„Kochanie, zróbmy to razem”. Dlaczego pary, które stale chcą być blisko, się rozpadają

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 stycznia 2018
Fot. istock/Constantinis
Fot. istock/Constantinis
 

Pamiętam oburzenie, gdy zaproponowałam jego dziewczynie „babski” film, w „babskim gronie”.  „No żartujesz chyba. My zawsze chodzimy wszędzie razem” – odparował niemal natychmiast w imieniu obojga, choć zaproszenie dotyczyło tylko jego ukochanej. „Prawda kochanie?”.  „No pewnie” – odpowiedziała ona wcale nie tak pewnie. Wyczułam, że może i miałaby ochotę pójść do kina bez niego, ale chyba głupio byłoby jej to przed nim przyznać. Bo przecież tak bardzo się kochają, że nie mogą bez siebie żyć. On nie pójdzie bez niej, a ona bez niego. Nie daj Boże, któreś złamie niespisaną zasadę jedności. No nie. Naprawdę, można się do kogoś przykleić na stałe i nie dać mu żadnej przestrzeni? Praktyka pokazuje, że to się raczej nie uda…

Znam ich od pięciu lat. Kasia, fajna, bardzo towarzyska dziewczyna. Piotrek też otwarty, ale typ „nerwusa i perfekcjonisty. Wszystko musi mieć ustalone, dopięte na ostatni guzik. Zaplanowane razem z Kasią. Wspólne mieszkanie, samochód, wycieczki rowerowe. Wspólne weekendy, wspólne hobby, wspólne wizyty u rodziny i przyjaciół. Wspólne kino i teatr, nawet kurs gotowania wspólnie, bo „to zbliża”. Chyba bliżej się już nie da. Zawsze chwalą się tym, że nawet zdarza im się myśleć to samo, w tym samym momencie.

Spotykamy się u znajomych, jest jeszcze kilka osób.

„To jak, Misiaczku, zbieramy się” – mówi on, koło dziewiątej wieczorem. Kątem okaz zerkam na Kasię. Tylko przez chwilę się waha. Jego wzrok przywołuje ją do porządku. „Tak, no tak już idę tylko do toalety”. Bo dziesięciu minutach wychodzą razem, trzymają się za ręce, jak jeden byt, a nie dwie indywidualności. Nie odmawiam nikomu prawa do miłości. Ale czy w związku naprawdę trzeba wszystko robić razem?

Ostatnio zaczęło się między nimi psuć. Kasia się Piotrkowi wymyka, dzwoni do mnie i próbuje nadrobić trochę czasu, kiedy nie mogłyśmy porozmawiać „sam na sam”.

Mówi, że chciałaby wyjechać na kilka dni sama, przemyśleć trochę tę relację, bo zaczyna jej brakować powietrza.

On też jakiś dziwny, coraz bardziej nerwowy. I niby wyobrazić sobie nie umie, żeby Kasia pojechała bez niego na kurs somelierów, ale sam dłużej zostaje w pracy, żeby pograć z kolegami w planszówki. Bez Kasi. „Chyba mu nic nie powiem” – mówi Kasia i czeka, aż jej coś poradzę. Tylko, że ja nie bardzo wiem, co powiedzieć. Dla mnie w związku powinno być miejsce również na „sam na sam” z sobą samym. Inaczej można się ta miłością udusić.

Pamiętam pierwszy poważny związek mojej przyjaciółki. Jak już wynajęli mieszkanie i zaczęli je urządzać, to właściwie nie sposób było ją gdziekolwiek wyciągnąć. Ciągle musieli być razem i to za jej sprawką. Uczepiona jego ramienia wybierała zasłonki, które on MUSIAŁ zobaczyć. Musiał też jechać tym samym autobusem, co ona, do pracy, mimo, że wcześniej (przed tym związkiem) zaczynał swój dzień godzinę później. Musiał nauczyć się grać w brydża, żeby mogli to robić razem. No i na zakupy, nawet te najmniejsze również razem. No jak ona ma sama pieczywo wybrać? Albo mydło pod prysznic? Czy płyn do higieny intymnej?

Ale ja najbardziej pamiętam, jak na lodowisku jeździli trzymając się za ręce nawet jeśli ona radziła sobie bardzo słabo, a on jak zawodowy hokeista. Spacerował po lodzie podnosząc ją co chwila za łokcie i podtrzymując na duchu, nie mając z tego żadnej frajdy. Tak też widziałam tę relację – bez frajdy.

Po roku wspólnego mieszkania, choć kochał, uciekł zostawiając krótki list. Napisał w nim między innymi, że bał się jej powiedzieć, ale miał coraz bardziej dość tego „wszędzie razem”. I że on ją naprawdę kochał, ale już nie może.

„To się nie uda”, mówi moja teraz moja przyjaciółka o związku Kasi i Piotra, bogatsza o doświadczenia z przeszłości. Trzeba przyznać, że zrozumiała swój błąd. Tak po prostu nie można żyć. Jeśli kochasz, musisz dać przestrzeń, ale i sam jej potrzebujesz. Będąc z kimś non stop, cały czas, zatracasz się, nie masz szans na to, by zastanowić się, dlaczego właściwie jesteście razem. Czego właściwie wam potrzeba, co sprawia, że chcecie być parą.


Praca do 22-giej, bezsenność i i przemęczenie. To nie kariera w korpo, to rzeczywistość naszych dzieci

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 stycznia 2018
Fot. iStock/Chalabala
Fot. iStock/Chalabala
 

Budzik dzwoni o 6 tej. Wstaję, szybko piję kawę, choćby jedynie bezkofeinową. Muszę być w formie. Zaczynam przygotowywać śniadanie, bez śniadania nie wyjdziemy z domu. Czas płynie jakoś dziwnie szybko i kiedy wybija 6:30 idę budzić dzieci. Najpierw pójdziemy do szkoły, potem do przedszkola, ten system sprawdza się najlepiej. Syn podrywa się uśmiechnięty, myśli o kolejnym dniu spędzonym z koleżankami i kolegami. Ale moja córka nie chce wstać. Jest rozdrażniona, zmęczona, blada. Nie wysypia się od początku roku szkolnego. Jest przemęczona, ma w szkole tyle pracy, ile niejeden dorosły w biurze. I już naprawdę nie wiem, jak jej pomóc. Przecież ma dopiero dziewięć lat, co będzie dalej?

Wczoraj pożyła się spać po 22-giej. Ale długo nie mogła zasnąć. Problemy ze snem zdarzają jej się coraz częściej. Zdanie lekarza, jest przemęczona. Próbuje odsypiać w weekend, ale to ciągle mało. Nie, nie mamy zajęć dodatkowych, nie byłoby na to nawet czasu. Po prostu odrabia na bieżąco wszystkie lekcje, powtarza wiadomości do sprawdzianów. A sprawdzianów czy kartkówek w każdym tygodniu jest kilka. Na przyrodzie pani „pyta” zawsze z kilku ostatnich lekcji. Na historii sprawdza krótkim testem czy na pewno zapamiętali wszystkie daty. Na polskim co chwila powtórzenie wiadomości, a na WF-ie trzeba przebiec jak najszybciej pewną odległość, żeby dostać „piątkę”. No i oczywiście słówka z niemieckiego, te trzeba powtórzyć zawsze, bo pani pyta „na wywrywki”.

Jak wygląda nasze popołudnie? Lekcje zaczynają się codziennie o 8ej, kończą przed 14, czasem o 14:30. Zaraz po szkole idziemy do przedszkola, po mojego syna. Do domu docieramy ok 15:30. Jemy obiad, potem następuje chwila odpoczynku. Wszyscy go potrzebujemy, każde z nas wykonało dziś „kawał roboty”. A przecież to jeszcze nie koniec.

O 17-tej córka siada do zadanych prac domowych. Jak zwykle, jest ich dużo. Trzy strony zadań z podręcznika do matematyki. Obliczenia mają być wykonane starannie, ze sprawdzeniem, odpowiedź do zadań napisana całym zdaniem. To zajmie około półtorej godziny, może dwie. Chwila odpoczynku i zabieramy się za list z polskiego. Najpierw na brudno, na kartce. Zmęczenie już daje o sobie znać, coraz trudniej się skupić, mieć dobre pomysły, coraz trudniej pisać starannie. A pani bardzo zwraca na to uwagę.

Zbliża się pora kolacji, więc robimy przerwę. Potem trzeba będzie jeszcze powtórzyć lekcję z przyrody i uzupełnić zadane ćwiczenia. Że też akurat przyroda wypada dzień po dniu. Kiedy kończymy, na daty z historii nie ma już siły. Na zapakowanie plecaka również. Są za to łzy i ogromne zmęczenie. Fizyczne i psychiczne.

Mój mąż miał w zwyczaju mówić do naszych dzieci: „Teraz, to wy odpoczywacie. Nie jesteście ani w połowie tak zmęczone jak dorośli. Teraz to jedynie zabawa. Nie macie prawa narzekać, nie macie pojęcia co to jest zmęczenie”.

Zawsze denerwowała mnie bezduszność i niesprawiedliwość tych słów, nigdy się z tym nie zgadzałam. Teraz jeszcze bardziej widać, jak bardzo są nieprawdziwe. Praca do 22- giej, bezsenność, lęk i przemęczenie. To nie kariera w korpo, to rzeczywistość naszych dzieci.

Kiedy moja córka choruje, a choruje dość często, opanowuje ją jeszcze większy stres. No, bo jak tu nie iść do szkoły, znowu trzeba będzie „nadrabiać” zaległości!

Co z tego, że temperatura rośnie? Pani przecież powiedziała, że taka temperatura to nic strasznego, a katar zaraz przejdzie, że nie można się pieścić, tylko zacisnąć zęby.

Jak wytłumaczyć dziecku, że przy jego obniżonej odporności katar nie przejdzie, ale przy takiej niepewnej pogodzie przeziębienie szybko zamieni się w poważniejszą infekcję, która zatrzyma ją w domu na dłużej niż jeden czy dwa dni…?

Zastanawiam się, jak się muszą czuć pozostałe dzieci w klasie mojej córki. Większość z nich ma dodatkowe zajęcia po lekcjach. Angielski to dziś podstawa. Co tam angielski, przecież są jeszcze lekcje gry na skrzypcach, rysunek, judo, łyżwy…

Nigdy nie mówiłam mojej córce, że musi mieć świetne oceny, że powinna się starać „być dobra” ze wszystkiego. Mówię tylko, żeby była „w porządku”, nie zapominała o pracach domowych, uczyła się do sprawdzianów. Staram się dopingować ją do rozwijania swojej pasji – rysowania. Ale i na to czasu coraz mniej. Tak jak na zwykłą zabawę, na bycie dzieckiem, na spacer po wyjściu ze szkoły, żeby się trochę dotlenić.

Coś się stało niedobrego. Hodujemy roboty, nasze dzieci jak maszyny wykonują codzienne czynności, zaplanowane z precyzyjną dokładnością, co do godziny. Już na samym początku wpadają w te trybiki i jak małe zombie stają się sprostać wszystkim wymaganiom. A kiedy się nie udaje, bo zwyczajnie organizm odmawia posłuszeństwa, popadają we frustrację. To przerażające. Pora, by rodzice wzięli sprawy w swoje ręce.


Dziewczynki w szkole robią „testy na przyjaźń”. To emocjonalne okrucieństwo. Co zrobiliśmy naszym córkom?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 stycznia 2018
Fot. iStock/anyaberkut
Fot. iStock/anyaberkut

Kiedy jest mała, tulisz ją do serca często i rozpływasz nad jej kreatywnością, wyobraźnią, wiarą we własne siły. Kiedy zaczyna dorastać, widzisz jak z dnia na dzień staje się inna. Czy tak jest naprawdę, czy może to twój stosunek do niej się zmienia i coraz trudniej dostrzec ci w niej te wszystkie zachwycające cechy, które widziałaś bez trudu, gdy była małą dziewczynką? Co takiego zrobiliśmy naszym dziewczynkom, że bywają okrutne dla swoich rówieśniczek, że potrafią być bezwzględne wobec nas samych, że coraz trudniej nam do nich dotrzeć, by się z nimi porozumieć?

Przyglądam się koleżankom mojej córki. Większość z nich znam od przedszkola. Jak się zmieniły, jak wyrosły w ciągu tych kilku lat. Kilka wygląda już jak nastolatki, niektóre noszą biustonosze, nawet jeśli biustu wciąż nie widać. Niektóre ubrane modnie, w obcisłych dżinsach i fikuśnych tunikach, inne – wciąż jeszcze bardziej dzieci niż młodzież – kolorowo i „byle wygodnie”. Zaraz, stop. To dopiero czwarta klasa podstawówki, a już tak wyraźnie  widać te różnice?

Ale nie tylko o ubrania tu chodzi. Nastała nowa moda, „testowanie przyjaźni”. Najpierw dziewczyny walczyły wzajemnie o sympatię tej jednej, najbardziej popularnej. Później w klasie zapanowały coraz większe podziały i moja córka straciła możliwość zabawy z ulubioną koleżanką. „Jeśli chcę się nią przyjaźnić muszę przejść test przyjaźni” – wyjaśniła mi pewnego dnia. Zrobiło mi się słabo. Przed oczami pojawiły się natychmiast wszystkie możliwe artykuły dotyczące niebezpiecznych, ale coraz bardziej obecnych wśród dzieci zabaw, wyzwań i zakładów. Ale tak jawne okrucieństwo emocjonalne nie dotyczyło nas nigdy w tak bezpośredni sposób. Z bólem serca słuchałam o tym, jak mojej córce nie wolno bawić się z przyjaciółką, którą znała przecież od kilku lat, dopóki nie przejdzie odpowiedniej próby. Jakie zadania ją czekają, tego nie wiem. Na razie „jest przyjęta”, na chwilę. Ale musi się starać, bo inaczej, straci sympatię koleżanki i „mózgu” całej afery, czyli „tej trzeciej”, kierującej wszystkim niczym szara eminencja.

Tego wieczora odbyłyśmy długą rozmowę o tym, czym jest przyjaźń, miłość i lojalność. O tym, że nie wolno nikomu kazać na nie zasłużyć. I o tym wreszcie, że warto poczekać trochę na szczerą, dobrą relację z kimś, kto polubi i zaakceptuje cię takiego jakim jesteś. Obie płakałyśmy w poduszkę, choć z zupełnie innych powodów.

Znajoma mówiła mi ostatnio, że w klasie jej córki panuje jeszcze inna moda. Codziennie wybiera się tę dziewczynkę, która wygląda (czyli jest ubrana i uczesana) najlepiej oraz tę, która wypada najgorzej. Ta ostatnia zostaje odrzucona na cały dzień, a następnego dnia musi się „zrehabilitować” lepszym wyglądem, lub „przekupić” jakoś koleżanki.

W tym wypadku rodzice i wychowawca klasy zadziałali od razu, organizując serię spotkań z psychologiem.

Widać to coraz bardziej w naszym codziennym życiu. Dziewczynki uczą się, że agresja relacyjna jest po prostu czymś naturalnym. Tylko niewielu z nich uda się tego doświadczenia uniknąć, większość, choć raz padnie jej ofiarą..

Agresja relacyjna ma wiele postaci i może obejmować zarówno plotki jak i publiczne upokarzanie , wykluczenie społeczne i budowanie sojuszy przeciw upatrzonej „ofierze”. Biorąc pod uwagę, że wiele dzieci ma teraz dostęp do smartfonów, tabletów i innych form technologii, przybiera także postać  cybernękania. Granice są tu bardzo niejasne. Co się dzieje z dziewczynkami, które doświadczają takiej przemocy?

Cóż, zaczynają się nieobecności w szkole, bo to miejsce i osoby, które tam spotkamy napawają nas lękiem. Są problemy ze zdrowiem psychicznym, zaburzenia psychosomatyczne, a nawet zaburzenia jedzenia. Jeśli w porę tego wszystkiego nie wyłapiemy, sytuacja naszego dziecka może doprowadzić je do myśli samobójczych oraz depresji i zaburzeń lekowych. Naszym podstawowym błędem i przyczyną kłopotów jest zaniedbanie i brak czasu na to, co naprawdę ważne – stały i dobry kontakt z dzieckiem.

Co możemy i powinniśmy robić?

Przede wszystkim od dzieciństwa mówić córkom (synom również, ale nie o nich dziś ten tekst), czym jest agresja. Musimy podawać konkretne przykłady i konkretne podpowiedzi, jak sobie radzić w momencie, gdy ktoś stosuje wobec nas elementy przemocy relacyjnej. Starajmy się pomóc zrozumieć różnicę miedzy dokuczaniem, kłótniami i aktami zastraszania. Rozmawiajmy, odgrywajmy scenki.

Poza tym ważne jest, by nasze dzieci wiedziały, że muszą stawać w obronie kolegi lub koleżanki, któremu dzieje się krzywda.

No i najważniejsze chyba, to budowanie empatycznego środowiska. Dzieci, które ranią innych, cierpią. Musimy pomóc dzieciom zrozumieć, że empatia i współczucie są ważniejsze niż popularność, wygląd, wyniki testów i zasobność portfela. Bądźmy dobrym przykładem.