Kobieta po 40-tce jest dojrzała, świadoma i interesująca. Pie*dolę to, chcę być młoda! W dupie mam tę niby „lepszą jakość”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
14 czerwca 2018
Fot. iStock/Anchiy
Fot. iStock/Anchiy
 

No dobra, niby starzeć powinno się z godnością. Ileż to ja ostatnio tekstów nie przeczytałam, że życie kobiety dopiero zaczyna się po 40-tce, że wszystko co najlepsze właśnie wtedy nas czeka. Ba, moja mama idzie jeszcze dalej mówiąc, że po 50-tce to jest dopiero haj. Patrząc na nią, to chyba po 60-tce jeszcze się nie kończy.

Niedużo do zakończenia tej czwartej dekady i mi zostało, więc łaknę takich tekstów jak kania dżdżu (właśnie kania – grzyb, czy kania – ptak? wolałabym być ptakiem). Myślę sobie: „co tam 40-tka, życie dopiero się przede mną otwiera, w końcu wiem, czego chcę, a już na pewno czego nie chcę”. I tak karmię się tym, ba – szczerze w to wierzę, bo też tak się czuję. Tylko niezmiennie dopada mnie zdziwienie, kiedy ktoś, kto wygląda na jakąś 30-tkę, zwraca się do mnie per pani. Trochę jakbym w pysk dostała, bo przecież ja się duchem dużo młodsza od niego czuję. I w ogóle kumpela jestem, a nie jakaś tam pani. Pani to może być ktoś po 70-tce (matko, jak ta granica się przesuwa). No dobra, pamiętam, jak dawno temu myślałam, że na przełomie wieków będę kończyć 21 lat. Rety – jakie ja wtedy wyobrażenie na swój temat miałam, że stara będę, dorosła, poważna. Cóż, do dzisiaj niczego takiego nie czuję. Ale uwaga – dzwoni przyjaciółka. „Nie chcę być stara” – słyszę i myślę: „Przecież jest w moim wieku”. Trochę się boję tej rozmowy, bo nie wiem, w jaki kierunku pójdzie i może okaże się, że my już położyć się powinnyśmy i na śmierć czekać cierpliwie i spokojnie, a nie jeszcze fiu-bździu jakieś w głowie.

Ale od początku. Przyjaciółka jechała pociągiem z inną przyjaciółką, która dopiero trzecią dekadę co wykreśliła na swoim kalendarzu. Ale przecież wiek nie jest ważny, prawda?. Wracają ze służbowego spotkania, a w wagonie restauracyjnym zaczepia ich facet. „Fajny, starszy od nas” – opowiada przyjaciółka. Dyskusja mocno schodzi na tematy matrymonialne, bo ta młodsza po kilkuletnim związku szuka faceta na życie. Ma farta, bo idealnym kandydatem okazuje się być inny gość, który włącza się do ich rozmowy. Ba – umawiają się na kolejny weekend. Brawo!

Co do tego ma 40-tka? Otóż to, że nagle się okazało, że ona jest za stara, żeby się z nią umówić, że przyjemniaczek – ten starszy, owszem byłby zainteresowany, ale ma dziewczynę – młodszą od nas. Młodszą! Młodszą?!? Auć! Gość po 40-tce ma młodszą laskę od nas? Przy czym ostatnio usłyszałam, że znajomy po 50-tce nigdy nie umówił się z dziewczyną, która miała więcej niż 34 lata! Nożesz ku*wa.

I jakbyśmy się nie broniły, jakbyśmy dobrze nie mówiły o tej dekadzie życia, to – uwaga (!) kobieta po 40-tce jest:

– dojrzała

– świadoma

– interesująca.

Ale nijak nie jest obiektem zainteresowania ciut starszych kolegów, bo jednak umawiać się z 40-tką to obciach! Bo lepiej pokazać się z młodszą, niż dojrzałą, świadomą i interesującą? Aaaa jeszcze coś – kobieta po 40-tce to jednak inna, lepsza jakość – możecie usłyszeć. A ja pierdolę tę inną jakość! Mam PRAWIE 40 lat, jestem fajną babką, jak wiele moich koleżanek. Zdecydowanie lepszą niż jeszcze 5 lat temu. Jestem jak wino – im starsze tym lepsze, lepiej pachnące, lepiej smakujące, bardziej upojne.

Czas zderzyć się z bolesną prawdą. Otóż, na rynku matrymonialnym 40-tki nie mają szans. Ryczące 30-tki i owszem, ale my zostajemy zepchnięte na margines męskiego zainteresowania. Choć jesteśmy: dojrzałe, świadome i interesujące (sic!). Tylko brakuje facetów, którzy by stawili temu czoło? Nie rozumiem. A nie chwila… może i rozumiem. Może faceci wolą – głupsze, mniej świadome i pełne zachwytu nad ich męstwem niż te rozumiejące, czego od życia chcą? (z całym szacunkiem do wszystkich kobiet, ja też byłam głupia i mniej świadoma – taki etap życia i rozwoju). Faceci dojrzewają później, a po 40-tce są jak mali chłopcy, którzy potrzebują być podziwianymi. Oni wtedy mają:

– kasę

– wypasione auto

– kasę.

I myślą, że to wystarczy na te młodsze, które dają im poczucie, że się nie starzeją. Ha – ale starzeją się, mają obwisłe jajka, obwisłe tyłki jak nie ćwiczą, a brzuch ozdabiają coraz to liczniejsze – mniejsze lub większe oponki, nie mówiąc o zakolach i siwiźnie – choć ta, przyznam, jest dość seksowna. I choć budzi w nich temperament ta młodsza, to z coraz większym trudem sobie z nim radzą. Ale mają kasę, więc w inny sposób wynagradzają swoje braki.

Ale wiecie, trochę im zazdroszczę, bo oni z obiegu nie wypadają, wręcz przeciwnie – korzystają, ile wlezie i czują, że ich życie koło 50-tki w pełni rozkwita.

A ja? Ze swoją dojrzałością, samoświadomością i byciem interesującą? Ku*wa czuję się jak staruszka, która to zaraz usiądzie w fotelu i będzie prawić swoje mądrości młodszym, którzy i będą się nią zachwycać, ale nie w taki jakby chciała sposób. Pie*dolę. Nie chcę być stara. Nie chcę, by ktoś miarą mojego peselu mierzył moją atrakcyjność i zamykał w jakiś szufladkach. Chcę być młoda, chcę, by inni tak mnie postrzegali, żeby widzieli, że duchem mam jakieś 26 lat i jestem młodsza od większości młodszych lasek od mnie! Nie chcę być dojrzała, świadoma i interesująca. Chcę być atrakcyjna, zabawna, seksowna, kobieca! Bo tak do jasnej cholery się czuję!

Kurde, dochodzę do wniosku, że życie koło 40-tki pełne jest sprzeczności. Bo z jednej strony zajebista jest ta akceptacja siebie, tfu – niech będzie – dojrzałość i świadomość, a z drugiej strony – no ku*wa to jakby nie patrzeć 40 lat. 20 więcej niż 20 lat temu i 10 więcej niż dekadę. Jakby tak zacisnąć zęby i pośladki i spojrzeć na siebie oczami tych 25-latków? Bilans wypada słabo. A gdyby tak przyjąć punkt widzenia 45 – latków… No ch*j jesteśmy stare w każdą stronę. Bolesna prawda, z którą za diabła nie chcę się pogodzić. Dobrze, że mój syn już nie pyta: „Mamo, a jak ty się urodziłaś, to była jeszcze wojna?”.

Cudownie jest być 40-tką wśród innych 40-letnich kobiet, ale lepiej nie rozglądać się zbyt bardzo, bo spojrzenia innych mogą od czasu do czasu skutecznie popsuć nasze dobre samopoczucie. A w sumie, w dupie – niech wiedzą, co tracą, jeszcze będą żałować.

To ja – 40-latka, która przez chwilę poczuła się staro. (pewnie jak czasami każda z was)


Muszę wam coś powiedzieć, żeby oddać sprawiedliwość wszystkim kobietom: faceci się brzydko starzeją. Bardzo brzydko

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
18 czerwca 2018
Fot. iStock/pixelfit
Fot. iStock/pixelfit
 

Siedzę sobie nad jeziorem. Jest to kolejna niedziela, bo kolejny upalny dzień, ale też kolejna plaża, na której spędzam miło niedzielny czas. Owszem – kąpię się, staję na rękach w wodzie i biorę udział w konkurach typu: „Kto najdłużej wytrzyma pod wodą”, ale też czytam książę od czasu do czasu zerkając na zbierający się tłum.

I muszę wam coś powiedzieć, żeby oddać sprawiedliwość wszystkim kobietom. Faceci się brzydko starzeją. To jest jakaś masakra! My tu fit-srit, a oni? Jakby zupełnie zapomnieli, że kiedyś pewne dziewczyny się kochały w ich fajnych ciałach, po których teraz nawet śladu nie zostało.

Przedyskutowałam tę kwestię z moim mężem, który ostatecznie powiedział, że trochę się mnie boi, jak tak ludzi obserwuję i wnioski wyciągam. Podzieliłam się plażową refleksją z przyjaciółką i stwierdziłam, że to cholernie niesprawiedliwe, że to my – kobiety, czujemy na sobie presję tego, by dobrze wyglądać, a faceci mają to głęboko w dupie. To znaczy to, jak oni się prezentują wraz z upływem wieku i ilości wypitych piw.

Wiecie, co jest najgorsze, że ja znam takich facetów, a już na pewno o nich słyszałam, co to potrafią swojej kobiecie zwrócić uwagę: „O znowu się przytyło”, „No wiesz, te boczki mogłabyś zgubić” i do tego jeszcze powłóczyć wzrokiem za jakąś blond długonogą. Nie dla psa kiełbasa, stary! Nawet ta żona, co to lepiej od ciebie wygląda sto razy, powinna pacnąć się w łeb i karnet na siłownię pod choinkę kupić, żeby w następne lato koleżanki mogły jej pozazdrościć fit męża.

Tja… marzenie ściętej głowy. Wiecie, to smutny obraz tych naszych facetów. Jeszcze dopóki się w kąpielówkach latem nie pokażą, to jak cię mogę, ale jak już rozbiorą się, to naprawdę milej popatrzeć sobie na fajne laski niż na nich. Ot – stoi tak przede mną i widok na dzieci mi zasłania – z pleców boczki wystają, bo już brzuch się rozlał na prawo i lewo. Do tego łysiejący na samym czubku głowy, ale włosy twardo trzyma na głowie, przez co jeszcze żałośniej wygląda. O kumpel mu macha. Też koło 40-tki, ale ze zwisającym już brzuchem poniżej kąpielówek. Kolejny nie lepszy – klata może i większa, ale nie z przetrenowania, tylko od otłuszczenia, będę złośliwa, ale czasami się zastanawiam, dlaczego nie wymyślili jeszcze staników dla facetów – brrr nie wygląda to dobrze. I nie chodzi mi o to, że ktoś choruje, że ma problemy ze zdrowiem, ale o zwykłe ludzkie zaniedbanie, które wypływa w tych brzuchach, cyckach i trzech podbródkach. Przecież ja sama jako gówniara do nich wzdychałam, o starsi o jakieś pięć lat byli (a t wtedy jak pół wieku niemal), przystojni, pachnący… A teraz? Wszystko woła o pomstę do nieba!

I wiecie, najbardziej wku*wia mnie to, że tacy faceci najchętniej chwalą się pięknymi żonami. Łapią je za dupę albo cycki przy wszystkich, żeby pokazać: „Zobacz, jaki jestem świetny, skoro taka dupa obok mnie stoi”. Tyle tylko, że ich samych złapać strach, dyszą, sapią, pocą się, oblepieni piaskiem nawet do wody nie wejdą, ale pamiętają doskonale czasy swojej świetności. Kiedy to jako bożyszcze tłumu mogli przebierać w panienkach, które wzroku od nich oderwać nie mogły. Mało co im zostało z tamtych czasów, chyba, że te przyciasne T-shirty, które zamiast pokazywać muskulaturę ciała, rzeźbią tylko fałdy tłuszczu, by te dało się jakoś sensownie pod ubraniem ułożyć.

Wkurza mnie to na maksa, zwłaszcza gdy słyszę moje przyjaciółki, które nim czas bikini rozpocznie się na nowo, gorączkowo liczą, ile kilogramów są w stanie stracić do urlopu i czy siłownia pięć razy w tygodniu pozwoli im zniwelować opadające pośladki. Nie ma co ukrywać – my, kobiety, lubimy wyglądać dobrze, czyli tak, by w swoim własnym ciele czuć się komfortowo. To nam wystarczy – osobiste, subiektywne poczucie, że wychodząc w stroju kąpielowym nie będziemy się chować za ręcznikiem. I nie chodzi o chudość, szczupłość i fit figurę. Im jestem starsza, tym częściej stwierdzam, że umięśnione ciała kobiet mnie osobiście nie kręcą i dalekie są od mojej estetyki pojmowania kobiecości.

Tak samo z facetami – on nie musi mieć kaloryfera na brzuchu i klaty jak Stallone. Ma być zadbany. Fajnie widzieć facetów po 40-tce, którzy biegają, jeżdżą na rowerze, pocą się na siłowni, regularnie są na basenie. I nie są jakimiś modelami z kalendarza dla starszych pań. Wręcz przeciwnie – to normalni faceci, którzy dbają o swoją kondycję, zdrowie, a przy okazji wygląd. Szkoda tylko, że są w mniejszości. Zdecydowanie odwrotnie niż u kobiet. Moja szybka plażowa statystyka wskazuje, że kobiety starzeją się ładniej niż mężczyźni, dbają o siebie bardziej, co jest ogromną dla nas korzyścią. A panowie? Cóż? Dzisiaj wieczorem zasiądą z paczką czipsów i butelką piwa oglądając mecz i niech się nie dziwią, że później my powłóczystym wzrokiem wodzimy za tymi, którzy nie tylko sport oglądają, ale też lubią go uprawiać.


„Mam wrażenie, że rodzice na mnie narzygali, a dyrektor zakłada mi śmietnik na głowę”. Współczuję nauczycielom, wyścig o dobre oceny trwa

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
5 czerwca 2018
fot. iStock / Kikovic
fot. iStock / Kikovic

– Mam wrażenie, że rodzice właśnie na mnie narzygali, a dyrektor zakłada śmietnik na głowę – dzwoni przyjaciółka na skraju wytrzymałości przed końcem roku szkolnego. Nauczycielka. – Nienawidzę rodziców, to jakaś potworna farsa.

Pracuje cały rok, 10 miesięcy siedząc w szkole. Przygotowuje się do każdej lekcji, w przeciwieństwie do części uczniów, którzy w dupie mają jej zajęcia, a ją samą jeszcze głębiej. Sprawdzian jeden, drugi. Zadania domowe, prace dodatkowe. Miło, gdy wśród uczniów są ci, którzy się zaangażują, którym też coś się jeszcze chce. Docenia tych, dla których jej przedmiot nie jest ulubionym, ale nie rzucają jej ignorancją w twarz i nie powtarzają: „Mój tata jest lekarzem, nigdy nie przeczytał żadnej lektury”. – I co takiemu zrobić? – pyta mnie, skoro wie, że pod koniec roku ów tatuś zjawi się w szkole wykładając część kasy na zorganizowanie szkolnego dnia sportu, dnia dziecka czy jakiegoś inne pseudo święta, dzięki któremu rodzice będą mogli wejść w dupę dyrektorowi, a ten wpłynie na nauczycieli, by wyciągnęli oceny dzieci wyżej, powstawiali „jakieś dodatkowe oceny za aktywność”, „docenili frekwencje”, i „nie szukali problemu tam gdzie go nie ma, w końcu dziecko z dobrego domu”. I już po sprawie.

Nauczyciele co roku obserwują ten wyścig rodziców po oceny. „To już standard” – powtarzają, w przeciwieństwie do czasów, kiedy to my kończyliśmy szkołę i z drżeniem serca wręczaliśmy świadectwo rodzicom, zwłaszcza, gdy brakowało na nim czerwonego paska – a zwłaszcza, gdy było do niego bardzo daleko. Nikt nie podważał autorytetu nauczyciela, nikt się z nim nie sprzeczał, nikt nie szantażował mówiąc, że ma znajomych w kuratorium i tylko czeka na najmniejsze potknięcie. – Pięć razy się zastanawiam nim coś powiem na lekcji – mówi przyjaciółka. – Ostatnio palnęłam, że kiedyś to przynajmniej nauczyciel mógł linijką ucznia po łapach zdzielić i powiem ci szczerze, że czekam, kiedy dyrektor mnie wezwie na dywanik, bo dzieci powtórzą, a jakiś rodzic podłapie, że nauczycielka ze skłonnościami do agresji. Pie*dolę to – rzuca mi na koniec, w końcu nauczyciel też człowiek. I wiecie co,  wcale jej się nie dziwię. 17 lat pracuje w szkole, dostaje jakieś 2200 na rękę, ostatni długi weekend spędza nie nad jeziorem, nie jedzie z nami na rowery, bo ma 130 prac do sprawdzenia. Bo jednym się przypomniało, że coś trzeba poprawić, innym, że przecież jeszcze nie pisali, plus te sprawdziany, co ma na bieżąco. Zawsze powtarzała, że lubi dzieci, że dla nich pracuje, dla nich się stara, ale z roku na rok widzę, jak traci serce do tej roboty. Zresztą jak inne moje koleżanki – nauczycielki, a mam ich sporo. Nie, one nie narzekają na kasę, na warunki, na dzieci. Tym, co ich mierzi najbardziej, co doprowadza do szału, jest wtykanie nosa przez rodziców w sprawy, w które nigdy mieszać się nie powinni i wywieranie presji na coraz to mniej czujących się pewnie na swoich posadach dyrektorach.

Mam dzieci w wieku szkolnym. Po pierwszych zadaniach domowych, gdzie uczyli się pisać rysować szlaczki, dodawać i odejmować, zapowiedziałam, że ja z nimi nad lekcjami siedzieć nie będę. Nie mam też zamiaru codziennie sprawdzać im zeszytów i wymagać dukania definicji od matmy po muzykę. Wbiłam sobie do łba, że nikt nie może być ze wszystkiego najlepszy i że moje dzieci mają same sobie znaleźć to, w czym czują się dobrze i w tym kierunku się rozwijać. A jeśli coś zawalą, poniosą tego konsekwencje – koniec kropka. Bo co to znaczy, że uczeń ma na świadectwie szóstki z matmy, plastyki, muzyki, polskiego, chemii i historii? Znam wybitnie zdolnych – to pojedyncze przypadki, ale znam też tych, którzy oceny na świadectwie nie zawdzięczają wcale swojej pracy, ale liczbom kroków wychodzonych przez rodziców i godzin, które spędzili za dzieci klejąc prace, robiąc prezentacje w komputerze i bóg wie, co jeszcze. I okej, ich sprawa. Pytanie tylko, kto tu ma problem?

Nauczyciel, który chce być sprawiedliwy wobec klasy, stawia warunki i każe uczniom ponosić konsekwencje swoich zachowań? Czy może rodzic – który swoje ambicje chce spełnić rękami dziecka, dla którego liczy się opinia innych zarówno w jego ocenie, jak i w ocenie jego dziecka. Bo co powie znajomym? Że jego syn nie miał świadectwa z paskiem? Podczas gdy ojciec dyrektor, biznesmen, lekarz czy prawnik? Dzieckiem trzeba się chwalić, a jak się nie ma czym, to trzeba pomóc trochę losowi. Tu podsunąć koszulki dla reprezentacji szkoły, to dofinansować szkolną bibliotekę albo kupić sprzęt na halę sportową. Prawda? Jakie to łatwe? I już dyrekcja skacze, jak mu taki rodzic zagra i stawia do pionu nauczycieli, którym to nie odpowiada, którzy chcą dyskutować, którzy mówią o tym, że w ten sposób wychowujemy bandę egoistów i roszczeniowców, którzy nigdy za nic nie będą chcieli wziąć odpowiedzialności, bo też nikt im nigdy na to nie pozwolił, chroniąc ich tyłki przez zderzeniem się z twardą rzeczywistością.

Znam te mamuśki biegające z ciastami, czekoladkami i kawami, które drżą na myśl, że ich syn mógłby mieć dostateczny na świadectwie. Znam te, które sprawdzają, czy inne dzieci z klasy mają tyle samo ocen wystawionych, za te same zadania, porównują zeszyty, ćwiczenia, a później z pretensją bieganą mówiąc: „No wie Pani, Karolina napisała tyle samo co mój Wojtek, ale on dostał niższą ocenę”. Nie liczy się jakość, ważna jest ilość, wszystko to, czego można się złapać, żeby ukochane najdroższe dziecko nie miało spie*dolonych wakacji jakąś mierną czy tróją. Ba – by nie mieli ich rodzice, którzy z dumą będą mówić: „No nasz Piotruś w tym roku, to się wybił”. Ch*j z tym, że pod wpływem nacisków rodziców i presji rankingów dyrektorzy każą nauczycielom podciągać oceny, żeby tylko dobrze wypaść w statystykach i w efekcie nie jest oceniana praca i zaangażowanie uczniów, ale to, czy wstawienie piątki czy szóstki z religii wpłynie na ogólny wizerunek szkoły.

Ja pie*dolę. To jest jakiś chory system, w którym coraz mniej normalności. Współczuję nauczycielom. Serio. Zjawiają się w drzwiach ich klas, piszą wiadomości na e-dziennik – rodzice, którzy tak naprawdę za nic mają dobro swojego dziecka, którzy drżą o własną dupę i swój wizerunek wśród innych. Rodzice, którzy tak jak sami są tchórzami, którzy boją się wziąć odpowiedzialność za to jak wychowują swoje dziecko, tak wychowują swoje dzieci na tchórzy, które nigdy nie zmierzą się z tym, kim są naprawdę i co sobą reprezentują. Przecież rodzic załatwi, rodzic da, rodzic naprawi. To takie proste, prawda. Powodzenia!