Nie licz na „spokojny” rozwód. To bzdura, że teraz wszystko da się dogadać

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 lipca 2018
Fot. iStock/weerapatkiatdumrong
 

Podobno istnieje, choć niewielu go widziało, a rzadko kto – doświadczył. „Pokojowy” rozwód, rozstanie bez wyrzutów, żalu, przepychane, niezdrowych emocji. Powiedzenie sobie z szacunkiem „nie daliśmy rady”, ale nie będziemy teraz obrzucać się błotem, grać dziećmi, szantażować, obrażać. Dla większości z nas to zbyt trudne, prawie niemożliwe. No bo jak to nagle „odpuścić”, gdy wciąż tyle nas łączy? Rozwód odkrywa najciemniejsze strony naszej osobowości i wcale nie jest prawdą, że „wszystko da się dogadać”. Czasem się nie da. I już.

Uczucia

Jeśli jeszcze się tlą, rozwód będzie prawdziwym piekłem, pewnym niespodziewanych wybuchów emocji, o których myślałaś, że już dawno ich w tobie nie ma.

Lepiej, żeby ich nie było. Obojętność to o wiele lepszy, rozsądniejszy doradca niż choćby resztki miłości. Miłość i rozstanie to żal, który popycha nas do powiedzenia zawsze „o jedno zdanie za dużo”. Miłość podjudza zazdrość, gdy on zaczyna układać sobie życie na nowo, ale dla ciebie wstępu do tego życia już nie ma. Nie potrafisz zrozumieć, że można tak się od kogoś odciąć, że przestałaś być twoim światem, że można nad tym rozwodem tak po prosu przejść do porządku dziennego. Nagle rozpaczliwie próbujesz go zatrzymać, tracisz resztki godności. Gdyby był ci obojętny, byłoby o niebo łatwiej.

Nienawiść do byłego partnera działa podobnie jak miłość. Nagle uświadamiasz sobie, jak wielką krzywdę ci wyrządził (nawet jeśli winę za rozpad małżeństwa można by sprawiedliwie podzielić na pół) i ogarnia cię jakaś przedziwna chęć zemsty. Choć z natury taka nie jesteś, odkrywasz nagle, że wobec niego, to właściwie jesteś zdolna to najgorszego.

A może wina rzeczywiście leży po jego stronie i ty nie możesz znieść świadomości, że „jedynie” się rozstaniecie, że on nie poniesie już żadnej innej odpowiedzialności za tę krzywdę, którą ci wyrządził? Jesteś bezradna, bezsilna, zmęczona emocjonalnie do granic wytrzymałości, ale wiesz jedno – nie odpuścisz, nie wybaczysz. Nie chcesz, by tak po prostu odszedł. Rozwód to dla ciebie za mało. I to pragnienie katy dla niego niszczy cię od środka równie mocno niż niszczył cię wasz związek. Sama sprawiasz, że nie możesz się od niego uwolnić.

Dzieci

Stoją teraz pośrodku. Choć umawialiście, że są najważniejsze, że mają ucierpieć na tym rozwodzie jak najmniej, to właśnie one stają się cichymi ofiarami waszej wojny. Najgorsze, co można zrobić, to potraktować je jak „kartę przetargową”. Manipulować, przekupywać, mówić wprost tak bardzo źle o drugim rodzicu, a swoim byłym partnerze. „Zdenerwowałem się na ciebie, bo rozmawiałem dziś z mamusią i ona wyprowadziła mnie z równowagi, to jej wina”. „Zobacz, tatuś znalazł sobie nową rodzinę, nowe dziecko, już nas nie chce”. To, co wmawiamy naszym dzieciom podczas rozwodu dezorientuje je, sprawia, że tracą poczucie bezpieczeństwa, są rozdarte między miłością a poczuciem lojalności. Boją się mówić, co naprawdę czują i myślą. W głębi serca chciałyby, żeby wszystko wróciło do normy, bez tych kłótni, niespodziewanych prezentów, którymi próbuje przekupić je teraz tatuś, który wcześniej był w ich życiu prawie nieobecny. Bez obrazu płaczącej co chwila mamy, która jest bezradna wobec swoich emocji i zapomina, że ma je pod opieką.

Rodzina

Jego rodzice zawsze staną po jego stronie. Nie łudź się, że uśmiechy i zapewnienia, że cię rozumieją, że masz ich wsparcie, cokolwiek oznaczają. Oznaczają tylko tyle, że jest im głupio powiedzieć ci to wprost: tak naprawdę kochają tylko swojego syna.  W sądzie zeznają na jego korzyść. Będziesz zdziwiona, kiedy okaże się, że zawsze uważali, że jako żona popełniałaś mnóstwo błędów. I że mogłabyś się lepiej postarać, by go uszczęśliwić, by uratować to małżeństwo. Matką też mogłabyś być lepszą. W każdym razie, nie spodziewaj się, że pomogą ci w tym, by sprawy toczyły się z korzyścią dla ciebie. To dla niego zrobią „wszystko”, to jego będą żałować. Kontakt z dziećmi raz na dwa tygodnie, mimo, że znęcął się nad nimi psychicznie, to stanowczo za mało, on będzie cierpiał, pamiętaj.

Rozwód to przeżycie dla ludzi o mocnych nerwach. Na końcu tej drogi nie ma wcale poczucia spokoju, nie pojawia się ono automatycznie. Sama musisz je sobie wypracować.


Miłość dojrzała, czyli kiedy ta pierwsza nie jest tą ostatnią

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
15 września 2018
Prawdziwa miłość jest dla realistów. Romantyzm potrafi być męczący...
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Czasami pierwsza miłość nie jest naszą ostatnią miłością. Bywa, że osobę, która sprawia, że czujemy się wyjątkowo i w której towarzystwie jesteśmy po prostu sobą, bez udawania kogoś innego, spotykamy w czwartej, piątej, szóstej dekadzie życia, w takich okolicznościach, w których nie spodziewalibyśmy się znaleźć miłości. Bywa, że schronienie i szczęście odnajdujemy w ramionach osób, które znaliśmy od dawna, ale ich wartość potrafimy docenić dopiero w dojrzałym wieku. Nagle okazuje się, że będąc blisko nich czujemy się dobrze, że ich pocałunki to nie tylko słodycz, ale i ogień. Dojrzała miłość gwiżdże na metrykę.

I zazwyczaj scenariusz jest podobny: po wielu miłosnych rozczarowaniach, wydaje nam się, że nasze serce skamieniało, że nic dobrego nas już nie spotka. A potem zjawia się on lub ona – wolni , spokojni, mądrzejsi niż kilkanaście lat wcześniej. I wciąż gotowi, by kochać. Mocno.

Dojrzałość osobista, emocjonalna, dojrzałość do dobrego związku opartego na szacunku, chęci zrozumienia, na akceptacji i wolności nie ma nic wspólnego z tym, ile masz lat, ale zależy od przyjętej przez ciebie życiowej postawy, a także od tej mądrości emocji, której niektórzy nie osiągają wcale. To nie rok urodzenia decyduje o dojrzałości, ale nasze doświadczenia oraz nasza umiejętność uczenia się na nich.

Nasze doświadczenia nie są obciążeniem, wręcz przeciwnie dodają nam mądrości, która pozwala budować coś wyjątkowego. I cieszyć tym, co zostało nam dane, zamiast martwić o to, co może się wydarzyć w przyszłości. Miłość nie ma wieku, serce nie ma zmarszczek; miłość jest intensywna, czysta i zawsze młoda.

Pary, które są wystarczająco dojrzałe, wiedzą dobrze, jak to jest być stale zakochanym; Właśnie dlatego to, czego chcą na tym etapie swojego życia, jest czymś znacznie głębszym, ale także o wiele delikatniejszym. Dążą do intymności, do dzielenia się swoimi wewnętrznymi przeżyciami, tym wszystkim, co nie potrzebuje słów, co się po prostu rozumie, gdy osiąga się pewien stopień bliskości.

Chcą wykorzystać wspólne przestrzenie, jednocześnie szanując wolności dla każdej ze stron. W ten sposób budują więź tak silną, że nie muszą się sprawdzać, zapewniać o swojej miłości. Oni wiedzą, czują ją na każdym kroku. Oni już znaleźli.

Erich Fromm powiedział, że miłość to sztuka. Miłość to sztuka, ponieważ wymaga wysiłku; to jak nadanie kształtu rzeźbie dłutem  lub malowanie, kiedy każdy ruch pędzla nadaje odpowiednią perspektywę, kolor, wizję.

Dojrzała miłość, która wydarza się, gdy młodość należy już do przeszłości, jest dobrym rzemieślnikiem emocji, ponieważ kiedy się zakochujemy bardziej świadomie, nie musimy już sobie niczego udowadniać i wiemy dokładnie, czego chcemy.


Wakacje z dziadkami i dziećmi? O rety, lepiej uzbrój się cierpliwość, bo niekoniecznie musi być sielsko

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 lipca 2018
Fot. iStock/AleksandarNakic

Wakacje z dziadkami to powinna być czysta przyjemność – zakładają rodzice i ochoczo pakują dodatkowe walizki do samochodu czy samolotu. Warto zafundować ten dodatkowy bilet i zarezerwować dodatkowy pokój dla babci i dziadka. Bo przecież, kiedy ty będziesz relaksować się na piaszczystej plaży, oni pobiegną z maluchem do toalety, przypilnują, żeby nie wszedł do wody, nasmarują kremem z filtrem, pobiegają za nim po placu zabaw, a wieczorem położą spać, żebyś mógł w spokoju poczytać książkę. Czy aby na pewno?

Lepiej nie oczekiwać, bo można się srogo zawieść. Z moich wakacyjnych obserwacji wynika, że są trzy typy dziadków.

Pierwsi, na wakacje z dziećmi i wnukami owszem pojadą, ale po to, by wypocząć. Tak jak rodzice mojej koleżanki, której obie córki podczas wyjazdu na zagraniczny kemping zachorowały na ospę. Wysoka gorączka, płacz od rana do nocy, bo swędzi i nuda i… znikąd pomocy. Mama mojej koleżanki oświadczyła jej, że nie przyjechała po to, by niańczyć wnuczki, bo jest w takim wieku, że potrzebuje przede wszystkim odpoczynku i spokoju. Na urlopie odpoczywa i nic więcej. Dzieci proszę przyprowadzić, jak będą się lepiej czuły, bo ona nie ma zamiaru się denerwować. Swoje już na rękach nosiła, trzydzieści parę lat temu. Wystarczy. Cześć.

Napięcie między córką a rodzicami trwało już do końca wakacji. I choć oni jasno określili swoją postawę, ona miała do nich pretensję, bo nie pomogli jej dosłownie w niczym – nawet nie zaproponowali pomocy przy załatwieniu potrzebnych leków. Obecnie na wakacje z wnuczkami nie jeżdzą już wcale.

Są i dziadkowie nadgorliwi, którzy na wakacjach nie tylko wyręczają we wszystkim rodziców, ale również, co gorsza, bezustannie ich krytykują. Znacie to? „Jak mu założyłaś te spodnie?”, „Dlaczego jej dałaś taką czapkę” i jeszcze „No jak ty mu nie kupisz loda, to ja kupię”, kiedy właśnie postanowiłeś ograniczyć synowi słodycze, dla jego zdrowia.

Taki wyjazd może szybko przerodzić się w koszmar. Nikt tu nie odpocznie, atmosfera będzie nie do zniesienia, a dzieci będą przecierać oczy ze zdumienia na widok mamy i babci skaczących sobie do gardła…

Cóż, nie należy oczekiwać, że gdy twoi rodzice zachowują się tak przez cały rok, na wakacjach nagle zmienią front i zaczną cię wspierać. Oni raczej będą się starali pokazać swoim wnukom, kto tu jest fajniejszy i z kto o nich lepiej dba, czytaj – pozwala im na to, na co mają ochotę.

Tych „normalnych” dziadków jest chyba najmniej. Nie wchodzą w twoje kompetencje, kiedy mają ochotę i mogą – pomagają, ale nie wyręczają cię w twoich obowiązkach. No i również starają się odpocząć, bo przecież również są na urlopie. No i nie zawsze muszą być tuż obok, bo przecież mają swoje plany, swój sposób spędzania wolnego czasu.

Jaki z tego morał? Nie oczekujmy od naszych rodziców, że skoro pomagają nam w ciągu roku, to z uśmiechem na ustach będą niańczyć nam dzieci podczas wakacji. Jeśli się na to nie umówimy, nie określimy jasno zasad wspólnego wyjazdu („Mamo, chciałabym, żebyś mnie trochę odciążyła w opiecie nad dzieckiem”) i nie ustalimy jakiś reguł (na przykład dwa dni w tygodniu spędzicie bez dzieci), nikt nie będzie zadowolony.

Czasem lepiej jest, w ostateczności, jeśli naprawdę nie jesteśmy w stanie zająć się własnymi dziećmi, poprosić o pomoc animatorów, którzy zrobią to zawodowo lub opiekunkę, niż narazić na szwank rodzinne relacje i zepsuć sobie wakacje.