Katarzyna Miller: „Upraszczajmy nasze życie w myśl zasady: ,„Nie wiesz, co zrobić? Zrób zupę”. Zrób zupę i wszyscy będą zadowoleni, ty też”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
27 września 2017
Katarzyna Miller
Fot. Materiały prasowe Wydawnictwa Zwierciadło

On nigdy nie jest taki, jakiego go sobie wymarzyłyśmy. Niemal zawsze rozczarowuje. Facet, związek, ogólnie życie w pewnym momencie staje się dość nieznośne, więc szukamy przyczyny… tfu. Katarzyna Miller twierdzi, że nie przyczyny, tylko winy. Bo w związku zawsze jest ktoś winny, za nasze niepowodzenia, frustrację i nudę. A gdyby tak wziąć odpowiedzialność za własne życie, przestać je komplikować i po prostu… ugotować zupę? 

Ewa Raczyńska: Czy my kobiety umiemy być w związku szczęśliwe?

Katarzyna Miller: Nie za bardzo. A Pani jest szczęśliwa?

Teraz już tak.

Co trzeba było zrobić, żeby dojść do tego szczęścia?

Trzeba było przejść niejedną burzę i to z wielkimi piorunami. I w końcu musiałam nauczyć się dbać o siebie i wiedzieć, czego chcę.

O i wiedzieć czego chcę – to jest najważniejsze – to w skrócie ma Pani przepis na szczęśliwy związek.

Gdyby to było takie łatwe…

Nikt nie powiedział, że jest. Ale pani to zrobiła!A jeszcze gdy się okaże, że facet jest mądry, elastyczny i ogarnięty to już prosta droga.

A możemy my jesteśmy ze złymi facetami?

A może to nie od faceta zależy? Przynajmniej nie zawsze oj , nie zawsze… Tylko ode mnie, jak ja się będę czuła. Bo jak on powie, że coś mu się podoba, że jestem za gruba czy za chuda i kobieta od razu myśli: „O rety, nie podobam mu się”, to już koniec, jest załatwiona na cacy. Dała się zrobić na szaro. Dziewczynki są strasznie wrażliwe, biorą wszystko bezpośrednio do siebie, brak im dystansu właściwie do wszystkiego, a już do siebie i swojego związku to na pewno.

Bywa tak, że bierzemy ślub, dogadzamy facetowi we wszystkim, bo tak czujemy, bo tak zostałyśmy wychowane, a później przychodzi rozczarowanie.

Bo my mu dogadzamy, a on nam nie, a do tego uważa, że to on ma od nas wszystko dostawać. Dlaczego? Bo my same tak zaczęłyśmy ten związek, stworzyłyśmy mu ciepełko w postaci obiadu z dwóch dań z kompotem, czystego mieszkania i nas – zawsze uśmiechniętych. I nagle szok, bo kiedy zaczynamy się buntować, on się dziwi i nie ma pojęcia, o co chodzi: „Przecież od początku taka byłaś, ja na tobie tego nie wymuszałem” – mówi.

Tworzymy iluzję, on ma prawo czuć się oszukanym?

Oczywiście. Kobiety mają tendencję do pokazywania się facetowi, którego chcą usidlić, takimi, jakimi wcale nie są. Zakładają na siebie te obcisłe kiecki, choć najlepiej czują się w domu w wygodnych dresach, gotują, choć tego nie cierpią, chodzą z nim na mecze i udają, że je to interesuje. Gotują obiady, sprzątają, są zawsze i wszędzie dla niego. I później on rozczarowany mówi: „Kiedyś ci się chciało, teraz ci się nie chce”, ale ona nie powiedziała mu na samym początku, że będę robiła, jeśli ty będziesz dziękował, cieszył się i sam z siebie dużo dla mnie robił. To skąd on ma to wiedzieć?

Może najlepiej, gdybyśmy wchodziły w trwałe związki w wieku 35 plus? Bardziej świadome siebie i tego, czego chcemy?

Może nawet i lepiej gdybyśmy miały i 50 lat, no może 40. To jest sensowne, ponieważ żyjemy coraz dłużej, do 40-tki jesteśmy bardzo młode, w tym wieku kobiety zostają matkami i nikogo to już na szczęście nie dziwi. Potem zaczynamy być trochę doroślejsze, dopiero później stajemy się dorosłe. A faceci teraz, to już w ogóle nie wiem, kiedy dojrzewają.

Ale nie można powiedzieć, że wina za budowanie nieszczęśliwych relacji jest tylko po naszej stronie i po stronie naszej niedojrzałości?

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cały czas zajmujemy się winą. Powtarzamy: „Bo z tobą nie można, nie da się, bo to ty”. Dawno już odkryłam, że człowiek po to jest z kimś, by ktoś inny był za wszystko winny. Bo jak to zostać samemu ze sobą, i cały czas czuć się źle ze swojego własnego powodu? Okropność, prawda? A tak można winę zrzucić na tę drugą osobę i mamy święty spokój, nic nie musimy robić.

I jeszcze rywalizacja… Że za wszelka cenę udowodnię, że jestem lepsza czy lepszy od ciebie.

Po pierwsze to na pewno lepsza niż się sama czuję, bo nie mogę być taka, jak jestem, bo to zdecydowanie za mało. Muszę być zawsze bardziej i lepiej dążąc nie wiedzieć czemu do jakieś perfekcji i frustrując się, gdy nie uda się jej osiągnąć. Albo gdy uda się osiągnąć, że nikt tego nie docenia, nie zauważa, a my męczymy się same ze sobą.

Jest jakiś złoty środek?

Złoty środek jest zawsze, tylko trzeba go odnajdywać. To najprostsza i najtrudniejsza zarazem rzecz na tym świecie. Otóż przede wszystkim należy skupić się na traktowaniu samej siebie i podejściu do siebie. „Jestem w porządku, ale też nie jestem cudem świata, a już na pewno nie ideałem, bo cudem to i może tak”. Należy przestać się nadymać, tylko przyjąć do wiadomości, że jestem zwykłą osobą i on też jest zupełnie zwykły, ale ważne, że jest. Szkoda tylko czasami, że sam tego nie ceni, że jest.

W ostatniej książce „Zrób to kochanie” przywołuje Pani historię Basi, która bierze ślub ze samą sobą. Może od tego powinniśmy zacząć?

To historia Basi, 36-letniej singielki, która na jednym ze spotkań grupy terapeutycznej wpadła na pomysł wzięcia ślubu z sobą samą. I to był fantastyczny pomysł, ułożyłam dla niej ślubną przemowę podkreślając, że dzień jej ślubu ze sobą, to dzień, w którym poczuła się gotowa do tego, by wziąć rzetelną odpowiedzialność za siebie i otworzyć się na siebie. Wcześniej Basia wykonała ogromną pracę nad sobą, rozliczyła swoje związki i przyjaźnie, swoją przeszłość, znalazła nowe rozwiązania starych spraw, które ją trzymały w miejscu, znalazła swoje wewnętrzne dziecko, dzięki któremu na nowo odnalazła entuzjazm i radość życia. I w końcu postanowiła wziąć ślub ze sobą, bo przecież my dla siebie jesteśmy jedyną osobą, co do której mamy pewność, że nie opuści nas aż do śmierci. I tego możemy być pewne i na to liczyć.

Dopóki nie zrozumiemy, kim jesteśmy, ciężko budować szczęśliwy związek?

Jeśli się nie wie, czego się chce od siebie, to nie wiemy, czego chcemy od tego faceta. On ma się domyślić, żeby było dobrze. A on nie lubi się domyślać i nie umie, bo niby skąd.

To nie jest kwestia tego, że nie chce?

Na początku, to on nawet chce i to bardzo, ale mu się nie udaje, więc po co ma się starać i uszczęśliwiać kobietę na siłę. Próbować ją zrozumieć, skoro ona nie rozumie tak naprawdę samej siebie.

A nam trudno zrozumieć, że facetowi to najlepiej wyłożyć kawę na ławę?

No właśnie trudno nam zrozumieć, bo mamusia tego nie uczyła, ani nikt inny w domu.

My jednak wychowane zostałyśmy jeszcze w mocno trzymającym się patriarchacie, trudno nadążyć nam za tymi hasłami: „zadbaj o siebie”, „myśl o sobie”, „bądź dla siebie ważna”.

Ale wszystko można połączyć, można zmienić, to kwestia wzajemnych ustaleń. Chcesz mieć ciepły obiad w domu, nie ma problemu, ale jeden dzień gotujesz ty, kolejny ja, na zmianę. I sprawa byłaby rozwiązana. Albo nawet jeśli kobieta jest domowa i ona tylko gotuje, to niech usłyszy za to dziękuje i ma niech zrobione coś innego, nie wiem – odkurzone, posprzątane, pranie zrobione. Nie ma nic złego w dzieleniu się obowiązkami. Są faceci, którzy lubią gotować, a kobieta idzie do pracy i to też jest dobre. Problem polega na czymś innym – jeśli dochodzi do takiej sytuacji, wszyscy są niezadowoleni, bo kobieta pracująca chce mieć faceta lepszego od siebie. Dochodzi do paradoksu – ona chce udowodnić, że jest lepsza z jednej strony, a z drugiej chciałaby, by to facet jej imponował. Kobiety nie chcą się zgodzić na to, że będą utrzymywały mężczyzn. Niektóre to robią, ale je to wkurza. A przecież przez ostatnie 200 lat było odwrotnie, to faceci na nas zarabiali, to my możemy teraz trochę oddać. Kiedy kobieta porządnie zarabia, jest ważna, ma decydujący ma głos, ma pieniądze i jej zdanie się liczy. Eh, bo z kobietami jest tak, że chcą mieć i stare i nowe, a tego się nie da pogodzić.

Co zaskakuje Panią w pytaniach kobiet dotyczących związku czy facetów w ogóle?

Trudno o zaskoczenie, bo to stale powtarzające się pytania. Ale chyba to, co mnie nadal uderza, to ilość pytań w stylu: „A co zrobić, jak on nie zadzwonił/nie powiedział/nie chciał się spotkać/nie przyszedł”. To jest straszne, mnie to nie zaskakuje, tylko przeraża, bo od wielu lat słyszę te pytania od kobiet czy to w trakcie terapii czy podczas różnego rodzaju spotkań, na grupach damskich. Często pada: „I co ja zrobię, będzie tak pusto bez niego”. No więc ja się pytam takiej kobiety, czemu ona taka pusta, niech się napełni czymś nareszcie, facet nie wypełni pustki, którą ona czuje, bo ta jest w niej. To ta bzdura powtarzana o dwóch połówkach pomarańczy. Jaka połówka? Każdy człowiek jest całością, ma być całością, facet nie będzie nikogo ratował, on nie od tego jest. Chciałabym, żeby kobiety wbiły to sobie do głowy w końcu.

A związki przemocowe? Tych pytań też się dużo pojawia?

Niestety tak. I to też mnie nie dziwi, tylko przeraża, że kobiety się godzą na przemoc i nie mówię tu jedynie o przemocy fizycznej, ale też psychicznej. W niektórych domach kobiety do akceptowania takiego zachowania u facetów są wychowywane. Są domy tak patologiczne i tak dużo ich jest, że dla kobiety rola ofiary jest czymś normalnym. Ona wie, co ma robić, jak jest ofiarą, ale nie ma pojęcia, co zrobić i jak żyć, jak tą ofiarą nie będzie… I pozwalamy facetom na różne rzeczy, których oni pewnie by nie robili, gdyby nie było wolno. Mówię tu o upokarzaniu, szyderstwie, poniżaniu i niestety też o przemocy fizycznej. To wszystko nie należy do rzadkości, choć tak często chcielibyśmy myśleć.

Nie dostrzegamy symptomów?

Jak już złapiemy faceta, to się go kurczowo trzymamy. Ten ze skłonnościami do przemocy czy zaburzeniami, o osobowości narcystycznej pociąga kobiet bardziej, bo jest nieprzewidywalny, bo z nim trudno się nudzić. Bo co to za frajda być z normalnym facetem? Który jak mówi, że będzie w domu o 22:00, to jest, ewentualnie spóźni się pół godziny. Jak obieca, że wymieni żarówki w domu, to je wymieni, zrobi zakupy i ugotuje obiad. No skandal, co to za życie z takim facetem, prawda?

Nie mamy czujnika, który nas ostrzega przed pakowaniem się w zły dla nas związek.

No nie mamy, bo w domu nas tego nie uczono. Po tatusiu i mamusi co nam zostaje? Zupełny brak rozmów, bo oni ze sobą nie rozmawiali, wszystkie sprawy załatwiali przez dzieci, nie chodzili ze sobą do łóżka, nigdzie nie wychodzili, nie mają znajomych, a gości do domu nie wpuszczają. Polski wychów jest straszny. Boimy się obcych, boimy się czegoś nowego. Kto z dziećmi chodzi tam, gdzie się coś dzieje, na wystawy, przedstawienia , koncerty, wycieczki,,, Jasne, że tacy są, ale proszę zobaczyć jaka to znikoma ilość.

Pamiętam, jak w pewną niedzielę stałam w kinie, w kolejce po bilet. Było południe, więc idealna pora, żeby się z dziećmi wybrać do kina. Zerknęłam na kolejkę po bilety, gdzie wyświetlano właśnie film dla dzieci. Była bardzo długa i pełna takich tatusiów, co to mamusie wygnały ich do kina z dzieckiem. Oni wszyscy stali jak drągi, tylko jeden tatuś rozmawiał ze swoją córką. JEDEN, a kolejka była bardzo długa. Reszta zapatrzona gdzieś w sufit albo w telefon, a na dole, przy nodze jakieś małe stworzenie, którym kompletne nie byli zainteresowani. Cisza, drętwota, koszmar. Dzielni tatusiowe, dobrze, że w ogóle poszli do tego kina, ale pewnie wyjdą i nawet nie porozmawiają o filmie, który z dzieckiem obejrzeli. Groza.

Trudno nam wyjść poza tę strefę przykładów wyniesionych z domu.

To prawda. Skąd dzieci mają się uczyć? Książek nie czytają, bo rodzice nie czytają, do kina pójdą na jakieś głupoty, teatr nie istnieje.

Ale też w takim pędzie są wychowywane, przerzucane z zajęć na zajęcia.

Jeszcze jak ich wożą na zajęcia, to super, bo coś robią, bo w ogóle na coś chodzą. A przecież ja nie tak dawno mieszkałam w kamienicy, na podwórku której przesiadywało z sześciu czy ośmiu chłopaków, którzy w ogóle nie mieli gdzie się podziać. Jak jeszcze znajdą sobie kumpla i ciepłą mamę kumpla, która przygarnie, nakarmi i pokaże, że można fajnie razem żyć, to dobrze, to może ich uratować, bo zobaczą coś innego, inną rodzinę, inne relacje.

Moja przyjaciółka miała fantastyczną mamę, dzieciaków było u nich sporo, a mieszkanie ciasne, jak cholera, ale ona zawsze się cieszyła, gdy do nich przychodziłam. Mówiła: „Oj Kasieńka, super, że jesteś, pierogów narobiłam”. I ja tam siedziałam jak szczęśliwe prosiątko. A jak moja przyjaciółka przychodziła do mnie, mojej mamie niekoniecznie było z tym dobrze. Nie wyganiała jej, ale na noc nigdy nie mogła zostać.

Niezwykle ważne jest to, co wynosimy z domu, ale także to co z tym później zrobimy, jak zbudujemy nasze związki, relacje, jak pokierujemy swoim życiem, czy zostaniemy w tym syfie, który widzieliśmy w domu, czy może będziemy chcieli czegoś więcej.

Kobiety mają niezwykłą inteligencję emocjonalną, która może pomóc coś zmienić…

Mają, ale faceci mają za to więcej rozsądku. On powie: „Czym się przejmujesz? Nie zrobiłaś, to nie będzie, daj już spokój, o co ci chodzi”, „Nie ma obiadu, zjemy pizzę”.

Moglibyśmy od siebie nawzajem wiele się nauczyć.

Moglibyśmy, tylko nie bardzo się nam chce. Ja bym chciała, żeby kobiety nauczył się od facetów egoizmu. Takiego normalnego, na zasadzie: że jak ja czegoś chcę, to jest ważne, że jak coś mi nie pasuje, to jest ważne i nie robię tego, czego nie chcę tylko dlatego, że inni tego ode mnie oczekują.

Ja cenię u facetów brak analizowania do bólu każdej sytuacji.

Ja tego nie nazywam nawet analizowaniem, to jest obsesyjne zajmowanie się swoim nieszczęściem. To nie jest żadna analiza, gdyby nią była i gdyby brał w niej udział dorosły umysł, to byłoby dobrze, bo dochodziłoby się do jakiś wniosków, rozwiązań. Tymczasem kobiety obracają sobie w głowie bez przerwy tym samym.

W związku też potrafimy się zafiksować na tym, co złe.

Owszem, to jest wielki problem. Ale nasza mamusia też widziała wszystko co złe w naszym ojcu. Z kolei tatuś mówił: „dlaczego przyniosłaś czwórkę, a nie piątkę”. A własną cenzurkę z trójami trzymał w szufladzie z papierami zamkniętą i nigdy nikomu nie pokazał. Ale wobec dzieci wpadamy w takie koło narzekań, niezadowolenia, wiecznego skwaszenia, bo jakby nie było dobrze, to i tak będzie źle.

A gdyby tak spytać taką narzekającą na swój związek kobietę: „to po co ty z nim jesteś?”?

Po to, żeby ktoś był winny.

Albo boi się być sama?

Oczywiście, ale to w tym sensie boi się być sama, żeby móc na kogoś zrzucić winę za swoje niepowodzenia, ograniczenia, i tak dalej. Jak jest sama, to musi się męczyć sama ze sobą i musiałaby sobie to oczywiście przyznać, ale ona powie: „Męczę się, bo nikogo nie mam”. Nie mówi: „męczę się ze sobą”, bo wtedy trzeba by było coś ze sobą zrobić, ale powtarza „jestem nieszczęśliwa, bo nikt mnie nie kocha”. Kochana, przede wszystkim to ty siebie nie kochasz. To pierwsza i podstawowa sprawa.

Poza tym bycie samym, to też wzięcie odpowiedzialności za swoje własne decyzje i wybory. Jak często kobiety mówią: „Gdyby nie on, to czego ja bym nie zrobiła”. Jej się wydaje, że bez niego to ona i sukces zawodowy by odniosła i miała więcej pieniędzy i mieszkała, gdzie indziej. Najłatwiej zwalić winę na kogoś.

Są osoby, które wiedzą, jak rozkoszną rzeczą jest wziąć za siebie odpowiedzialność. Odkryłam to jakoś koło 30-tki, bo przedtem uważałam, że moja mamusia była winna różnym rzeczom. Ale w końcu zrozumiałam, że fajnie, gdy to ja decyduję, gdy mogę robić co chcę z pieniędzmi, z dniem i z czasem i z ludźmi. Mogę się umówić, mogę nie umówić, mogę pójść i nie pójść. Boże, jakie to cudowne. Ale baby namiętnie powtarzają: „no tak, ale jak ja podejmę decyzję, a potem będę niezadowolona, to na kogo to zwalę?”. Trzeba lubić swoje błędy. Przecież na nich się uczymy. Poza tym, co to znaczy błąd? Raz nam coś pasuje, raz nie pasuje i to często jest ta sama rzecz. To normalne.

Lubimy sobie komplikować życie…

Oj tak, nie jest nam dobrze i wydaje się nam, że my w tym nieszczęściu jesteśmy jedyne na świecie, takie oryginalne, ale fakt, że każda jedna to samo myśli, już nie jest ważne, bo przecież ona jedna się tak męczy, ona jedna jest taka nieszczęśliwa. Taka heroina romansu gotyckiego.

A później wychodzi książka „Dziewczyna z pociągu”. Skoro polecał ją Stephan King, postanowiłam przeczytać. I czytam, i czytam i czekam, kiedy się coś zacznie dziać, a tam trzy takie beznadziejne cipcie wloką się przez stronice książki, a w główkach mają jedno: „on mnie nie kocha, on mnie nie chce, jak ja będę żyć”. I jak to światowy bestseller? Bo autorka napisała to, co się w tych wszystkich główkach dzieje. „Jak ja będę żyć bez niego? A jak kocha inną bardziej niż mnie?”. Litości! Naprawdę, trzymam się swoich słów: „kobieto uważaj, co czytasz”. Jeszcze powinno być: „uważaj co myślisz”.

Upraszczajmy nasze życie, upraszczajmy, ile się da, nie komplikujmy. Lubię takie małe powiedzonka: „Nie wiesz, co zrobić? Zrób zupę”. Zrób zupę i wszyscy będą zadowoleni, ty też, a w lodówce zawsze coś się do niej znajdzie, naprawdę nie potrzeba wiele.

No i wróćmy do pani odpowiedzi na początku, Jest pani szczęśliwa, bo się pani nauczyła. Tego się warto uczyć!

zrobtokochanie-3d


Sposób odżywiania i powstawanie nowotworów są ze sobą powiązane. Możesz zmniejszyć ryzyko, dzięki zmianom w diecie

Redakcja
Redakcja
28 września 2017
Fot. iStock / DragonImages
Fot. iStock / DragonImages

Nowotwory to plaga ostatnich lat. Coraz więcej osób zapada na różne ich rodzaje, na co niewątpliwie wpływ wywiera zanieczyszczone środowisko, szkodliwe jedzenie i niehigieniczny tryb życia. Brak stosowania aktywności fizycznej i odpowiedniej profilaktyki przyczynia się do zachorowań i powiększania czarnych statystyk ofiar nowotworów.

Nowotwory są niełatwe do leczenia i w zależności od typu i zaawansowania choroby, skuteczność jest różna. Diagnoza bywa odbierana jak wyrok, któremu można w pewien sposób skutecznie zapobiegać. Dieta ma ogromne znaczenie w zapobieganiu nowotworów, choć oczywiście nie daje absolutnej pewności, że przy wzorcowym trybie życia, choroba nikomu nie grozi. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli można mieć wpływ na zmniejszenie ryzyka zachorowania, trzeba z tego korzystać.

Związek udowodniony badaniami

Badania przeprowadzone przez specjalistów wykazały, że zła dieta i alkohol odpowiadają prawdopodobnie za około 40% wszystkich nowotworów złośliwych, a według Światowej Fundacji Badań nad Rakiem (WCRF) korzystne zmiany w diecie mogłyby zapobiec około 75% przypadków raka żołądka, około 75% przypadków raka okrężnicy i odbytnicy oraz około 50% przypadków raka piersi. Każdy z procent zmniejszonego ryzyka wart jest zachodu i podjęcia konkretnych działań.

Fot. iStock / Dean Mitchell

Fot. iStock / Dean Mitchell

Jedzenie, które oddala wizję zachorowania na nowotwory:

Warzywa i owoce

Hasło, że powinno spożywać się każdego dnia 5 porcji warzyw i owoców, nie jest jedynie sloganem reklamowym. Obecne w warzywach i owocach antyoksydanty usuwają wolne rodniki i dzięki temu hamują uszkodzenia DNA tkanek oraz regulują mnożenie komórek atypowych. Wpływają także na aktywność enzymów odpowiedzialnych za procesy naprawcze DNA. Nieprzetworzone warzywa i owoce zapobiegają złośliwym nowotworom przewodu pokarmowego, zwłaszcza żołądka, jamy ustnej, gardła, przełyku i okrężnicy. Ponadto kwas foliowy ma właściwości chroniące przed rakiem przełyku i jelita grubego. Karotenoidy prawdopodobnie chronią przed nowotworami jamy ustnej, gardła, krtani i płuc, a błonnik pokarmowy zmniejsza ryzyko powstania raka, m.in. jelita grubego. Badacze wyszczególnili produkty spożywcze, które szczególnie wpływają na zachowanie zdrowia:

  • Pomidory — są bogate w likopen, który redukuje o 26% ryzyko zachorowania na raka prostaty (jedząc 2-3 surowe pomidory w tygodniu). Najwięcej jest go nie w surowych pomidorach, ale w zupach, sosach, koncentracie pomidorowym, ketchupem.
  • Warzywa krzyżowe — czyli brokuły, kalafior, brukselka, jarmuż, rzepa i kapusta zmniejszają ryzyko zachorowania na raka jelita grubego, żołądka, płuc, prostaty, piersi, błony śluzowej macicy oraz pęcherza moczowego.
  • Warzywa cebulowe — czyli cebula, szalotka, por, szczypiorek, czosnek zawierają związki siarki, flawonoidy, selen, oligosacharydy, aminokwas, m.in. arginina, które mają zdolność do zahamowania wzrostu komórek nowotworowych (szczególnie związki siarki w czosnku).
  • Winogrona — a także czerwone wino, obfitują w resweratrol zmniejszający ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, ale także pewnych nowotworów, w tym piersi, prostaty czy jelita grubego.

Rośliny strączkowe

Rośliny strączkowe są źródłem genisteiny, daidzeiny oraz izoflawonów, czyli związków ważnych w prewencji nowotworu piersi oraz gruczołu krokowego. Soja dostarcza izoflawony, zaliczane do fitoestrogenów, inhibitory proteaz, saponiny, lignany, błonnik pokarmowy, kwas foliowy. Dzięki temu chroni przed rozwojem chorób nowotworowych piersi, głowy i szyi oraz tarczycy. W raporcie Światowej Fundacji Badań nad Rakiem wskazuje się, że soja i jej przetwory mogą również zmniejszać zachorowalność na raka żołądka i gruczołu krokowego. Nadmiar soi w diecie może być jednak szkodliwy, ze względu na zawartość naturalnych fitohormonów.

Fot. iStock /naito8

Fot. iStock /naito8

Produkty pełnoziarniste 

Czyli pszenica, ryż, owies, jęczmień, orkisz oraz produkty z nich wytworzone, są bogate w błonnik, witaminy i składniki mineralne, a ich zwiększone spożycie wiąże się z mniejszym ryzykiem zachorowania na nowotwory. W badaniu spożywanie ponad 4,5 porcji produktów pełnoziarnistych dziennie powodowało zmniejszenie o 35% ryzyka zachorowania na nowotwór okrężnicy, w porównaniu ze spożywaniem mniej niż 1,5 porcji.

Siemię lniane

Siemię lniane to źródło lignanów, błonnika pokarmowego i kwasów tłuszczowych n-3. Dodatek siemienia lnianego do diety pacjentów z rakiem gruczołu krokowego hamował ekspansję komórek nowotworowych

Zielona herbata

Ten lubiany napój jest zbawienny dla zachowania zdrowia. Naukowcy wskazują na ochronny wpływ zielonej herbaty w odniesieniu do raka żołądka, trzustki, jelita grubego, płuc, piersi i prostaty gruczołu krokowego, o ile pija się ponad 10 filiżanek zielonej herbaty dziennie.

Fot. iStock/karandaev

Fot. iStock/karandaev

Przyprawy i zioła

Antynowotworowe zdolności wykazują popularne przyprawy, które można dodawać każdego dnia do wielu potraw. Zioła takie jak mięta, tymianek, majeranek, oregano, rozmaryn i bazylia, dzięki obecności terpenów mogą ograniczać zdolność komórek nowotworowych do atakowania sąsiednich tkanek. Ekstrakt z rozmarynu wspomaga działanie chemioterapii w przypadku raka piersi. Apigenina znajdująca się w natce pietruszki i selera osłabia natomiast proces tworzenia naczyń krwionośnych, które mogą odżywiać guzy. Bardziej orientalne przyprawy, takie jak kurkuma, wykazuje protekcyjne działanie wobec raka jelita grubego. Warto sięgać także po imbir, który silnym środkiem przeciwzapalnym i antyoksydantem, który wspiera antynowotworową dietę”.

”Dobre tłuszcze”

Kwasy tłuszczowe n-3 (z ryb), jednonienasycone kwasy tłuszczowe (z oliwy z oliwek i oleju rzepakowym) i wielonienasycone kwasy tłuszczowe zmniejszają ryzyko nowotworów. Wielonienasycone kwasy tłuszczowe hamują powstawanie m.in.: nowotworów piersi, jelita grubego, trzustki, gruczołu krokowego, płuc i żołądka.

Nabiał

Produkty nabiałowe obfitują w wapń, który prawdopodobnie chroni przed chorobą nowotworową jelita grubego, a w mniejszym stopniu przed rakiem piersi. Naukowcy pod lupę wzięli również działanie bakterii probiotycznych, które wykazują zdolność do wiązania potencjalnych związków o działaniu pronowotworowym i utrudnianie ich powstawania.

Fot. iStock

Fot. iStock

Tych produktów lepiej unikać:

Czerwone mięso

Nadmierne spożywanie mięsa i jego przetworów może wpływać na pojawienie się nowotworów okrężnicy i odbytnicy. Szczególnie mogą szkodzić heterocykliczne aminy i policykliczne węglowodory aromatyczne powstające podczas przygotowywania mięsa w wysokiej temperaturze lub pieczenia na ruszcie.

„Złe tłuszcze” oraz śmieciowe jedzenie

Nadmiar tłuszczów zwierzęcych może prowadzić do nasilenia stanu zapalnego organizmu, a więc wspierać niekontrolowany rozwój nowotworów. Tłuszcz jest bogatokaloryczny i zwiększa zagrożenie otyłością, która także stanowi czynnik ryzyka rozwoju nowotworów.

Jak widać jakość diety wpływa w wyraźny sposób na obniżenie ryzyka pojawiania się nowotworów, warto więc zadbać o siebie wcześniej, zwracając uwagę na spożywane produkty.

źródło: dieta.mp.plwww.poradnikzdrowie.pl


Dlaczego on cię nigdy nie pokocha. Warto tak trwać, w zawieszeniu?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 września 2017
Fot. iStock/SrdjanPav
Fot. iStock/SrdjanPav

Może być twoim najlepszym przyjacielem. Może być najwspanialszym mężczyzną jakiego znasz, może być kimś wyjątkowym, kto od dawna znajduje się tuz obok ciebie. Nadchodzi moment, w którym uświadamiasz sobie, że go kochasz i … wiesz, że nic z tego nie będzie. Bo on nigdy nie obdarzy cię takim samym uczuciem. Jasne, możesz być dla niego ważna, ale nie w „ten sposób”. Z bolącym sercem wysłuchasz opowieści o tej, którą pokochał i będziesz udawać, że życzysz temu związkowi jak najlepiej. Że jemu życzysz jak najlepiej, choć jesteś przekonana, że z tobą byłby szczęśliwszy. Warto tak cierpieć?…

Odpowiedz sobie na pytanie, czy uda ci się, całkiem spokojnie, bez emocji rozmawiać z nim o jego miłości. Wysłuchiwać zwierzeń, dawać rady, jeśli cię o nie poprosi. Czy będziesz obiektywna? Czy kierujesz się jego szczęściem, czy swoimi emocjami? Nigdy nie będziesz nią, a to ją przecież wybrał, to jej chce. Czy zobaczysz w niej dobro?

 

Pomyśl,  długo będziesz trwać przy kimś, dla kogo nie jesteś priorytetem? Poświęcać mu swój czas, wiedząc, że gdy tylko może biegnie do innej? Przecież, gdyby to ciebie kochał, przeniósłby góry, by z tobą być, choć na chwilę. Minuty i godziny przeciekają ci przez palce, ciągle czekasz na coś, co nie nastąpi. I pokazujesz mu, że jesteś dla niego, gdyby tylko cię potrzebował, wiedząc, że on nigdy nie będzie mógł zachować się w taki sam sposób w stosunku do ciebie.

Przestań już kochać, bo nie dajesz sobie szansy na… miłość. Tę dobrą, odwzajemnioną, ciepłą. I też prawdziwą. Kto ci powiedział, że w miłości trzeba zawsze cierpieć? Przecież wiesz, że to nieprawda. Widziałaś, można kochać i być szczęśliwym. Twoja przyjaciółka jest zakochana. Jej oczy śmieją się do ciebie radośnie, gdy mówi o swoim mężu. Zazdrościsz jej. Niepotrzebnie. Tobie też się to zdarzy.

Wiem, prawda boli. Ale musisz to w końcu zrozumieć. On cię nigdy nie pokocha. 

Zauważyłaś, jak się niecierpliwił, gdy ostatnio chciałaś mu powiedzieć coś ważnego o sobie? Jak jego oczy wędrowały gdzieś dalej, a myśli biegły do kogoś innego? Nie jesteś dla niego na tyle ważna, by przejmował się tobą tak, jak o tym marzysz. Nawet jeśli zależy mu na tobie, jak na przyjaciółce. Lubi cię, wie, że ta znajomość jest dla niego dobra – bo czuje, że jesteś w stanie poświęcić dla niego wiele. A może uważa, że to bardzo niezręczne, bo jest uczciwy i nie chce dawać ci nadziei? Zauważyłaś, jak cię unika, jak się stara, by zawsze w pobliżu był ktoś jeszcze?

Może wasze rozmowy powoli stają się rozmowami „o niczym”, bo ty podświadomie wywołujesz presję. Otwierasz się na niego, wysyłasz sygnały – „kocham cię, jestem tutaj, gdybyś tylko chciał, moglibyśmy być ze sobą szczęśliwi”. Ale on tego NIE CHCE. Przeraża go to. Przerażają go również twoje emocje, kiedy niekontrolowane łzy spływają po twoich policzkach. Nie wiem jak pomóc, znów boi się, że zrobi coś, czego będzie żałował.

Nie chce, żebyś cierpiała, ale nie umie nic poradzić na twój smutek. Przecież sam jest jego źródłem. Empatia to nie miłość. Litość to nie miłość. Nie myl też z miłości dobrych intencji.

Otwórz oczy, odetchnij – głęboko, tak jakby ten oddech miał przywrócić ci wiarę w to, że zasługujesz na miłość, a nie na czekanie. Jeśli trzeba, odetnij tę znajomość. Może kiedyś do niej wrócisz. Wtedy, kiedy nie będzie bolała, kiedy przestaniesz już pragnąć dotknąć jego twarzy, poczuć jego dłoni na twojej głowie. Nie musisz mu nic tłumaczyć, nie wiąże was nic takiego, co by cię do tego zobowiązało. Jesteś wolna, nawet jeśli wydaje ci się, że nie potrafisz ruszyć z miejsca, bez niego. Już wystarczy, naprawdę.


Zobacz także

Fot. Flickr / |vv@ldzen| / CC BY

Rzygam dyskusją czy ludzie mogą być grubi, nie wasz interes!

5 przyjemności, które nie kosztują

5 przyjemności, które nie kosztują nic poza czasem

Najlepszy romans na całe życie, to ten z samym sobą. Ile jesteś w stanie zrobić, by poczuć, że sam dla siebie jesteś najważniejszy?

Najlepszy romans na całe życie, to ten z samym sobą. Ile jesteś w stanie zrobić, by poczuć, że sam dla siebie jesteś najważniejszy?