Koszmar przedświątecznej gorączki – jak odzyskać „magię świąt”?

Redakcja
Redakcja
30 listopada 2018
Mat. prasowe
 

W dzieciństwie długo wyczekiwane, a w dorosłym życiu najczęściej… przyprawiające o ból głowy źródło dodatkowego stresu. Z roku na rok w sklepach coraz więcej pięknych dekoracji i idealnych prezentów, tylko „magii świąt” coraz mniej. Co zrobić, aby odzyskać radość z nadchodzącego czasu Bożego Narodzenia i nie postrzegać go jako kolejnego „projektu”, który chcielibyśmy jak najszybciej odhaczyć i mieć z głowy?

Dodatkowe obowiązki w domu, nerwowe bieganie po zatłoczonych centrach handlowych w poszukiwaniu mniej lub bardziej wyrafinowanych prezentów, a do tego więcej napięć i kłótni z bliskimi – powodów dla których nie odczuwamy już „magii świąt” jest wiele. Jak uniknąć przedświątecznej gorączki, dodatkowych stresów i konfliktów?

Odnaleźć sens – czyli po co naprawdę nam te święta?

Zanim rzucimy się w wir przygotowań, narzekając na wszystko, panikując, że nie zdążymy z niczym na czas i krytykując wszystkich wokół, warto odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: po co nam te święta? Dla wielu Polaków huczne świętowanie Świąt Bożego Narodzenia to nie wyraz religijności, a bardziej hołdowanie wielowiekowej tradycji. Zapytani o święta często odpowiadamy, że to czas „odpoczynku spędzonego w gronie bliskich”. W praktyce jednak zanim spędzimy dwa, trzy dni na świętowaniu, jesteśmy wyczerpani i poirytowani przygotowaniami, zamiast cieszyć kontaktami z rodziną obawiamy się kłótni czy wścibskich pytań przy wigilijnym stole, a małe rzeczy np. ubrudzony przez dziecko obrus urastają do rangi problemów mogących doprowadzić nawet do histerii. Jeżeli na myśl o świętach zamiast radości, odczuwamy ból brzucha, narastającą złość i chęć „aby mieć już to z głowy i wrócić do pracy”, to warto zastanowić się nad… złamaniem tradycji i wyjazdem z bliskimi na świąteczny urlop np. za granicę, żeby choć raz przed świętami nie robić praktycznie nic… poza szukaniem prezentów i móc zwyczajnie się tymi dniami cieszyć.

Wyniszczający perfekcjonizm

Perfekcjonizm bywa postrzegany w kategorii zalet, zwłaszcza gdy motywuje nas do ciągłego doskonalenia się i wytrwałej pracy nad sobą. Nie da się jednak ukryć, że w dużej dawce… odbiera radość i stanowi źródło niekończących się stresów. Dom musi być perfekcyjnie udekorowany, jak w modnym czasopiśmie wnętrzarskim. Jeśli któryś z domowników coś zepsuje albo nie wykona idealnie, perfekcjonista potrafi wybuchnąć, krytykować a nawet poniżać bliskich porównując do nieudaczników, którzy nic nie potrafią i do niczego się nie nadają. Gdy czegoś nie uda się zrealizować – zamówiony obrus nie dotrze na czas albo któraś ze świątecznych potraw się nie uda, perfekcjonista jest bliski ataku histerii. Często nie potrafi delegować zadań na innych, ponieważ „wszyscy wokół mają dwie lewe ręce i nie zrobią tego dobrze”.

Święta to nie tylko „piękna otoczka”, ale atmosfera i dobre relacje między bliskimi. Najbardziej perfekcyjnie przygotowane święta nie będą udane, gdy do stołu zasiądą skłóceni członkowie rodziny, którzy zamiast wyciągnąć do siebie rękę na zgodę, wolą „odbębnić święta” z grymasem na twarzy i rzucać złośliwymi uwagami w stronę współbiesiadników. Zamiast skupiać się na drugorzędnych drobiazgach, lepiej skierować uwagę na sprawę najistotniejszą – byciu tu i teraz z bliskimi. Magii świąt, którą odczuwaliśmy często w dzieciństwie, nie przywrócą perfekcyjne dekoracje i wigilijne potrawy, a ludzie, którzy wspólnie zasiądą do stołu.

Święta bez stresu – delegowanie zadań i czas na odpoczynek

Sporo obowiązków zawodowych na koniec roku, tłumy w sklepach, ogrom pracy w domu – przeżycie tego czasu bez nerwów i stresu może być wyzwaniem, ale realnym do spełnienia. Po pierwsze, warto usiąść i spisać wszystkie zadania, które czekają nas w obliczu przygotowań do świąt. Po drugie, sami wszystkiego nie zrobimy, a nawet nie powinniśmy brać na własne barki całej organizacji. Podzielmy obowiązki z pozostałymi domownikami, tak aby każdy znalazł coś, w czym się odnajduje. Nie zapomnijmy docenić pracy i chwalmy innych za dobre wykonanie zadania. Nie strofujmy i zniechęcajmy dzieci za każdym razem, gdy chcą pomóc np. w kuchni, bo „na pewno tylko nabałaganią i nie zrobią niczego poprawnie”. I wreszcie znajdźmy czas na odpoczynek. Relaksująca kąpiel przy dźwiękach ulubionej muzyki słuchanej np. za pośrednictwem wodoodpornego mobilnego głośnika Bold S Fresh ‘n Rebel, domowe spa, przyjemna lektura czy film w żadnym wypadku nie są stratą czasu! Chwila oddechu pozwoli nam odzyskać energię i lepiej nastroić do dalszej pracy.

Gdy mimo wszystko złe emocje związane z przygotowaniami do świąt i towarzyszące im nerwy zaczynają nas powoli przytłaczać, najlepiej… po prostu zrobić sobie dłuższą przerwę. Wyjść z domu, wybrać się na krótki spacer albo pojeździć na rowerze. I pamiętajmy – święta powinny być czasem radości, a nie przyprawiać o ból głowy. Sześć potraw zamiast dwunastu nie spowoduje, że zawali się świat, a może sprawić, że dostrzeżemy w końcu w tym okresie coś więcej niż tylko sprzątanie, gotowanie i przystrajanie domu świątecznymi dekoracjami.


Magdalena Boczarska: „Moje życie stało się pełne kompromisów”

Redakcja
Redakcja
1 grudnia 2018
Mat. prasowe
 

Niedawno została mamą, a my doskonale pamiętamy ją w roli Michaliny Wisłockiej. Przez ostatnie tygodnie co niedzielę wieczorem gości w naszych domach, grając Martę w serialu „Pod powierzchnią”. 

Kim jest grana przez Ciebie bohaterka serialu „Pod powierzchnią”, Marta?

Magdalena Boczarska: Łatwiej chyba byłoby odpowiedzieć, kim nie jest! Skrywa w sobie absolutnie fascynujące skrajności. Jest polonistką z mądrym podejściem do młodych ludzi, przyjaciółką, która pozwala sobie zwątpić w wieloletnią relację, żoną, która nie potrafi być nikim innym poza matką, która straciła dziecko… No właśnie. Była matką, czas przeszły ma tu o tyle znaczenie, że chociaż Max utonął, ona ciągle nie straciła nadziei…

Mamą zostałaś kilka miesięcy temu. Na ile ta nowa życiowa rola pomogła Ci stworzyć tę postać? Czy dzięki temu było łatwiej?

Na pewno. Odkąd sama jestem mamą zyskałam zupełnie inną wrażliwość jako kobieta i aktorka. Rola Marty nie była łatwa, bo to między innymi historia o stracie dziecka, więc zmierzenie się z takimi emocjami było dla mnie sporym wyzwaniem. Głównie z powodu tej życiowej, nieserialowej roli. Ale chyba dałam radę, mam nadzieję!

Cytując Martę… Czy wierzysz w to, że matki rzeczywiście “czują takie rzeczy”? Że coś złego się stanie albo że nie można tracić wiary?

To jest nieprawdopodobna więź i zdążyłam już odczuć jej istnienie. To tak zwana intuicja matki. Nie jest nieomylna, czasem można pomylić ją pewnie z przewrażliwieniem, bo nie ma nic gorszego, niż strach o własne dziecko. Ale na pewno istnieje. Stanęłam na planie, gdy mój Henryk skończył 6 miesięcy wcielając się w rolę kobiety, która straciła dziecko. Do tego moje chroniczne niewyspanie, dużo zdjęć nocnych, wyjazdy do Płocka. W kategorii bycia zmęczoną osiągnęłam poziom mistrzowski. Śmieję się, że ta rola przyszła w idealnym momencie, bo nie trzeba było mnie do niej jakoś specjalnie zewnętrznie ani “wewnętrznie” charakteryzować. Z marszu spełniałam wszystkie warunki.

A jednak udało Ci się pogodzić nowe obowiązki prywatne z zawodowymi. Na kogo mogłaś liczyć?

Postawiłam sobie za cel, że pierwsze 6. miesięcy Henryka jestem z nim w domu i szczęśliwie mi się to udało. Bo kolejne ponad trzy na planie “Pod Powierzchnią” były dosłownie… szalone. Mój syn jest bardzo towarzyski, więc zdarzało się, że był ze mną na planie w Warszawie lub w Płocku, jako najmłodszy członek ekipy (śmiech).

Nie ukrywam, że była to momentami zagadka logistyczna przy małym dziecku, jak to wszystko poukładać, ale na szczęście był pod najlepszą opieką mojej mamy i swojego taty, więc jakoś daliśmy radę.

Jak zmieniło Cię macierzyństwo?

Uwaga, bo to jest temat rzeka! (śmiech). Oszalałam na punkcie własnego syna i bardzo mi      z tym dobrze! To jest kompletna zmiana, zupełne wywrócenie życia do góry nogami i odnalezienie w sobie pokładów miłości, empatii, o których człowiek istnieniu nawet nie miał pojęcia. Jestem przekonana, że to moja najważniejsza “rola” i mam wielką nadzieję, że będę w niej naprawdę dobra.

Widzowie bardzo polubili Martę. Myślisz, że głównym powodem jest współczucie?

Nie. Myślę, że jest po prostu ludzka. Każdy może odnaleźć w niej coś tożsamego sobie. Nikogo nie udaje, nie jest na siłę jakaś. Zamknęła się w sobie, ale nie na wszystkie spusty. Każdy, komu jest bardzo źle w życiu, nawet, gdy jest wycofany, gdzieś tam głęboko chce być uratowany. Tak samo jak Marta. Poza tym jest empatyczna, wrażliwa, przenikliwa. Ma charakter dziewczyna.

Mat. prasowe

W Michalinie Wisłockiej ze “Sztuki Kochania” czuć było Twój charakter. Dużo jest Boczarskiej w Marcie Gajewskiej?

Chyba nie umiem nie dzielić się sobą. Czasem daję to, co mam najlepsze, a czasem grzebię, grzebię aż wygrzebię jakieś własne trupy z szafy i potajemnie w nocy targam do szafy mojej bohaterki (śmiech). Z Martą Gajewską było podobnie, to dosyć złożona postać, często się zmienia i bywa emocjonalna – jak Boczarska! Dałam jej dużo swojej prywatnej wrażliwości.

Łatwo wychodzi się z tak emocjonalnej roli?

Zdarza się, że przydałby się przycisk ON/OFF, żeby to tyle nie trwało. W przypadku “Sztuki Kochania” z Michaliną Wisłocką spędziłam prawie 1,5 roku. Dostała mi się do krwioobiegu, więc niełatwo było mi się z nią rozstać. W pewnym sensie gdzieś tam ciągle ze mną jest. A jeśli chodzi o Martę z “Pod Powierzchnią” – odkąd jest Henryk łatwiej jest mi wyjść z roli, bo nie mam już czasu, żeby dochodzić do siebie i analizować swoje emocje. Mój mały człowiek potrzebuje mnie bezkompromisowo tu i teraz. To motywuje, żeby raz dwa stać się znowu Magdą.

W serialu właściwie w jednym momencie rozwija się kilka relacji damsko-męskich, a wygląda na to, że widzowie najbardziej kibicują Tobie i Maćkowi, którego gra Łukasz Simlat. Przewrotnie…

Cóż mam ci powiedzieć… Urokowi Maćka, czytaj Simlata, trudno się oprzeć! (śmiech). A tak na serio, to rzeczywiście trochę to przewrotne, ale z drugiej strony pewnie trudno jest polubić mojego serialowego męża za jego różne wybory życiowe. Marta się dopiero budzi, zaczynają docierać do niej pewne rzeczy, sygnały, wyostrzają się jej zmysły. Odzyskuje powoli siebie, co oznacza, że będzie musiała przedefiniować pewne sprawy i zdecydować, co dalej zrobić ze swoim życiem. Atmosfera się zagęszcza, widzowie na pewno nie będą rozczarowani.

Nic dziwnego, w końcu mocna ekipa stoi za całą produkcją. 

Najlepsza! Borys Lankosz, który stworzył właściwie nie serial, a niesamowitą fabularną opowieść, nominowany do Oscara Bogumił Godfriejow odpowiada za zdjęcia, poza tym jest super obsada na czele z Łukaszem Simlatem, Bartkiem Topą i debiutującą, zjawiskową Marysią Kowalską. Daliśmy z siebie 100%, dlatego te wszystkie pochlebne recenzje niesamowicie nas cieszą i budują.

Czy to, co “pod powierzchnią”, ujrzy światło dzienne?

Okaże się w finałowym odcinku, który widzowie będą mogli zobaczyć 2 grudnia o godzinie 21:30 na antenie TVN! Śledzę z zapałem zaangażowanie widzów, czytam komentarze na swoim instagramie, z odcinka na odcinek ludzie się coraz bardziej “wkręceni” a ja razem z nimi. Mogę powiedzieć zupełnie szczerze, jako że wiem, co się wydarzy w serialu, że warto go śledzić. Kto jeszcze nie oglądał niech lepiej nadrobi na Playerze, żeby później nie żałował!

Mat. prasowe

Masz poczucie, że Twoje wybory dzisiaj, jeśli chodzi o propozycje zawodowe, są dużo trudniejsze z uwagi na synka? Wymagają kompromisu?

Moje życie wygląda teraz zupełnie inaczej, jest przepełnione kompromisami. Kiedyś mogłam spędzić na planie zdjęciowym kilka miesięcy prawie wyłączona ze świata zewnętrznego i w pełni skupić się na roli. Teraz stanęłam przed wyzwaniem połączenia tych dwóch rzeczywistości – rodzinnej i zawodowej. Ale jestem na dobrej drodze i wiem, że da się to zrobić. Mam dużo ciekawych, intrygujących planów zawodowych na kolejny rok, więc wchodzę w 2019 rok bardzo ciekawa tego, co będzie się działo.


10 produktów, które warto jeść na śniadanie

Redakcja
Redakcja
30 listopada 2018
warto jeść na śniadanie
Fot. iStock / AleksandarNakic

Dzień dobry śniadanie! Lubimy mówić, że to ważny, ba! najważniejszy posiłek, ale czy naprawdę godnie go celebrujemy? Powinno być zdrowo, kolorowo i ze sporą dawką energii. Nie można zapominać o jeszcze jednym ważnym elemencie: przygotowanie śniadania MUSI być proste, zwłaszcza, gdy nie jadamy sami. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie ochoczo wstawał dwie godziny wcześniej, by po królewsku nakryć stół. Dlatego warto postawić na prostotę i dobre, rodzinne towarzystwo.

Jest bardzo wiele produktów, które są skarbnicą witamin i minerałów i wcale nie wymagają wielu umiejętności czy czasu by je przyrządzić.

10 produktów, które warto jeść na śniadanie

Kiełki pszenicy – zawierają witaminę E i kwas foliowy.

Banany –  zawierają wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, sód, i cynk.

Jajka–  zawierają witaminę D, dużo białka i potrzebny cholesterol.

Arbuz – zawiera witaminę A, wapń, żelazo i kwas askorbinowy.

Owies – czyli nasza owsianka 🙂 Zawiera witaminy z grupy B oraz selen i magnez, cynk i potas.

Płatki jaglane – zawierają witaminy z grupy B, witaminę E, witaminy z grupy B

Kiwi – zawiera  witaminę C, potas, miedź i błonnik.

Truskawki – zawierają witaminę C, kwas foliowy, antocyjany i błonnik.

Pieczywo pełnoziarniste –  np. chleb razowy: zawiera witaminę A, D, witaminy z grupy B, wapń, sód, potas, żelazo, magnez.

Jogurt grecki – zawiera  witaminę A, D, witaminy z grupy B, wapń, sód, potas, żelazo, magnez,

Smacznego!


Zobacz także

Jak zawsze wyglądać pięknie i zdrowo? Francuzki mają na to swoje sposoby

6 rzeczy, których Kobieta Alfa oczekuje od związku

13 szczegółów, które zdradzają twoją osobowość