Kobieto, masz 40 lat i mówisz, że nic dobrego cię w życiu nie spotka?! Przestań chrzanić. Oddziel grubą krechą to, co było i weź życie w swoje ręce

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 stycznia 2016
Ania Witowska/Arch. prywatne
Ania Witowska/Arch. prywatne

To ona mówi: „Potrzebujesz motywacji? Nie wiesz, czego w swoim życiu chcesz? Przyjdź do mnie. Zobaczysz kim naprawdę jesteś”. I wiecie co, nie ściemnia. Jest prawdziwa i szczera do bólu. Otwarcie mówi o tym, co  przeszła. O tym, jak była nieszczęśliwa, o depresji, o obwinianiu całego świata za to, jak wyglądało jej życie. Z tych negatywnych doświadczeń wyszła zwycięsko. Dzisiaj stworzony przez nią Kobiecy Punkt Widzenia motywuje i pozwala zmieniać życie wielu kobiet. Poznajcie kobietę z niesamowitą energią – Anię Witkowską.

Ewa Raczyńska: Robię bilans ostatnich lat i okazuje się, że od dziesięciu lat jestem, żeby brzydko nie powiedzieć – w ciemnym lesie. Tyle postanowiłam, tyle chciałam zmienić, ale nic się nie wydarzyło, nie zadziało. Dlaczego?

Ania Witowska: Bo nie wiesz, czego naprawdę chcesz. To jedna rzecz. Druga: ponieważ jest ci dobrze w tym momencie twojego życia. Widzisz, że wiele ludzi dookoła jest w dużo gorszym miejscu i myślisz sobie „Nie, no nie jest tak źle”. Poza tym tak do końca nie znasz siebie i nie masz pojęcia, jakiej zmiany chcesz, by ona cię porwała i uniosła.

Zobacz, bardzo często używamy hasła: „Chcę być szczęśliwa”, ale co to znaczy? Mówisz, że chcesz zmienić pracę, ale na jaką pracę? Chciałabyś być w innym związku, ale jaki to miałby być związek?

My nie wiemy, czego chcemy doświadczać, co by nam dało poczucie, że zostałyśmy wewnętrznie nakarmione, spełnione, że jest fajnie. A jeśli nie wiesz, czego chcesz, jaki jest sens szarpać się i próbować zmieniać, więc stoimy w miejscu. Nic nie robimy

A nie jest tak, że przed podjęciem decyzji o zmianie swojego życia hamuje nas strach?

Bardzo często w przypadku zmiany potencjalne korzyści mogą być mniejsze niż potencjalne “straty”. Rozważmy przykład zmiany pracy. W obecnej mamy swój komforcik pod tytułem: „nie muszę się wykazać, wiem, czego ode mnie oczekują, wiem, że jak trochę pościemniam to nic mi nie grozi”. A nowa praca? To już zupełnie inna sprawa. Bo to jest wejście w nowe miejsce, stanie się po raz kolejny widzialną. To przekonanie kogoś, że jestem dobra, że warto na mnie postawić. A za tym idzie strach przed konfrontacją: a co, jak nie jestem wystarczająco dobra?

I co robimy? Wolimy pozostać w starej pracy, bo to jest bezpieczniejsze. Cały proces zaczyna się już na etapie wysyłania cv. Załóżmy, że wysyłasz ich 20 i nikt się nie odzywa, potraktujesz to osobiście jako odrzucenie, jak informację zwrotną: „Ej no, moja droga, wcale nie jesteś taka fajna i wcale tak na ciebie nie czekamy”. I po to, żeby tego wszystkiego uniknąć, zostajemy w starej pracy, choć nie jest nam w niej super. I nawet gdybyśmy w ramach swojej firmy chciały rozwinąć się, wziąć na siebie nowe obowiązki, więcej zarabiać, to też tego nie robimy. Dlaczego? Bo także  boimy się, bo to jest wyjście z tego co tu i teraz , strach, większa odpowiedzialność: „A co jeśli ktoś uzna, że nie jestem tak dobra, jak o sobie myślę – zabije mnie to uczucie, nie dam sobie z tym rady”.

Mówisz, że zmiany są po to, żeby zaspokajać swoje potrzeby. Od czego zacząć?

Pierwsza rzecz to odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie: czego chcesz. A później: czy więcej zyskam idąc za tym, czego chcę, czy zostając tu gdzie jestem. Używam bardzo często takich dwóch zwrotów: „jestem zainteresowana”, „jestem zdecydowana”. Wiesz, na zasadzie: „Chciałabym schudnąć osiem kilo, ale by było super. Ale już wyjście co drugi dzień na siłownię, spocenie się, wykonywanie ćwiczeń, zrezygnowanie z kolejnego ciastka, ograniczenie cukru, odstawienie coli – nieee, to już nie”. To właśnie znaczy być zainteresowaną. Jeśli jestem zdecydowana, to po prostu, wskakuję w dresy i nawet nie muszę zapisywać się na siłownię, tylko włączam sobie w domu ćwiczenia i ruszam tyłek. BO JA TEGO CHCĘ.

No tak, to kolosalna różnica powiedzieć: „zrobiłabym to” a „robię to”.

Pamiętaj, że niczego nie zrobisz bez dobrego powodu, bo wszystko, co jest jakąkolwiek nową rzeczą, stanowi dla naszego mózgu zagrożenie. Przykładowo: dziewczyna jest singielką, chciałaby wejść w związek. Wszyscy jej podpowiadają: „Zapisz się na portal randkowy, wyjdź z domu, zacznij rozmawiać z ludźmi”. Tylko jeśli ona nie ma mocnego powodu, by to zrobić, to jej umysł mówi: „A pamiętasz jaki był Wojtek, a jak zaczniesz się umawiać z nową osobą, to znowu poczujesz się niekomfortowo. A pamiętasz, że Magda ma problemy w związku, na pewno też chcesz je mieć?” Wszystko co jest zmianą, co jest wyjściem poza to, co tu i teraz, dla naszego umysłu stanowi zagrożenie. Bo nasz umysł ma za zadanie utrzymać nas po pierwsze przy życiu, a po drugie sprawić, byśmy odczuwały komfort, były bezpieczne. A zmiana nie jest bezpieczna dla naszego umysłu.

Będziesz ćwiczyć? Zastanów się, daj sobie spokój, nie wychodź z tego domu, będą cię mięśnie bolały. Nie wygłupiaj się, przecież tak naprawdę wcale tego nie chcesz, wcale nie musisz być szczuplejsza, zobacz, ile osób jest grubszych od ciebie. Twój umysł przypomina ci każdą porażkę, każdą nieudaną próbę mówi: „Pamiętasz, w zeszłym roku też tak chciałaś i ci się nie udało. Ty lepiej nie chcij za bardzo”.

Umysł mnie fascynuje jako taki, dlatego ja zawsze mówię: pracuj nad przekonaniami. Najpierw poznaj to, co tobą rządzi i wtedy będziesz wiedziałam jak się z tym zmierzyć.

Ania Witowska/ Arch. prywatne

Ania Witowska/ Arch. prywatne

Powód powinien być pozytywny? Wzmacniający?

No właśnie wcale nie musi. Pamiętam do dziś jednego Sylwestra spędzanego z moimi dziećmi i z moim facetem, którego już wtedy tak strasznie nie lubiłam. Wtedy obiecałam sobie, że już nigdy nie pozwolę sobie, by tak się czuć, że to jest ostatni raz i jestem temu wierna. Czasami te negatywne emocje są dobre. To, że robię  Kobiecy Punkt Widzenia jest wynikiem tego, że ja tak bardzo nie lubiłam siebie, że byłam negatywnie do wszystkiego nastawiona.

Tylko jak się z takiego negatywnego myślenia wyrwać?

Jednym z moich sztandarowych warsztatów to warsztaty o budowaniu pewności siebie. Przychodzą do mnie kobiety między 25. a 50. rokiem życia i one nie wiedzą, kim są i nie wierzą w siebie, dlatego, że istnieje pewien mit: że pewność siebie dostajesz w pakiecie przy urodzeniu, albo nie dostajesz. Guzik prawda.

Poczucie wartości i pewność siebie budujesz. Co to znaczy: „Jestem pewna siebie?”. To przekonanie, że mogę na siebie liczyć, że siebie nie zawiodę, że wiem na co mnie stać, w czym jestem dobra. To jest pewność siebie. Kiedy wiem, kim jestem, to nawet gdy ktoś próbuje umniejszyć moją wartość mówiąc: „Ty jesteś nieudacznikiem życiowym”, to mnie to nie rusza, bo wiem kim jestem. A to, co mówi, to tylko jego opinia, jego projekcja. Ja znam siebie – swoje mocne i słabe strony.

Wiesz, ja przez większość swojego życia uważałam, że jestem do bani. Byłam jak uciekająca panna młoda. Co partner, to robiłam to, co on lubił. Nienawidzę chodzić po górach, ale on lubił, więc weszłam na Śnieżkę zimą. Prawda jest taka, że jeśli nie wiesz, kim jesteś to szukasz kogoś, kto by cię zdefiniował. Nie masz odwagi powiedzieć, czego chcesz, bo boisz się, że ktoś cię odrzuci, powie: „Odchodzę, bo nie jesteś dość dobra”. Ale bycie dość dobrą nie polega na tym, że dziesięć osób powie ci, że jesteś fajna, Ty masz to wiedzieć, czuć w środku.

Popatrz na ludzi z pasją. Oni nie muszą być super piękni, czy bogaci, a widząc ich mówisz WOW. Czym ci ludzie się od ciebie różnią? Oni po prostu robią ciekawe rzeczy! I tu jest klucz. Jestem przekonana, i można mnie torturować, a zdania nie zmienię, że każdy z nas ma jakiś talent, tylko trzeba zrobić solidną wewnętrzną inwentaryzację. Jak nie poznasz tego, co masz na składzie, to nie będziesz wiedziała, w którą stronę iść. Będziesz żyła życiem, które zaprojektowali ci rodzice: „Skończ dobrą szkołę, znajdź pracę, wyjdź za mąż i bądź szczęśliwa na emeryturze”.

Świetna perspektywa, nie ma co.

Prawda? BOMBA. Jestem osobą, która ma za sobą bardzo traumatyczne przeżycia: śmierć kliniczną, depresję, pobicie przez faceta. Te dramaty zmusiły mnie do zadania sobie pytania, co jest ze mną nie tak. Dlaczego inni mają dobrze, a moje życie wygląda, jak wygląda. W momencie, gdy przestałam szukać winnych na zewnątrz, a zaczęłam przyglądać się sobie – wszystko zaczęło się zmieniać.

Przed tym jak mój facet mnie skatował i tłukł mną o podłogę, miałam ewidentne sygnały,  że mam syndrom ofiary. Ale nie chciałam tego wcześniej widzieć, nie chciałam wiedzieć, kim jestem, a już na bank nie chciałam brać za to odpowiedzialności!

I zobacz, znowu wracamy do tego samego pytania: „Kim jesteś?”. I oczywiście można bzdurzyć, że w wieku 40. lat jest już za późno, by poznać siebie, ale przecież przeciętna Polka żyje około 70. lat. Więc jeszcze mnóstwo lat przed Tobą! Chcesz resztę życia przeżyć tak jak dotychczas, patrzeć na te wszystkie fajne rzeczy, które widać w oddali? I mówić: „Kurde, a ja tego nie mam, moje życie było beznadziejne”. Ja sugeruję inne rozwiązanie: zrób grubą krechę i powiedz: „Zawaliłam w swoim życiu pewne rzeczy, ale to już koniec. Chcę to zmienić”. I zmień!!

Stawiasz trudne warunki. Skonfrontować się ze swoimi słabościami? Powodzenia.

No tak, bo my staramy się dobrze wyglądać we własnych oczach i omijać słabości i bolączki, ale to, że je omijamy wcale nie oznacza, że one znikają! Wręcz przeciwnie – nadal są i zatruwają nas od środka.

Dopóki nie zajrzysz w siebie, nie skonfrontujesz tego, co jest twoją życiowa, mentalną kulą u nogi  – będziesz cały czas zachowawcza. Co więcej – będziesz drżała, że ktoś cię zdemaskuje i wytknie ci to, czego tak bardzo się boisz. Dam Ci obrazowy przykład: kiedyś przewróciłaś się na łyżwach i teraz wchodząc na lodowisko skupiasz się tylko na tym, by nie upaść. Zamiast koncentrować się na tym aby zrobić obrót, odczuwać przyjemność – zabezpieczasz się przed potencjalnym upadkiem. Analogicznie w życiu – gdy  zaliczyłaś w przeszłości ileś porażek, których nie zamortyzowałaś, to będziesz robić wszystko, by ich uniknąć. Jeśli masz za sobą nieprzepracowaną zdradę, to będziesz nadmiernie ostrożna, będziesz kontrolowała, sprawdzała swojego partnera i w końcu on nie wytrzyma i zdradzi lub odejdzie. Przyjrzenie się swoim demonom nie jest komfortowe, zwłaszcza, że jest w nas przeświadczenie: „O Boże, jak stanę twarzą w twarz ze sobą,  to rozsypię się w drobne kawałki i już się nie poskładam”, ale to nieprawda, to nie zabija. Dziewczyny, które to robią  na moich warsztatach twierdzą, że to uwalnia, przynosi ulgę, a co najważniejsze pozwala im na zrozumienie kim tak naprawdę sobą i dlaczego tak się zachowują.

Przyjrzenie się sobie pod fachowym okiem daje nam akceptację siebie oraz ogromną wewnętrzną siłę

Inna sprawa, że czasami nie ma sensu walczyć z pewnymi słabościami. To jest kwestia spojrzenia. Ja na przykład nie panuję zupełnie nad papierami, więc znalazłam księgową. I ona wie, że mam z tym problem, że mi trzeba ciągle o wszystkim przypominać, a ja i tak się spóźnię z jakimiś dokumentami.. Dzisiaj śmieję się, że mistrzynią chaosu w papierach. Doszłam do momentu, kiedy lubię i akceptuję siebie taką. To przestaje być moją słabością, nie patrzę na siebie przez pryzmat: jestem w czymś beznadziejna, tylko, że osiągnęłam w tym mistrzowski poziom.

Pozazdrościć.

Takie uczciwe przyjrzenie się sobie sprawia, że przestajesz się bać, że ktoś cię zdemaskuje. Gdy usłyszę: „Słuchaj, a ciebie kiedyś facet zdradził”, to mogę spokojnie odpowiedzieć: „Tak, zdradził, on miał niskie poczucie wartości, ja miałam niskie poczucie i tak się zdarzyło”. Albo: „A cię kiedyś ktoś pobił, co było z tobą nie tak?”, powiem: „Taką wtedy byłam osobą, ale dzięki temu, że on mnie pobił, przeszłam wielką zmianę”. Powiedz mi coś, czego o sobie nie wiem, bo prawda o mnie, którą zaakceptowałam, mnie nie rusza.

I dlatego tak bardzo zachęcam do zajrzenia w siebie najgłębiej jak się da. Możesz powiedzieć o sobie: „Jestem ambitna, zadbana, dobrze zarabiam. Ale też jestem bałaganiarą i to już nie jestem ja”. A przecież to też ty. Jeśli to wszystko zaakceptujesz, zaczniesz być wewnętrznie spójna. Co więcej, kiedy przestaniesz tracić energię, na unikanie tych wszystkich rzeczy z przeszłości, kiedy to puścisz -to zrobisz miejsce na autentyczność, pasje i prawdziwe pragnienia. I przestaniesz obwiniać wszystkich naokoło, że ciebie blokują, bo największą blokadą byłaś ty sama.

Ania Witowska/Arch. prywatne

Ania Witowska/Arch. prywatne

To co mówisz popierasz własnymi, niełatwymi doświadczeniami.

Tak, ja przez większość swojego życia byłam nieszczęśliwą królową dramatów. Obwiniałam wszystkich za to, jak wygląda moje życie. Pamiętam, jak kiedyś na darmowym evencie, jakiś facet przystrojony w hawajskie kwiaty opowiadał o swoich podróżach, a ja jęczałam w myślach: „Boożeee może w innym życiu”. A tymczasem na swoje kolejne urodziny lecę na Karaiby.

I dlatego też swoim podopiecznym mówię wprost: „Hej, znam twoje wymówki, sama je sobie fundowałam, nie ściemniaj mi. Byłam tam, gdzie teraz ty jesteś i wiem, że się da”.

Pomyśl kobieto, powtarzałaś, że nie będziesz jak twoja matka, a tymczasem powielasz te same wzorce. Zobacz, jak żyjesz. Deklarujesz, że jesteś sobą, ale jak te deklaracje mają się do rzeczywistości? Nie masz odwagi nie zrobić obiadu, nie masz odwagi powiedzieć w pracy – nie zapłaciliście mi za coś. Jak widzę te dziewczyny, które mówią: „Zapiszę się na kolejne studia”, to mówię im: „Po cholerę. Przyjdź do mnie na warsztaty, nie będziesz potrzebowała żadnych studiów. Zbudujesz swoją pewność siebie i będziesz wiedziała dokładnie, czego chcesz. Te studia nie sprawią, że bardziej w siebie uwierzysz. Będziesz miała kolejny papierek, a zaangażujesz kupę swojego czasu, pieniędzy…”

I frustracji.

Oj tak. Bo ona skończy te kolejne studia i powie: „No tak, nic się nie zmieniło. Nic nie pomogło”.

To jak wiele osób jest na twoim fanpagu na Facebooku daje mi obraz, jak ludzie potrzebują tego rodzaju wsparcia.

Kiedyś napisałam o tym na blogu, że potrzebujemy rodzica nad nami, kogoś kto będzie nas dyscyplinował. Do 18-tki rodzice mówili nam, co mamy robić, w którą stronę iść, co nam wolno, a czego nie.

Jako ludzie dorośli pozornie mamy wybór, niby wolno nam uprawiać seks, ale jesteśmy zbyt na niego zmęczone. Niby wolno nam wszędzie jechać, ale nie mamy kasy. Niby możemy zmienić pracę, ale tego nie robimy.  Niby możemy robić, co chcemy, ale nie stwarzamy sobie do tego możliwości i nie podejmujemy akcji.  Dorosłość jest do bani. Bycie odpowiedzialnym za to, co mamy w życiu dla większości ludzi jest kulą u nogi. Według mnie to furtka do możliwości, bo naprawdę wiele możemy i od nas zależy jak będzie.

Życie na lepsze można przebudować praktycznie w każdym momencie, ale to nie jest coś czego się dokonuje w tydzień ani w miesiąc. Lata zaniedbań – wymagają czasu i wysiłku, ale jeśli zepniesz porządnie tyłek, zajrzysz w siebie, dowiesz się kim jesteś i zrobisz to co zrobienia wymaga, to się wydarzy. Naprawdę.


„To ojciec uczy córkę kochać. To on tworzy z niej kobietę”. Słowo kobiety do każdego ojca

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 stycznia 2016
Fot. Flickr/CC BY-SA
Fot. Flickr/mark sebastian / CC BY-SA

Drogi Tato, i inni mężczyźni, którzy jesteście ojcami,

Żałuję, że jako dziecko nie umiałam mówić i nie miałam w sobie mądrości, która mam dziś. Więc dla ciebie Tato, mężczyzno dorosłej córki, jest to lektura spóźniona (nic z tym już raczej nie zrobisz, choć pewnie możesz przeprosić). Ale dla innych? Zawsze jest szansa.

To ojciec uczy córkę kochać. To on tworzy z niej kobietę.

Słabo jest coś spieprzyć, prawda? Ogromna odpowiedzialność. To jakby się miało coś czystego, delikatnego i potem to pobrudzić. Jest świeżość, a potem syf. Łatwo o to. Dlatego nie wiem dlaczego niektórzy mężczyźni tak zaniedbują ojcostwo.

Trzeba mieć tego świadomość. Ja mam ogromne poczucie odpowiedzialności za syna. Wiem, że jestem dla niego wzorem miłości, bliskości. Nie niszczę tego, wiesz? A nie jestem łatwa, mam swoje demony, też mnie zżerają, jak twoje ciebie. Jednak odraczam złe słowa, chowam po kątach fochy, usypiam demony. Na tyle, na ile mogę. I oddycham. Wiedziałeś kiedyś, że oddychanie jest ważne? Tak, wiem, gdy miałam dziesięć lat nie było mindfulness, w ogóle bycie męskim oznaczało porywczość.

Może gdybyś oddychał zanim coś powiesz, umiałbyś być bliżej i cierpliwiej? Obok każdego/ każdej. Dzięki temu ja też umiałabym być bliżej. No ale cóż, pozamiatane.

Patrząc na ciebie mam co mężczyzn przemyślenia okropne, na szczęście dzięki mojemu mężowi wiem, że mężczyźni wcale nie są tacy jak ty. Że to tylko przypadkowa perspektywa. Dość smutna, bardzo na mnie wpływająca, ale jednak, którą da się przeskoczyć.

Fajnie, gdy kobieta to rozumie. Po latach walki ze sobą dochodzi do prostego wniosku. Rany, nie muszę tak żyć, wybierać takich facetów, a nawet jeśli mnie do nich ciągnie umiem sobie z tym poradzić. Takie proste słowa: to tylko mechanizm.

Znam wiele historii o ojcach. O ojcach bezwolnych, nieobecnych, przemocowych. O ojcach nadopiekuńczych, znikających, cichych, usługujących.  I w końcu o ojcach uważnych. Takich, których córkami powinnyśmy być wszystkie, my kobiety. Co to jest ojciec uważny? Cóż za pytanie. Jest. Wspiera, pomaga, pozwala dorastać, nie niszczy, a jednocześnie nie stawia ponad matkę czy inną kobietę. Skomplikowane.

Tak, wiem, nic o tym nie wiesz. Szkoda. Bo tylko prostota uczyniłaby ze mnie mądrą i szczęśliwą kobietę.

Zacznijmy od początku.

„Weź się w garść”, „Boże, co ty wyprawiasz?!”

(tonem pełnym zniechęcenia) mówiłeś, gdy upadałam na nartach i nie potrafiłam długo nauczyć się jeździć na rowerze.

To dlatego dziś boję się cokolwiek zaczynać. A najgorszy ból to świadomość, że ktoś mógłby mnie wyśmiać. I spojrzeć z tym samym rozdrażnieniem co ty kiedyś. A przecież wystarczyło powiedzieć: „dasz radę”.

Więc mężczyzno, który jeszcze nie jesteś ojcem dorosłej córki – próbuj być inny.

„Co za głąb. Czy do niej naprawdę nic nie dociera?!” 

(ze złością). I dziś nie lubię się uczyć, i choć wszyscy myślą, że jestem bardzo pewna siebie, gdzieś w środku czuję, że do niczego się nie nadaję. Ten lęk wiele razy podciął mi skrzydła. Nie zrobiłam nowego projektu, nie poszłam na kolejne studia, wiele rzeczy odraczam. Mam poczucie, że każdy w końcu dowie się, że jestem tępa.

A przecież wystarczyłoby powiedzieć: „spróbujmy jeszcze raz. To tylko wiedza, którą każdy może przyswoić”. To dałoby pewność i siłę, że mogę. Bo najbliższy mi mężczyzna wie, że mogę. A on, niestety, nie wierzył.

„Masz tak zrobić, bo tak”

(ostro) komunikowałeś, gdy pytałam: „dlaczego?”. Nie umiem dziś być od kogoś zależna. Gdy słyszę rozkazujący ton robię się agresywna. A w jakimś sensie wciąż jestem zależna.

A przecież wystarczyło wytłumaczyć dlaczego.

Może dzisiejsi ojcowie to zrozumieją.

„Dlaczego ona mogła, a ty nie?” (z rozczarowaniem)

To było zaraz po tych zawodach pływackich, gdy przegrałam z Ewą, chociaż bardzo mi zależało, żeby wygrać. Nie, to kłamstwo. Nie zależało mi. Robiłam to dla ciebie. Nie lubiłam uprawiać wyczynowo sportów. Ale ty nie obserwowałeś mnie bacznie tylko chciałeś, żebym spełniała twoje wyobrażenia o fajnej córce.

Dziś często rywalizuje z innymi kobietami, mam na ich punkcie kompleksy. Chociaż naprawdę dobrze pływam, jeżdżę na nartach, snowboardzie i robię wiele innych rzeczy.

A przecież wystarczyło spytać: Czujesz, że sport nie jest dla ciebie? Wtedy wiedziałabym, że jestem ważna. Że moje uczucia są ważne i nie muszę starać się spełniać oczekiwań innych. I lubiłabym sport tak po prostu.

„Zobacz jak ty wyglądasz?”, „Nie powinnaś tyle jeść”

(z dobrze ukrywanym, ale jednak obrzydzeniem). Tak, rozumiem, że lubiłeś szczupłe kobiety, że uważałeś, że to zdrowe. Jednak, gdy dziewczynka dorasta nie powinna widzieć w oczach taty braku akceptacji. Ciało to ciało. Może być grube, chude, można nad nim pracować. Byłoby łatwiej, gdyby dziewczynka wiedziała, że niezależnie od tego, jak wygląda jest dla taty tak samo piękna.

M. powiedział mi kiedyś, że przytulił swoją 18– letnią córkę i przez ułamek sekundy przytulał kobietę. Czuł jej piersi, jej biodra. Że się przestraszył. Bo nagle pomyślał, że ona jest kobietą. I że jest piękna. Tak, wiem, to tabu. Ale nic za tym nie szło. Przytulił ją. Jak ojciec córkę. I powiedział: jesteś śliczna, córeczko.

Tyle.

Ty się mnie trochę przestraszyłeś. Dziś to rozumiem doskonale. Wiem, że byłam piękna. Miałam taka śliczną buzię, tak idealne ciało. Przestałeś mnie przytulać. Mówiłeś: schudnij, zrób coś ze sobą.

Więc robiłam, pamiętasz?

Nie miałam dobrego wzorca, bo mama zawsze się siebie wstydziła. Do tej pory powtarza: mogłam być lepsza. Jaka lepsza? Miałeś idealną kobietę.

Tak ciało staje się dla kobiety tabu, bo najważniejszy jej mężczyzna (ojciec) nie akceptuje tych przemian. Ona się więc prasuje i zmienia, pracuje nad sobą, walczy o akceptację.

A przecież wystarczyło powiedzieć kiedyś:  jesteś fajna.

Tak jak tata mojej koleżanki, gdy zachwycała się jakąś aktorką powiedział: e tam, to ty jesteś piękna. I wspaniała.

No nic, Ty już za wiele zmienić nie możesz, inni mogą.

To wspaniałe usłyszeć od taty: jesteś super taka jaka jesteś. Taka kobieta umie stawiać warunki w miłości, umie kochać. Więc nie mów, że to próżne i mało ważne.

Ostatnio usłyszałam, że z rodziców trzeba brać to co dobre. Pamiętać rzeczy najlepsze. Więc, oczywiście, są rzeczy za które ci dziękuję. I bardzo polecam każdej kobiecie, by te rzeczy odnalazła. Nawet jeśli to jest porzucenie i podniesienie się po tym. To też tworzy nas. Bo skoro przeżyłyśmy utratę najważniejszego mężczyzny przeżyjemy utratę każdego.

Wiem, że opowiadam swoją historię dość egocentrycznie. Ale wszystkie mamy tę samą potrzebę. Chcemy bezpiecznego, stabilnego, kochającego ojca.

Tylko tyle. Chcemy ojca, który powie, że jesteśmy fajne, dobre i że możemy. Że damy radę. Ojca, który przytuli, zaakceptuje dorastanie, będzie.

Powie: idź, rozwijaj się, ale masz mnie. Gdyby każdy ojciec taki był,  nie cierpiałybyśmy. Nie szukałybyśmy. Nie wątpiłybyśmy. Jestem pewna. Kobieta kochana przez ojca jest po prostu silną kobietą. ZAWSZE.

Kochaj nie tak jak potrafisz, ale mądrze. To najlepsze co możesz w swoim życiu zrobić. :)


Co kryje broda brodacza? Supermoc, której nawet nie podejrzewaliście – produkuje antybiotyki!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
26 stycznia 2016
Fot. Pexels / Tim Savage  /
Fot. Pexels / Tim Savage / CC0 Public Domain

Przypuszczałyśmy to już wcześniej. Naukowcy tylko potwierdzili nasze przeczucia. Brody żyją własnym życiem, a mieszkające sobie w nich mikroorganizmy produkują… antybiotyki.

Badania przeprowadzono w USA, pobierając wymazy twarzy od 408 pracowników pewnego szpitala. Główny celem eksperymentu było znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy brody mogą stanowić źródło zakażeń szpitalnych. Okazało się, że osoby ogolone miały na skórze więcej szkodliwych mikroorganizmów niż brodate. Natomiast z próbek pobranych z bród udało się wyhodować ponad 100 różnych bakterii. W niektórych próbkach wykryto gronkowca Staphylococcus epidermidis, który szczególnie energicznie zwalcza lekooporny szczep bakterii coli (odpowiedzialny za często zakażenia układu moczowego).

Takie wyniki skłaniają nas do spojrzenia nieco bardziej życzliwym okiem na brodaczy. W końcu nie każdy mężczyzna nosi przy sobie całą aptekę :P.


Zródło: Focus.pl


Zobacz także

Fot. Pixabay/LisaLiza / CCO

Bycie matką to nie przywilej, dzisiaj to luksus

KONKURS "Jaka jest podróż twoich marzeń?"

Rozwiązanie konkursu: „Jaka jest podróż twoich marzeń?”

Kilka zwykłych pytań, dzięki którym twój związek będzie szczęśliwy

Jak dobrze znasz swojego partnera? [QUIZ]