Dżem, ketchup i pasztet z cukinii. Kobiety pokochały te przepisy

Anna Wójtowicz
Anna Wójtowicz
25 lipca 2017
Fot. iStock/AnthiaCumming
Fot. iStock/AnthiaCumming
 

Cukinia to idealne warzywo dla osób odchudzających się. Jest lekkostrawna i niskokaloryczna, zawiera mnóstwo witamin m.in. A, C, K, B1. To źródło potasu, który zapobiega zatrzymywaniu się wody w organizmie. Ponadto działa odkwaszająco i pozytywnie wpływa na proces trawienia.

Jej cenne właściwości od setek lat wykorzystywane są w kuchni. Można z niej wyczarować prawdziwe pyszności, które pokocha cała rodzina. Ostatnio wpadłam na przepisy Katarzyny Fabijańskiej, która przygotowała dżem, ketchup i pasztet z cukinii! Robią one prawdziwą furorę, a kobiety na forum zapowiadają, że już szykują słoiki:)

Fot. Katarzyna Fabijańska

Fot. Katarzyna Fabijańska

Przepis na dżem

Składniki:

5 kg cukinii

1 kg cukru

4 galaretki pomarańczowe lub cytrynowe

5 łyżeczek kwasku cytrynowego

1 olejek pomarańczowy lub cytrynowy

Przygotowanie:

Cukinie obrać i wydrążyć nasiona. Połowę warzyw pokroić w kosteczkę, a drugą zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Smażyć aż zgęstnieje. Gdy dżem będzie  jednolity, dodać cukier, galaretki, kwasek i olejek. Całość smażyć jeszcze 30 minut. Po tym czasie włożyć do słoiczków i szybko zakręcać.

Przepis na ketchup

Składniki:

1,5 kg cukinii

0,5 kg cebuli

2 czubate łyżki soli

0,5 kg cukru

1 łyżka papryki ostrej

1 łyżka pieprzu mielonego

3 słoiczki koncentratu pomidorowego

1 szklanka octu (można dać mniej)

Przygotowanie:

Cukinię oraz cebulę obrać i zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Wsypać sól i cukier. Gotować, aż odparuje. Dodać paprykę, pieprz i koncentrat. Wszystko razem połączyć w blenderze. Wlać ocet i gotować przez ok. 2 minuty. Po tym czasie włożyć do słoiczków (nie pasteryzować).

Przepis na pasztet

Składniki:

2 średnie cukinie

3 cebule

3/4 szklanki bułki tartej

20 dag żółtego sera

4 jajka

1/2 szklanki oleju

3/4 szklanki kaszy manny

sól, pieprz

przyprawa uniwersalna

Przygotowanie:

Cebule obrać, pokroić w kostkę. Cukinie umyć, osuszyć i zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Zetrzeć ser. Wszystko połączyć. Wsypać bułkę tartą i kaszę mannę, wbić jajka oraz dodać olej. Dokładnie wyrobić na jednolitą masę. Doprawić do smaku przyprawami.

Otrzymaną masę cukiniowo-serową przełożyć do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia. Piec ok. godziny w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 stopni.

Po tym czasie wyjąć i odstawić do wystygnięcia. Pasztet podawać pokrojony w plastry.

A wy jakie macie ulubione przepisy z cukinią w roli głównej?


Zaakceptować raka? Jest rak, będzie bitwa. Na wojnę pora iść

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
25 lipca 2017
Fot. iStock /Serg Myshkovsky
Fot. iStock /Serg Myshkovsky
 

W naszym ludzkim świecie panuje takie przekonanie, które podziela wielu chorych i nie tylko, że z rakiem na wojnę pójść trzeba. Mówi się o walce z rakiem, o wygranej lub przegranej, nawet chemiczne zestawy niektórzy nazywają pułkiem. Ogólnie więc myśli się o rakosytuacji tak: jest rak będzie bitwa. Na wojnę pora iść.
I są ludzie, którzy na wojnę w samej rzeczy idą. Brak zgody na raka jest w nich tak silny, że zaciskają zęby, zaciskają pięści i całą swoją energię i moc kierują na walkę z rakiem. Wielu zaczyna w ogóle od tego, że patrzy sobie w oczy i mówi stanowczym głosem: nie dam ci się, nie pozwolę żebyś zabrał mi zdrowie, o życiu nie wspominając. Podchodzą do raka jak do najeźdźcy, jak do armii wroga. Okopują się, zajmują pozycje i na hasło „do ataku!” rzucają się na raka z zapałem, zawzięciem i poświęceniem godnym największego podziwu.
Inni z kolei nie walczą wcale. Przyjmują diagnozę jako wyrok i pozwalają chorobie by przejęła rządy. Sama diagnoza jest dla nich tą kulą, która przeszywa ich ciało na wskroś. Nie ma w nich woli walki, nie ma tej szaleńczej siły, zamiast tego jest strach i ciche pogodzenie się z losem. Przyzwolenie na to, by choroba siała trujące swe ziarno.

Ilu chorych, tyle podejść jest do raka. Każdy bowiem choruje po swojemu. O tych walczących mówi się zazwyczaj, że większe szanse mają. Ci z kolei, którzy poddają się zaraz na wstępie, niestety często odchodzą przedwcześnie.
Jedno i drugie podejście zakłada przy tym, że rak to swego rodzaju element zewnętrzny. Taki, który przydarzył nam się i zburzył porządek naszego świata. Po części to prawda. Świat wielu chorych sypie się jak domek z kart z chwilą rakowej diagnozy. Z drugiej jednak strony, rak to nie żaden włamywacz czy gość nieproszony lecz raczej domownik, który wymknął się spod kontroli. Zostawić go samemu sobie i dokona dzieła zniszczenia z precyzją i właściwym sobie okrucieństwem. Walczyć z nim jednak to tak, jakby z samym sobą wojnę prowadzić. Skończyć się to może całkowitym wyczerpaniem i przejściem do etapu zniechęcenia i depresji. Taki obrót spraw, jak łatwo sobie wyobrazić, do najlepszych nie należy

Tymczasem jest pewien trick. Taki mały psychologiczny zabieg, który pozwala wykroczyć poza utarte ramy wszechpanującego podejścia do choroby. Mowa tu o akceptacji, o tym momencie, w którym nie tylko na intelektualnym ale także i na głębokim emocjonalnym poziomie, potrafimy sami przed sobą przyznać, że oto jest rak. W nas. W naszym ciele, w naszym systemie. Wykluł się jak jakieś ptaszydło z jaja i czuje się doskonale. Siedzi w nas i z rozbawieniem się przygląda jak w panice opracowujemy plan ataku. Bo rak jest dla nas straszny dopóty dopóki uczciwie nie przyznamy, że oto chorzy na raka jesteśmy. Wojownikom trudno to zrobić, bo przyznanie tego rodzaju postrzegają jako klęskę. Również i ci na pozór z rakiem pogodzeni, tak po prawdzie, nigdy choroby w sobie nie zaakceptowali. Ich postawa wyszła ze strachu. Jest przejawem rezygnacji. Akceptacja tymczasem jest jak otwarcie drzwi do innego wymiaru. To stan, który przynosi niewyobrażalną ulgę. Jest poniekąd oczyszczająca. Uspokaja umysł, wycisza emocje i daje nam grunt po którym okazuje się nagle, że wcale aż tak chwiejnym krokiem już nie stąpamy.

Akceptacja rodzi się z nadziei. Naładowana jest pozytywną energią, która inspiruje nas do działania. Nie wymaga od nas wcale żadnych antyrakowych działań wojennych, lecz raczej zachęca do kreatywnego podejścia do raka i do jego leczenia. Pozwala nam wziąć pierwszy głęboki oddech po całym tym spowodowanym diagnozą szoku i kryzysie i w ten oto sposób stawia nas z powrotem na nogi. Nagle pomimo rakowej diagnozy, stajemy się spokojni, opanowani, logiczni na powrót. Akceptacja jak nic na świecie opanowuje strach. Zaczynamy rozumieć, w kontekście intelektualnym, co to za choroba i jakie są związane z nią okoliczności. Nawet te najgorsze, jesteśmy nagle w stanie pojąć i przeanalizować. Jesteśmy w stanie działać we własnej sprawie i choć świadomość powagi sytuacji mamy, to daleko nam do bycia emocjonalną ruiną.

To właśnie daje akceptacja, a do tego nie wymaga wcale żadnej nadmiernej energii. Wręcz bowiem przeciwnie, to ona właśnie pomaga nam zachować spokój. Wraz z nią nasz umysł staje się klarowny i choć to zabrzmi nietypowo, zaczyna z nami współpracować. Stajemy się kreatywni, zaczynamy myśleć o raku inaczej. Dociera do nas fakt, że rak jest częścią nas samych, że pojawił się w naszym systemie, bo zaistniały okoliczności, które stworzyły cieplarniane warunki komórkom rakowym i tak powstał nowotwór. Przestajemy więc postrzegać raka jako odstręczający wyrok i dociera do nas czym jest rak i jak go leczyć. Nagle też olśniewa nas ta niezwykła myśl, poparta rzetelną przecież informacją, że raka się leczy! w dzisiejszych czasach i to w wielu wypadkach niezwykle skutecznie.

Dlatego, im szybciej zaakceptujemy fakt, że mamy raka tym szybciej będziemy w stanie się ogarnąć, pozbierać po pierwszym uderzeniu i opracować taki plan, który z pozycji nadziei i siły poprowadzi nas przez chorobę. Bo jak to mówi Cheryl Strayed: „Akceptacja łączy się z prostotą, z zatrzymaniem się i ustaleniem faktów, jest punktem wyjścia”. To od niej zaczyna się nowy rozdział, w którym zamiast płynąć z prądem, przejmujemy stery i w pełni świadomie odpowiadamy na sytuację, jaka rozpętała się nam na rzece życia.

amazonka w dzubki agata

sliwowski-awatarAmazonka w Dżungli to portal dla kobiet i o kobietach, w których życiu pojawił się RAK. To miejsce, w którym piszemy o tym jak przeżyć raka i nie zwariować; co zrobić by życie pomimo choroby nie straciło na jakości; jak odzyskać grunt, który utraciłyśmy z powodu jednej, obezwładniającej diagnozy. To portal, w którym odkodowujemy raka, odzieramy go z czarnego PR’u i uczymy jak budować w sobie moc.

Odwiedź Amazonkę w Dżungli na blogu oraz na Facebooku.

 


Tatuaże mogą być niebezpieczne dla zdrowia – pokazują najnowsze wyniki badań

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
25 lipca 2017
fot. iStock/ Belyjmishka
fot. iStock/ Belyjmishka

Choć tatuaże cieszą się ogromną popularnością, a niektóre wyglądają niczym dzieła sztuki, mogą być niebezpieczne dla naszego zdrowia! Nie chodzi tylko o potencjalne zakażenia, do których może dojść w trakcie ich wykonywania, ale także o toksyczne składniki farb, które wprowadzamy pod naszą skórę – do takich wniosków doszli badacze z Wydziału Zdrowia Publicznego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Naukowcy przebadali stosowane do wykonywania tatuaży barwniki i sprawdzili, jaka jest w nich zawartości metali ciężkich oraz ryzyko z ich zastosowania dla naszego zdrowia. Próbki przebadano pod kątem zawartości kadmu, ołowiu cynku, arsenu, chromu oraz rtęci. Badania wykazały, iż tusze zawierają znaczące ilości metali ciężkich, jednak jest to zróżnicowane w zależności od koloru barwnika. Kolorowe tusze zawierają kadm, ołów i arsen w większych stężeniach niż czarne, a oprócz metali ciężkich występują też nanocząsteczki, ftalany i węglowodory, które mogą oddziaływać szkodliwie na gospodarkę hormonalną, a także działać rakotwórczo.

Najbardziej zanieczyszczone okazały się tusze zielone, w których wykryto wysoką zawartość bardzo toksycznego pierwiastka – arsenu. Zatem wykorzystywanie tuszów kolorowych w gęstych wzorach i na dużej powierzchni ciała może być ryzykowne dla naszego zdrowia. Osoby, które zdecydują się na tatuaż, powinny dokładnie rozważyć jego powierzchnię, kolor, a także producenta barwnika, bowiem także i od marki zależy stopień zanieczyszczenia tuszu! Z badań wynika, że jeśli ktoś zdecydowałby się na pokrycie w znacznej części swojego ciała zielonym tuszem, mógłby przekroczyć dopuszczalną dla arsenu dawkę toksyczną.

Fot.  iStock / commablack

Fot. iStock / commablack

Badacze ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego przypomnieli wyniki badań nad barwnikami prowadzone w innych krajach. Niemieccy naukowcy, którzy wstrzyknęli tusze do tatuażu pod skórę myszy, zauważyli, że 32 procent barwnika zniknęło po 42 dniach od wstrzyknięcia , większe cząsteczki skumulowały się w węzłach chłonnych, a nanocząsteczki prawdopodobnie dostały się do krwioobiegu i zostały rozprowadzone po organizmie. W Chinach w 2009 roku zaobserwowano, że nanocząsteczki srebra wszczepione pod skórę szczurów przedostały się głębiej – były transportowane do nerek, wątroby, śledziony, płuc oraz mózgu.

Wykonanie tatuażu odbywa się poprzez wprowadzenie pod skórę pigmentu za pomocą specjalnej igły. Może być on zatem niebezpieczny dla zdrowia także ze względu na uszkodzenie skóry i możliwość pojawienia się zakażeń, jednak jak wyjaśniają specjaliści, przy zachowaniu zasad higieny takie ryzyko jest minimalne. Należy jednak zachować czujność, zwrócić uwagę na to, by otwieranie opakowania igły czy wymiana końcówki urządzenia odbywało się w naszej obecności, a wykonywanie tatuaży powierzać jedynie specjalistom.


 

Na podstawie: www.naukawpolsce.pap.pl

Zapisz


Zobacz także

Screen z Instagrama /pravana /

Niesamowita farba do włosów, która zmienia kolor pod wpływem ciepła!

Fot. iStock/Everste

Jak cierpią mężczyźni. 7 sposobów, na jakie faceci radzą sobie z miłosnym zawodem

Fot. iStock

Rozwiązanie konkursu „Najpiękniejsze, wspólnie spędzone chwile”