Kochać kogoś innego, to nie to samo, co mieć siłę, by odejść, by zostawić tego, z kim jesteś

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 czerwca 2018
Fot. iStock / muratseyit
 

Niektórzy uważają, że łatwiej jest się dać się porzucić niż samemu odejść. To nie jest prawda. Są momenty, są takie okoliczności, kiedy nie możesz po prostu odejść, zostawić osoby, z którą spędziłaś nawet jakiś mały kawałek swojego życia. Są chwile prawdy, kiedy dochodzi do ciebie okrutny fakt – miłość do kogoś innego nie starczy, by podjąć decyzję o zakończeniu związku. Bo jest jeszcze życie. Bo jest poczucie winy, poczucie obowiązku, emocjonalna zależność, rzeczywista albo wyimaginowana. Bo są dzieci, bo są pieniądze. I cała reszta w twojej głowie.

Jesteście razem długo. Może nawet całe lata, może dekady. Macie wspólnych znajomych, bywacie u swoich rodziców na rodzinnych uroczystościach. Może łączą was dzieci, dom. Wpadacie w rutynę, która daje jakieś bezpieczeństwo, jakąś przewidywalność. Łapiesz się na tym, że myślisz „To tyle? To nic już mnie więcej nie spotka?”. Ale jednocześnie dobrze ci z tą myślą, że masz w życiu coś na stałe. Jesteście jak skała.

I wtedy zdarza się to nieprzywidywalne. Spotykasz JEGO. Twój świat przewraca się do góry nogami. Wszystko zaczyna do siebie pasować, każdy pojedynczy fragment układanki. Poza tym, oczywiście, że nie jesteś „wolna”.  O, nie. Ty jesteś zaplątana w milion sieci zależności. Ot, życie po prostu. Życie, które przez długi czas układałaś sobie z kimś innym.

Podejmujesz decyzję, żeby się do niego zbliżyć. Sama nie wiesz jak i kiedy, nagle masz romans. Ale nie, ty nie nazywasz tego romansem. Dla ciebie to jest tak naturalne jak oddychanie. Tak naturalne jest to, że to wy dwoje powinniście być razem, a nie ty i twój partner. Bo przecież ze swoim partnerem nigdy się tak nie czułaś, nigdy nie byłaś tak pewna, że spotkałaś drugą połówkę.

Czas mija i nie możesz już żyć jak dotąd. Opada namiętność, kończy się szaleństwo, przychodzi refleksja nad rzeczywistością. Mąż w domu, ukochany gdzieś na mieście. Ukradzione chwile szczęścia i ogromny, niewyobrażalny ból. Ból płynący z tego, że twoja miłość jest niemożliwa. Wyobrażasz sobie, jakby to było, gdybyście spotkali się kilka, kilkanaście lat wcześniej. Jest też cierpienie związane z tym, że żyjesz w kłamstwie, że krzywdzisz. I łzy, złamane serce, bo musisz tę swoją miłość ukrywać. Bo nie masz do niej prawa.

Nie osądzam cię. Nie śmiałabym, choć nie pochwalam zdrady. Ale wiem jak okrutnie jest uświadomić sobie, że kochasz kogoś innego i nie możesz z nim być.

Przez chwilę stoisz na rozdrożu. Jesteś świadoma swoich uczuć. Nigdy nie odczuwałaś niczego bardziej wyraźnie. Ale jest też trochę tak, jakbyś grała w filmie. Patrzysz na siebie z boku i żal ci samej siebie. Przecież nie tak miało być.

Potem przychodzi strach. Chcesz uciec, schować się w jego ramionach przed całym światem. Jasne, że nie możesz, że tego nie zrobisz. Przecież masz dzieci. Przecież nie jesteś okrutna, wobec partnera też masz jakieś pozytywne odczucia. To, że nie kochasz męża, nie znaczy, że możesz go zranić, skrzywdzić. To, że kochasz innego, nie znaczy, że łatwo ci odejść.To nie znaczy, że masz na to siłę. Wręcz przeciwnie. Nagle opadasz z sił. Nie wiesz jak to się dzieje, ale jesteś emocjonalnie i fizycznie wyczerpana. Świadoma tego, że nadszedł czas na decyzję.

Ta sytuacja nie przynosi niczego pozytywnego. Dobija cię poczucie winy. Wydaje ci się, że on i tak wszystko wie, że cię przejrzał. Ale nie robisz z tym nic. Nie chcesz wziąć na siebie wagi tego rozstania. Odpowiedzialności.

A może masz wątpliwości. Jesteś jak sparaliżowana przy podejmowaniu decyzji. Boisz się przyszłości. Jak to teraz będzie, jeśli wszystko zostawisz i odejdziesz? Jesteś pewna swojej miłości, ale jest jeszcze jego miłość? Masz coraz bardziej absurdalne myśli. Może spotka cię kara za to, że chcesz zostawić męża i nowy partner też cię zostawi? Przecież karma… Przecież tak się nie robi… Przecież nie masz już drogi odwrotu…

Są jeszcze znajomi, przyjaciele, rodzina. Nie zrozumieją, potępią cię. Jak im wytłumaczyć, że „znów” się zakochałaś, ale tym razem naprawdę? Że żyłaś w kłamstwie o miłości, a nie w miłości? Że miałaś prawo się pomylić?

Nie zazdroszczę ci twojej sytacji. Kochać kogoś innego, to nie to samo, co mieć siłę, by odejść, by zostawić tego, z kim jesteś. Nie umiem ci poradzić, nie umiem pomóc wybrać. Mogę tylko stać z boku i wierzyć, że cokolwiek się wydarzy, na końcu tej drogi osiągniesz spokój i poczujesz się szczczęśliwa. Wierzę głęboko, że to jeszcze możliwe.


„Rzucić natychmiast” – powiedziała, to rzuciłam. Jak przyjaciółki rujnują nam związki

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 lipca 2018
Nasze życie to wybory. To my decydujemy, gdzie chcemy być. Kochana Przyjaciółko, co wybierasz?
Fot. iStock / piranka
 

K. i S. Znają się od liceum. „Papużki – nierozłączki” – mówili o nich już wtedy rodzice i znajomi. Lata mijały, przyjaźń kwitła. Wspólna szkolna ława, wspólne wakacje pod namiotem, wspólne wieczory i pierwsza butelka wina tuż przed maturą. Właściwie S. zawsze w głębi uważała się za trochę lepszą, a na pewno ładniejszą i bardziej interesującą. I o to przecież chodzi, bo przy skromnej K. łatwiej błyszczeć i samopoczucie jest. Trochę z siły rozpędu, trochę na zasadzie przyzwyczajenia, trwały tak razem wiedząc o sobie wszystko i zwierzając się sobie z najgłębszych sekretów.

„Żaden facet nas nie rozdzieli” – mówiła S. do K. i umawiała się z chłopakami. Bywała zakochana, wtedy „znikała” z życia K. na kilka tygodni. Fizycznie znikała, bo emocjonalnie wciąż była obok. Dzwoniła, mówiła, jak spędza czas, jaki on jest fajny i jak w końcu okazuje się idiotą, niedojrzałym dupkiem, pomyłką i maminsynkiem.

K. to rozumiała, miłość w końcu jest najważniejsza i na samym początku w końcu każda para potrzebuje intymności. Sama nie miała dużego doświadczenia w miłości. Była kochliwa, ale nieśmiała. W chwilach zakochania S., K. spędzała czas sama albo chodziła do kina na węgierskie filmy. Kochała węgierskie filmy. W ogóle świetnie znała się na kinie i jeszcze na wielu innych rzeczach, o których istnieniu S. nie miała zielonego pojęcia.

Przyjaciółka rzadko kiedy przedstawiała jej obiekty swoich uczuć. „Nie wiadomo co z tego wyjdzie” – mawiała i dodawała „Ty się lepiej nie zakochuj, aż ci powiem, że warto”. Ale jakoś nie było warto. K. miała to nieszczęście, że podobali jej się glównie „kretyni”, jak mówiła jej przyjaciółka. (Bo S. zawsze służyła K. radami sercowymi. A polegało to głównie na tym, że analizowała każdą nową znajomość przyjaciółki, by na końcu wydać wyrok, że nie warto się angażować.) Zmanipulowana K. nie angażowała się więc mocniej i niekiedy długo leczyła w ciszy smutne serce. Przyjaciółka musiała mieć nosa, bo żaden z obiektów uczuć K. nie walczył ani o nią, ani o związek.

Raz jednak sprawy wymknęły się spod kontroli. K. zakochała „na poważnie” i do tego z najprawdziwszą wzajemnością. Związek kwitł, rozwijał się, owocował godzinami interesujących rozmów o kinie, o sztuce i o górach. Udanym seksem i poczuciem szczęścia.

Jej ukochany jednak niewiele mówił o uczuciach. To znaczy K. wiedziała, czuła, że ją kocha. Ale S. jakoś inaczej przedstawiała jej, jak powinien wyglądać związek.

Pełna wątpliwości K. oczywiście natychmiast zwierzyła się przyjaciółce. Ta, byłe pewna – nic z tego nie będzie, on nie jest dla ciebie, nie kocha cię, tylko gra tobą, żeby cię wykorzystać i zostawić. Zobacz, jak on cię traktuje? Nawet złamanego kwiatka nie przyniesie. Co to za spotkania w ogóle? Spacery? Jakby myślał o tobie poważnie, mówiłby o jakiejś dalszej przyszłości. Zaproponowałw spólne mieszkanie. W ogóle to on jest „jakiś dziwny” i za mło mówi.

„Natychmiast rzucić” – zarządziła S. pewnego dnia.  Więc K. rzuciła. Cierpiała długo, ale miała wsparcie w przyjaciółce. Wspólne wino, wypad za miasto, włoska pizza…

Trzy miesiące później K. szła na zajęcia fitness w innej dzielnicy, pierwszy raz. Pomyślała, że pora zacząć wprowadzić do życia zmiany, zadecydowała o tym sama. Zresztą K. była akurat zakochana i to chyba bardzo, nie odzywała się za wiele. Więc K. zetnie modniej włosy, pójdzie na zajęcia z wizażu, zacznie w końcu ćwiczyć. Musi postawić w końcu na siebie, obudzić w sobie więcej kobiecości.

Zobaczyła ich w parku naprzeciwko klubu, w którym jej instruktorka prowadziła zajecia. Objęci, zakochani. Jej przyjaciółka i były chłopak K. Uśmiechnięci, zakochani, całowali się bardzo nie po przyjacielsku na ławeczce pod pomnikiem lotnika.

Dzisiaj K. myśli, że S. właściwie miała rację. No bo co to za facet, który najpierw spotyka się z jedną, a potem jej przyjaciółką? S. nie jest zła, K. by tak w życiu o niej nie powiedziała. Zakochała się, tyle. Ale telefonu już więcej od niej nie odbierze, mimo, że przyjaciółka dzwoni i dzwoni. Wczoraj wysłała tylko jednego SMS-a, z wyjaśnieniem: „Wybacz, nie mogę patrzeć, jak spotykasz się z tym kretynem. Boli mnie serce ze strachu, że zmarnujesz sobie życie. Pa.”


„Sama tego chciałaś”. Jak komuś „dokopać”, zamiast mu pomóc

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
9 maja 2018
Fot. iStock/Favor_of_God

„Sama jesteś sobie winna”. Ile razy słyszałaś to zdanie? Co poczułaś, kiedy je usłyszałaś? Chyba cię nie uskrzydliło, prawda? Trudno mi jest wyobrazić sobie, jaka motywacja stoi za takimi słowami, ale na pewno nie są to żadne pozytywne uczucia. Bo co pozytywnego może być w powiedzeniu komuś, kto jest już wystarczająco zdołowany, że jest beznadziejny, bo coś doszczętnie zawalił? Tu chyba chodzi tylko o to, by „dokopać” jeszcze bardziej.

Pomagać i motywować trzeba umieć. Jeśli nie potrafisz, nie próbuj – to proste. Lepiej czasem przemilczeć niż powiedzieć to, co ma się na końcu języka. Bo można zrobić jeszcze większą krzywdę. A jednak takich „pomocników” z bożej łaski nie brakuje. Nawet wśród najbliższych. I nagle okazuje się, że przyjaciel, dobra ciocia czy nawet własna matka wbija ci szpilę w najmniej niespodziewanym momencie – wtedy, kiedy oczekujesz wsparcia, powiedzenia „no trudno, stało się, ale dasz radę”.

Moja znajoma właśnie się rozwiodła. Długo trwało, zanim dojrzała do tej decyzji. Dobrej decyzji, żeby było jasne. To nie był ani szczęśliwy związek ani odpowiedni facet. Typ przemocowca, w dodatku narcyz. Małżeństwem zostali bardzo szybko, przy pełnej aprobacie jej rodziny i zachwytach jego przyszłej teściowej. Gdy po ślubie pojawiły się pierwsze siniaki, moja znajoma wycofała się, zamiast głośno krzyczeć, że dzieje się jej krzywda. Bo od dziecka wpojono jej, że jeśli podejmie decyzję i coś pójdzie nie tak, nie ma prawa (tak, dosłownie „nie ma prawa”) narzekać, cierpieć, płakać z tego powodu. Ma zacisnąć zęby i znosić upokorzenie. A najlepiej żyć dalej w tej szklanej bajce. Więc ona żyła nie wiedząc co właściwie zrobić. Bo z jednej strony było poczucie, że dzieje się wielka niesprawiedliwość, że tak z nią postępować nie wolno. Ale z drugiej pojawiała się zaraz myśl, że to przecież jej wina to, co się stało, że może mieć pretensję tylko do siebie, bo się w nim zakochała.

Jak tu jednak iść po pomoc, gdy od własnej matki słyszy się słowa: „Sama się w to wpakowałaś, to sama się z tego wyplącz, masz to, na co zasłużyłaś”. I jeszcze, to najgorsze „Nikt cię do ślubu nie zmuszał, taka byłaś zakochana, a teraz co?”.

Taka BYŁA zakochana. Bardzo. Nie widziała jego złych cech, nie podejrzewała, że tak się może skończyć jej bajka i marzenie o szczęśliwej miłości.  Może zachowała się naiwnie, nieostrożnie. Popełniła błąd, jest tego świadoma, żałuje, cierpi. Jak bardzo trzeba być okrutnym, żeby w takim momencie życia dodatkowo piętnować, udowadniać winę? Przyznawać sobie prawo do ocenienia?

Tak to już bywa, że ten, kto okazuje słabość częściej wzbudza w nas agresję niż chęć pomocy. Szczególnie jeśli jest kobietą. Tak jest i z ofiarami gwałtów, którym współczujemy, ale nie w nadmiarze, bo przecież „mogłaś tam nie iść”, „mogłaś się tak nie ubierać”, „mogłaś nie być taka naiwna”. Nieważne w takich chwilach staje się to, co najważniejsze – ogromna krzywda, która się wydarzyła. Zamiast nieść pomoc, piętnujemy, powodując u ofiary wyrzuty simienia i poczucie, że to ona jest główną winną całej sytuacji.