Kolejny związek okazał się porażką i znowu zwalasz winę na niego. Czas wspomnieć swoje dzieciństwo

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
31 października 2017
Fot. iStock/mammuth
Fot. iStock/mammuth
 

Nikt nie ma wątpliwości, że traumy z dzieciństwa mają ogromny wpływ na nasze dorosłe życie. Bezpośrednia przemoc, molestowanie seksualne, śmierć bliskiej osoby często wymagają wieloletnich terapii. Szczególnie, gdy pomoc specjalistów nie pojawia się w porę – wtedy, gdy trudne doświadczenia miały miejsce. Czasem jednak dzieciństwo może przebiegać na pozór normalnie, a i tak powoduje, że nie potrafimy odnaleźć się w dorosłym życiu i budować relacji z innymi.

„Pamiętam, że nigdy mnie nie przytulała”

– Moja mama była zawsze bardzo opanowana. Nie potrafię przypomnieć sobie żadnej sytuacji, w której na mnie nakrzyczała. Nie mówiąc już o tym, żeby podniosła na mnie rękę. Tego nie mogę jej zarzucić – opowiada Kaśka. Czy to oznacza, że miała bezstresowe dzieciństwo? Wręcz przeciwnie. Kaśka, 32-letnia dziś kobieta, nie potrafi także przypomnieć sobie żadnej sytuacji, w której matka ją przytuliła czy zapewniła o swojej miłości. Była zimna. – Pamiętam moment, gdy szłam do pierwszej klasy. Bardzo się denerwowałam, ponieważ nie chodziłam wcześniej do przedszkola i nigdy nie przebywałam w większej grupie dzieci. Płakałam przed wyjściem z domu, a mama kucnęła przede mną i powiedziała, że mam natychmiast wziąć się w garść zamiast odstawiać histerię. Niby bzdura, a tak bardzo to utkwiło mi w pamięci. Rzadko potem pozwalałam sobie na histerię.

Więź emocjonalna matki i córki jest jedyna i niepowtarzalna. Ma wpływ na to, czy córka jako dorosła kobieta będzie potrafiła odnaleźć się w życiu, zbudować relacje. Ponieważ Kaśka nie doświadczyła w dzieciństwie ciepła i wsparcia, nie mogła dzielić się swoimi emocjami, dziś nie potrafi okazać miłości partnerowi. – Szczerze mówiąc, to ja nie wiem, czym jest miłość – mówi.

„Zawsze oczekiwali ode mnie samodzielności”

– Jestem najstarszym dzieckiem w mojej rodzinie. W dzieciństwie musiałam często zajmować się młodszym rodzeństwem. Mną nie opiekował się nikt. Dzisiaj to nie do pomyślenia, ale pamiętam, że czasami ja, 13-letnia dziewczynka zostawałam sama w domu z 2-letnim bratem i 6-letnią siostrą. To chyba cud, że nic złego się nie stało – opowiada Patrycja. W jej rodzinnym domu brakowało wsparcia i stabilizacji, role zupełnie się pomieszały.

Patrycja sama o sobie mówi, że jest niestabilna emocjonalnie. Z jednej strony nauczyła się ogromnej samodzielności i w codziennym życiu jest kobietą niezależną, jednak gdy na horyzoncie pojawia się mężczyzna, staje się bezbronną kobietą. – Bardzo potrzebuję uwagi i troski. Chyba wciąż szukam kogoś, kto się mną zaopiekuje.

„Nie przyszła na żadne przedstawienie”

Iza jest jedynaczką. Matka wychowywała ją samotnie. Nie była jedną z tych matek, które uciekły w alkohol i przygodne znajomości. Ona postanowiła zapewnić swojemu dziecku godne warunki. To jednak sprowadzało się do tego, że Iza całe dnie spędzała w przedszkolu, a później w szkole i na świetlicy. – Mama pracowała w sklepie i brała nadgodziny. W weekendy sprzątała w domach. Owszem, miałam co jeść i założyć na siebie, ale mamy nigdy przy mnie nie było. Gdy nie była na przedstawieniu w szkole, choć grałam główne role – opowiada.

Przyznaje, że nigdy nie czuła się kimś ważnym w życiu matki. Jej rodzicielka chciała udowodnić światu, że da radę. Nie podołała jednak w macierzyństwie. – Moja przyjaciółka, która jest psychologiem, powiedziała mi kiedyś, że moje małżeństwo rozpadło się z powodu moich kompleksów. Prawdą jest, że zawsze brakowało mi pewności siebie. Czuję, że nie zasługuję na miłość i uwagę.

„Na wszystko musiałam zasłużyć”

Nagradzanie dobrych uczynków sprzyja rozwojowi bardziej niż karanie za złe zachowanie. Problem pojawia się wtedy, gdy nagrodą są zwykłe czułe słowa, przytulanie czy zaufanie. To, co powinno być dawane dziecku bezwarunkowo. – Jeżeli posprzątałam pokój, tata wieczorem czytał mi książkę. Jeżeli byłam niegrzeczna, zasypiałam w samotności. Nigdy nie usłyszałam od mamy zwykłego „kocham cię”. Zawsze kochała mnie za coś. Za to, że byłam grzeczna na urodzinach ciotki, za to że przynoszę dobre oceny, za to, że dostałam się do dobrej szkoły – wylicza Aneta.

Najprawdopodobniej dlatego w dorosłym życiu ma problem z zaufaniem do drugiego człowieka. Uważa, że na wszystko musi zasłużyć. Kontroluje swoje zachowaniu i często robi coś wbrew sobie, by zasłużyć na miłość i szacunek. W bezwarunkową miłość nie wierzy.

„Niewiele pamiętam z okresu dzieciństwa”

Ani wiele udało się wyprzeć. Czasem po nocach budzą ją wspomnienia. Pojedyncze sytuacje, gdy ojciec bił matkę. Twierdzi, że na przestrzeni lat udało jej się przepracować traumy z dzieciństwa. Rzadko wraca pamięcią do domu, gdzie alkohol lał się strumieniami, a przemoc była na porządku dziennym. Jest wdzięczna losowi, że ona sama się nie stoczyła i nie wylądowała w poprawczaku.

– Może i wyrosłam na ludzi, ale co z tego, skoro nie potrafię znaleźć sobie normalnego faceta? Wdaję się w toksyczne relacje z facetami, którzy krzywdzą mnie i ranią. Co ciekawe, to nie ja odchodzę. Zawsze jestem porzucana – opowiada Ania. Dodaje, że w sumie to woli takie rozwiązanie. Dzięki temu może postawić się w roli ofiary.

Trudności w budowaniu relacji w związku mają różne przyczyny. Czasem chodzi po prostu o nieumiejętną komunikację lub jej brak. To umiejętność, którą nabywa się nie tylko w dzieciństwie, ale także przez całe życie. Innym razem problemem są urazy, powstałe na etapie rozwoju psychicznego i emocjonalnego. Za niepowodzenia w związku często jednak obwiniamy drugą stronę. Tak po prostu jest łatwiej. Po co rozdrapywać rany i wspominać dawne krzywdy? Niestety, czasem to jedyny sposób, by poradzić sobie w dorosłym życiu.


 

Na podstawie: Charaktery/Psychology Today


Dobra, przyznaję – ja też nie byłam idealną żoną. Odeszłam, dzisiaj rozumiem i biorę odpowiedzialność za swoje błędy

Listy do redakcji
Listy do redakcji
31 października 2017
Fot. iStock/grinvalds
Fot. iStock/grinvalds
 

Czytam blog Sziti Męża i mam ochotę przyklasnąć wszystkiemu, co pisze. Tak, faceci potrafią być gównianymi mężami. Potrafią być nie do wytrzymania w tym swoim zapatrzeniu w siebie, z przerośniętym ego, traktując swoje żony jako rzecz nabytą, jakby obrączka dawała im gwarancję przynależności aż do śmierci. Stwierdzają, że jesteśmy emocjonalnie i hormonalnie rozedrgane, więc nie ma sensu słuchać naszych (dla nich) absurdalnych próśb, a tym bardziej przejmować się fochami. Wszystko się zgadza. Ale – chwilunia. Czy przypadkiem nie działa to w dwie strony? Czy i my nie bywamy gównianymi żonami?  Wiem, nie brzmi to może zbyt miło zachęcająco do dalszego czytania, ale cóż? Czy tak nie jest?

Możesz protestować, argumentować, mówić co ci ślina na język przyniesie nie zgadzając się z moją opinią. Możesz. Ale możesz też przeczytać, co mam do powiedzenia i skonfrontować się z tym. Zobaczcie – wszystkie szukamy silnych mężczyzn. Zgadza się? Marzymy, że pokochamy tego, który przyjedzie na białym koniu w lśniącej zbroi, zabije smoka i uwolni nas z wieży. Szukamy faceta, który będzie podobny do naszego ojca – silny, szanowany, opiekuńczy, kochający innych ludzi. Chcemy, by był w nas na zabój zakochany, żeby okazał się fantastycznym ojcem, świetnie gotował i wiedział, że porządek sam się w domu nie zrobi.

Tyle tylko, że później uczymy się jak stać się niezależnymi, silnymi kobietami znającymi swoją wartość. Tak, musimy być świadome, co my wnosimy do związku, z czym zasiadamy do wspólnego stołu.

Kochałam mojego męża. Byłam dla niego wsparciem. Kiedy on chciał robić karierę, ja siedziałam z dziećmi w domu. Gotowała, sprzątałam, robiłam wszystko, czego oczekiwałaby ode mnie moja babcia. Według niej miejsce kobiety zawsze było w domu przy dzieciach i garach. Byłam żoną idealną. Kiedy mój mąż wracał z pracy, czekał już na niego gotowy obiad, zimne piwo w lodówce… A kiedy on stracił pracę, wówczas ja zaczęłam pracować i piąć się po drabinie awansów, to ja wtedy płaciłam rachunki.

Tak, na zewnątrz byłam perfekcyjną żoną. I szczerze mówiąc – w pewnym sensie tak było naprawdę. Tyle tylko, że to nie byłam ja. Straciłam siebie, kiedy wyszłam za mąż, zaczęłam być kimś zupełnie innym niż dotychczas. Nie byłam już tą samą dziewczyną, w której on się zakochał. Rzadko spotykałam się z przyjaciółmi, wychodziłam na imprezy. Przestałam nawet chodzić do kina, czy wychodzić na spacer po parku. Liczyłam, że skoro ja jestem w domu, on też ze mną będzie. W dodatku kiedy pojawiły się dzieci, stało się to moim wewnętrznym oczekiwaniem. Skoro ja siedzę w domu, to on też powinien. Ale on wychodził, pracował, co budziło moją coraz większą frustrację i było przyczynkiem wielu kłótni i walki. Tak, miałam bardzo wysokie oczekiwania wobec mojego męża, ale nigdy nie określiłam swoich wymagań. Nigdy mu o tym nie powiedziałam. Myślałam, że dla niego to powinno być zupełnie naturalne.

My – kobiety, czujemy się fantastycznie w żonglowaniu naszymi światami. Stajemy się wybitnymi znawcami piłki nożnej, pouczamy trenerów,  którzy mają zajęcia z naszymi dziećmi, płacimy rachunki, umawiamy wizyty lekarskiej, gotujemy, pracujemy… Jesteśmy niczym superwoman. Tyle tylko, że stajemy się do niczego, jako żony.

Doskonale wiemy, co kręci naszych mężów, co sprawia, że odzyskują radość życia, ale nie chcemy w tym uczestniczyć. Jeśli on lubi sport, chodzi na mecze, gra w koszykówkę z kolegami, dlaczego tak trudno zaplanować nam czas, żeby mieć możliwość od czasu do czasu pójść z nim, pokibicować? Dlaczego tak rzadko wychodzimy naprzeciw temu, co on lubi? Najczęściej widzimy jednak czubek własnego nosa.

Nim poznałaś swojego męża, miałaś jakieś swoje hobby, zainteresowania, prawda? Miałaś jakieś życie poza nim, poza waszym związkiem? Daję sobie rękę odciąć, że to właśnie przyciągnęło twojego męża, ta tajemnica, co robisz, czym się interesujesz, to dzięki temu on się tobą zafascynował, a później i zakochał. I on jest taki sam. Też miał swoje sprawy, swoje rzeczy, nim ciebie poznał, nim zaczął się z tobą spotykać.  Teraz oczekujesz, że on odpuści? Że zrezygnuje z tego, co lubi robić od lat? Przestanie jeździć na ryby, wychodzić z kumplami na turniej darta? Że będzie tylko siedział z tobą i dziećmi w domu? Jaka wtedy będzie jakość waszego życia? Jak sądzisz? Czas spędzany na domowych obowiązkach, które dla ciebie są rutyną i założę się, że nie wykonujesz ich w jakiś zabawny czy wyjątkowy sposób, ma być twoim sposobem na wasze wspólne życie? A może się zaplątałaś w tej rutynie, zapomniałaś, że on chce się starać na SWÓJ sposób, by wasze wspólne życie było lepsze? Słuchasz go, dajesz mu dojść do głosu?

Jasne, że nie wszystkie małżeństwa żyją w taki właśnie sposób. Gdyby tak było, to tylko siąść i płakać. Podobnie, jak nie wszystkie żony, są tymi do kitu, tak i mężowie. Zdarzają się chlubne wyjątki.

Jednak najczęściej bywa tak, że oczekujemy wiele od naszych mężów, tyle tylko, że im o tym nie mówimy. Smutny standard. My znajdujemy czas na to, co lubimy – masaż, fryzjer, kosmetyczka. A przecież mogłybyśmy być bardziej introwertyczne – lubić pisać, czytać czy malować. Jednak nie – mamy swoje rzeczy, dzięki którym ładujemy akumulatory, poprawiamy sobie nastrój. Możemy o nich nawet nie mówić naszym mężom, po prostu je robimy, znajdujemy na nie czas. A czy w ten sam sposób traktujemy wszystko to, co lubi robić nasz mąż? Na co on znajduje czas i wyrywa się z domu? Szczerze wątpię. My mamy prawo do naszych przyjemności, cóż – on najczęściej naszego zrozumienia nie znajduje.

Komunikacja, kompromis i równość – te trzy rzeczy powinniśmy mieć na względzie w każdym związku. Wszystko, co uwierało mnie w moim małżeństwie, powiedziałabym mojemu mężowi, ale nie chciałam go martwić swoją osobą.  Przez ostatnie trzy lata swojego małżeństwa utknęłam w koleinie rutyny i codzienności. Nic nie mówiłam. Zapadałam się w sobie. Straciłam radość życia. I w końcu odeszłam. Załamał się, kiedy to zrobiłam… W naszym małżeństwie on popełnił wiele błędów, za które nie wziął odpowiedzialności. Ale ja mogę wziąć odpowiedzialność za swoje błędy.

Dzisiaj mogę przyznać, że nie szanowałam swojego męża, że brałam więcej do siebie,  a jemu dawałam mało zrozumienia. Nie mówiłam, na czym mi zależy, nie komunikowałam czego potrzebuję, co mnie boli, co chciałabym zmienić. Za nic miałam jego pasje, zajęcia, które uważałam za stratę czasu, sama dbając o to, by zawsze mieć czas spotkać się z przyjaciółkami, wyjście do fryzjera czy na paznokcie.

Teraz codziennie pracuję nad sobą dbając o relację z ludźmi, których kocham. I nawet, jeśli mam ochotę schować głowę w piasek, to dbam o to, żeby widzieć w tej relacji każdą ze stron, nie tylko swoje racje, swoje potrzeby i swoje problemy. To niesamowite, jak poprawił się mój kontakt z najbliższymi. Daję. Nie oczekuję niczego w zamian. Planuję swoje życie, żyję swoim życiem poszukując własnego ja i sposobu na własne szczęście. Widzę, jak zmiany, które zachodzą we mnie, wpływają na wszystko, co mnie otacza. Wyciągnęłam wnioski ze swojego rozwodu. Zrozumiałam, gdzie to ja popełniałam błędy. Teraz, kiedy doświadczam tego, jak powinien wyglądać zdrowy i dobry związek, staram się widzieć więcej. Nie znam wszystkich odpowiedzi i już nie dramatyzuję, że ich nie znam.

Możesz wziąć coś z mojej historii, przyjrzeć się sobie w twoim związku, zobaczyć, czy nie utknęłaś podobnie jak ja kiedyś w tej koleinie. Dzisiaj jeszcze możesz coś zrobić.

 


Jak emocje odznaczają się na twojej twarzy i skórze

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
31 października 2017
Fot. iStock/RyanJLane
Fot. iStock/RyanJLane
 

Wiemy już, że emocje „zawieszają się” w naszym ciele, powodując dyskomfort fizyczny, a nierzadko – poważny ból. Warto też pamiętać o tym, że nasze uczucia widać również na naszej skórze i – dosłownie – twarzy. To, w jakim jesteś nastroju, wpływa na stan twojej skóry, może przyczynić się do powstawania zmarszczek, matowienia cery, tworzenia się „pajączków”.

Stres, gniew, smutek, wstyd i strach to niektóre z podstawowych emocji, które towarzyszą nam chyba każdego dnia, a każda z nich ma niekorzystny wpływ na naszą skórę. Jak bardzo, to zależy od tego jak długo trwa ów stan emocjonalny. Długotrwałe wahania nastroju odciskają trwalsze i nieodwracalne efekty na naszej skórze. Podobnie, dobry i radosny nastrój przynoszą skórze pewne korzyści.

Gniew

Gniew wpływa na nasze mięśnie twarzy. Prócz tego, opóźnia gojenie się skóry, umacnia zmarszczki i przyczynia się do powstawania ciemnych plam. Ludzie, którzy się często złoszczą borykają się z takimi problemami jak wysypka, pokrzywka, brodawki, wypryski i trądzik.

Smutek

Jednym z najniebezpieczniejszych nastrojów dla naszej urody jest niepokój i uczucia towarzyszące depresji. Smutek to automatycznie wyższy poziom kortyzolu we krwi, co prowadzi do przedwczesnego wypadania włosów, przebarwień skóry i zmian hormonalnych, które mogą powodować przyrost masy ciała. Ciągłe marszczenie brwi może pogłębić zmarszczki na twarzy. Problemy ze snem oczywiście odbiją się negatywnie na wyglądzie naszej skóry w okolicach oczu (cienie, „poduszeczki”) i spowodują zmatowienie cery.

Wstyd

Kiedy się wstydzimy, receptory neuropeptydowe w naszej skórze otrzymują mieszane sygnały z mózgu, powodując przewlekłe obrzęki naczyń krwionośnych i zakłócając nasz sen.

Stres

Niektórzy naukowcy uważają, że istnieje specjalny rodzaj trądziku wywołany stresem. Ale to nie wszystko, stres może również zaburzyć produkcję kolagenu. Bez nowego kolagenu twoja skóra stanie się cieńsza i słabsza. Co więcej, zły nastrój powoduje odwodnienie.


Na podstawie: workswithwater.com

 


Zobacz także

fot. screeen z Facebooka/ Duval Guillaume

Nie możesz się doczekać ostatniego odcinka „Gry o tron”? Oni mogą go w ogóle nie doczekać… Ta kampania otwiera oczy

Fot. iStock / lolostock

8 filmów poprawiających humor. Dla wszystkich, którzy potrzebują dystansu i uśmiechu

Fot. Screen z YouTube The Songaminute Man

Znalazł niezwykły sposób na walkę z Alzheimerem ojca