Kim jest ta dziewczyna? Zanim Madonna stała się ikoną POP-u

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 marca 2016
Madonna
Fot. Flickr / ❝ N A S S E R AL N A S E R ❞ / CC BY-SA
 

Możesz ją kochać, albo nienawidzić. Może cię szokować albo imponować odwagą sceniczną. Ale jednego jej odmówić nie możesz. Jak to ujęła filmowa Bridget Jones: Madonna jest przede wszystkim perfekcjonistką. Wszystko, co zdobyła, wywalczyła ciężką pracą, a początki swojej kariery okupiła mnóstwem wyrzeczeń. Zanim trafiła na szczyty list przebojów i stała się jedyną kobietą w gronie ośmiu najlepiej opłacanych muzyków wszech czasów, ikoną muzyki POP, była po prostu Madonną Louise Ciccone.

Fotomontaż: Screeny z YouTube / GentlyBlipMe

Fotomontaż: Screeny z YouTube / GentlyBlipMe

Jak dziewica

Urodziła się 16 sierpnia 1958 roku w Bay City, w Michigan, jako trzecia z szóstki dzieci. Jej mama, również Madonna Louise, zmarła na nowotwór piersi, kiedy „Mała Nonni” (tak nazywano dziewczynkę, by odróżnić ją od matki ) miała pięć lat. I to traumatyczne wydarzenie w dużym stopniu zaważyło na całym jej życiu.

Fot. Screen z Youtube / MJCool

Fot. Screen z Youtube / MJCool

Bo w pewnym sensie, tragedia stała się dla niej motywacją, napędem do działania. „Żyjesz z luką w samym środku ciebie, z uczuciem pustki i tęsknoty. I myślę, że dlatego właśnie w końcu stajesz się chorobliwie ambitna” – mówiła Madonna w wywiadach.

Jej tata, Silvio Anthony Ciccone , z pochodzenia Włoch z Pacentro , pracował jako inżynier dla Chryslera i General Motors i starał się wychowywać całą szóstkę swoich dzieci w katolickim duchu. Czy jednak potrafił dać swojej córce ciepło? Z pewnością robił wszystko co mógł, by dzieciom niczego nie brakowało. Pamiętacie piosenkę Madonny „Papa don’t preach” (Tato, nie praw mi kazań”)? Mówi ona bardzo wiele o ówczesnych relacjach między ojcem a córką.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Madonna (@madonna)

Byłam samotną dziewczyną, która szukała tego „czegoś”. Nie buntowałam się. Dbałam ciągle o to, żeby być w czymś dobra. Nie goliłam się pod pachami i nie robiłam sobie makijażu, jak to wówczas robiły normalne dziewczyny. Uczyłam się i miała cel … dobre stopnie. Chciałam być kimś” – wspominała dzieciństwo Madonna, dodając, że kiedy dorastała jeszcze mocniej brakowało jej matki. Jej ojciec zdawał się rozumieć tę potrzebę, więc w kóncu ożenił się ponownie (jego wybranką okazała się gosposia domowa pracująca w ich rodzinnym domu) i pojawiła się jeszcze dodatkowa dwójka dzieci. Cała dziesięcioosobowa rodzina przeniosła się do większego domu w Rochester Hills. Madonna została tam cheerleaderką w Rochester Adams High School.

Taniec

Fot. Screen z Youtube / MJCool

Fot. Screen z Youtube / MJCool

W nowej szkole znowu dostawała same piątki, a nawet zdołała ukończyć ją wcześniej. Nadal czuła się samotna i emocjonalnie zaniedbana przez ojca. Jako najstarsza dziewczynka w katolickiej rodzinie ośmiorga dzieci, miała coraz więcej domowych obowiązków, matkowała swojemu rodzeństwu. „Widziałam siebie jako najprawdziwszego Kopciuszka”, powie potem. Od negatywnych uczuć, od tłumionych emocji i żalu uciekała w taniec. Przekonała ojca, aby pozwolił jej wziąć lekcje baletu w Akademii Baletu w Rochester. Jeden z instruktorów  szkoły, Christopher Flynn, zauważył jej talent i zaczął zabierać ją na koncerty, do galerii sztuki i do gejowskich klubów w Detroit. I to właśnie tam, w gejowskich klubach, Madonna doświadczyła tego fascynującego poczucia wyzwolenia. „W szkole czułam się jak …dziwadło. Byłam dość agresywną młodą kobietą, faceci myśleli o mnie jako o bardzo dziwnej dziewczynie. Nie pasowałam. Czułam się „niezgodna”. I nagle, w tym gejowskim klubie te wszystkie uczucia znikają. Mam zupełnie nowe poczucie tego, kim jestem.” – wspominała to nowe doświadczenie w wywiadach.

New York, New York

Uniwersytet w Michigan udzielił Madonnie stypendium tanecznego w  1976 roku , więc uczęszczała tam przez dwa lata. Ale potem postanowiła postawić wszystko na jedną kartę.  Rzuciła studia  i przeniosła się do Nowego Jorku, marząc o karierze profesjonalnej tancerki. Decyzja ta początkowo przyniosła jej więcej rozczarowań niż obietnic sukcesu.

„Nowy Jork to nie okazał się, tym, czym myślałam, że będzie. Nie przyjął mnie z otwartymi ramionami. W ciągu pierwszego roku zostałam zgwałcona na dachu budynku i pocięto mnie nożem po plecach. Do mojego mieszkania włamywano się trzy razy choć już po pierwszym włamaniu nie miałam nic wartościowego bo ukradziono mi radio.” Żeby związać koniec z końcem, Madonna łapała się wielu prac dodatkowych: była kelnerką, tancerką i pozowała nago studentom podczas zajęć artystycznych. A skrycie marzyła o tym, by dostrzeżono w niej coś więcej, niż formę, kształt, który można odtworzyć za pomocą kredek i węgla drzewnego na papierze. „Pamiętam, że miałam bardzo mało pieniędzy, że głodowałam i kontrolowałam wydatki. Że musiałam podejmować decyzje, czy dzisiaj kupić paczkę orzeszków ziemnych i kubełek jogurtu, czy jutro kupić dużą torbę serowego popcornu i karton soku żurawinowego. Tym się wtedy żywiłam. Ale nie brałam pod uwagi innej możliwości niż sukces”. A gdyby się nie udało? „Nie było takiej możliwości. Nie miałam zamiaru wracać do Michigan, choćby nie wiem co. Nie miałam zamiaru być od nikogo zależna”.

Muzyka

Madonna parła do przodu  próbując swych sił jako tancerka, ale to jej głos zwrócił uwagę otoczenia. „Ludzie słuchali mnie i mówili: Hej, masz niezły głos. A ja odpowiadałam z niedowierzaniem: Serio? Nigdy wcześniej nie trenowałam mojego głosu. Nigdy nie chciałam być piosenkarką” Skoro jednak sprawy potoczyły się tym torem, postanowiła spróbować. Przyłączyła się do zespołu rockowego, a następnie stworzyła własną grupę, zdobywając w 1980 nawet skromny kontrakt płytowy. Ostatecznie jednak odeszła z zespołu, być zacząć tworzyć piosenki z gatunku pop i disco. Jej pierwsze demo „Everybody”, wpadło w ręce Marka Kaminsa, nowojorskiego DJ-a i producenta. Kiedy Mark odtworzył nagranie w jednym ze swoich kubów okazało się, że publiczność ciepło przyjęła nową propozycję. Widząc szansę wypromowania utworu, pomógł Madonnie wyprodukować jego ulepszoną wersję. Dziewczyna zaniosła ją do wytwórni Sire Records i tak, a w 1982 roku zyskała swój pierwszy kontrakt płytowy solo.

Fot. Screen z Youtube / MJCool

Fot. Screen z Youtube / MJCool

Rok później Madonna wydała debiutancki album, a trzeci singiel z tej płyty, zatytułowany „Holiday” stał się niepodważalnym hitem. Kariera nabrała tempa. Od tego momentu Madonna robiła wszystko, żeby zdobyć jeszcze większą popularność. Przeklinała na wizji, eksperymentowała z erotyczną bądź najeżoną religijną symboliką choreografią (a często łącząc oba te elementy), czym nawet przyciągnęła uwagę Watykanu. Seksualne tabu przekraczała wiele razy. I właściwie dziś nadal przekracza różne granice. Ostatnio wzięła sobie za cel walkę ze stosunkiem naszej współczesnej kultury do procesu starzenia się. „Kobiety, na ogół po osiągnięciu pewnego wieku, przyjmują bezkrytycznie fakt, że nie wolno im zachowywać się w pewien sposób. Ja nie przestrzegam zasad. Nigdy tego nie rozbiłam i nie zamierzam zacząć. Więc jeśli mam być tą osobą, która otwiera kobietom oczy i mówi im, że mogą być seksowne i dobrze wyglądać po 50-tce, czy po 60-tce, niech tak będzie”.

Madonna walczy o swoje idee z powodzeniem, a  na scenę wraca za każdym razem z innym projektem, w nowym wcieleniu. Nadal eksperymentuje, rozwija się i ciągle dla wielu pozostaje inspiracją. Czy ją kochasz, czy cię drażni, na pewno nie pozostawi cię obojętnym.


Po czym poznać prawdziwą miłość? Przychodzi po cichu. Sprawdź, czy jej właśnie nie spotkałaś

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
29 marca 2016
Po czym poznać prawdziwą miłość? Przychodzi po cichu. Sprawdź, czy jej właśnie nie spotkałaś
Fot. Flickr / the_demonmax / CC BY
 

Z ta miłością to zawsze coś jest nie tak. A to nie wiemy, czy to na pewno ona, albo trudno ją odróżnić od zakochania. Czasami gdy jesteśmy jej pewnie – zostawia nas, trzeba dużo pracy, by ją przy sobie zatrzymać.

Ale która z nas o tej wielkie miłości nie marzy? Jasne, że nie ma idealnej i takiej, która będzie na zawsze bez żadnego z naszej strony wysiłku. Na szczęście zdarza się, że wpadamy jak śliwka przysłowiowy kompot. Koniec. Zakochujemy się. Jest nam dobrze, jesteśmy szczęśliwe, czujemy się kochane. Jednak doświadczenie szepce nam do ucha: a skąd wiesz, że to nie iluzja? Skąd masz pewność, że to ta miłość – ta na którą tak czekałaś i w którą cały czas wierzysz – ta na całe życie?

Jeśli miłość na całe życie udałoby się w jakikolwiek sposób zdefiniować to chyba tylko poprzez tych kilka sygnałów, które mogą pomóc nam nabrać pewności. Czy tej 100%??? To już musimy ocenić sami.

Przychodzi, gdy na nią nie czekasz

Bo miłość na całe życie pojawia się wtedy, gdy na nią nie czekasz. Nie zawsze jest gromem z jasnego nieba, motylami w brzuchu i uniesieniem. Bywa, że przychodzi po cichu, niepostrzeżenie, delikatnie. Jakby bała się ciebie wystraszyć nadmiarem emocji i wybuchem uczuć. Ta miłość nie potrzebuje fajerwerków, które dość szybko się wypalają. Ona cierpliwie czeka, aż ją zauważysz. Powiesz: „Wow, od kiedy tu jesteś?”. A ona mrugnie porozumiewawczo okiem

Pracujesz, by przezwyciężyć niepewność i strach

Bo już kilka razy ktoś cię skrzywdził, bo trudno jest zaufać, bo przecież nie wiesz, czy można mieć pewność. A tym razem jest inaczej. O tych wszystkich swoich obawach mówisz, tłumaczysz z czego wynikają. Powtarzasz, że nie chcesz popełnić tych samych błędów, że nie chcesz uciec – stąd szczerość i rozmawianie o uczuciach, bo tobie tym razem zależy bardzo.

Miłość mobilizuje cię do działania

Ta miłość nie zatrzymuje cię w miejscu. Masz wrażenie, że możesz góry przenosić. Rozpiera cię energia. Odważniej patrzysz na świat na wyzwania, które nagle przestają cię przerasta i okazuje się, że wystarczy mały ruch z twojej strony, by wszystkie dotychczasowe problemy znalazły rozwiązania. Tak trochę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale przecież ona jest w twoich rękach.

Chcesz się zmieniać dla drugiej osoby

I nie zmieniać, by się przypodobać, by ukryć swoje wady, słabe strony. Po prostu czujesz, że dla tej osoby chcesz być lepszym człowiekiem. Chcesz pracować nad sobą, nad tym, co możesz zmienić. I to nie jest walka z samą sobą, to proces, który w tobie zachodzi. I choć on akceptuje ciebie w pełni, to ty wiesz, że są rzeczy, nad którymi warto i chcesz popracować.

Związek pozytywnie wpływa na pozostałe relacje

To miłość, która uskrzydla. I to dosłownie. Dodaje ci skrzydeł w relacji z innymi ludźmi. Pod wpływem tej miłość ty się zmieniasz, zmienia się twoje podejście do innych, co działa w dwie strony. Jest w tobie radość, chęć zrozumienia, wyciągnięcia ręki, zażegnania bezsensownych sporów. Jakby nagle przyszło olśnienie – że są rzeczy ważniejsze, niż głupie kłótnie i spory.

Miłość składa się z drobnych rzeczy

Ta miłość nie potrzebuje szalonego zakochania, fajerwerków. Ona składa się z gestów, prostych słów, rozmów, zrozumienia, akceptacji i wzajemnej fascynacji, i ciekawości świata. Nie musicie iść na kolację do najlepszej knajpy, wam wystarczy kanapka zjedzona w barze. Bo ważne, że macie siebie, cała otoczka ma trzecio, a może pięciorzędne znaczenie.

Odważnie patrzysz w przyszłość

Kiedy ktoś cię pyta: „Nie boisz się?”, ty ze zdumieniem własnej pewności siebie odpowiadasz: „Nie w ogóle” i zdajesz sobie sprawę, że nie ma w tobie tego znanego z wcześniej niepokoju, lęku, wątpliwości. To takie poczucie, jakbyście byli ze sobą od dawna, a ty po prostu wiesz, że on ciebie nie zawiedzie.

Czujesz się bezpiecznie

Bo po pierwsze możesz być sobą, nikogo nie musisz udawać obawiając się braku akceptacji. Po drugie wiesz, że możesz na niego liczyć, wesprzeć się na jego ramieniu. To taka miłość, która nie wymaga stałej obecności dla potwierdzenia jej istnienia. To miłość, którą czujesz całą sobą. Nie musisz o nią zabiegać, bo wiesz, że jest. Masz w sobie tę pewność.

Taka miłość istnieje. Naprawdę. I takiej wam życzę z całego serca.


Umarł ksiądz od umierania. Życie pełne jest paradoksów… Zmarł ks. Jan Kaczkowski

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
28 marca 2016
ks. Jan Kaczkowski 1977 - 2016
Fot. Screen z / YouTube / Zjazd Gnieźnieński

Ponad miesiąc temu pojawiła się w mediach wiadomość, że stan zdrowia ks. Kaczkowskiego pogorszył się. W Internecie wiele, naprawdę wiele osób modliło się za niego, nazywając go księdzem od umierania. Umierał człowiek, który umierał tysiące razy z innymi. Życie pełne jest paradoksów.

Ksiądz Jan Kaczkowski, który towarzyszy umierającym, chorym – okazuje się być śmiertelnie chory. Jak to? Ktoś, kto przecież wie wszystko o umieraniu, kto ma te niezwykłe umiejętności, by pomagać w najbardziej wymagających momentach życia, ktoś komu śmierć towarzyszy na co dzień – śmierci ma ulec? On sam tłumaczył „ Ten nowotwór w sensie ludzkim jest porażką systemu. Ale skoro on już powstał, to niech on będzie narzędziem do robienia czegoś dobrego”. Dziś wiemy, że odszedł.

ks. Jan Kaczkowski

Fot. Screen z / YouTube TVP

Przeczytałam tę informację na jednym z portali i ogarnął mnie smutek. Za chwilę jednak uśmiechnęłam się, przywołując jedno wspomnienie. Spotkałam ks. Kaczkowskiego kiedyś na Woodstocku. Przechodził koło mnie, uśmiechnął się i pozdrowił. Parę metrów dalej potknął się i upadł, nasza grupa zamarła w bezruchu, ktoś zaczął biec w jego stronę, by mu pomóc. Ksiądz podniósł się z ziemi i zaczął się śmiać. „Żyję. Ale ulga” – padło i poszedł dalej, lekko chwiejąc się na nogach.

Ksiądz Kaczkowski mówi jak jest.

Opublikowany przez Życie na pełnej petardzie na 15 listopad 2015

 

Taki był. Pełen dystansu do siebie, autentyczny, prawdziwy do bólu. Bez kokieterii i z przymrużeniem oka rozmawiał z dziennikarzami o swojej chorobie, umieraniu, o sprawach najtrudniejszych. Mówił „… ze śmierci trzeba żartować, bo gdyby śmierć była śmiertelnie poważna, toby nas zabiła”. Nie ukrywał, że chciałby jeszcze trochę żyć „Co mam Państwu powiedzieć? Że już mi się odechciało? Że nie chce mi się żyć? Przecież to nieprawda. Życie jest takie ciekawe, takie smaczne. Nie ma pan przypadkiem ochoty na wspaniałą, świeżutką polędwicę z dobrym winem, w cudownym sosie? Lub choćby na talerz aromatycznej grochówki?”

Jego odchodzenie pełne było godności. Nawet w tym jednym momencie, gdy człowiek może być egoistą, może wymagać od innych uwagi i poświęcenia – on myślał o innych. Mówił „Nie płaczcie nade mną, płaczcie nad swoim życiem”. Myślcie o sobie, o swoich rodzinach, o miłości lub braku do Boga i bliźnich – uczył – czy swoje życie realizujecie na pełnej petardzie? Tak naprawdę uczył nas miłości do życia. Do tego daru, o którym nie myślimy, gdy jesteśmy nim obdarowani bez ryzyka utraty. Gdy wstajemy do pracy, szkoły, jemy śniadanie i wiemy, że następnego dnia też tak będzie. Gdy dzwoni telefon od mamy, taty, ukochanego i wiemy, że zadzwoni jeszcze.

Ktoś, kto choruje, żyje tak jakby każdy ten moment był ostatni. Celebrowanie życia jest najpiękniejszą racjonalizacją śmierci. Życie na pełnej petardzie jest tak naprawdę życiem w przyspieszeniu, w zwiększonej świadomości, w rozbudzonych do granic możliwości zmysłach – ks. Jan Kaczkowski chciał, byśmy mieli szansę doświadczyć tego bez choroby, bez wizji bliskiej śmierci.

Ksiądz Kaczkowski mówi jak jest.

Opublikowany przez Życie na pełnej petardzie na 5 lipiec 2015

 

Prosił na koniec byśmy nie zapomnieli o hospicjum w Pucku. Nie zapomnijmy.

Tym samym nie zapominajmy o chorych, słabszych, o tych, którzy są wokół nas i potrzebują pomocy.

Nie zapominajmy o pomaganiu innym. Coraz mniej tego w tym świecie.

I nie zapomnijmy o Nim. Wspaniałym wyjątkowym Księdzu, którego wyjątkowość wyrażała się między innymi w zaprzeczaniu swej wyjątkowości. „Jestem najzwyklejszym, błądzącym księdzem i chrześcijaninem, waszym bratem Janem, który często się gubił”.

 

 

Ksiądz Kaczkowski mówi jak jest.

Opublikowany przez Życie na pełnej petardzie na 6 czerwca 2015


Zobacz także

Mężczyzna w Krainie Czarów

Dlaczego trzeba zawsze wyprać nowe ubrania. Wiedzieliście, że to konieczne?

Dla miłości była w stanie zrobić wszystko. Dziś zostały długi i terapia, długa walka o siebie