Każda zmarszczka, to wspomnienie z mojego życia. Nigdy nie chciałabym ich wymazać

K. Lolka
K. Lolka
28 grudnia 2016
Fot. iStock / Borut Trdina
Fot. iStock / Borut Trdina

Moje ciało nie jest idealne. Moje jędrne piersi chodzą teraz do pierwszej klasy liceum. Moja piękna pupa – do szóstej podstawówki. A mój brzuch biega po domu krzycząc „Mamo, zobac, ja potlafię latać!”.

Tak. Moje ciało wydało na świat troje dzieci i niemało już przeżyło. Piersi od dawna nie pasują do bluzek z zaszewkami, bo sutki zawsze znajdują się pięć centymetrów pod ich zakończeniem. W pierwszej ciąży moje piersi z miseczki B przeobraziły się w G. A potem urosły podczas karmienia. Przez pierwsze dwa dni w szpitalu. Dwa berety i gumka przestały być zabawnym żartem. Jak mogły nie obwisnąć…?

Pośladki mam usiane rozstępami. Szerokie szramy są widoczne również po bokach podbrzusza. Na udach mam cellulit. Pod kolanem wyskoczył pierwszy nieduży siny żylak. Czasem znika. Paznokcie noszę krótkie, nie maluję, żeby nie przeszkadzały mi w pisaniu, włosy układają się, jak chcą. Na stopach rosną coraz mniej miękkie podeszwy. Kurze łapki, wywołane niekończącym się śmiechem – moje oczy mrużą się wtedy w dwie szparki – sięgają już połowy policzka. Nieprzespane od kilkunastu lat noce tylko je utrwaliły. Opinające ciało legginsy zaczynają je naprawdę opinać…

Nie jestem gruba. Nie jestem zaniedbana. Chodzę do fryzjera i do kosmetyczki na podstawowe zabiegi pielęgnacyjne. Wcieram kremy, lekko podkreślam oczko. Ćwiczę, i to całkiem sporo, biegam, tańczę, wykonuję różne serie na siłowni, uprawiam boks i jeżdżę na rowerze. Wchodzę po schodach zamiast korzystać z windy. Lubię o siebie dbać w taki zdrowy, normalny sposób, lubię wysiłek, endorfinowego kopa, szczęście wydychane ciężkim powietrzem ze skurczonych aż do mdłości płuc.

Biegając po lesie nie ubieram się w uciskowe skarpety, nie zakładam maski rozrzedzającej powietrze, nie podłączam się do żadnych przewodów ani słuchawek, nie planuję rekordów ani życiówek… Po prostu sobie truchtam i słucham szumu wśród koron drzew. Układam myśli. Kiedy tańczę – spalam się w muzyce aż po koniuszki włosów.

A kiedy wyciskam pompki i męczę dwugłowe uda, patrzę w lustro i widzę piękną kobietę. I uśmiecham się do siebie. Moje ciało nie jest idealne – i dlatego właśnie jestem piękna. W moim życiu zdążyło się już trochę wydarzyć. Nie były to wyłącznie cudowne chwile. Nikt tak nie ma. Wiele było przykrych. Trudnych. Z nimi też trzeba się mierzyć. Sinusoida mentalnego dobrobytu i depresji odbija się nie tylko na psychice. Reagują na nią wszystkie komórki. Każdy stres, każda noc nad płaczącym dzieckiem, każda lampka wina wypita we względnie spokojny wieczór, każdy uśmiech, każde „kocham” i każde „nie kocham”, pochwała i nagana, górka i dołek, wszystko odbija się na naszym ciele.

Moje zmarszczki być może rażą te kobiety, które urodzą swoje dzieci dopiero wtedy, kiedy już moje dzieci urodzą swoje… Być może moja tracąca jędrność skóra nie podoba się tym, które gonią za młodością. Ja… Czuję się dojrzała. Może nie stara, bo to brzmi negatywnie, ale już nie młoda. Nie przeszkadza mi to. Godzę się z tym. Akceptuję to i żyję dniem dzisiejszym, jestem tu i teraz, a nie tam i wtedy. Młoda jest moja córka, wolna nadzieją, bez bagażu życia. Ja mogę zaczynać wszystko od nowa, ale nie cofnę tego, co zaszło. Mam swoje obciążenia i to czyni mnie starszą niż te, które ich nie mają. Nie boję się tego, że czuję się starsza od swojej metryki. Akceptuję to, że moje ciało dostosowało się do niej. Nie wyglądam na więcej, niż mam. Wyglądam dokładnie na tyle, ile mam. Tyle tylko, że to w dzisiejszych czasach bardzo niedobrze. Trzeba wyglądać młodziej, bo inaczej wygląda się starzej. Moje ciało nie jest idealne. Ale moje dzieci są. I mój niedoskonały związek też. Szczery, przepłakany, przepracowany, ambitny, zawsze zaangażowany. Wszystkie moje niedoskonałości, rozstępy, zmarszczki, bruzdy i zgoda na przemijanie – to cena za to, co ukształtowałam. Uważam, że niezbyt wysoka. I nie poprawię sztucznie swojego nieidealnego ciała, bo nie byłoby moje…  Mój przyjaciel kiedyś dotknął palcem moich zmarszczek i powiedział, że przecież każda z nich to jedno wspomnienie z mojego życia. Zapytał, czy chciałabym je wymazać. Nigdy.


To depresja. Straszna choroba, z którą usiłuję wygrać

K. Lolka
K. Lolka
29 grudnia 2016
Fot. iStock / IBushuev
Fot. iStock / IBushuev

Czasem nie umiem sobie ze sobą poradzić. Moje ciało mnie nie słucha. Jest ociężałe i powolne, nawet usta nie chcą unieść kącików w górę. Mogłabym wtedy leżeć na łóżku i gapić się w ścianę.

Wstaję, bo muszę, trzeba zakrzątnąć się przy dzieciach, sprzątać na szczęście nie trzeba, bałagan uciekać nie chce… Robię tylko to, co niezbędne i zapadam dalej w swoje odrętwienie. Wiem, co mi jest. Tylko wstydzę się do tego przyznać nawet przed samą sobą, a co dopiero przed innymi. To moja porażka, moja codzienna walka z powrotem do żywych, którą inni płytko postrzegają wyłącznie z zewnątrz. I nie rozumieją. A kiedy się to nazwie… Budzi śmiech.

To depresja. Straszna choroba, z którą usiłuję wygrać. Odbywa się to małymi kroczkami, często cofanymi… I bez gwarancji sukcesu. Raz lepiej, raz gorzej, niby już dobrze, a jednak nie. Dookoła słyszę, że nie mam prawa do depresji. Że mam wszystko, czego można chcieć, że powinnam wziąć się w garść.

Biorę się. Tylko czasami samej sobie przeciekam między palcami. I co wtedy…? To nieprawda, że depresja pojawia się bezpośrednio po jakiejś traumie, a potem się ją leczy jak anginę, znika i już. Często właśnie dopiero po jakimś czasie, kiedy wydaje się, że przecież już wszystko się unormowało – okazuje się, że w środku jesteś kompletnie potłuczony… I wtedy zbieranie się w sobie jest tym trudniejsze, że ta choroba dla osób z zewnątrz nie ma żadnego uzasadnienia…

Nikt już nie tuli, nie pociesza, bo ile można, wszyscy oczekują, że się wreszcie podźwigniesz… A jeśli nie potrafię…? Jeśli potrzebuję jeszcze dnia, tygodnia, roku…? Jeśli na razie mogę tylko obserwować swoje życie, zamiast je tworzyć, bo nie mam dość siły…?

Ja znam główną przyczynę swojej depresji. Znam też te mniejsze. Dla niektórych brzmią śmiesznie. Ale są rozpaczliwie poważne. Podczas mojej katatonii jestem nikim. Dla siebie i przez to dla wszystkich wokół. Nic nie osiągnęłam i nic nie osiągnę, bo nie potrafię wyjść z dołka. Ten czas, kiedy stawiałam wszystko na jedną kartę, był piekłem. Walką ze wszystkim o wszystko. Skończył się. Wygrałam. Niby. Ale dopiero teraz odczuwam skutki tego, jak bardzo byłam tym wszystkim zmęczona.

Nie umiem ucieszyć się, że to koniec, rzucić się w wir nowego życia, tkwię w tępej bezmyślnej pustce emocjonalnej. Bez smutku i bez radości. Dopiero teraz zaczyna wychodzić ze mnie zmęczenie fizyczne. Niedospanie, łzy, niedojedzenie, stres, pusta nadzieja i hektolitry alkoholu. Wrzody zrobią się po paru latach, jelita cierpią już teraz, dlaczego serce, płuca, mózg miałyby być zdrowe…? Nie są.

Depresja jest straszną, długotrwałą i trudną do zdiagnozowania, a do tego chyba nieuleczalną chorobą. Można tylko łagodzić jej objawy. Nikt w tym nie pomoże. Trzeba ją oswajać jak każdą inną przypadłość swojego ciała. Jak krzywe nogi, zeza, odjętą pierś i zmarszczki. To, na co nie mamy wpływu. To wymaga czasu i akceptacji. Nie wolno przyśpieszać tego procesu ani na siłę wyciągać nikogo z takiego dna. Można mu tym co najwyżej przetrącić kark.

Depresja musi się umościć gdzieś w nas. Znaleźć swoją niszę, w której będzie mogła bezpiecznie zasnąć. Nie rozumie tego nikt, kto jej nie doświadczył. Też tego nie wiedziałam. Nikt nie pojmuje, jak trudno jest zmusić ciało do wykonania najprostszych czynności. Kiedy kolejny dzień mogłabym spać 15 godzin, kiedy boli mnie każda komórka, głowa, piersi, brzuch, stopy, ramiona, właściwie bez powodu…

Codziennie muszę mierzyć się z własną samozagładą. Przeciwstawiać się jej wbrew sobie. Nawet nie mogę powiedzieć, że wolałabym umrzeć, bo ja nic bym nie wolała. Właśnie o to chodzi. Wypełnia mnie ziejąca pustka obojętności. Czy spodziewałabym się kiedyś, jak wielkim sukcesem będzie to, zauważam świat wokół siebie…? Że chcę go znowu widzieć i słyszeć…? Ja, która rzucałam się na życie zębami i pazurami, chłonęłam jego najdrobniejsze bodźce? Tak, jestem chora. Nie wiem, czy się z tego wyleczę. Przekonuję samą siebie, żeby nie myśleć o najbliższych w kategoriach „nie mam prawa was przy sobie trzymać”. Przecież bez nich nic się nie uda. Oni chcą podjąć to ryzyko i dzięki im za to.

Ale niełatwo to sobie wmówić. Moja maszyna nie chce ruszyć, choć oni uparcie wkręcają śrubki i naciągają pasy… A ja patrzę na to i nie mogę wykrzesać z siebie ani miłości, ani wdzięczności,  ani nawet złości na nich za to, co robią… Mam wrażenie, że moja depresja jest  jak ocean, z którym nie sposób walczyć. Trzeba zgrać się z jego falą. Rozwijać żagle, kiedy wieje, ale chować je, gdy zbyt silny wiatr grozi połamaniem masztów. Inaczej utonę.


„Gorzko się uśmiecham. Przekułam ból w wiele dobrych rzeczy”. List do kochanka

K. Lolka
K. Lolka
15 grudnia 2016
Fot. iStock / Kontrec
Fot. iStock / Kontrec

Wyleczyłam się. Tak mówią. Zapomniałam. Zagoiło się. Zagoiło…? Rzeczywiście, od pewnego czasu budzę się bez kluchy w gardle i nie płaczę nad piosenkami. Obrazy migają jako wspomnienia. To prawda. Dawniej jechałam samochodem i rozpaczałam tak, że kierowcy się oglądali. Siedziałam podparta lewą dłonią i szlochałam w głos. Żeby zdążyć rozluźnić tę dławiącą gulę, wylać jak najwięcej łez, zanim wejdę do domu. Móc udawać, że jestem po prostu smutna.

Po długich miesiącach od tego pseudorozstania, którego właściwie nie było, bo ty uważałeś, że wszystko jest w porządku – zaczęły pojawiać się pojedyncze dni, kiedy udawało mi się nie płakać. Zaczęłam dostrzegać kolory wokół siebie. Słyszeć dźwięki świata. Spojrzałam na swoje dzieci. Na to, jakie spustoszenie zrobiła w nich moja wielomiesięczna rozpacz. Kiedy potrafiłam zmusić się tylko do tego, żeby w ogóle funkcjonować. Jak w letargu. Tak, to twoje dzieło. Dzieło zniszczenia. Do dziś nie wiem, co utrzymało mnie przy życiu… Chyba tylko miłość moich bliskich i przyjaciół, potrzeba jej było tyle, że tęczę by z tego stworzyli…

Złapałam się tego jak desperat. Pomalutku wyciągnęli mnie z twojego bagna. Ogrzali. Pomogli otworzyć oczy. A wtedy… Wtedy się znowu pojawiłeś. Bezczelnie i bez pukania stanąłeś w drzwiach mojego potłuczonego serca. Z nią. Wywróciłeś do góry nogami cały mój zebrany jedną cienką niteczką świat. Całe rozprute życie, które dopiero zaczęłam zszywać. Raptem pierwsza fastryga. Ledwie się to trzymało, totalna rozsypka. A ty podwiesiłeś na tym swój ciężar. Nie tylko swój… Wasz. Bo miałeś problemy. Bo ja, taka mądra, byłam jedyną, z którą mogłeś o tym porozmawiać. Sprawiłeś, że poczułam się wyjątkowa. Twoja – bardziej niż kiedy byliśmy razem. Kochanki są na chwilę. Przyjaciel… Przyjaciółka… To wzrost rangi. Wiedziałeś, że tak pomyślę.

Cynicznie wykorzystałeś moją naiwną ufność. Ja… Nigdy nikogo tak nie kochałam. Byłeś całym moim światem. Nie wierzyłam, że tego nie odwzajemnisz. Kiedy odszedłeś, kiedy właściwie nie wiedziałam, czy odszedłeś, bo zwodziłeś mnie jeszcze przez kilka miesięcy, bawiąc się moim kosztem… Więc kiedy odchodziłeś… Umierałam. Jak zombie zawieszona w światach „pomiędzy”. Kiedy z właściwym sobie tupetem wtargnąłeś do mojego biednego serca ze swoją ukochaną… Tak, wtedy wydawało mi się, że wreszcie umarłam. Ale nie. Ty nawet śmierci nie umiałeś uszanować. Nawet z moich szczątek potrafiłeś coś wyszarpać dla siebie.

Przecież potrzebowałaś mojej pomocy. MOJEJ. Taka wybrana… Kiedy teraz o tym myślę, widzę twoje pobudki. Po prostu nikt inny cię nie słuchał. Oczywiście, mogę założyć, że jesteś na tyle głupi, że rzeczywiście nie wiedziałeś, co robisz. Ale nie jesteś. Doskonale zdawałeś sobie sprawę z tego, że ci nie odmówię. Że prędzej zostawię dom niż ciebie. Tylko, że jako przyjaciółka już nie mogłam zaakceptować tego, jaki się stałeś. Znałam i kochałam faceta, który nie zmusiłby swojej żony, żeby uciekała z domu. Okazało się, że miała większe jaja niż ty. Który nie oddałby dziecka. Któremu dupa nie przesłoniłaby tego, co najważniejsze. Przestałeś mieć jakiekolwiek zasady. Zacząłeś zachłystywać się światem, którego do tej pory nie znałeś – którego nigdy nie pokazałeś swojej żonie. Światem podróży, smaków, doznań, nieco wyższej kultury i ludzi na jakimś poziomie…

Nie wstyd ci? Zabierałeś żonę do tanich pensjonatów, a nie do spa. Jedliście kanapki zamiast kolacji przy świecach w drogiej restauracji. Wychodziłeś do innych, kiedy ona zajmowała się twoim dzieckiem. Nie dałeś jej żadnej szansy na swoją miłość. Jak mogła z nimi konkurować…? Jak mogłam konkurować ja, ze swoimi zobowiązaniami, skonkretyzowaniem, ja, która nigdy nie kłamię i nie poddaję się dla wygody, tylko szukam rozwiązania, aż znajdę…? Która – kiedy przestaję kochać – mówię „nie kocham Cię”, choćby nie wiem, ile mnie to kosztowało…? Otworzyłam ci tyle furtek, pokazałam tyle dróg, które do mnie prowadzą, wystarczyło być fair… A ty chciałeś tylko się mną podetrzeć. I nie dopuszczałeś do siebie myśli, że cię odtrącę. To Ty odtrącałeś. Ale widzisz… Zdążyłam już utkać solidną koronkę wokół tej jednej nitki, na której z Niunią zawisłeś. I teraz każde twoje głupie słowo, to była kolejna pętelka łapiąca w całość moją poszarpaną pajęczynę przeżyć. Jeszcze trwałeś w niej. Jeszcze wydawało mi się, że ta twoja nić jest mi w tym potrzebna. Że bez niej to wszystko się rozleci. Jeszcze się cieszyłam, kiedy się sporadycznie pojawiałeś. Jeszcze chciałam być obecna w twoim życiu. Aż wreszcie twoja nitka pękła. W pierwszej chwili zamarłam, przeraziłam się, instynktownie chciałam cię łapać… A po kilku dniach okazało się, że bez ciebie moja koronka nareszcie przestała się marszczyć. Ściągać. Jest gładka. Nie jest foremna ani symetryczna, pełna dziur i zadziorów, ale przez to piękna. I moja własna. Okupiona cierpieniem, o jakim nawet ci się nie śniło. Twoje zniknięcie zdjęło mi obręcz z krtani. Pierwszy raz odetchnęłam.

Nie chcę cię więcej słyszeć. Nie chcę zatruwać uszu twoimi słowami. Nie chcę wiedzieć, co u ciebie, ani co u niej, twoje życie mnie nie interesuje. Nie oceniam cię. Nigdy nie oceniam ludzi. Nie selekcjonuję ich, ani nie klasyfikuję ze względu na pochodzenie, statut społeczny, majątkowy, nie roztrząsam ich zalet i wad. Staram się docenić w każdym to, co dobrego daje innym. Jeden wiedzę, drugi umiejętności sportowe, trzeci jest świetnym rekinem biznesu, czwarty uwielbia sprzątać. Lubię ich właśnie za to i nie wnikam w inne cechy. Są tylko dwie rzeczy, na które szkoda mi energii. Na głupotę i chamstwo. Tych dwóch nie zaakceptuję nigdy. A ty pokazałeś mi, jakim jesteś prostakiem. Malutkim, zakompleksionym i niespełnionym człowieczkiem, który podnosi swoją wartość poniżając innych. Nie obcych, obcych i niezależnych się boisz – tych, którzy cię kochają. Są przez to słabi. Łatwo ich zranić, dokuczyć im, bo i tak wrócą, przecież cię kochają.

Tym się sycisz. Bawisz się kosztem ludzi, którym powinieneś dawać tylko ciepło. I kiedy słyszę, że już jest ze mną dobrze… Gorzko się uśmiecham. Przekułam ból w wiele dobrych rzeczy. Ale to, co po tobie zostało, nigdy się nie zagoi. Bo to nie jest powierzchowna rana. Zostawiłeś ogromną wyrwę w moim sercu. Ona nigdy się nie przesklepi ani nie zarośnie. I nie jest tak, że ona mi nie przeszkadza. To jakby powiedzieć osobie z odciętą nogą, że powinien się cieszyć, bo już mu ona nie przeszkadza… Bardzo mi przeszkadza. W mojej wyrwie gra echo. Pogłos zakłóca bicie serca. W mojej wyrwie zbierają się szczątki, które potem gniją. Śmierdzą. Gniotą. Nad moją wyrwą wisi szklany most, którego bardzo się boję. Jak mam teraz ufać…? Bardzo trudno żyć z niepełnosprawnością. Bardzo ciężko budować świat wokół takiego krateru. Bardzo kruche jest miejsce pod nim. Próbowałeś kiedyś rozłupać dużą bryłę gliny? Kiedy wyżłobisz w niej odpowiednio głęboką bruzdę, wystarczy lekkie uderzenie i cała pęka. Boję się tego. Że moje serce pęknie.

Boję się być otwarta, boję się być sobą. Okazało się, że wszystko co kocham, wszystko co robię, nie ma znaczenia. Sprawiłeś, że jestem słaba. Oswoiłeś mnie jak psa, a potem przywiązałeś do drzewa i kazałeś czekać. A kiedy przygarnęli mnie do nowego domu – otrzepałeś z satysfakcją ręce, ciesząc się, że ci się tak bezboleśnie udało pozbyć problemu. Pies do końca życia zapamięta twój zapach, wiedziałeś o tym? Spotkasz go za dziesięć lat, a on cię pozna. I ucieszy się na twój widok. Bo raz cię pokochał i będzie zawsze. Będzie miał nowego pana, nową obrożę, ciepły dom, też go będzie kochał, ale do końca życia będzie hodował w głowie nadzieję, że po niego wrócisz. Że jest tu tylko na chwilę. Nigdy nie miałeś psa, skąd możesz to wiedzieć… Nigdy nie musiałeś spojrzeć w oczy kobiety, którą zabiłeś. Raz, drugi i kolejny. Zgwałciłeś moje zaufanie i zostawiłeś mnie obolałą na śmietniku swoich byłych, chociaż nigdy do nich nie pasowałam. Nigdy. Jako prostak nie pojąłeś tego. Osób takich jak ja i miłości takiej jak moja nie wolno w taki sposób lekceważyć. To zbyt duża szkoda dla świata. Teraz… Żyję z moją wyrwą w sercu. Potrafię się uśmiechać. Pomału uczę się cieszyć drobiazgami. Ale zrobiłeś mi wielką krzywdę. I chociaż nie płaczę – nie jest dobrze. Tak, jestem silna, wygrałam z Twoim demonem. Nie nęka mnie pragnienie, tęsknota ani potrzeba. Nie ma cię we mnie. Kiedy oglądam twoje zdjęcia, czuję tylko niesmak. Ale już zawsze będę szczytować ze łzami w oczach. Budzić się z uczuciem dojmującej pustki. I z panicznym strachem, kiedy czasem mi się przyśnisz. Nie lubię tych snów, są toksyczne, jak cały ty.

Chełpisz się tym, jak działasz na kobiety… Nie wiem, co myślą o tobie. Ale rozpacz to chyba pierwiastek kobiecy niezależny od tego, kim jesteśmy. Boli nas podłe odtrącenie. Podłe – bo nie miałeś nawet odwagi powiedzieć w twarz, że już nie kochasz. Czekałeś na zmęczenie materiału. Czułeś strach przed odpowiedzialnością za oswojenie. Chcę, żebyś i ty przez jedną małą chwileczkę poczuł teraz gorycz. Na swoim wypolerowanym narcystycznym lusterku zobaczył niedającą się zmazać plamę. Mnie. Kiedy zdarzy ci się o mnie pomyśleć – a wiem, że chociaż wypierasz niewygodne myśli z głowy, to one się pojawiają – wiedz, że będę to czuła. I pomyśl wtedy, że mnie jednej nie udało ci się upchnąć w obłudzie swojego życia. Że zniszczyłeś coś niezwykle cennego. I chociaż potłukłeś mnie na setki nieforemnych odłamków, których już nigdy nikt mnie nie poskleja, a potem co jakiś czas rozgarniałeś je i rozdeptywałeś, żeby ukryć swoją winę – nic jej nie zmyje. Potłukłeś skarb. Zabiłeś moją magię. Chcę, żebyś miał tego świadomość.

Moi przyjaciele wytrwali. Niezawodni. Po prostu rozłożyli dla mnie ramiona. Ci starzy – i nowi, których poznałam szalejąc z rozpaczy po tobie. Chociaż każdą rozmowę zaczynałam od tego, że cię kocham. Nikt mnie nie odtrącił. Tylko ty. Ty, któremu bezgranicznie ufałam. Którego kochałam jak nikogo na świecie. Któremu podporządkowałam i oddałam całe swoje życie. Ty jeden odwróciłeś się ode mnie, śmiejąc mi się prosto w twarz, kiedy starałam się uporządkować zgliszcza i jakoś na nich z tobą żyć. Piszę to nie po to, żeby wylać swoje żale. Już dawno to zrobiłam. Dziękuję ludziom, którzy swoją siłą pomogli mi się podnieść. Piszę te słowa, żebyś wiedział, jak wiele złego mi zrobiłeś. Nie życzę Ci źle. Kiedy mimo ułomności będziesz stawiał ten swój chwiejny dom, pamiętaj, że tylko ty decydujesz o tym, czy chcesz ranić, czy wspierać. Nie wierzę, że potrafisz coś zbudować, ale próbuj, niech moja ofiara przynajmniej na coś się przyda.