Kup sobie coś tylko dla siebie. Tydzień drugi, dzień #4

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
20 listopada 2015
Fot. Flickr/CC BY-SA
Fot. Flickr/ Antoine K / CC BY-SA
 

Pamiętasz, kiedy ostatnio kupiłaś coś tylko dla siebie? Sukienkę, buty, książkę, płytę? Jeśli niedawno – super. Często jednak jest tak, że odkładamy zakupy dla siebie na wieczne jutro. Propozycja na dziś – zmień to. Propozycja uzupełniająca: nie kupuj sobie rzeczy praktycznej (przynajmniej spróbuj).

Niech to będzie wymarzony album, książka, niepraktyczna, ale piękna sukienka, narzuta na ukochaną kanapę, fantazyjny kubek czy filiżanka.  Coś na co normalnie szkoda ci pieniędzy, a co sprawiłoby ci przyjemność. I nie słuchaj marudzenia partnera, rodziców ani nikogo. Uwagi typu: „po co ci to, szkoda pieniędzy, nie mamy pieniędzy” nie istnieją. Albo inaczej: ty ich nie słyszysz. I naprawdę nie musisz wydawać niesamowitych kwot – czasem wystarczy wymarzona zakładka do książki.

Do dzieła. Czekamy na wasze wpisy. Niech ten piątek będzie boski! Z nową rzeczą:)


Akcja „Bądź dobra dla… siebie”

Dołącz do nas i codziennie zrób coś dobrego dla siebie! To może być drobiazg albo marzenie życia. Godzinna w domowej wannie, 5 minut na wypicie kawy bez pośpiechu, czy zapisanie się na siłownię, a może kupno książki dla siebie na wieczór? To zależy tylko od ciebie.

ZASADY:

  1. Redakcja Oh!me codziennie opublikuje wpis pod hasłem akcji „Bądź dobra dla… siebie”.
  2. Aby wziąć udział w akcji, należy w komentarzu do wpisu opublikowanego na stronie ohme.pl dodać odpowiedź na zadanie konkursowe: „Co dobrego dziś dla siebie zrobiłaś?”
  3. Wśród osób, które będą regularnie zamieszczały komentarze z odpowiedziami, wybierzemy odpowiedzi, które najbardziej się spodobają się Jury i nagrodzimy je!
  4. Akcja będzie odbywała się w cyklach tygodniowych (Drugi tydzień: 17-23.11.2015). Po każdym zakończonym tygodniu, Jury wybierze Laureatki.
  5. Jedna osoba może wygrać jedną nagrodę.
  6. Nagrody – tydzień drugi:
    2 x  Voucher na zabiegi, ufundowany przez gabinet kosmetyczny S&B 
    1 x zestaw kosmetyków ufundowany przez markę Sesderma

Każdego dnia należy umieszczać komentarze pod aktualnym wpisem – nie przegap naszej zabawy i śledź nas na Facebooku. Zacznij już dzisiaj i napisz w komentarzu do tego tekstu – co dobrego zrobiłaś dziś dla siebie.

Tydzień drugi – zobacz wszystkie zadania


„Ja zarabiałam, on wydawał. Mydlił mi oczy zapewnieniami, że przecież życie jest drogie, a my mamy dwoje dzieci i kredyty”. Dlaczego kłócimy się o pieniądze?

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
20 listopada 2015
Fot. iStock /  dexter_s
Fot. iStock / dexter_s
 

Anka: „Marzę o tym, by nie kłócić się o kasę. By mieć dobre małżeństwo, szczęśliwe życie. Ale nie mogę udawać, że nic się nie dzieje. Nie mogę oszukiwać się, że mój facet jest odpowiedzialny. Zadam pytanie: dlaczego niektórzy ludzie wydają więcej niż mają? Dlaczego myślą tylko o sobie?!”

Na stole w kuchni poukładane paragony. Z supermarketu, drogerii, ze stacji benzynowej, nawet z cukierni, i piekarni. „Co ty robisz?” pyta Marcin stając w drzwiach. „Notuję wydatki”– stwierdzam krótko, nie podnosząc głowy znad kartki. Od dwóch miesięcy jesteśmy w separacji. Dziś przyszedł do Poli i Igi, naszych córek „Zadowolona jesteś z tego ciułania?” mruczy. Zaciskam zęby. Nie chcę awantur.

Obrazek sprzed kilku tygodni. Dzień wyprowadzki Marcina. „Stań na nogi! Pokaż, że potrafisz być wsparciem. Chodzi mi tylko o to” tłumaczyłam. „Przecież jest nam dobrze” protestował. „Tobie jest dobrze. Jesteś bezpieczny. Myślenie o rachunkach? Ja. Planowanie skąd weźmiemy na wakacje? Ja. Wszystko ja. Mam dość”. Z całej siły trzasnął drzwiami, zbiegł po schodach. „Nawet mieszkanie mu wynajęłam, czy to nie chore?” zwierzałam się później przyjaciółce.

Długo dorastałam do rozstania. Cena? Tęsknota, żal, że być może marzenia o rodzinie okazały się iluzją. Zysk? Kontrola. Zbliża się koniec miesiąca, mam pełną lodówkę i pieniądze na koncie. Dla mnie to dużo. Bardzo dużo. „Czy można rozstać się z powodu pieniędzy?” dziwiły się koleżanki. Tłumaczyłam to, co tłumaczyła mi mama – stosunek do pieniędzy odzwierciedla stosunek do życia. To barometr odpowiedzialności, rozwagi, tego czy traktujesz innych, szczególnie bliskich poważnie. Pierwszy raz zwierzałam się „Szafa Marcina ugina się od ciuchów. W większości markowych. Ot, chociażby niebieski wełniany sweter. Cena: 500 zł. Tyle, co kosztuje przedszkole dziewczynek. W piwnicy stoi rower: 3 tysiące – równowartość jego pensji. Kłamał, że była okazja – tyle, że przez przypadek znalazłam rachunek. Rower kupił akurat wtedy, gdy zbieraliśmy na samochód. Buty sportowe – kolejne kilkaset złotych. „Do biegania trzeba mieć profesjonalne obuwie. Inaczej problemy z kolanami murowane” tłumaczył. Tylko, że biegał tydzień. Potem stwierdził, że to nie jest sport dla niego”.

Przyjaciółki słysząc to, otwierały oczy ze zdumienia. Tak, jestem mistrzynią iluzji. Dla innych byliśmy parą idealną. „Ej, wy rodzeństwo syjamskie” śmiali się często. Rzeczywiście: oboje jesteśmy wysocy, szczupli, z krótkimi blond włosami. Kochaliśmy góry – narty i wspinaczkę, przez lata trenowaliśmy piłkę ręczną. Dwoje dzieci, ładne mieszkanie, wyjazdy. Nikt nie wiedział, że piękna honda, którą jeździmy kosztuje nas 1200 zł miesięcznie kredytu. Fanaberia Marcina. Że mieszkanie też mamy na kredyt. I kilka razy odcinali nam prąd i gaz, bo mój mąż zapewniał, że zapłacił tylko, że przelew nigdy nie wyszedł.

Dziesięć lat temu zostaliśmy parą. Poznaliśmy się na imprezie. Znaki ostrzegawcze? Nie zauważyłam. Jego rodzice żyli oszczędnie, moi zresztą też. Mieliśmy tylko marzenie, żeby nam było łatwiej. Na początku to Marcin więcej zarabiał. W weekendy pracował w knajpie, w wakacje wyjeżdżał do Szwecji albo Niemiec pomagać w remontach. Ja tylko studiowałam, pieniądze, ale nie dużo dostawałam od rodziców. Stać nas było na wynajęcie stancji, później samodzielnego mieszkania, ubrania kupowaliśmy w lumpeksach, chodziliśmy do kina, dużo wyjeżdżaliśmy pod namiot. Żyliśmy. Szczęśliwie.

Pierwszy przełom

Zaraz po studiach Marcin dostał od przyjaciela z Wrocławia propozycję pracy jako handlowiec. Wyprowadziliśmy się więc kilkaset kilometrów od domu. „Szybko awansuję, będzie nam dobrze” zapewniał. Ale to ja znalazłam pracę – w agencji public relations. Zaczęłam dobrze zarabiać, po roku dwa razy lepiej od Marcina. Mieliśmy pieniądze. „Otwórzmy konto oszczędnościowe. Dobre czasy mogą się skończyć” prosiłam. Ale on zaczął szaleć – pierwsze markowe ubrania, buty, plecaki, narty – wszystko najlepsze.”. „Po ci to?” denerwowałam się. Odpowiadał: „Też sobie coś kup, chciałbym zobaczyć cię w eleganckiej sukience i szpilkach”. Tylko, że mnie to nie interesowało. Lubiłam ciuchy z lumpeksu. Nawet włosy farbowałam w domu. Nie wydawałam wiele, ale i tak nic nie miałam, bo Marcin przepuszczał wszystko. Nowy komputer, drogie sprzęty do domu. Myślałam, że mu to przejdzie. Ot, chwilowa fascynacja. Wreszcie go stać. Nie mówiłam: „to moje, to twoje”. Mieliśmy jeszcze wspólne konto.

Potem zaszłam w ciążę. Scena, gdy wybieramy mieszkania. „Musimy mieszkać w centrum, koniecznie cztery pokoje” komenderuje on, chociaż to ja jestem głównym kredytobiorcą. Godzę się, mój ukochany ma nieprawdopodobną zdolność przekonywania. Poza tym wciąż przekonuje: już niedługo awansuję, już niedługo to i tamto. Gdy podpisuję umowę – drży mi ręką. Mogłam wziąć o połowy mniejszy kredyt.

Drugi przełom

Pojawienie się na świecie bliźniaczek. Marcin jest cudowny, zajmuje się nimi, wstaje też w nocy – ale jego stosunek do pieniędzy się nie zmienia. Ledwo dociągamy do końca miesiąca – dziewczynki muszą mieć najlepszy wózek, najlepsze smoczki, pieluszki, słoiczki. Tylko to ja na wszystko pracuję. Również na nowy samochód. Bo Marcin sobie wymarzył samochód z salonu, a nie auto sprowadzone z Niemiec: „Zwróci się, niepewne auto zaraz będziemy musieli naprawiać. Bądź mądra, kochanie” tłumaczył.

Błagałam mamę, by przyjechała do mnie na kilka tygodni, bo mam prawie codziennie służbowe spotkanie, choć jestem na urlopie macierzyńskim. Musiałam dorabiać, żeby zarabiać na zachcianki męża. Tylko, że któregoś dnia Iga dostaje 39 stopni gorączki. Nie mogę się dodzwonić do szpitala, biegnę więc do pobliskiej prywatnej kliniki. Podaję kartę, żeby zapłacić. „Brak środków na koncie” mówi miła blondynka w recepcji. Czuję, że zapadam się pod ziemię. Pieniądze na lekarza i lekarstwa pożyczam od mamy. Marcin wieczorem tłumaczy: „No przecież jutro przychodzi pensja, nie wiedziałem, że coś się stanie. Wpłaciłem zaliczkę na wakacje”. Krzyczę, jak opętana: „Wydajesz więcej, zarabiaj. Chcę mieć drugie konto. Mamy dwoje dzieci, muszę coś mieć. Nie będę żyła na krawędzi!” Kiwa głową, zgadza się.

Myślę za nas dwoje. Wciąż podrzucam mu pomysły. „Zobacz, twój kumpel wysłał CV do lepszej firmy, udało mu się. Spróbuj i ty”. Widzę, że ślęczy nad komputerem, ale nic nie wysyła. Podchodzę go od innej strony: „Załóżmy sklep internetowy”. Przytakuje, ale sam nic nie robi. Gdy się wycofuję, on też. „Nie ma własnej inicjatywy, życie na mojej głowie” żalę się mamie. Więcej nie potrafię jej powiedzieć. Wstydzę się. Dla niej oszczędność to podstawa. I tak wciąż poucza: „Boże, dziecko, makaron w Almie, po co? Jak to nie starcza wam? Przecież zarabiacie. To skoro nie starcza – to po co te drogie proszki w łazience? I nowy telewizor. „Lepiej mieć lepsze jakościowo rzeczy” tłumaczę głosem Marcina. Ale już wiem – on wydaje, bo czuje się przy mnie bezpieczny. Rozpisujemy kto płaci za samochód, mieszkanie – on bierze to na siebie. Ale nasze umowy nic nie dają: bo Marcin obiecuje, że przelew poszedł, a potem dzwonią do mnie od ósmej rano z banku.

W skrzynce zalegają kolejne upomnienia. „Zapłać!” mówię. „Nie mam, wydaliśmy już moje pieniądze”. „Na co?!”. Zaczyna się więc nowa gra małżeńska. Już nie mówi, że coś jest lepsze, że warto. Teraz słyszę:. „Kasa wypływa, życie jest drogie” mówi. A ta koszula, bluza, spodnie? To z przeceny, kosztowało 20 zł. Nie mam obok siebie partnera, mam niefrasobliwe dziecko. Jest mi źle, coraz gorzej. Budzę się ze ściśniętym żołądkiem, wali mi serce. „Co będzie, jak stracę pracę?” pytam. Słyszę lekkie: „Najwyżej sprzedamy mieszkanie”. Wieczorami się modlę: „Proszę, Boże, chcę tylko raz poczuć się bezpiecznie i spokojnie”.

Finał

I moment dla mnie ostateczny. Kilka miesięcy przed rozstaniem. Wracamy z wakacji z Chorwacji „Na przegląd auta jedziemy do serwisu” decyduje on. Tłumaczę: „Po co znów robimy przegląd w autoryzowanym serwisie?! Trzy razy drożej”. Marcin od razu się naburmusza, odpuszczam więc – nie chcę kłótni przy dzieciach. Dojeżdżamy do serwisu w południe, kolejne kilka godzin snujemy się po starówce. Wieczorem przychodzimy po auto. Marcin podaje kartę. „Brak środków” słyszmy. „Chyba awaria. Nie wiem co się stało” Marcin bezradnie uśmiecha się do mechanika. „Daj swoją kartę”. „Nie” mówię ostro. Jestem na granicy wytrzymałości. Mam dość takich sytuacji, nie będę ratować go z opresji.

Wystarczy, że pożyczyłam od przyjaciółki pieniądze na nasze wakacje, bo dzień przed wyjazdem okazało, że ktoś nie opłacił mu faktury. „Zwariowałaś?! Jesteśmy małżeństwem!” złości się on. I pewnie wstydzi, bo mechanik przysłuchuje się dyskusji. „To nieważne. Nie obchodzi mnie ten samochód, nie muszę go mieć”. Patrzy oniemiały. Pierwszy raz w takiej sytuacji wyciąga telefon i dzwoni do kolegi, żeby pożyczył mu pieniądze. Mam satysfakcję, gdy słyszę jego proszący ton: „Ale zdążysz przyjechać tu teraz? Za pół godziny zamykają”. Wieczorem biorę kartkę. Po jednej stronie piszę plusy bycia z Marcinem, po drugiej minusy. Lista plusów jest długa, jest dobrym ojcem, sprząta, świetnie gotuje. Ale czy o to chodzi w małżeństwie? Czy szukam sprzątaczki i niańki? Waham się i dopisuję: świetny seks, namiętność. Po chwili skreślam – od kiedy walczę z nim w kwestii pieniędzy, nie jest już między nami dobrze w łóżku. Czuję się wykorzystywana i oszukiwana. Oddalam się. Lista minusów jest długa: niesłowność, brak spokoju, poczucia bezpieczeństwa, niezrozumienie, życie na huśtawce.

Gdy Marcin kolejny raz nie konsultuje ze mną zakupów i wchodzi do domu z nowym tabletem kupionym dzięki „świetnej okazji” mówię, że już dłużej tak nie mogę. Ma się wyprowadzić, znaleźć lepszą pracę, żyć sam. A potem zobaczyć czy szuka sobie opiekunki i sponsorki czy żony. Wszystko mnie boli, żal mi dziewczynek, małżeństwo to dla mnie fundament. Ale nie potrafię tak dłużej żyć. Czy chciałabym, żeby moje córki miały taki wzór rodziny? Męskości? Nie, nie chciałabym. Czekam. Czekam co zrobi Marcin. Na forum internetowym „oszczędzamy” znalazłam dyskusję o tym, co zrobić, gdy żyjesz z kimś niefrasobliwym finansowo – ostre granice i wyraźny podział pieniędzy „To moje”, „To twoje” – to najważniejsze. Byłam za mało konsekwentna. I nie wiedziałam, że kłótnie o pieniądze są jedną z najczęstszych przyczyn rozwodu.


A może by tak seksfilm? „Wiedziałem, że zupełnie nie mam kontroli, ale nie umiałem tego pokonać. Było mi wstyd”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 listopada 2015
A może by tak seksfilm?
Fot. iStock / fabioderby
 

Gdy Kasia przyłapała swojego męża na oglądaniu stron pornograficznych, była wściekła. Poczuła się zdradzona, oszukana i „niekompletna”. – Nie wystarczam mu – zwierzyła się koleżance. – Daj spokój, jeden seksfilm o niczym nie świadczy. Mężczyźni są wzrokowcami. To nic takiego – pocieszała ją znajoma. Więc po kilku dniach ciszy i nerwowego popłakiwania w łazience, Kasia „odpuściła”.

Przez dwa czy trzy miesiące żyła w przeświadczeniu, że wszystko jest w porządku, a niezbyt udane ostatnio życie intymne, to wynik przepracowania, stresu i ogólnego zmęczenia. Jednak gdy przeglądając zdjęcia w wakacji odkryła na komputerze swojego męża kolekcję ponad 100 filmów porno, zrozumiała, że problem jest dużo poważniejszy. Podczas długiej i bardzo emocjonalnej rozmowy Marcin przyznał, że jest od internetowej pornografii uzależniony. Od dziesięciu lat.

To „tylko” seksfilm!

Dla Kasi wyznanie męża było emocjonalnie tak trudne, że porównuje je dziś do tego, co mogłaby potencjalnie czuć odkrywając romans Marcina. Nie mogła też zrozumieć, jak to możliwe, że żyjąc z kimś tak blisko od prawie 7 lat, niczego nie zauważyła. Dopiero z czasem pewne fakty dotyczące różnych zachowań męża i jego wieczornych rytuałów zaczęły jej się układać w całość. Kiedy ostatecznie dotarło do niej, z jak trudnym problemem będą się musieli zmierzyć, by uratować swoje małżeństwo, załamała się.

– Najtrudniejsze było uświadomienie sobie, że to jest takie samo uzależnienie jak każde inne. Zajęło mi bardzo wiele czasu, zanim przestałam myśleć o tym jak o zdradzie, zanim przestałam podchodzić do tego „osobiście”. Pierwsze dni, tygodnie były koszmarem. Żyłam w przeświadczeniu, że to ze mną musi być coś nie tak. Mój mąż najpierw co wieczór wspomaga się oglądaniem porno, żeby pójść ze mną do łóżka, a potem po prostu wybiera seks w internecie zamiast bliskości ze mną. Nie jestem wystarczająco kobieca, atrakcyjna… – nawet dziś głos Kasi łamie się. – Podczas tej rozmowy po odkryciu filmów płakaliśmy oboje. Potem przez długi czas nie mogłam pozbyć się tego głosu w mojej głowie: „Gdybyś była lepsza, nie wolałby patrzeć na inne kobiety.” To bardzo bolało. I jeszcze to poczucie, że przez tyle lat byłam oszukiwana.

Po dwóch miesiącach Kasia nie wytrzymała napięcia i wyprowadziła się ze wspólnego mieszkania do wynajętej kawalerki. Bezpośrednią przyczyną rozstania było to, że Marcin nie przejawiał chęci leczenia.

Ofiary gwiazdek porno

Jak każde uzależnienie, także to od pornografii ma olbrzymi, destrukcyjny wpływ na związek. W tym wypadku jest to jednak o tyle bardziej skomplikowane, że życie erotyczne już z samej swej natury angażuje więcej niż jedną osobę. Partner lub partnerka osoby uzależnionej zmaga się z poczuciem osamotnienia, z przeświadczeniem, że dla swojego ukochanego, czy ukochanej nie jest atrakcyjny fizycznie. Że jej/jego konkurentem jest seksfilm. Życie intymne tej pary rozpada się, a to oczywiście wpływa na wszystkie pozostałe sfery ich związku. Zanika poczucie stabilizacji ustępując pola uczuciu ciągłej obawy o związek i jego przyszłość. Jedyną drogą ratunku jest terapia, nie tylko osoby uzależnionej, ale także jej partnera.

Marcin nie od razu zdał sobie z tego sprawę, a gdy już się udało, nie potrafił przełamać wstydu. – Kasię kocham nad życie, ale długo nie byłem w stanie zrobić dla niej tego kroku. Dopóki nie odeszła. To było dla mnie impulsem, szokiem. Na moich oczach, z mojego powodu rozpadał się związek z kimś, kogo nigdy nie chciałbym stracić. Zacząłem szukać wiadomości na temat uzależnienia od erotyki  w internecie. Wiedziałem, że zupełnie nie mam nad tym kontroli, ale żeby pójść do specjalisty, powiedzieć: „Nie mogę bez tego żyć, pomóżcie mi”, do tego było mi bardzo daleko. Nie umiałem tego pokonać, było mi wstyd. Więc Kasia odeszła i stanąłem przed wyborem: zostawić wszystko tak jak jest i stracić ją, albo zawalczyć o siebie i o nią, o nasz związek.

Droga do domu

Już pierwsza rozmowa z terapeutą uświadomiła Marcinowi, że nie jest sam, że uzależnienie od cyberpornografii to problem, który dotyczy bardzo wielu osób, w różnym wieku i różnej płci. No i jeszcze, że jego uzależnienie ma faktyczny, destrukcyjny wpływ na jego relację z żoną. – Najcięższym wyzwaniem był dla mnie moment, kiedymusiałem otworzyć się przed innymi, żeby porozmawiać „bez ściemy” o swoim problemie – mówi – Do tej chwili chyba naprawdę nie zdawałem sobie sprawy z tego, że również moje poprzednie związki rozpadły się z powodu uzależnienia. Jeśli przez miesiące, lata patrzysz na pornografię i to jest twoje główne źródło spełnienia w sferze seksu, podczas konfrontacji z realną osobą przestajesz odczuwać podniecenie. Doświadczenie „autentycznej” seksualności jest czymś, co cię przerasta. Uciekasz w to, co znasz  lepiej: jest przecież seksfilm. On nie ma oczekiwań, zawsze jest „dobry”.

Kasia wróciła, chce wspierać męża. Jest niepewna, boi się. – Niepokój i brak zaufania pozostał. Walczę z tym. Ale bywa ciężko: wystarczy, że Marcin musi dłużej popracować wieczorem na komputerze, albo wraca później z pracy. Potrafię zadawać tysiące pytań, dzwonić, sprawdzać komputer, telefon. Potem przychodzi opamiętanie: tak niczego nie naprawimy. Kasia zagryza wargi. W przyszłym tygodniu planują wspólny udział w sesji Marcina. Będzie mówiła o swoich uczuciach, o lękach. Liczy na przełom.

W Polsce stale rośnie liczba osób uzależnionych od pornografii w sieci. Coraz częściej są to również kobiety. Zaburzenie to silnie uderza w podstawy związku: burzy intymność i zaufanie oraz godzi w poczucie bezpieczeństwa i bliskości. Przy zastosowaniu odpowiedniej terapii, zarówno indywidualnej jak i grupowej, uzależnienie od internetowej pornografii jest całkowicie uleczalne.


Zobacz także

Nie przepraszaj. To ja ci dziękuję, że od niego odeszłaś

Nie przepraszaj. To ja ci dziękuję, że od niego odeszłaś

Miętusek

Miętusek – ciasto z miętą i agrestem

Fot.  Materiały prasowe

„Czyjaś opinia na twój temat nie oznacza prawdy o tobie…” – czyli jak sobie radzić z krytyką