Kobieta – „drugi sort Polaków”. Polki kontra dobra zmiana

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
26 stycznia 2017
Polki kontra dobra zmiana
Fot. iStock / Chepko

Dobrze nie było. Z pewnością nie można powiedzieć, że w poprzednich latach Polska była krajem, w którym przestrzegano praw kobiet, szanowano ich zdanie i potrzeby. Przeciwnie, o wiele musiałyśmy walczyć jak lwice, codziennie kopać się ze stereotypami i pazurami wydzierać szacunek i nasze prawa.

Ale teraz jest naprawdę źle. Ktoś dał rodzinom 500 zł na dziecko i bezczelnie mówi kobietom, że morda w kubeł. Nic wam się nie należy. Ani prawa, ani szacunek ani elementarna przyzwoitość. Mamy siedzieć w domu, rodzić dzieci i słowem nie pisnąć, że nam się nie podoba.

Codziennie docierają do nas informacje o tym, na co w tym roku zabrakło pieniędzy, z czego zrezygnowano, bo komuś było za trudno i niewygodnie, bo potrzeby kobiet są nieważne.

Czego już nie ma?

Wsparcia dla ofiar przemocy

Na początku roku okazało się, że ministerstwo sprawiedliwości uznało, że przemoc wobec kobiet to sprawa marginalna. A to oznacza, że nie ma sensu w nią inwestować. Dlatego w tym roku nie przyznano już dotacji Centrum Praw Kobiet. Powód? „Bo zawężają pomoc tylko do kobiet”

Na marginesie – organizacja ta od 22 lat pomaga ofiarom pomocy domowej. Bez różnicowania ze względu na płeć.

Problem w tym, że ofiarami przemocy są najczęściej kobiety i dzieci. Gdybyśmy też biły mężów, argument taki nie miałby racji bytu.

Idę o zakład, że gdyby była to placówka oferująca panom odstresowanie po ciężkim dniu pracy, dotacja na nią byłaby podwójna.

Niebieskiej linii   

Na stronie Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie ukazała się informacja o tym, że zostaje zawieszona „Niebieska Linia”, czyli telefon zaufania i poradnia dla osób, które stały się ofiarami przestępstwa. Rocznie pod numer dzwoniło przecietnie 6 tys. osób. Byli to głównie mieszkańcy małych miejscowości, którzy w swoim miejscu zamieszkania nie mają dostępu do takich specjalistów oraz osoby np. ofiary gwałtów, które wstydzą się opowiedzieć o swoich przeżyciach.

Powód zawieszenia „Niebieskiej linii”? Oczywiście brak dotacji.

Ludzkiego porodu

Zdecydowano, że standardy opieki okołoporodowej czyli np. możliwość wyboru pozycji przy porodzie, picia, znieczulenia itp. będą obowiązywać tylko do końca 2018 r. W myśl przyjętej w połowie ubiegłego roku ustawy o działalności leczniczej nie będą one więcej określane w drodze rozporządzenia a jedynie wytycznych towarzystw naukowych. W praktyce będzie to oznaczało, że personel szpitala zastosuje się do nich tylko jeśli będzie chciał. Jeśli nie – nie mamy nic do powiedzenia,

Nieoficjalnie mówi się o tym, że zmiana przepisów to efekt skarg pacjentek na lekarzy za złe traktowanie podczas porodu. Teraz podstaw prawnych do wnoszenia skarg już nie będzie.

Na marginesie – zniknie także obowiązek ludzkiego traktowania kobiet roniących ciążę i rodzących martwe dziecko.

Koniec z pigułkami bez recepty?

Całe szczęście, że zakaz sprzedaży elleOne bez recepty wprowadzany jest „przy okazji” nowelizacji przepisów o tzw. ratunkowym dostępie do leków, bo inaczej już by one zostały wprowadzone. Komitet Stały Rady Ministrów przyjął nowelizację ustawy na początku grudnia. Teraz przyjąć je musi także rząd oraz sejm. Z tym raczej nie będzie większego problemu, więc prawdopodobnie około połowy roku, będzie już po ptakach.

Prawa do ciała

Choć październikowe protesty kobiet zatrzymały procedowanie przepisów dotyczących całkowitego zakazu aborcji przygotowanych przez aktywistów z Ordo Iuris, nic nie jest jeszcze przesądzone. Do Sejmu trafiła bowiem petycja w tej sprawie. Tym posiedzeniu posłowie zdecydują, czy będą nad nią pracować.

Jeśli tak, znów pod znakiem zapytania stanie prawo kobiet do usunięcia ciąży powstałej w wyniku gwałtu lub takiej, gdy wiadomo, że płód jest mocno uszkodzony i nie będzie w stanie samodzielnie żyć poza organizmem matki.

Trudniej z adopcją

Choć rząd namawia do rodzenia dzieci z niepełnosprawnościami, wciąż nie wiadomo, co potem będzie się z nimi działo. Niby została przyjęta pod koniec roku uchwała „Za życiem” ale to, co zostało w niej zaproponowane, nie ułatwi w znaczącym stopniu życia rodziców niepełnosprawnych dzieci. Na osłodę zostanie 4 tys. trumienkowego dla tych kobiet, które te chore dzieci urodzą. Ale tego nie warto komentować.

Dla niepełnosprawnych dzieci i tych ze znacznymi dysfunkcjami często jedyną szansą była adopcja zagraniczna. Choć nie jest to rozwiązanie idealne i musi być mocno nadzorowane, by nie dochodziło np. do handlu dziećmi, to na pewnie nie jest dobrym rozwiązaniem zamykanie jednego z trzech ośrodków w Polsce zajmującego się adopcjami międzynarodowymi. Po 27 latach Krajowy Ośrodek Adopcyjny TPD przestanie istnieć.

Szkoły kontra rodzice

Niby minister edukacji Anna Zalewska coś wspominała o konieczności przywrócenia rodzicom w szkole podmiotowości, ale wydaje się, że jednak będzie na odwrót. Likwidacja gimnazjów to dla rodziców dzieci zdolnych konieczność zorganizowania im edukacji na własną rękę i za własne środki.

Zwykle jest tak, że do szkoły podstawowej wysyła się dziecko najbliżej domu. Dopiero potem widać, w jakim kierunku dziecko powinno się rozwijać i dlatego gimnazjum wybiera się już rozsądniej. Gdy tej możliwości nie będzie, rodzice będą musieli przenieść je do szkół prywatnych lub płacić za nie już od pierwszej klasy. Albo ewentualnie zapisać dziecko na szereg korepetycji i zajęć dodatkowych.

Życia rodzicom nie ułatwiło także zatrzymanie sześciolatków w przedszkolach. W rezultacie w wielu placówkach zabrakło miejsca dla młodszych dzieci, a mamy kolejny rok chcąc czy nie, musiały zostać w domu lub wynająć opiekunkę.


Wybaczyłam mu, ale nigdy nie zapomnę tego, co mi zrobił. Piętno ofiary przemocy zawsze będę nosić w sobie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 stycznia 2017
Wybaczyłam mu, ale nigdy nie zapomnę tego, co mi zrobił. Piętno ofiary przemocy zawsze będę nosić w sobie
Fot. iStock / Elisabetta Stoinich

– Siedziałam w łazience i patrzyłam na swoje ciało…  Było posiniaczone, zobaczyłam siniaki na nogach, na rękach… A myślałam, że on mnie tylko popycha, bo się na mnie denerwuje, bo nie chce, żebym była w tym momencie blisko niego. Większy ode mnie, mocniejszy. Jak mnie popchnął, to leciałam przez cały korytarz, na ścianę…

Agnieszka ma 36 lat, jest mamą dwóch chłopców 13-letniego Patryka i 9- letniego Damiana. Drobna, ładna bardzo. Z szerokim uśmiechem otwiera drzwi swojego mieszkania. – Przepraszam, jeszcze lampy nie mam – tłumaczy, że jeszcze się urządza. – Mieszkamy rok, ale tak naprawdę dopiero od miesiąca czuję się tu dobrze, bezpiecznie.

– No nie udało mi się jakoś to życie. Nie udało w relacjach z facetami. Pierwszy okazał się nieodpowiedzialny, drugi – uciekał z domu, właściwie go nie było, miał matkę alkoholiczkę, a w efekcie dzisiaj sam nie radzi sobie z alkoholem. Byłam przyzwyczajona, że jestem sama, że muszę sobie radzić. Na wszystko musiałam sama zapracować. Pochodzę z małego miasteczka, rodzicom nigdy się nie przelewało, na studiach pracowałam, żeby się utrzymać. Śmiali się ze mnie, że mam motorek w tyłku, bo wszędzie mnie pełno – i towarzysko i zawodowo.

Rafała poznałam pięć lat temu. Zobacz, jeszcze uśmiecham się na to wspomnienie… Mieliśmy wspólne zainteresowania, trochę się uzupełnialiśmy – on z tych spokojnych domatorów, a ja wiecznie idąca do przodu. Dobrze było mieć koło siebie kogoś, kto cię wyhamowywał, zabierał na spacer, do kina. Nie mieszkaliśmy razem. Ja po przejściach z dwójką dzieci, on w trakcie rozwodu, chyba nie chcieliśmy na początku sobie bardziej komplikować życia. Dzisiaj – patrząc z perspektywy czasu, jednego żałuję, że nie posłuchałam swojej intuicji. To ona podpowiadała, że coś jest nie tak, że to nie ten facet. Kiedy chciałam się z nim rozstać, wystawał pod moim mieszkaniem, sprawdzał czy jest moje auto, czy maska jest ciepła, by dowiedzieć się, czy wyjeżdżałam. Wydzwaniał, błagał, żebym do niego wróciła. Uległam, tyle lat byłam sama, też potrzebowałam męskiego ramienia, kogoś na kim mogłabym się wesprzeć, kto by mnie przytulił, pogłaskał po głowie mówiąc, że będzie dobrze, kiedy miałam wszystkiego dość.

Ludzie mówią: „Przecież każda kobieta ma wybór, wyrzucić go z domu, wymienić zamki i po kłopocie”. Nie wiem, czy tak kiedyś myślałam, ale dziś wiem jedno: to tak nie działa. Uwierz, ja go pakowałam, wystawiałam mu rzeczy na korytarz, za drzwi, ale to nigdy nic nie dało. Jak nie chciałam go wpuścić do mieszkania, to od szóstej rano przez godzinę walił w drzwi, kopał, a mi było wstyd przed sąsiadami… Kiedy go wpuściłam, wykręcił górny zamek, żebym nie mogła się od środka zamykać.

Narasta w tobie strach. Boisz się, że cokolwiek zrobisz, on wróci i cię zabije. Ta myśl towarzyszy ci cały czas. Niezmiennie. Boisz się zasnąć, boisz się wstać. Nie wiesz, co cię tego dnia czeka.

Wprowadził się, kiedy kupiłam mieszkanie. Nie pomagał w remoncie. Pytał tylko, kiedy to się skończy? Ile może trwać? On właściwie tylko leżał. Leżał grał w gry i wychodził do pracy. Ja byłam od sprzątania, gotowania i prania plus praca i dzieci. „Ty to masz tu zapie*dalać na szmacie, tylko do tego się nadajesz” – dziś wiem, że słyszy to każda ofiara przemocy. W wyremontowanym pokoju, w którym jeszcze nie było mebli, wstawił swoje biurko, telewizor, fotel, rozłożył sobie śpiwór: „To jest mój pokój” – powiedział. Nie wiedziałam, co się dzieje, nie wiedziałam, jak zareagować. Kiedy mówiłam: nie szanujesz nas, pomóż mi – zaczynała się awantura. Krzyczał, szarpał mnie.

Myślałam: „Może to ja jestem winna, może to ze mną coś jest nie tak, skoro już dwa związki mi nie wyszły i w tym też jest nie jest dobrze”. Tymczasem synowie spali ze mną, bo się bali. Starszemu groził, że utopi go w wannie. Młodszemu robił karczemną awanturę za to, że wziął jego długopis do szkoły. Wpadał w szał z najmniejszego powodu. Wydzielił w lodówce półki. Dawał mi 500 złotych na życie – z tego miałam go nakarmić, wyprać i utrzymać mieszkanie.

Rzucił się na mnie z rękami. Bałam się, bo w jego oczach było tyle nienawiści… Zaczął mnie dusić. Wyrwałam się i wezwałam policję. To jest śmiech na sali. Jesteś przerażoną kobietą, przyjeżdża policja, wpuszcza do twojego domu rodziców oprawcy, którzy jeszcze cię obrażają. Jego mama, która wcześniej podziwiała, jaka jestem pracowita, jaka zaradna, przy policji powiedziała: „Ona to jest leń śmierdzący! Wziął sobie mój syn taką z dwójką dzieci i musi na nich harować…”. Świat mi wirował przed oczami.

Jasne, że przepraszał. Teraz już widzę ten schemat: poniża, upokarza, zastrasza, bije i… przeprasza. Że się zmieni, że on tak nie chce, że od teraz wszystko będzie inaczej. Tyle tylko, że nic się nie zmienia. Każda ofiara przemocy powinna zrozumieć: NIC SIĘ NIE ZMIENI.

Nadeszły wakacje, a ja uciekałam z domu z dziećmi – na basen, nad jezioro, byleby tylko nie być w domu. Kiedy wracał do domu po nocce, budziłam się godzinę wcześniej z kołataniem serca, ze strachem za co tym razem wytarga mnie z łóżka… Płakałam, kiedy zabrałam chłopców nad morze i gdy zdałam sobie sprawę, że czuję się bezpiecznie w obcym domu, w obcym łóżku, że tam na wakacjach mogłam spać spokojnie.

Nikt nie wiedział. Nosisz w sobie taki głęboki wstyd, wstyd, który nie pozwala ci się najbliższym przyjaciółkom przyznać do tego, co dzieje się w twoim domu. Notorycznie odwoływałam spotkania, bo nie wiedziałam, co się wydarzy w moim domu. Jeśli już odważyłam się z kimś spotkać, to zawsze w mieście… Dom to było miejsce, gdzie pachniało strachem, gdzie unosił się zapach lęku i niepokoju.

Wiedziałam, że muszę to zakończyć, że muszę zrobić wszystko, by on zniknął z naszego życia. Musiałam to zrobić dla moich synów: „Mamo, boję się o ciebie”, „Mamo, chodź, nie dyskutuj z nim, nie kłóć się, chodź mamo, daj spokój…” – mówili, a w ich oczu trudno było dostrzec radość. Młodszy zaczął moczyć się w nocy, starszy coraz częściej zostawał u babci po szkole. Wiedziałam, że ich tracę…

Kopnął mnie w brzuch tak mocno, że poleciałam na drugi koniec pokoju. Obudziłam się z mokrą twarzą oblaną wodą, a on klepał mnie po twarzy, żebym odzyskała przytomność. Uciekł. Niewiele pamiętam. Na brzuchu miałam odcisk jego stopy. Dotarłam do sklepu przyjaciółki, zawiozła mnie na policję, zgłosiłam popełnienie przestępstwa, złożyłam zeznania, przyjaciółka była potrzebnym w sprawie na wtedy świadkiem. Do domu wróciłam z policją. Schowałam się do piwnicy, kiedy go wyprowadzali. „Co się stało?” – spytał sąsiad. Podniosłam koszulkę, pokazałam posiniaczoną twarz… Mówił, że słyszał czasami krzyki, ale nie wiedział…, że jak trzeba wymienić zamki, to on pomoże.

Całą noc spędziłam siedząc do drzwiami, płacząc i trzęsąc się ze strachu, że on wróci, że mnie zabije. Wtedy żałowałam, że poszłam na policję, że powiedziałam głośno, co on robił mi, co robił nam przez te miesiące, gdy mieszkał. To wszystko, co jest wtedy w tobie, emocje, myśli… To cię paraliżuje, nie pozwala myśleć racjonalnie.

Ciało zdradza Agnieszkę – kuli się i trzęsie na kanapie, nie jest w stanie nad tym zapanować. Pyta, czy mi nie zimno tłumacząc, że tak reaguje na silny stres.

– Dostał zakaz zbliżania się do mnie. Trafiłam do psychologa. Powoli docierało do mnie, że to nie moja wina, że niczym nie zasłużyłam na takie traktowanie. Na grupie terapeutycznej obok mnie siedziała kobieta, przez 20 lat żyła ze swoim oprawcą. Na jej twarzy widziałam każdy mięsień reagujący na wszystko to, co opowiadała. Miałam wrażenie, że mówi tylko do mnie… Wtedy zrozumiałam, że ona opowiada, jak moje życie wyglądałoby za 20 lat, gdybym z nim została… Ofiara przemocy nie dźwignie się bez pomocy specjalistów. Dla mnie najbliższymi osobami wtedy były kobiety z grupy terapeutycznej, rozumiałyśmy się, nie oceniałyśmy, wspierałyśmy.

Dzisiaj mogę już siedzieć w pokoju, który on nazwał „swoim”. Bywa, że wieczorami mimowolnie płyną mi łzy…

Jeszcze nie jestem zdrowa, jeszcze czasami za nim tęsknię, idealizuję go, bo chciałabym mieć obok siebie mężczyznę, a przecież między nami też były dobre chwile, było ich dużo. Ale jest we mnie głębokie przekonanie, że już nie pozwolę mu wrócić, że powoli odzyskuję siebie. Buduję na nowo siebie, choć już nigdy nie będę tą Agnieszką, co kiedyś. Można wybaczyć, ale nie da się zapomnieć. Wybaczyłam sobie, wybaczyłam jemu, ale piętno ofiary przemocy będę w sobie nosić do końca życia.

Przerwałam to koło, podniosłam się. Patrzę na moje dzieci, jak się uśmiechają, jak są spokojne. Zasypiają w swoich łóżkach, ja śpię coraz lepiej, mniej we mnie niepokoju i lęków.

Nie opowiadam o tym, co się wydarzyło w moim życiu. Ogólniki zna kilka osób. O wszystkim powiedziałam mojej przyjaciółce, kiedy przyleciała do Polski. Siedziałyśmy i płakałyśmy. „Dlaczego nie powiedziałaś mi tego wszystkiego wcześniej?” – spytała, a ja nie potrafiłam, nie mogłam, wstydziłam się.

Kilka tygodni temu spotkałam jego matkę, która patrząc mi głęboko w oczy powiedziała tylko: „Mówiłam ci, żebyś się nigdy z nim nie wiązała…”.


Plotkowanie zbliża i daje nam… radość. Zaskoczeni?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
26 stycznia 2017
fot. iStock/ bowie15
fot. iStock/ bowie15

Plotkowanie raczej nie kojarzy nam się z niczym przyjemnym i oficjalnie jesteśmy przeciwne, ale najnowsze doniesienia włoskich naukowców pokazują to zachowanie w innym świetle. Badacze z uniwersytetu w Pavii twierdzą bowiem, że plotkowanie ma działanie dobroczynne, tworzy więzi, atmosferę zrozumienia i zgody. Jak to możliwe i skąd te wnioski?

Wszystko za sprawą oksytocyny, którą w trakcie plotkowania uwalnia nasz organizm. Hormon ten produkowany jest przez nasze podwzgórze i potocznie nazywa się go hormonem miłości i przyjaźni. Oksytocyna reguluje także różne zachowania społeczne, w tym te odpowiedzialne za tworzenie więzi, a niektóre badania mówią, że dzięki niej odczuwamy większą przyjemność z dotyku.

Włoski eksperyment przeprowadzono wśród studentek, które podzielono na dwie grupy. W jednej z nich wywołano dyskusję na temat ciąży jednej z dziewcząt, a w drugiej rozmawiano o wypadku sportowym. Następnie rozmówcy zeszli na neutralne dla nich tematy. Celowo badacze ograniczyli się tylko do jednej płci, by pociąg fizyczny między uczestnikami nie miał wpływu na uzyskane wyniki. Co się okazało? Wśród osób rozmawiających o wypadku poziom oksytocyny w ślinie wzrósł o 2 procent, natomiast wśród plotkujących o koleżance podniósł się aż o 50! Przy dyskusji na tematy neutralne w obu grupach poziom oksytocyny spadał. Na wszystkie uczestniczki rozmowa wpłynęła korzystnie i uspokajająco – dzięki niej spadł ich poziom hormonu stresu, czyli kortyzolu.

Plotkowanie to nie tylko przekazywanie pikantnych i „smakowitych” informacji o innych, ale też sposób na zintegrowanie grupy społecznej poprzez ostracyzm i wykluczenie tych, którzy wpływają na jej niestabilność (np. osób rozbijających rodziny). Ten klimat zgody zbudowanej przez plotkę jest jednak bardzo ulotny i krótkotrwały, bowiem oksytocyna szybko wraca do swojego normalnego poziomu.


Na podstawie: www.rynekaptek.pl

Zapisz


Zobacz także

Mat. prasowe

Kochasz kryminały? To może urlop w Szwecji? Akcja „Kocham podróże, kocham swobodę”. Dzień #10 [25.05]

Fot. iStock/IvanJekic

„Nie chodziłam na imprezy, nie miałam chłopaka” Gdy jesteś dla siostry jak matka

Screen/Youtube

Ile warte jest życie? Co dla ciebie jest ważniejsze? Takie kampanie społeczne powinien obejrzeć każdy