„Kim jestem?” – pyta siebie Ewa, ale nie umie znaleźć odpowiedzi. Wie tylko jedno, to nie jest jej życie. Nigdy go nie miała

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 grudnia 2016
Fot. iStock/alien185
Fot. iStock/alien185
 

Córeczka tatusia. Puszek – Okruszek. Duma. Oczko w głowie. Jego mała kobietka.  Ewa nie wie, czy powinna być swojemu ojcu wdzięczna za tę całą wielką miłość, którą od niego dostała, czy płakać nad swoim zagubieniem. Bo to ojcowskie uczucie owinęło ją tak szczelnie, tak wysoko uniosło nad ziemią, tak objęło troskliwymi ramionami, że dziś zbyt często brak jej tchu. W miłości zaś dusi się po prostu. I nie wie już kim jest naprawdę.

Odkąd pamięta, zawsze była najważniejsza, pierwsza, jedyna. Mama śmiała się nawet, że ojciec traktuje ją jak królową, ale to ona, ich córeczka jest cesarzową w domu. Miała jego uwagę, czas, czułość, wsparcie – coś, o czym jej koleżanki mogły tylko marzyć. Dlatego też, kiedy zaczęła dorastać, stanęła z boku, odsunęła się. Daleko jej było do ich problemów, nie rozumiała ich, nie potrafiła znaleźć z nimi wspólnego języka.

Dziwna była ta ich relacja, bez przestrzeni, bez tajemnic. Mieć przed nim tajemnice? Patrzył zawsze tak, jak gdyby wszystko o niej wiedział. Jakby ją zaprojektował, zaprogramował, była dla niego taka przewidywalna.

Oszukać go? Zawieść? Przecież tak cieszył się z każdego dowodu zaufania, którym go obdarzyła.

Czuła wdzięczność. Ogromną wdzięczność. Z tej wdzięczności chyba starała się go zadowolić, najlepiej jak umiała. Świetne oceny, udział w konkursach przedmiotowych, recytatorskich. Kolejne egzaminy z angielskiego, francuskiego. I jeszcze to pianino, którego właściwie wcale nie lubiła. Ale on powtarzał, że ma talent, że świetnie gra. Więc skończyła tę szkołę muzyczną, dostała dyplom z wyróżnieniem. Dla niego.

Mamę też kochała, ale inaczej. Ojciec był jej idolem, autorytetem, a mama po prostu bliskim członkiem rodziny. Zawsze radosna, nieco „postrzelona”, artystyczna dusza. My i mama – taki podział miała w głowie Ewa.

Studia? Te, które dla niej wybrał. Nie, niczego nie narzucał. Było jak zawsze. – Zobacz kochanie – powiedział – To będzie dla ciebie najlepsze rozwiązanie, tu sobie świetnie poradzisz. Tak jakby się bał, że Ewa stanie w końcu przed jakimś wyzwaniem. Przecież on był po to, żeby jej wszystkie kłody spod nóg usuwać. Żeby ją chronić.

Dzień po 22-gich urodzinach Ewy, ojciec odszedł. To był rozległy zawał, bez szans na ratunek. Ewa była wtedy na uczelni, odebrała telefon od mamy.Pierwsza myśl? „Boże, co teraz ze mną będzie.” A potem pustka, żal, rozpacz. Jeden wielki znak zapytania. Co dalej? W którą stronę pójść? Pół roku przetrwała tak, prześlizgnęła się przez życie, zawieszona gdzieś, emocjonalnie słaba, krucha. Mama, ekspresyjna, ekstrawertyczna, przeżywała swoją rozpacz głośno, tuż obok, a Ewa – cicha, poważna, milczała. I robiła wszystko, by nie zawalić studiów, by tata nadal mógł być z niej dumny. Byle tylko nie wybiegać za daleko w przyszłość.

A potem spotkała JEGO. Złożyła aplikację do firmy, w której był współwłaścicielem. Rekrutację przeszła, ale oferty ostatecznie nie przyjęła. Zapadła mu w pamięć, zadzwonił. Zakochała się. To znaczy, on się zakochał i ona wtedy poczuła, że to uczucie odwzajemnia. Tak, jakby nauczył ją tej ich miłości. Podał definicję, a ona ją przyswoiła, przyjęła.

Od roku mieszkają razem. Jest starszy, niezależny finansowo, mądry, opiekuńczy. Jak tata. Przypomina go nawet fizycznie. Ma takie same, brązowe, spokojne oczy. Takie same, szerokie opiekuńcze ramiona. Kocha Ewę. Dba o nią. Usuwa te wszystkie przeszkody, wszystko to, co niewygodne. Wieczorem parzy dwie filiżanki zielonej herbaty. – Ewa – pyta – nie chciałabyś być żoną?. I uśmiecha się tak spokojnie, pewnie. Bo pewny jest odpowiedzi. On WIE, że Ewa powie „tak”. Zna jej emocje, myśli, uczucia. Zna ją na wylot. Jak tata.

Ewa jest szczupła, bardzo szczupła. Dziewczęca, delikatna, śliczna. Jej twarz przypomina twarze z elżbietańskich portretów. Od pół roku dusi się w najlepszym ze związków. Czasem ma „te” sny. Ciężkie, duszące, niebezpieczne. Śni jej się, że ucieka, że chce biec na drugi brzeg, ale nogi grzęzną jej bagnie i już nie może wykonać żadnego ruchu. Tam daleko coś ją woła do siebie, jest dobre, piękne. A za plecami dziwny, nieprzyjemny głos szepce: „Zostań, tu jesteś bezpieczna”. Potem Ewa się budzi, serce bije jej bardzo mocno. Zimno jej i gorąco jednocześnie. Wstaje po cichu, nie budzi śpiącego obok narzeczonego. Idzie do kuchni, parzy herbatę i czeka, aż zrobi się jasno. Duszno jej i czuje lęk. Ogromny, przytłaczający. Chciałaby uciec, zniknąć, ale nie umie tego wytłumaczyć. Przecież powinna być taka szczęśliwa.

„Kim jestem?” – pyta siebie Ewa, ale nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Wie tylko jedno, to nie jest jej życie. Nigdy go nie miała.

Ostatnio coraz wcześniej wychodzi do pracy i coraz później z niej wraca.


Bo ty się w ogóle nie starasz. A ja tu buduję nam miłość za dwoje

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
7 grudnia 2016
Fot. iStock/Marco_Piunti
Fot. iStock/Marco_Piunti
 

– Ale o co ci właściwie chodzi – mawiał mąż mojej koleżanki jeszcze przed ich rozstaniem. I patrzył w taki sposób, że ja mu wierzyłam: naprawdę nie wiedział, o co jej chodzi. Jak większość mężczyzn, oczekiwał prostych komunikatów, najlepiej takich, na które można odpowiedzieć „tak” lub „nie” i gubił się w tych wszystkich subtelnych sygnałach. – Jemu już w ogóle nie zależy – skarżyła się ona wszystkim swoim znajomym. – Nie stara się, nie zauważa, nie interesuje się moją pracą. Nie kocha mnie już. Nie proponuje nawet, żebyśmy gdzieś wyszli. W tym związku to ja staram się jak mogę, żeby to wszystko utrzymać, żeby to jakoś trwało.

Rozstali się jakiś czas potem, zaledwie trzy lata po ślubie. W nas, znajomych pozostało po tym związku jedynie wrażenie, że przyczyną był brak zaangażowania drugiej strony, jej poczucie osamotnienia, świadomość, że jego uczucie wygasło, wypaliło się gdzieś po drodze. Bo, że to uczucie między nimi kiedyś było, nie mieliśmy wątpliwości. Ale może rzeczywiście przestało mu zależeć, a ona, biedna i oddana tej miłości do granic poświęcała swoje potrzeby w imię wspólnego „my” i budowała w pocie czoła za dwoje. Współczułam jej, bardzo.

Na kilka miesięcy straciłam kontakt z obojgiem, ale tydzień temu spotkałam JEGO. Całkiem przypadkiem zobaczyliśmy się w pewnym skandynawskim sklepie z meblami, gdzie właśnie spożywaliśmy rodzinny obiad. To znaczy – mój był rodzinny, jego raczej „pojedynczy”. Usiadłam na chwilę przy jego stoliku, przywitałam się i ścisnęło mi się serce na widok jednego, smętnego talerza z różowym łososiem i zielonym kalafiorem oraz nędznej kupki frytek. Facet zdecydowanie schudł, zmizerniał i gdyby nie mój sceptyczny stosunek do męskich nieszczęść w ogóle, z pewnością zrobiłoby mi się go jeszcze bardziej żal.

Standardowe pytanie „co u ciebie” wydało mi się w tym wypadku tak niezręczne, że ugryzłam się w język zaraz potem kiedy je zadałam. Za późno. Popłynęło. Widać, musiał wyrzucić z siebie wszystko, a nie miał dotąd okazji. Tu, w totalnym chaosie charakterystycznym dla weekendowych wypadów do centrum handlowego, wśród płaczu niemowląt i wrzasków kilkuletnich podrostków, jakoś łatwiej mu było mówić o uczuciach, niż w gronie przyjaciół, w cichej kafejce przy herbacie owocowej, czy nawet kieliszku czerwonego wina.

Był sam, od rozwodu mieszkał w wynajętej kawalerce. Dlaczego doszło do tego rozstania, to on właściwie nie wie. Bo przecież kochał, nadal kocha i nic złego nigdy nie zrobił. Kiedy przyszła do niego do pracy z pismem rozwodowym, mówiła, że się nie stara, że o nią nie dba. A przecież on dla niej zrezygnował z tego półrocznego wyjazdu do Stanów, dla niej nie wykorzystał tej życiowej szansy, byle zostać tutaj, w Warszawie, bo przecież smutno by jej było i ciężko tu samej. I kto by rano tę kawę parzył? On nie rozumie.

Dlaczego czuła się samotna? Przecież prosto z biura, dzień w dzień wracał do domu po pracy, wpadając tylko do piekarni na rogu po pieczywo na kolację. Potem już cały wieczór, w salonie, na kanapie, na wyciągnięcie ręki. Że z komputerem, telefonem? Ale BYŁ obok, cały ten czas.  I do nikogo na tym komputerze nie pisał, prócz służbowych maili do biurowej asystentki i tych kilku, do reszty zespołu. Żadnej zdrady, żadnej innej kobiety. Tylko ona przecież, przysięgam.

I co to znaczy, że on nie wie, co się dzieje w jej życiu? Wszystko wie, przecież ona bezustannie opowiada o tych koleżankach, przyjaciółkach, ich dzieciach, psach i kotach. I że już pora na dziecko, bo wszyscy mają, tylko nie oni. Ale jak się do tego zabrać, w tych ciągłych pretensjach, łzach, żalach, że on na nią nie patrzy, kiedy ona do niego mówi.

Nie wiedział, że jest tak źle. Jemu nie było źle. On był szczęśliwy. Że nic nie proponował, że się nie starał? Tak, to prawda, ostatnio w ogóle przestał cokolwiek proponować, ale z reguły to, co wymyślił spotykało się z jej miażdżąca krytyka. Portugalskie kino? Nie, wiesz, że nie lubię. Co z tego, że jeszcze nie widziałam, czuję, że nie będzie mi się podobało. Jak to skąd wiem? Wiem, co lubię. Tego nie lubię. I już. Kolacja w tej małej knajpce? Bardziej nie możesz się postarać? Tam dają pizzę i jakiś makaron, tak? No, proszę cię. Nie, nie kupuj biletów do teatru, ja wybiorę. Zostaw.

On wie, pokpił sprawę, mógł być bardziej uważny, bardziej się wysilić. Tylko, w pracy było ostatnio tyle spraw, tyle obowiązków. Wracał do domu i dosłownie nie miał na nic siły. Widział, że jest zła, że foch, że to narasta. Więc może wolał uniknąć konfliktu?

–  To może powiedz jej to wszystko, może jeszcze będziecie razem? – zaproponowałam nieśmiało na koniec naszej rozmowy. Spojrzał na mnie z nadzieją, jakby oczekując jeszcze jakiegoś, dodatkowego potwierdzenia, że ONA do niego wróci. A potem pożegnaliśmy się, życząc sobie dobrych świąt.

Zaniosłam ten bagaż jego emocji do mojego stolika, a potem do domu. Zamierzałam zadzwonić do NIEJ, szepnąć może kilka słów, poprosić, by nie skreślała go, ale przyjaciółka powiedziała mi, że ONA jest już w związku. Szczęśliwym. Znów buduje go za dwoje i stara się jak może najlepiej, by tym razem, ta miłość była idealna.


Płakałam, ale nie długo. Mówiłam sobie: „musisz być odważna”. Żałuję, że jesteś tchórzem

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 listopada 2016
Fot. iStock/Marco_Piunti
Fot. iStock/Marco_Piunti

Mówisz, że kochasz, a miłość nie zna strachu. Obiecujesz, że na zawsze, na wieki, przysięgasz, że nigdy aż tak.  Dajesz pewność, dajesz siebie. A jednak, przychodzi w końcu ten dzień. Dzień w którymi, po prostu uciekasz. I nagle nie ma już „nas”. Zostaję tylko „ja”.

„Przepraszam, nie radzę sobie, muszę to przemyśleć, ułożyć” – piszesz na żółtej kartce, takiej do notowania sobie różnych ważnych rzeczy. Przykleisz ją na lustrze, przy drzwiach, nie bacząc, że spadnie jak tylko się za tobą zamkną. I już oboje wiemy, że nie poukładasz. Jestem twoją żoną albo mężczyzną, z którym chcesz spędzić życie, albo może twoim dzieckiem, którego nigdy nie chciałeś mieć, ale „stało się” i już. A ty? Wiesz kim jesteś? Tchórzem.

Żona, kochająca. Bardzo.

Poznaliśmy się w liceum, jesteśmy ze sobą od matury. W tym roku minęło 15 lat naszego związku. 15 wspólnych, naprawdę dobrych lat. W styczniu świętowaliśmy piątą rocznicę ślubu, skończyliśmy urządzanie pierwszego, własnego mieszkania. Zaraz potem zaszłam w ciążę – wyczekaną, upragnioną. Pierwsze USG, wspólnie, łzy wzruszenia i szampan bezalkoholowy. Impreza dla znajomych, sprzeczki o to, czy lepszy pierwszy chłopiec, czy dziewczynka. A potem – 10 pięter w dół. Szok i słowa lekarza – płód z trisomią w 21 parze chromosomów. Inaczej zespół Downa.

Zamykam oczy i czuję pulsowanie w skroniach. Słabo mi. Kiedy patrzę na mojego męża, widzę, jak szarzeje, blednie, a jego twarz zmienia się nie do poznania.

Do domu wracamy w milczeniu. Milczymy cały wieczór i następny ranek. Z tym, że ja już wiem: urodzę, wychowam to dziecko. Przecież już je kocham. Są możliwości, mamy pieniądze, będziemy pracować, ciężko pracować z naszym dzieckiem od urodzenia, by rozwijało się jak najlepiej. Ja mogę pracować w domu, dorabiać zleceniami, jeśli będzie potrzeba. Poradzimy sobie.

Okazuje się jednak, że nieprzespana noc mojemu mężowi przynosi całkiem inną refleksję. Wieczorem przychodzi z adresem zagranicznej kliniki. – Nie będę chował Downa – mówi, bo to już nie jest jego „upragniony maluch”, to już tylko „jakiś Down”. Nie zgadzam się, chcę urodzić. Tłumaczę, przekonuję.  Najpierw się dziwi, potem jest przerażony. Tydzień później znika. Pakuje się, kiedy mnie nie ma w domu. Kiedy wracam zostaje mi po nim żółta karteczka. I zdjęcia, na ścianie. Wyłączył telefon, potem nie odbierał. Od tego momentu rozmawiamy przez SMS- y. Co pisze? To, co na żółtej karteczce. I, że się boi, że nie da rady. Ani razu nie pyta, jak się czuję.

Płakałam, ale nie długo. Mówiłam sobie: „musisz być odważna, dla dziecka”. Przetrwałam. Nasi znajomi nie mogli uwierzyć, że odszedł.

Któregoś dnia odwiedziła mnie teściowa. Powtarzała, że powinnam wiedzieć, że mój mąż to bardzo dobry człowiek. Ale on się boi. Boi się, że nie da rady. Ja to przecież muszę zrozumieć.

Kiedy rodzi się nasz syn, jestem sama. To znaczy, jego nie ma przy mnie. W szpitalu odwiedzają mnie rodzice, przyjaciele organizują transport do domu.

Minęły już dwa miesiące, mój mąż nie widział naszego dziecka. Przysyła pieniądze. Wynajął mieszkanie, pracuje, chodzi do teatru. Boi się. Wiele razy potem myślałam – przecież nigdy wcześniej mnie nie zawiódł. Ale też nigdy wcześniej, nie przeżyliśmy tak trudnych momentów, nie musieliśmy się „sprawdzać”. Co będzie, jeśli wróci? Nie myślę o tym, choć tęsknię.  A, i kochana teściowo – jeszcze nie zrozumiałam.

Córka, stęskniona. Bardzo

Tata odszedł od mamy, kiedy miałam trzy lata. Zakochał się, ożenił drugi raz, z tamtą kobietą. Zaraz potem urodził mu się syn. Nigdy nie poznałam mojego brata, żonę taty widziałam kilka razy w życiu. Co z tego wszystkiego rozumiałam? Tyle, ile tłumaczyła mi mama, a ona nigdy nie wykorzystywała jego zdrady, ani odejścia, żeby mną manipulować, nigdy nie utrudniała mu spotkań ze mną. Dopiero z czasem zaczęłam odczuwać, jak te spotkania mu ciążą. Wiesz, co zapamiętałam? Odkąd się wyprowadził, rzadko kiedy patrzył mi w oczy, rzadko kiedy przytulał. A potem  to już przychodził do mnie coraz rzadziej. Systematycznie, coraz bardziej znikał z mojego życia.

Kiedy skończyłam 15 lat, uznał, że jestem wystarczająco dorosła i napisał list. Dużo dziwnych słów, słów, które pojedynczo brzmiały znajomo, ale zebrane razem w tym liście, układały się w coś niezrozumiałego: „Bardzo cię kocham, ale… ”. Jak się potem okazało, „ale” kryło w sobie w sobie koniec naszej relacji. Bo czy ojca można mieć „zaocznie”?

Jakieś dwa lata temu, po moich 20-tych urodzinach, wszystkie małe obrazki ułożyły mi się w całość. Kierował nim strach. Bał się „sam na sam ze mną”, moich pytań, dlaczego nie mieszka już z nami, dlaczego nie kocha mamy. Potem bał się nastoletnich wyrzutów. No i wreszcie – swojej żony. To ona była przeciwna jego wizytom w naszym domu. To w tajemnicy przed nią, zabrał mnie całe trzy razy do kina.

Mój ojciec, zamiast miłości, ciepła, obecności, dawał mi to, co nie wymagało odwagi –  przesyłał zabawki, pieniądze na konto, a teraz „lajki” na Facebooku. Żałuję, że jest takim tchórzem. I bardzo za nim tęsknię.

Justyna

Jest noc. Leżysz obok, przysnąłeś. Boisz się, wiem. Boisz się, że przegapisz moment mojego odchodzenia.  Obiecuję, że poczekam, aż się obudzisz. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.  Mówisz mi ciągle, że jestem piękna. Ja wiem, jak wyglądam, wykończona chorobą, chemią, bólem fizycznym. A jednak sprawiasz, że ci wierzę. Ale mam w sobie spokój. Byłeś przy mnie, kiedy nawet nie śniło mi się to całe umieranie. Trzymałeś za rękę, gdy lekarz przekazywał pierwszą diagnozę, a potem, gdy walczyłam. Jesteś i będziesz i teraz, choć nie wiąże nas żadne ziemskie prawo. Dziękuję.

Nie, nie można nikogo osądzać.  Ale przyznajcie, piękna jest miłość, która nie okazuje strachu.