Nie macie jeszcze pierników? Nic straconego – podajemy sprawdzony przepis!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 grudnia 2016
Fot. iStock/zeljkosantrac
Fot. iStock/zeljkosantrac

Nie macie jeszcze pierników w domu, a to właśnie ich zapach wywołuje w was wszystkie świąteczne wspomnienia i budzi ten wyjątkowy nastrój?  Nic straconego. My dzisiaj wpadliśmy w szał piernikowania i jak zawsze, na ostatnią chwilę, skorzystaliśmy ze sprawdzonego przepisu na pierniczki jak alpejskie (oryginaly przepis TUTAJ). I one naprawdę takie są. Zaczęliśmy wcześnie rano, później dołączyła do nas przyjaciółka z dziećmi i zabawie nie było końca.

Macie ochotę na przepyszne pierniki – bardzo proszę.

UWAGA – ciasto przygotujcie wieczorem.

Składniki:

  • 1 kg mąki pszennej
  • 3 łyżki kakao
  • 8 żółtek
  • 3 białka
  • 1,5 szklanki drobnego cukru do wypieków
  • 200 ml gęstej śmietany 18%
  • 3 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 4 łyżeczki przyprawy do
  • 250 g masła
  • 400 g miodu

I tak: miód zagotowujemy z przyprawami, dodajemy masło (czekamy do jego rozpuszczenia) i odstawiamy do ostygnięcia.

Do śmietany dodajemy sodę – śmietana zwiększy objętość.

Ubijamy białka na sztywną pianę, do niej dodajemy powoli cukier. Po uzyskaniu błyszczącej i sztywnej piany wlewamy żółtka i ubijamy. Masę jajeczną wlewamy do mąki wymieszanej z kakao. Mieszamy delikatnie, następnie dodajemy miód i ponownie mieszamy, na koniec należy dodać śmietanę z sodą i wymieszać.

Ciasto będzie dość rzadkie, więc je przykrywamy i wstawiamy na noc do lodówki – minimum 12 godzin.

Rano, po śniadaniu możemy zabrać się do robienia pierników. Ciasto zgęstniało, stolnicę posypujemy dość mocno mąką, rozwałkowujemy na około 3 do 5 mm – pierniki wyrosną, ale to właśnie te grubsze są najpyszniejsze. Wykrawamy kształty i do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni wkładamy na maksymalnie 10 minut (u mnie wystarczyło 8 minut).

Przystrajamy według uznania swojego i dzieci.

Fot. iStock/MilosStankovic

Fot. iStock/MilosStankovic

UWAGA (znowu)  – pierników wychodzi mnóstwo, można obdarować najbliższych.

Do dzieła i pokażcie koniecznie zdjęcia waszych pierników.


 

źródło: mojewypieki.com

 


Wstydziłam się tego, że on pije, że przychodzi po mnie do szkoły śmierdzący wódką, że inni myślą: „to córka pijaka”. Kim są DDA?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
17 grudnia 2016
Fot. iStock/ sdominick
Fot. iStock/ sdominick

Nie da się ich rozpoznać na pierwszy rzut oka, bo to, co odróżnia ich od innych ludzi, mają głęboko ukryte. Swoje rany, wrażliwość, bolesne doświadczenia często chowają pod maską. Dla osób z zewnątrz grają spektakl pt. „jest mi dobrze, a moje życie jest wspaniałe”, ale gdy kurtyna opada, gdy zostają sami za kulisami, wychodzi z nich cały lęk, obawy, niepewność, strach przed bliskością lub nawet złość i bezradność. DDA, czyli dorosłe dzieci alkoholików, płacą wysoką cenę za nałóg swoich rodziców, nawet wtedy, gdy już przestali być dziećmi.

Obrazki z dzieciństwa

„Kiedy myślę o dzieciństwie, to pierwszym, co przychodzi mi do głowy, jest permanentny lęk. Lęk o to, co zastanę w domu i niepewność tego, jak potoczy się dzień, gdy przyjdę ze szkoły. Czy ojciec wróci normalnie z pracy, czy będziemy czekać niespokojnie, co chwila zaglądając przez okno  z nadzieją, że to nieprzewidziane nadgodziny zatrzymały go dłużej, a nie wizyta w osiedlowej piwiarni. No i wstyd, bo przez lata wstydziłam się tego, że on pije, że przychodzi po mnie do szkoły śmierdzący wódką, że na ulicy inni widzą nas razem i myślą: „to córka pijaka”.

Ewelina jest dorosłym dzieckiem alkoholika. Jej ojciec pił zawsze, niewiele ma z nim „trzeźwych” i dobrych wspomnień. O wiele wyraźniej pamięta wszczynane przez niego awantury, stres matki, szarpaniny ojca z bratem, wizyty policji, kilkukrotnie rozbitą po pijaku głowę, wieczne chodzenie na palcach wokół śpiącego w pokoju obok alkoholika. Byle się tylko nie obudził, byle była już cisza.

„Awantura mogła wybuchnąć z byle powodu, nigdy nie było wiadomo, gdzie dzisiaj znajduje się punkt zapalny. Najczęściej chodziło o pieniądze – to były czasy, gdy wypłatę dostawało się „do ręki”; ojciec chował banknoty gdzieś w pokoju, a potem każdego oskarżał o kradzież, rzucał wyzwiskami, krzyczał, czasami nawet w środku nocy. Pamiętam nerwowe przeszukiwanie szafy przez mamę, to, jak prosiłam go o oddanie tego, czego nie zdążył jeszcze przepić. Płakał wtedy, mówił, jak bardzo mnie kocha, że jestem jego ukochaną córeczką, jego światełkiem, chciał przytulać. A ja się brzydziłam i bałam, ale wiedziałam, że potrzebne są nam te pieniądze, że muszę pomóc”.

Bohater czy maskotka?

W rodzinach alkoholowych dzieci przybierają różne role, które stanowią ich sposób ochrony przed rzeczywistością i naprawy tego, co działa źle. Część staje się „bohaterem” – przyjmuje na siebie odpowiedzialność za dobre funkcjonowanie rodziny, wypełnia obowiązki dorosłych, pomaga, wspiera, nie sprawia kłopotów. To najczęściej najstarsze z rodzeństwa. Inne dzieci alkoholików mogą wejść w rolę „kozła ofiarnego” – odsunięte i odrzucone zaczynają szukać poza domem grupy odniesienia, trafiają w tzw. złe towarzystwo. Sprawiają problemy wychowawcze, dokonują przestępstw, często sięgają po alkohol i narkotyki, wagarują i zaniedbują szkołę. Problemy, które generują, przysłaniają te domowe, można więc na nich zrzucić część winy.

„Maskotka” to najczęściej najmłodsze dziecko, które swoim zachowaniem wprowadza do domu zabawę i rozrywkę, próbuje tak rozładować panujące napięcie. Samemu będąc spiętym i zdenerwowanym tworzy atmosferę rozluźnienia, powie wierszyk, zaśpiewa piosenkę, jest w centrum uwagi. Jego przeciwieństwem jest dziecko „aniołek” (albo „zagubione dziecko”), które zamyka się w sobie, ukrywa swoje uczucia, jest niezauważalne. Nie sprawia kłopotów, o nic nie prosi, nie ma potrzeb. Jest bardzo samotne, zalęknione i choć nie powie tego głośno, nie potrafi sobie poradzić z trudnościami.

Zranione dziecko w dorosłym ciele

„Przez wiele lat nikomu nie mówiłam, że pochodzę z takiej rodziny. Dla mnie było to normalne, nie tylko ja miałam  taki problem. Po śmierci mamy wyjechałam, odcięłam się od ojca, myślałam, że w ten sposób ucieknę. Ale od tego nie da się uciec, nie da się udawać, że jesteś kimś zupełnie innym i że tego wszystkiego nigdy nie było, że nie miało na ciebie wpływu. Miało i nadal ma, a dopóki DDA się do tego nie przyzna i nie zmierzy z przeszłością, już zawsze będzie mieć w życiu pod górkę”.

Dorosłe Dzieci Alkoholików mają przede wszystkim problemy z uczuciami i ich wyrażaniem. Panicznie boją się odrzucenia i choć bardzo pragną bliskości, aprobaty i akceptacji, z obawy przed odmową wolą zrezygnować, zamykają się na innych, nie podejmują prób nawiązania głębszych relacji. Często mają problemy z ułożeniem swojego życia osobistego. Są bardzo wrażliwi i empatyczni, dobrze wyczuwają potrzeby innych – o swoich często zapominają, uznają je za mniej istotne, a nawet czują się winni z powodu ich posiadania.

„Długo nie umiałam ułożyć sobie życia prywatnego. Uważałam, że nie można mnie kochać, że jestem nic nie warta, że nie zasługuję na miłość. Bałam się, że nic z tego nie wyjdzie i zostanę skrzywdzona, więc na wszelki wypadek rezygnowałam. Ciągle wstydziłam się też tego jak wyglądam, co mówię, jak się zachowuję, sama tworzyłam te problemy. Nie umiałam przyjąć pomocy ze strony innych, robiłam wszystko, by nie być dla nikogo ciężarem, by nie mieć długu wdzięczności, a jednocześnie ochoczo angażowałam się w pomoc innym, bo nie widziałam w tym żadnego problemu”.

Dla samych siebie DDA potrafią być bezlitośni, samokrytyczni i bardzo wymagający, dążą do perfekcji. W pracy są zorganizowani, poukładani i lojalni, nawet wtedy, gdy druga strona nie do końca na to zasługuje. Wywiązują się ze wszystkich zadań, można na nich polegać, co może zostać łatwo wykorzystane – mają problem z odmową, więc często podejmują się dodatkowych działań. Choć mogą wydawać się pewni siebie, w rzeczywistości ich samoocena jest przerażająco niska, czują się słabi i bezwartościowi.

Nie każdą osobę wychowaną w rodzinie alkoholowej dotyka syndrom DDA i nie zawsze wygląda on tak samo lub podobnie jak u Eweliny. Inna jego strona to brak zorganizowania, skrajna nieodpowiedzialność, skłonność do ryzyka, impulsywność, zachowania kompulsywne. Zdarza się, że DDA, podobnie jak ich rodzice, wpadają w szpony nałogu, nie tylko alkoholowego.

Droga do wolności

„Wywlekanie tego wszystkiego, wspominanie i analizowanie kosztowało mnie bardzo wiele, ale teraz wiem, że było warto, że terapia ma sens. Wyrzuciłam z siebie to, co przez wiele lat bolało, co tkwiło w środku i nie pozwalało mi na bycie sobą, na radość życia. W końcu mogę powiedzieć, że lubię siebie. Przestałam krytykować się na każdym kroku i uczę się ufać innym, tworzyć bliskie relacje bez strachu i poczucia, że muszę coś bardziej, bo jestem gorsza”.

Pierwszym krokiem do pozbycia się ciężaru przeszłości jest uświadomienie sobie istnienia problemu i przełamanie się, by mówić o nim głośno. To nie jest łatwe zadanie, bo drzemiące w DDA poczucie winy, wstyd i strach utrudniają otwarcie się na drugiego człowieka i głośne wyrażenie swoich uczuć. Czasami DDA mają problem z tym, by w ogóle określić, co czują – przez wiele lat musieli przecież swoje emocje tłumić, ukrywać, udawać, że są zupełnie inne. Podczas terapii trzeba wrócić do dawnych krzywd, odnaleźć w sobie to cierpiące dziecko, przytulić je i powiedzieć, że to nie jego wina, że nie zrobiło nic złego. Zmierzenie się z własnymi uczuciami nie będzie ani przyjemne ani proste, ale dla wielu osób z rodziny alkoholowej jest to jedyna droga do uwolnienia się od złych wspomnień i rozpoczęcia nowego życia.


 

Źródło: www.koalkoholizm.pl/dda

Zapisz

Zapisz


Najpopularniejsze wpadki modowe Polaków. Stare szlagiery w niezmienionej formie, sprawdź swoje upodobania…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
17 grudnia 2016
Fot. iStock/Kladyk
Fot. iStock/Kladyk

Patrzę na Dawida Wolińskiego, jego najnowsze klapki z puszkiem od Gucci i sama już nie wiem  czy wkręca mnie czy on tak na serio. Skroluję dalej – kolejna twarz szołbizu mości pięty w tym samych futrzanym papuciu. Wychodzi na to, że totalna ze mnie modowa lebiega i za rzeczy, za które zabijają się tłumy, sama nie oddałabym nawet kawałka stopy. To tak w nawiązaniu do włochatego pantofelka. Gdzie więc kończy się granica absurdu i kiedy jest poważnie źle – tłumaczę na podstawie klasycznych wpadek Polaków.

Rajstopy w sandałkach z odkrytym palcem

Jest i on. U pań odwieczny dylemat wesel zimą i występów przy wzmożonym wietrze. Niby chcemy pięknie i z klasą, ale jak na dłużej zostawimy odkrytego palucha i jego czterech ochmistrzów, tym prędzej doczekamy się zapalenia pęcherza albo sinej płytki palucha. Generalnie słabo i nikt by nie chciał, ale znam twardzielki, które i na styczniowe bale noworoczne śmigają bez lajkry.

Drogie Panie, w odkrytym bucie z rajtuzami jest tak, nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. Albo zakładamy rajty i wkładamy zakryte pantofelki, albo zaciskamy zęby i staramy się za głośno nimi nie dzwonić, kiedy wiatry ślubnego kościoła zajrzą nam już pod spódnicę.  Zanim założycie jeszcze raz cokolwiek do odkrytego buta pamiętajcie, że od rajstop w sandałkach do rajtuzowych podkolanówek latem do spódnicy, bardzo krótka droga. Skoro chcecie, żeby już nigdy nikt się za wami nie obejrzał, to jest to droga ku spełnieniu marzeń.

Skarpeta frote

Zostając przy sandałach warto podyskutować o mężczyznach, którzy może nie wciskają się w prześwitującą pończochę, ale z uporem maniaka zakładają bawełniane skarpety do letniego obuwia. Wiecie chłopaki, że piszą o nas w świecie? Wiecie, że to jest tak okropne jak zapach miejskiego autobusu latem bez klimatyzacji i zawiązana wokół nadgarstka reklamówka z wytartym nadrukiem winogrona? Skarpeta do obuwia „niby do wody, sam nie wiem co to” też nie przejdzie. Zasada jest taka, że jak coś z założenia ma odkrywać i przewietrzać, to nie opatulamy tego na zapas. To jakby zakładać krótkie spodenki latem celem wywietrzenia jajec i termo majty pod spód, żeby je porządnie dogrzać. Bez sensu, nie prawda?

W skład zestawu skarpeta frote i sandał wchodzi też często czarna saszeta z eko – skóry zawieszona na nadgarstku na krótkiej rączce. Taka przepastna franca z milionem kieszeni i zapachem plastiku od suwaka pomieści niezapłacone rachunki, plik biletów autobusowych i setkę ulubionej substancji. Nie wiem, czy ktoś to już kiedyś nadał głośno i wyraźnie, ale jest to prawdopodobnie najbardziej aseksualne połączenie fantów u mężczyzny jakie możemy sobie wyobrazić. Nie róbcie tego w domu, o ile i wy jeszcze liczycie jeszcze na jakiekolwiek kontakty damsko – męskie.

Rajstopy i nieogolone nogi

Szok i  kosmiczne niedowierzanie, ile tematów związanych z modą oscyluje w granicach rajtuz. Wychodzi na to, że pomimo ich zaawansowanego wieku na rynku (pierwsza nylonowa pończocha – lata czterdzieste dwudziestego wieku) nadal nie wiemy co, z czym i do czego, a zgrabne narzędzie w podkręcaniu erotycznego żaru traktujemy jedynie jak termofor do ogrzania cipki. No bo skoro jadę tramwajem i widzę nogę odzianą w pończochy, spod których wystają warkocze włosów zapomnianych, lasy, chaszcze i szuwary, to przez myśl i przez wyobraźnię przebiega obrazek trzymającej  się uchwytu, owszem, ale lamy. Albo alpaki jakiejś.

Nie dziewczyny, rajstopy nie zasłaniają miesięcy lenia. Jeżeli chcemy zakamuflować nasze osobiste niedopatrzenie i „nie chce mi się dzisiaj, może jutro”, to uchylam rąbka tajemnicy i sprzedaję patent – jeansowe spodnie nie są transparentne i pozwalają na czas zimy zapomnieć o maszynce w ogóle.

Camel toe

Nie słyszycie tego pierwszy raz, więc tym , którzy jeszcze nie posiedli wiedzy śpieszę tłumaczyć – palec/kopyto wielbłąda. Co to takiego i dlaczego jest złe? Wyobraźcie sobie drogie panie klasyczną bułkę poznańską, tę z przedziałkiem wsadzoną między nogi za obcisłe spodnie. Słabo wygląda bułka, słabo wyglądają za ciasne spodnie. Nie robimy takich manewrów, no chyba, że chcemy jasno i wyraźnie zakomunikować stan i kształt narządów rodnych.

Niech przejmują się też panowie, którzy upychają pałki w nogawkach spodni sprzed komunii, licząc, że nikt nie zauważy w której nogawce noszą ciężar. Jezus Maria. Jajca tez się odznaczają, niespodzianka. Zamiast cisnąć bekę i wyglądać jak z upchniętą maczugą Herkulesa, poluzujcie krocze i broń Boże nie wychodźcie tak z domu!

Mnogość wzorów

Następuje mniej więcej wtedy, kiedy nie dbamy totalnie o to jak wyglądamy, a przed wyjściem z mieszkania sprawdzamy jedynie czy wszystko co miało być przykryte faktycznie takim jest. Majty są – są. Spodnie są – są. Stanik, koszula, sweter – na miejscu. Uff, można wychodzić. No nie! Oprócz tego, że ma być ciepło i niewyuzdanie to kwiatki do innych kwiatków z kropkami na tle kresek nigdy nie idą w parze. Wersje mroczne, czarne z czarnym, przy akompaniamencie innych odcieni czarnego prędzej się obronią, niż chodzące obicie pokojowej kanapy w czapce z dżetem. Chociaż dzisiaj tak, jutro inaczej, niezbadane są wyroki mody…

Za krótkie spodenki letnie u panów

Lato, plus trzydzieści, gorąco jak skurczybyk, idzie Apollo. Adonis śródmieścia. A gacie tak krótkie, że mu nabiał chełsty powietrza łapie przed dolną krawędź nogawki. Chłopaki, pokazywanie uda się nie uda. Pokazywanie pachwiny też nie daje rady. Chyba, że na basenie.

Brak stanika u pań

Kobietom się często wydaje, że skoro Pamela mogła hasać bez biustonosza na plażach amerykańskiego wybrzeża, to w sumie czemu one mają być gorsze. Klasyczna historia stanikowa dzieje się na oczach całkiem normalnych ludzi, kiedy latem w osiedlowym warzywniaku odkładasz do siaty marchewkę, a za tobą dosłownie na chwilę wpada po koperek do ziemniaków Pani Jola, miseczka Y, z tym, że miseczka została razem z resztą zastawy w kuchni dziesięciopiętrowego bloku. I nagle twój mąż za plecami zamiast ważyć czereśnie, nie może skoordynować rozbieganych gałek, łapiących histerycznie łączność z brodawkami Joli.

Sama geneza nienoszenia biustonosza jest zaje*ista i godna pochwalenia, bo jak wiemy pierwsze, co robi kobieta po przekroczeniu progu domu, to uwalnia cycki z jarzma drutów, ale te szybkie, niby niegroźne wypady po koperek są złe. Nie trzeba być pięćdziesięcioletnią Panią Jolą, żeby podzielić los dyndających worków. Wystarczy urodzić dzieci  i karmić to stado tylko jedną piersią, żeby pochwalić się rozbieżnością wysokości brodawki liczoną w dziesiątkach centymetrów. Nie wiem co jest takiego fajnego w celowym zapominaniu o staniku (sama robię to nagminnie w czterech ścianach domu), ale poświata wentyli od jelcza na miejskim przystanku może spokojnie zostać zakwalifikowana do największych modowych wpadek wszechczasów. No chyba, że macie silikony, ale do nich też zleci się stado gapiów jak trzeba będzie…

Charakterystyka mody jest taka, że nie ma żadnej charakterystyki. To tak w ramach podsumowania. Wychodząc na ulice własnego miasta nigdy nie wiem, czy przede mną to powód do zaawansowanego uniesienia czy performance sprawdzający światłość umysłu, ale jedno jest nad wyraz ważne – w modzie trzeba się czuć dobrze i modę trzeba umieć obronić. Jeżeli nosicie skarpety z froty, albo opasacie nadgarstek saszetką handlarza, przygotujcie sobie mocne argumenty na obronę. Będzie z kim dyskutować jak was dorwą na ulicach same Anny Wintour polskiego odzienia. Postawcie sobie najważniejsze pytanie – czy sami czujecie się z tym dobrze. Jeżeli tak – nie było tematu i możecie wszystkim śmiało pokazać swój środkowy palec  przejęcia.


Zobacz także

Żeby schudnąć, trzeba… jeść

Żeby schudnąć, trzeba… jeść

Fot. iStock /  MilosStankovic

Jesteś wiecznie zmęczona? Zmień nawyki żywieniowe – jesteś tym, co jesz!

Ciastka z drażetkami

Kolorowe ciasteczka z drażetkami