Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Dlaczego boimy się zmian?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
1 sierpnia 2016
Fot. iStock / frankiefotografie
 

Na świecie podobno tylko jedna rzecz jest pewna – zmiana. Nieustannie zmienia się środowisko naturalne, panujące obyczaje czy aktualna moda. Nawet nasze ciało zmienia się niezależnie od nas i co siedem lat wszystkie komórki organizmu zostają zastąpione przez nowe. Skoro zatem ta zmienność jest naturalnym zjawiskiem, nie powinna być dla nas niczym dziwnym i strasznym. A jednak… zmiany potrafią przerażać i cholernie boleć, a my często nie jesteśmy do nich pozytywnie nastawione. Dlaczego tak się dzieje?

Do zmian trzeba dojrzeć

Zmiany tylko pozornie wydają się proste. I nie mówię tutaj o przemeblowaniu, nowej fryzurze czy zrobieniu zakupów w innych niż zawsze sklepie, ale o przeobrażeniu całego życia i totalnej reorientacji. W filmach bohater pod wpływem jednego zdania albo spotkania odpowiedniej osoby decyduje się na porzucenie dawnego życia, pakuje swój dobytek w jedną walizkę i wyrusza z uśmiechem w nieznane, ku lepszemu. W realnym życiu bywa jednak nieco trudniej, bowiem do zmiany trzeba najpierw wewnętrznie dojrzeć. Większość z nas jest trochę jak inżynier Mamoń z „Rejsu”- lubimy to, co dobrze znamy. I nic w tym dziwnego, bo znane jest pewne, bezpieczne, nie szokuje i nie skrzywdzi. A nowe… nowe to wielka niewiadoma, nieodkryty ląd i potrzeba nie lada odwagi, by po nie sięgnąć.

Jest dobrze, nie trzeba psuć

Bywa tak, że chcemy coś odmienić w naszym życiu (lub w samych sobie), wręcz pożądamy czegoś zupełnie innego, nowego, ale nie robimy nic by wymarzoną zmianę wprowadzić. Co nas powstrzymuje i przeszkadza nam w transformacji i ewolucji? Z pewnością sprawy nie ułatwia poczucie odpowiedzialności za rodzinę, partnera, dzieciaki – zmiana w naszym życiu będzie miała wpływ także i na naszych bliskich, więc boimy się zaryzykować i postawić na szali ich dobro i komfort życia. Stabilność, bezpieczeństwo finansowe, przewidywalność – oto czynniki, które niejednokrotnie są dla nas ważniejsze od ambicji, marzeń i potrzeb własnych.

Przeszkadzają nam także drzemiące w nas przekonania i dobre rady płynące od życzliwych (lub raczej „życzliwych”). Od wyrażenia „trawa zawsze wydaje się bardziej zielona gdzie indziej”, poprzez rady „siedź tam, gdzie ci dobrze i nie psuj”, aż po powiedzenie „lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu” – każda z nas nie raz usłyszała te lub podobne słowa, która miały na celu odwieść nas od podjętej decyzji i powstrzymać zmianę. Często nie opieramy się zbytnio i nie protestujemy, bo opuszczenie strefy komfortu to dla większości z nas nic przyjemnego.

I tutaj dochodzimy do kolejnej przeszkody – strachu. Strach przed porzuceniem dawnego życia i przed porażką w tym nowym jest tak wielki, że paraliżuje nas i powstrzymuje przed działaniem, swym cieniem przykrywa nasze chęci i zabija wewnętrzną motywację do zmian. I chciałabym czegoś innego, i boję się po to sięgnąć, więc trwam w tym, co jest. Porzucić to, co znane, pewne i bezpieczne na rzecz nowego, wymagającego dopiero zbadania i często nieprzewidywalnego? Kto by się na to zgodził!

Ryzyk-fizyk

A jednak wielu ludzi decyduje się na wprowadzenie zmian lub nawet odwrócenie swojego życia o 180 stopni. Porzucają wygodne korporacyjne posady, przeprowadzają się na drugi koniec świata lub zaszywają gdzieś na bieszczadzkim odludziu, otwierają własny biznes, odchodzą od wieloletniego partnera, z którym łączą ich jedynie wspomnienia i kredyt we frankach. Skąd w nich ta odwaga i motywacja? Odpowiedź brzmi: z wnętrza samego siebie. Bo do Zmiany ( takiej przez duże Z) nie wystarczy inny adres, nowa posada i odmienny styl życia – to tylko ostateczny efekt tego, co wcześniej zadziało się w naszej tożsamości, światopoglądzie i sposobie myślenia, skutek głębokich przemyśleń, refleksji nad życiem i odwrócenia się priorytetów, modyfikacji w wyznawanych wartościach.

Fot. iStock / golubovy

Fot. iStock / golubovy

Nie bój się zmian!

Utrata pracy, zdrada partnera, śmierć bliskich, bankructwo – czasami okoliczności decydują za nas o reformach i nowej jakości życia. Nie czekaj jednak aż dopadnie cię los i zmusi do zmian! Jeśli męczysz się w swojej pracy, tkwisz w toksycznym związku, czujesz się wykorzystywana przez przyjaciół lub po prostu, jesteś nieszczęśliwa, to nie ma na co czekać – marzenia same się nie spełniają, marzenia się spełnia. Każda zmiana wiąże się z dyskomfortem, ale istnieją sposoby na to, by odczuwać go nieco mniej.

mów rozwój zamiast zmiana – już samo słowo „zmiana” może przerażać i napawać nas lękiem. Zamień je na wyrażenia takie jak: nowe możliwości, inna droga, rozwój.

ustal swoje cele – wypisz je na kartce, sporządź listę i powieś ją w widocznym miejscu by przypominała i motywowała. Pamiętaj, by twoje cele były realne i możliwe do realizacji.

przyjmij metodę małych kroczków – radykalna zmian i odwrócenie życia do góry nogami może się udać, ale pewniejsza jest metoda małych kroczków i dążenia do celu etapami. Daj czas samej sobie i swoim marzeniom, nie śpiesz się, nie wymagaj od razu spektakularnych efektów.

wizualizuj swoje nowe życie – karm swój umysł obrazami sukcesu i zaprogramuj go na powodzenie i wygraną. W ten sposób nastawisz się na działanie w odpowiednim kierunku.

zadbaj o odpowiednie wsparcie – otaczaj się ludźmi, którzy cię motywują, myślą pozytywnie i wspierają. Nieżyczliwym, pesymistom i wiecznym maruderom powiedz do widzenia.

doceniaj sama siebie – czerp siłę z tego, co już dokonałaś, dostrzegaj nawet najmniejsze postępy i osiągnięcia, mów o sobie pozytywnie, a wszelkie niepowodzenia traktuj jako cenne lekcje, a nie porażki i katastrofy.

Zmiana jest jedną z nieodłącznych cech życia, bez niej nie ma mowy o rozwoju i postępie. Łatwo powiedzieć, by się jej nie bać, trudniej jednak radę tę wprowadzić w życie. Powiem więc coś innego – nawet jeśli boicie się zmiany nie rezygnujcie z niej. Mamy tylko jedno życie, więc warto przeżyć je tak, jak chcemy. Więcej odwagi – wszak kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.


Wiesz, takie nowoczesne narkomaństwo – tak mówi kumpel, który pracuje w korporacji

Anika Zadylak
Anika Zadylak
1 sierpnia 2016
Wiesz, takie nowoczesne narkomaństwo - tak mówi kumpel, który pracuje w korporacji
Fot. iStock / Maciej Laska
 

– Dlaczego od niego nie odejdę?  Nie, nie chodzi o miłość, przywiązanie. Bo wiesz jak to jest, po dragach wszystko odczuwasz intensywniej.  Widzisz wyraźniej, pragniesz bez granic, nie masz hamulców, kochasz wręcz obsesyjnie i jest ci tak dobrze, że chcesz być tylko z nim. A gdy między kolejnymi działkami i zejściami, wraca świadomość to przestajesz rozróżniać, co tak naprawdę przez was przemawia. Ile jest tam szczerości, a ile narkotykowego urojenia. I boisz się tych myśli, tej gorzkiej prawdy . Więc  wracasz, kładziesz się koło niego i łapiecie się za dłonie. Wtulacie w siebie i jeszcze przez chwilę, do momentu, gdy powieki nie zaczną opadać bezsilnie, patrzycie sobie w oczy.  A w waszych żyłach jednocześnie rozpływa się ona. Iluzja szczęścia. Naćpana do granic możliwości. 

Nie usłyszysz ode mnie, że go winie, że mam za złe, że czuję się oszukana. Ale też nie powiem ci, że ja siebie specjalnie oskarżam, mam pretensje. Znaliśmy się dużo wcześniej, wiedzieliśmy o sobie sporo. O tym, że on lubi bardzo i to coś cięższego i o tym, że ja miałam i jak się okazało, nadal mam z tym problem. Czasem się, nas, usprawiedliwiam , że to przez to pewnie tak nas do siebie ciągnęło. Przez to, że niełatwe mieliśmy życia.

Serio, takie wiesz piekiełka na ziemi. Za dużo i za często. Zbyt dużo krzywd od najbliższych. Zbyt wiele rozczarowań. Zaufanie wystawiane na bolesne próby. Depresja, nieodwracalne straty, samotność.  I to złudzenie, że jak coś łykniesz, wciągniesz czy zapalisz, to robi się dużo lepiej. Przecież jesteśmy dorośli mimo wszystko, liczyliśmy się z tym, że tak samo jak jesteśmy dla siebie wszystkim, tak samo niczym. Bo my siebie na wzajem niszczymy. Choć wydaje nam się, że jest odwrotnie, że tylko dzięki temu jeszcze jakoś pływamy po powierzchni. Stać nas na dobre dragi, choć wiem jak to zabrzmiało. Które narkotyki są dobre? Na te czystsze, nie kupowane w ciemnej bramie od nie wiadomo kogo. Wiesz, takie nowoczesne narkomaństwo – tak mówi kumpel, który pracuje w korporacji. Tam jest masa takich „związków” .

Ja nas nazywam cwaniakami bo mamy dobre, ale też odpowiedzialne prace. Jakimś cudem udaje się nam je utrzymać, a nawet awansować? Wiesz co, to chyba świadomość tego, że musimy, żeby przetrwać. Bez tej pracy, nie będzie kasy. To proste. A na rynku jest teraz dosłownie wszystko. Jak kilka poprzednich dni przywalisz czymś, po czym ciężko się do siebie dochodzi, a musisz ogarnąć mózg do pracy, wciągasz solidną białą ścieżkę. I jesteś jak nowo narodzony, po kilku minutach. A potem żeby zasnąć choć na chwilę, musisz coś solidnie przypalić albo lepiej łyknąć. Błędne koło. U nas jeszcze, jest chwile przed końcową fazą. Przed totalnym uzależnieniem.  Może dlatego, że nie mieszkamy razem i dużo czasu, spędzamy zawodowo poza domami. I przez to nie bierzemy codziennie. Czasem trzeba gdzieś jechać, iść na poważne spotkanie, coś ważnego załatwić. Pocieszam się, że jeśli wciąż na to zwracamy uwagę i potrafimy nie brać ciągle, to jest jeszcze szansa. Nawet zdarza nam się upominać, kiedy któreś przesadza. Martwimy się o siebie. Myślisz, że znowu coś sobie wmawiam?

Gdy jesteśmy razem to wiem, każdym zmysłem i częścią swojej duszy, że z nikim innym. Nie wyobrażam sobie innego dotyku, innego zapachu, innych oczu. Słów i gestów. I jeszcze to, że na drugi dzień mimo tego, że sam się fatalnie czuje, jest obok. Robi herbatę, zanosi mnie do łóżka, otula kocem. I mówi, że nienawidzi, żeby nie powiedzieć kocham. I że jestem najpiękniejszą istotą na ziemi. I wszystkim czego on potrzebuje. I że wszystko będzie dobrze.

Potrafi zabrać cały koszmar jednym dotykiem. Pomaga mi się wykąpać i ubrać. Pozbierać do kupy, choć on sam jest w rozsypce. A gdy nie możemy wtedy być razem, dzwoni w środku nocy i prosi, bym przetrwała. Bo mnie potrzebuje.  A ja siedzę i powstrzymuję łzy. I udaję, że nie chcę tego słuchać. Że wcale nie ma tej sytuacji. Albo on zrezygnuje. I wtedy, uda się ocalić choć jedno z nas. Tak, w ten sposób o tym myślę. Wolę wierzyć, że razem byśmy się w końcu zaćpali. A osobno może któremuś się uda. Tylko żadne z nas nie chce odejść, nie umie, nie potrafi. Mówimy sobie, że już dość, milczymy, odchodzimy na chwilę. Po to, żeby wrócić do siebie ze dwojoną siłą. I karmić się LSD czy innym gównem. I wmawiać sobie, że nikt inny nie pomoże nam tak, jak my sobie.

Żegna się ze mną pospiesznie jednocześnie odbierając telefon. Przysiada na ławce obok. Słyszę po jej głosie, że coś jest nie tak. Widzę łzy na jej policzkach, pytam co się dzieje. Mówi, że on trafił do szpitala, że przedawkował, że organizm nie wytrzymał. Że żyje, ale jest kiepsko. Urywa w pół zdania i biegnie przed siebie. Znika w końcu za następną alejką. Usiłuję się do niej dodzwonić przez kilka następnych dni. W końcu odbiera, po trzech tygodniach. I słyszę jej łagodny, spokojny głos. Że wszystko jest w porządku, że czuje się taka szczęśliwa. Że jeszcze nigdy przedtem nie była taka pewna, tak mocno nie czuła. Że przecież jakoś sobie poradzą, przecież tak im na sobie zależy. Pytam ją gdzie jest i czy po nią przyjechać, bo czuję, jak głos jej słabnie.  I słyszę już prawie szeptem, że jest w najbezpieczniejszym miejscu na ziemi, i że patrzycie na siebie do momentu, aż powieki nie zaczną bezsilnie opadać.


Mężczyźni wolą blondynki, a kobiety…? Polki mają swój ulubiony typ męskiej urody

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
1 sierpnia 2016
typ męskiej urody
Fot. iStock / PeopleImages

Łatwo się domyślić, jak stereotypowo wygląda wzór idealnej kobiety dla wielu Polaków. Dobrze uposażona przez Matkę Naturę blondynka o jasnych oczach, typowa słowiańska uroda, w opowieściach podbija serca nie tylko naszych rodaków. To w teorii, w praktyce bywa z tym wyborem ideału różnie. A jak sprawa wyboru typu męskiej urody wygląda u Polek? 

Przecież nie tylko mężczyźni maja swoje preferencje dotyczące wyglądu partnerki. Polki również zostały poproszone o odpowiedź w sprawie typu urody, który najbardziej odpowiada im u mężczyzn.

Gdzie ci mężczyźni…?

Są, owszem, tyle że nie koniecznie w pobliżu męskiego wzorca kobiet. Okazuje się, że panie wcale nie marzą o jasnowłosym, wysokim, błękitnookim przystojniaku, który bardziej niż Słowianina, przypominałby skandynawskiego herosa.

Pewien portal randkowy, zadał pytanie ok 500 ankietowanym singielkom, „Jaki typ męskiej urody uważasz za najatrakcyjniejszy?”. Okazało się, że 70% pań które udzieliły odpowiedzi, interesuje się przede wszystkim ciemnowłosymi i ciemnookimi mężczyznami. Dokładniej zainteresowane były dwoma typami:

  • Typ europejski –  jasna cera, ale kontrastujące ciemne lub czarne włosy i oczy przykują uwagę ponad 36% pań.
  • Typ południowy – ciemna, orzechowa, śniada cera oraz ciemne oczy i włosy, interesuje 34% Polek.
  • Ponadto 13% pań za atrakcyjny uznaje typ środkowoeuropejski, czyli jasnobrązowe włosy, niebieskie oczy, jasną cerę.

A co z resztą świata?

Oczywiście wyżej wymienione efekty nie obrazują całości przeprowadzonego badania. Polki również wskazywały, choć w zdecydowanej mniejszości, inne typy urody, na które zwróciłyby uwagę przy wybieraniu partnera:

  • Typ słowiański – mężczyzna z jasnymi włosami i jasnymi oczami, interesuje zaledwie 11% badanych Polek.
  • Typ celtycki – czyli mężczyźni z wysp brytyjskich (piegowata cera, złotawe lub rude włosy) – mieli zaledwie 2% wskazań.
  • Typ nordycki – bardzo jasna, blada cera i włosy, niebieskie oczy – ma 2% fanek.
  • Typ azjatycki– ciemne włosy, skośne oczy, również 2 % zainteresowanych.

Z czego może wynikać fakt zdecydowanego zamiłowania w typie europejskim? Jasna skóra kojarzy się z delikatnością, niewinnością. Być może dlatego Polacy wolą ten typ urody, prezentowany przez Słowianki. A Polki dla odmiany szukają mężczyzn silnych, odważnych, pewnych siebie, z czym właśnie kojarzy się ciemniejsza karnacja i włosy.


źródło: kobieta.dziennik.pl


Zobacz także

Jakie jest twoje zapotrzebowanie kaloryczne? Akcja „Polka na diecie”, dzień #26

Eksperymenty seksualne, których nigdy się nie podejmę. Cykor czy zdrowy rozsądek?

Napisała list do żony swojego byłego chłopaka. A w liście… „instrukcja obsługi”