczęśliwa, że jest.Zabrał ją do łóżka i kochali się jeszcze mocniej niż za pierwszym razem. Wieczorem został w domu. Obiecał, że nigdy więcej jej tego nie zrobi, przepraszał.

Wytrzymał kilka miesięcy. Potem zaczął znikać na dłużej. Nigdy nie mówił jej dokładnie dokąd idzie, gdzie mogłaby go znaleźć, w razie nagłej potrzeby. Gdy zrozpaczona zarzucała mu zdradę, brak uczucia, szacunku, unosił lekko brwi i przyglądał się jej jak małemu dziecku, które nic nie rozumie.

Wydawało jej się nawet, że te jej emocje, rozpacz, strach o niego są dla niego jak adrenalina, że może robi to specjalnie, żeby potem czerpać z tego jej niepokoju i strachu o niego. Tylko, że to, co dla niego było inspiracją, ją niszczyło od środka. Kiedy zniknął bez słowa na tydzień, spakowała mu walizki i odesłała je do jego rodziców. Zamknęła drzwi na klucz, pojechała do koleżanki. W SMS-ie napisała „to koniec”. Żyła bez niego miesiąc. Potem poddała się, jeszcze bledsza i szczuplejsza, jeszcze bardziej nie potrafiąca żyć bez niego. Wrócili do siebie w emocjach, zapewniając się nawzajem, że zrobią wszystko, żeby oboje mogli być szczęśliwi.

Kiedy zaszła w ciążę, cieszył się. Nie, nie cieszył, szalał ze szczęścia. Nosił ją na rękach. Szybko wyremontował mały, nieużywany przez nich ciasny pokoik, sam zbudował niemowlęce łóżeczko. Na początek starczy, a co będzie potem – nieważne. O tym się pomyśli później, na bieżąco. Pieniądze nigdy nie były dla niego zmartwieniem. „Pieniądze zawsze da się zarobić” – mówił jej. Żyjmy chwilą, kochanie. Sprzedam zaraz kilka grafik, dla mnie to moment, cukierku. Teraz mam”Projekt dziecko” – opowiadał znajomym.  A ona cieszyła się kruchym szczęściem. Bo BYŁ.

W szóstym miesiącu ciąży, mocno przeziębiona i przygnębiona chorobą swojego ojca, TO zdarzyło się znowu. Zniknął na kolejne trzy dni. Nie miała już siły się denerwować. Myślała o dziecku. I że przysięga, kiedy urodzi, zakończy to. Utnie tę miłość. Bo z jego strony to chyba jest tylko jakiś eksperyment na jej uczuciach. Pozwoli mu się widywać z małą. Ale żadnych obietnic, żadnego mącenia w głowie. Dziecko musi mieć pewność. Z nim to niemożliwe. Przysięga, że odnajdzie w sobie tę siłę.

Tosia urodziła się na wiosnę. Kiedy  miała trzy dni, wyszedł do sklepu po kilka niezbędnych rzeczy. Wyszedł i zniknął. Po dwóch godzinach wysłał SMS, że będzie wieczorem. O zakupach zapomniał. Dopiero wtedy pomyślała, że było rzeczą cholernie głupią zdecydować się na dziecko w kimś takim. Płakała przewijając i karmiąc, płakała wymyślając sobie od naiwnych idiotek. Przez miesiąc mieszkała z dzieckiem u przyjaciółki, nie odbierała telefonu, odpisywała tylko na SMS-y. Rozstali się. I to była jej decyzja. Rozstali się, bo zrozumiała w końcu, że on się nie zmieni, że nie jest w stanie. I że ona i dziecko, mogą liczyć tylko na siebie. Bolało, tak bardzo bolało, że on nigdy nie zrozumie. I że pomyliła tę miłość z czymś innym, dziwnym, obcym. Bolało, bo kochała, długo jeszcze po rozstaniu. Aż wreszcie przyszła wyczekiwana obojętność – ratunek.

Minęły trzy lata. A. mieszka z Tosią w małym mieszkaniu, które kupiła przy pomocy rodziców. Pracuje, utrzymuje siebie i córkę. T. odwiedza swoje dziecko, kiedy poczuje, że za nią tęskni. Są wtedy zachwyty, radość emocje. To o te emocje chyba, najbardziej mu chodzi. Dlatego A. chroni córkę. Często mówi jej, że może liczyć na mamę, na dziadków. Ale o tacie ani słowa. Nawet nie jestem pewna, czy z jest ust pada słowo „tata”, kiedy o nim rozmawiają.

Miłość, powrót? Ich światy nigdy się nie spotkają. Przynajmniej – nigdy nie spotkają się na dłużej.