Karolina Piasecka – ofiara przemocy ma twarz i nazwisko. A naszym komentarzem pozostaje: „Nie jestem w stanie tego słuchać”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 kwietnia 2017
Karolina Piasecka ofiara przemocy
Fot. iStock / grandeduc

Rzadko mi się zdarza zaniemówić. Rzadko słowa grzęzną mi w gardle, a ja pozostaję w szoku i nie wiem, co powiedzieć, co napisać…

Bo jak skomentować fakt, że mąż, który powinien kochać, który zdaje się być przykładnym mężem i tworzyć dobrą rodzinę mówi do swojej żony, że jest gównem, pedałem o pie*dolonym niewdzięcznikiem?

Co można powiedzieć, kiedy słyszysz, jak zatyka usta żonie, jak każe się jej zamknąć, bo jak nie będzie cicho, to ją zabije?

Jak można się zachować, kiedy on każe jej recytować, co zrobiła źle, każe się tłumaczyć, dlaczego nie jest wdzięczna za wszystko, co on dla niej robi, za to, że zabrał ją na bal, że kupił jej kwiatka, że drzwi nowe wstawił. Jak ona śmie być niewdzięczna i nie dziękować od razu, gdy jego łaska na nią spłynęła?

Przesłuchałam całość nagrania udostępnionego w sieci przez Karolinę Piasecką, żonę, którą mąż katował, bił, poniżał i poniewierał. Który mówił jej, że jest nikim, że jest nic nie warta, że jest szmatą je*aną. Słuchałam i płakałam, bo nienawiść, która wylewa się z jego słów jest nieprawdopodobna i trudna do przełknięcia. Nie zatkałam uszu, nie chcę mówić „to jest straszne, nie można tego słuchać”. Nie, dzisiaj narasta we mnie wściekłość na każde: „Oj nie dało się, to wstrząsające”. Jak ktokolwiek, kto odtworzył to nagranie może tak powiedzieć? Jak można tak skomentować krzywdę, która została wyrządzona tej kobiecie, której nikt nie podał ręki, a znajomi mówili jedynie, że faktycznie on bywał porywczy. Ona przeszła przez to sama, zupełnie sama, ile godzin, ile nocy słuchała podobnych do tych z nagrania obelg, ile razy oberwała, ile siniaków musiała ukrywać?

Dzisiaj ofiara przemocy domowej ma twarz i nazwisko. Obnaża wszystkie sekrety zamknięte dotychczas w czterech ściana swojego domu. A my mówimy: „Nie da się tego słuchać”?!?

A przecież to jest krzyk rozpaczy, to jest krzyk: „Zobaczcie, jak żyłam!”. To jest palec wymierzony we mnie, w ciebie i w każdego innego, który udaje, że nie widzi, że nie zauważa.

Krzywda i tragedia tej ofiary przemocy przystrojona została w polityczny płaszcz. A przecież przemoc nie ma wspólnego światopoglądowego mianownika, nie wyznaje zawsze tych samych zasad, nie udaje, że kieruje się tymi samymi wartościami. Ale dzisiaj nikt nie mówi o ofierze – na piedestale znajduje się kat, na którym co poniektórzy rozgrywają swoją kolejną polityczną partię. Ale czy ktoś pochylił się nad ofiarą, czy oprócz: „To niewyobrażalne, co ją spotkało, współczujemy jej” pojawiło się coś więcej?

W Polsce co czwarta kobieta jest ofiarą przemocy domowej. 9 na 10 kobiet w swoim życiu przynajmniej raz staje się ofiarą przemocy – różnych jej rodzajów – seksualnej, ekonomicznej, psychicznej, nie tylko fizycznej. A my mówimy przy nagraniach Karoliny Piaseckiej: „Nie mogę tego słuchać”?!?

A co one mają powiedzieć, te wszystkie kobiety, które każdego dnia doświadczają tego, co pani Karolina? Im też mamy jedynie współczuć, a one mają zatkać uszy i udawać, że to, co mówi do nich oprawca, ich nie dotyczy. Tak wiem, zaraz ktoś mądry napisze: „Głupia jest, niech odejdzie, takiego debila niech zostawi”. I wyć mi się na cały głos chce, kiedy słyszę lub czytam takie komentarze, komentarze, które piszą kobiety, które nigdy w życiu nie doświadczyły takiego upokorzenia, którym nigdy w życiu nikt nie powiedział, że są zwykłymi śmiechami, gównem i nic nie wartym pomiotem.

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co czuje ofiara przemocy, jak zostaje upodlona i zniszczona przez drugiego człowieka, któremu przecież ufała. Jak żyje, jak zastraszone zwierzę, które drży na sam dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza. A która wychodzi na niedzielny spacer z mężem – katem i uśmiecha się szeroko do wszystkich, a one kupuje jej kwiaty od kwiaciarki na rynku. Piękna para. Tylko ona za te kwiaty obrywa w domu, za to, że na nie nie zasłużyła, że on znowu musiał na nią wydać pieniądze, a ona nawet tego nie jest warta. I nie podziękowała wystarczającą ilość razy i w taki sposób, jak on by sobie tego życzył.

Rozmawiałam z ofiarami przemocy, z ofiarami, które wyrwały się z rąk swoich oprawców, a które nawet po latach drżą na tamte wspomnienia, ich ciało pokazuje, ile zostało w nich strachu…

One kochają? Pewnie tak. Mają nadzieję, że on się jednak może zmieni? Na pewno. Ale to my musimy im pokazać, że to droga bez wyjścia, że mają prawo prosić o pomoc i tylko w jego oczach są nikim, bo dla nas jak każdy inny człowiek stanowią wartość. Dzisiaj mówiąc: „Nie mogę tego słuchać” zatykamy usta wszystkim innym ofiarom przemocy, które toczy ogromny wstyd za to, że pozwalają tak się traktować. Jak mamy je usłyszeć? Jak one mają nam zaufać? Jak mają powiedzieć: „Już dłużej nie mogę”, skoro zawsze będą się bały, że odwrócimy się i zatkamy uszy, zostawiając je same z całym tym bagażem cierpienia, z bagażem, w którym oprócz upokorzenia nie ma nic więcej.

I choć to było bolesne, wysłuchałam nagrania Karoliny Piaseckiej do końca. Bo ona z mojej strony choć na to zasłużyła, bo na to zasługuje każda ofiara przemocy, który powinna zostać przez nas wysłuchana.


Drogie panie, uderzmy się szczerze w pierś przyznając, że my też nie jesteśmy idealne… Zwłaszcza w związku

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
23 kwietnia 2017
Fot. iStock/Kontrec
Fot. iStock/Kontrec

To zawsze on jest winny. Bo się nie stara, bo nie rozumie, bo mógłby się zmienić. Bo my zapieprzamy w pracy, w domu, przy dzieciach… Czasami myślę sobie, co jest z nami nie tak. Po co łączymy się w pary na dłużej, słuchając jak wiele jest par w kryzysie, gdzie właściwie o miłości nie ma mowy? Dla prokreacji? To ok, rodźmy dzieci, ale nie zmuszajmy się do bycia razem. Może czasami byłoby to najsłuszniejsze rozwiązanie.

I my kobiety lubimy tak sobie pobiadolić na tych niedobrych facetów, mężów, partnerów. A kiedy pada: „To odejdź, zostaw go”, to żadna tej rady nie traktuje poważnie, bo jak to? I co dalej?

A gdybyśmy tak uderzyły się szczerze w pierś i zamiast szukać wiecznie winy po tej drugiej stronie, przyjrzały się też sobie? Oj tak, już słyszę te oburzone głosy: a czemu sobie, ja jestem w porządku, to on jest drań, leń i nieczuły typ. Ale w końcu to jego wybrałaś. To z nim się związałaś zakładając, że spędzicie wspólnie całe życie.

Brałaś w ciemno, czy się przyjrzałaś?

Może zacznijmy od tego, czy wybierając sobie partnera dostrzegamy jego wady. Ha, pytanie powinno brzmieć, czy w ogóle wybieramy, czy bierzemy, co się nam na rękę nawinie? Kobiety rzadko wybierają mężczyzn, to raczej my chcemy zostać wybrane i wkładamy tysiące wysiłków, by zostać dostrzeżoną i by blask jego uwagi na nas spłynął. A to czy on nam się podoba, czy odpowiada nam jego poczucie humoru, sposób bycia, czy nie wkurzają nas jakieś jego odzywki, zachowania – to już nie ma znaczenia. Nasz miłość go zmieni, tak, tego jesteśmy pewne. Kompletnie nie słuchamy intuicji, która mówi: uciekaj gdzie pieprz rośnie. Bardziej od uwikłania się w zły związek, boimy się samotności. Bo same sobie nie damy rady, bo chcemy, by ktoś nas odciążył w codziennych obowiązkach, bo chcemy mieć dzieci tu i teraz, bo ile można czekać i w końcu co inni powiedzą. Masz dosyć słuchania o byciu starą panną.

Pozwalasz sobie pomóc, czy wszystko robisz sama?

„Bo on siedzi na kanapie i nic nie robi”.

„Wraca do domu i nic go nie obchodzi”.

„On to pewnie nawet nie wie, skąd się czyste skarpetki w jego szafie biorą”.

Mówicie czasami podobnie ze złością? Wkurzacie się, że „wszystko jest na mojej głowie”? A prosiłyście kiedyś o pomoc? A może gdy on mówił: „Spoko, ja zrobię zakupy”, rzucałyście: „Nie ja zrobię” myśląc, że a) nie możesz po sobie pokazać, że sobie nie radzisz, b) wolisz zrobić to sama, bo wiesz, że wszystko co potrzebne kupisz. A gdy pytał: „coś ci pomóc” zarzekałyście się, że nie, choć przecież „mógłby się domyślić i ziemniaki obrać, albo dzieciom książkę poczytać”. Nie, my nie mówimy, my chcemy, by on widział nasze poświęcenie, nasze starania. Utyramy się po łokcie, ba – po same pachy, ale słowem się nie zająkniemy. Aż w końcu przychodzi moment, kiedy wszystko z siebie wyrzucamy – i te śmieci sprzed dwóch miesięcy, i dzień kiedy miałaś ważne zebranie w pracy i po dzieci z językiem na wierzchu leciałaś, a on będzie w szoku, że o co ci chodzi, że on o niczym nie wiedział. „Taa, jasne, nie wiedział, jakby się na księżycu urodził”. Haloo, czy słyszysz siebie? A ty języka w buzi nie masz? Nie potrafisz powiedzieć: „weź umyj podłogę”. Co to, to nie, bo:

Przecież ty wszystko robisz najlepiej

My z tych facetów robimy kaleki, dzieci niepełnosprawne, co to dwóch rączek nie mają i naczyń umyć nie potrafią, bo albo niedokładnie, albo wodą gorącą się poparzą. No litości. Ile ja widzę takich kobiet skaczących koło tych swoich tak naprawdę bogu ducha winnych facetów. Pytam: „a dlaczego on nie powiesi prania, tylko ty lecisz, jak ja na kawę wpadłam do ciebie?”. „On pranie? No chyba zwariowałaś, on nawet nie wie, jak to powiesić”. No żesz ja cię pie*dolę. A skąd ma wiedzieć, jeśli wychował się w patriarchalnym domu, gdzie ojciec szedł do pracy, a matka zapieprzała w domu na niego i dwójkę, czy trójkę innych dzieci, wśród której nie wiedzieć czemu synowie zawsze mieli przywileje. To córki musiały sprzątać, gotować, prasować, chłopcy nie, oni stworzeni do wyższych celów. I on może by i chciał się przekonać, że zdolny jest do powieszenia prania, ale kiedy, jak zaraz po matce ty zaczęłaś go niańczyć?

I nawet, gdy on wykazuje chęć, mówi: „Posprzątam”, to ty szybko go ubiegasz, bo przecież i tak będziesz musiała po nim poprawiać, w końcu to ty wszystko co dotyczy domu i dzieci robisz najlepiej, on się do niczego nie nadaje. To skąd później pretensje, że nic nie robi?

Czy ty w ogóle go lubisz?

Czy w ogóle zadajesz sobie takie pytanie? Za co lubisz swojego faceta, co w nim cenisz. Lubicie wspólnie spędzać czas? Co lubicie robić razem? Znam wiele par, które na te pytania nie potrafią odpowiedzieć. Ona patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami rzucając: „o co ci chodzi”. No chodzi mi o to, czy jest wam ze sobą fajnie, czy się dobrze ze sobą bawicie, śmiejecie się? Planujecie jakiś wspólny wyjazd, czy wypad, czy raczej ograniczacie się do wyjścia raz na rok do kina i prezentów na Walentynki, co daje wam poczucie, że jest dobrze. A on? Czy lubi ciebie? I za co może ciebie lubić? Za śmiech, za luz, za wyrozumiałość, za zrozumienie? Za ciekawość świata?

To on ma się zmienić, no przecież, że nie ty?

Gdyby on był inny, to ty też byś była inna. Gdyby on był bardziej czuły, to ty byś była milsza. Gdyby on więcej z siebie dawał, to ty byłabyś bardziej wyrozumiała. A gdyby tak inaczej? Odwrotnie? Gdyby tak najpierw przyjrzeć się sobie, nie mówić mu: „jeśli się nie zmienisz, odejdę”. Tylko spróbować zmieniać się razem? Wysłuchać, co on ma ci do powiedzenia, choć to nie będą pewnie miłe słowa. Ale przyjąć je, przemyśleć, być uczciwą wobec siebie, że naprawdę bywasz zołzą, że nie dajesz mu żadnej przestrzeni do bycia w tym domu facetem, że wiele oczekujesz nic w zamian nie dając, bo on nie chce mieć czystej podłogi, tylko ciekawą siebie i świata kobietę. Chce znowu zobaczyć w tobie tę, w której się zakochał. A może twoja zmiana, wywoła zmianę w nim samym. Może jak oddasz mu trochę zagarniętej życiowej przestrzeni, to on będzie miał szansę się wykazać? Jak wycofasz się, odpuścisz, to on skorzysta z okazji i okaże się dla ciebie wielkim wsparciem. A może to najwyższy czas zaakceptować, że on nie jest idealny, że ma swoje wady, tak jak ty je posiadasz. Świadomość swoich słabości pozwala się uzupełniać, łatać braki w codziennych obowiązkach.

Naucz się na nim polegać, ale nie na niby, nie dla pozorów, które on od razu wyczuje. Tylko szczerze, a o swoich obawach – powiedz mu, powiedz, że to nie jest dla ciebie łatwe, że boisz się, że cię zawiedzie… Ale odpuść. Naucz się odpuszczać. A kto wie, może to okazać się receptą na naprawdę dobry związek?


Czy jak nie umyję okien, to Jezus do mnie nie przyjdzie?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
13 kwietnia 2017
Fot. iStock/Lise Gagne
Fot. iStock/Lise Gagne

Czuję na plecach oddech Świąt. Dziś już czwartek, a mnie od rana ogarnia panika – żesz w mordę jeszcze nic nie mam zrobione – dudni w uszach, a przed oczami staje mi moja mama, która namiętnie co roku, odkąd żyję, tę tezę wygłasza.Żołądek zaciska mi się ze stresu. Bo przecież JA już na pewno nie zdążę. Czwartek. C-Z-W-A-R-T-E-K. A przecież jeszcze w pracy i dzisiaj i jutro. Dzień w mojej głowie nagle skraca się niemal do godziny. Szynka, biała kiełbasa, żurek, jajka. O matko JAJKA. A przecież z dziećmi trzeba choć kilka pomalować, żeby podtrzymać tradycję i babkę świeżą upiec i sernik pewnie cudownie jakby się znalazł.

W głowie robię szybko listę zakupów. Postanawiam, że podorzucę mężowi, on rosły chłop przebije się przez te kolejki, które pewnie po godzinach pracy zwykłych ludzi okalają sklepy.

I te okna… I szafki i kurze. Zakodowane, prawie wrosłe we mnie świąteczne porządki. Zastanawiam się przez chwilę, kiedy moja mama z nimi zdążała. To mycie okien, kryształów pozdejmowanych z segmentów na wysoki połysk, których fronty też trzeba było starannie wyszorować, żeby smugi nie powstały. W szafach ułożone kolorami leżały nasze ubrania, a w kuchni późno w nocy można było jeszcze spotkać mamę, która klęczała nad wyciągniętymi z szafek talerzami, szklankami i sztućcami szorując zawzięcie każdy najmniejszy ślad brudu – i na naczyniach i w samych szafkach. Cały dom pachniał pastą do podłogi. Pamiętacie ten zapach jasnej emulsji rozlanej po podłodze i starannie ruch przy ruchu na kolanach wcieranej, żeby podłoga lśniła?

I te okna. Okna były zawsze najważniejsze. Pamiętam jeszcze te stare, podwójne, rozkręcane. Myte na tysiące sposobów w poszukiwaniu tego idealnego sposobu – gazetą, ścierką, ręcznikiem. To była czynność, która mamę angażowała w 100%. Bo sąsiedzi muszą zobaczyć, że okna czyste, bo tylko tak widać, że Święta w domu, bo przez te okna każdy przechodząc zajrzy, bo jednak w Wielkanoc więcej ludzi na spacerach. Jakby przez te okna miał do nas zaglądać powstały z martwych Jezus. A gdyby były brudne, ominąłby nasz dom? Zawsze jako dziecko mnie to zastanawiało, a grób i zmartwychwstanie nosiło symbol tych czystych okien.

Tyle tylko, że moja mama nigdy nie malowała z nami jajek – wrzucała w łupinki od cebuli i goniła nas z kuchni z farbkami, żebyśmy nie brudziły, że ona się tyle nasprzątała, sałatkę musi kroić, a my w sobotę rano chcemy jaja do święconki pomalować… W piątek na drogę krzyżową – na którą biegaliśmy jako dzieciaki z dziką ochotą, też nie szła, bo ciasto robiła i resztę szafek w kuchni myła. I dwa dni wcześniej zapowiadała, że broń Boże w Lany Poniedziałek nie lać jej rano wodą, bo ona wyspać się będzie musiała umęczona przygotowaniami do Świąt.

I myślę o tym wszystkim leżąc jeszcze w łóżku i czując jak pętla z nerwów zaciska mi się na żołądku, jak rozważam: „A może zadzwonię do pracy i wezmę wolne” oraz „Jak się zorganizuję, to te okna jeszcze umyję, wstanę jutro po 5-tej rano”, myślę, co upiec, co ugotować i w panice odliczam wolne do Świat godziny, które na masę tych obowiązków już wiem, że nie wystarczą.

Dzwoni przyjaciółka: „Otwieramy świąteczną wymianę jedzenia? Bo ja nie zdążę z wszystkim”. Ja też nie zdążę, choć właściwie do końca nie wiem z czym. Ustalamy, że ja zrobię więcej sałatki i część jej oddam, a ona roladę i ze mną się podzieli. Z kolejną wymieniamy się ciastami – za jej babkę pół mojego sernika. I jeszcze żurek w zamian za sałatkę jajeczną i… uśmiecham się do siebie. I już wiem, że wcale nie muszę robić wszystkiego sama i że w nas wszystkich mamy zakorzeniły niechcący przedświąteczne wyrzuty sumienia – że porównując się z nimi my wszystkie za mało się staramy, za mało z siebie dajemy, za mało gotujemy i za mało sprzątamy.

Patrzę przez okno. Pada deszcz. Ma padać przez całą Wielkanoc. I myślę sobie, czy Jezus do mnie nie przyjdzie, jeśli tych okien nie umyję? Czy Święta się nie wydarzą, jeśli zamiast myć okna usiądę z moimi dziećmi i pomalujemy wspólnie jajka, a ja pozwolę im nabrudzić w kuchni, kiedy będą piec babeczki do święconki? Czy wyznacznikiem rodzinnej atmosfery będą równo ułożone w lśniącej szufladzie sztućce? Przecież wyszorować kuchenne szafki mogę zawsze, a Święta będą teraz, zaraz. Co jest dla mnie ważne? Naprawdę te umyte okna?

Na rowery pewnie nie pojedziemy w taką pogodę, ale może rozłożymy się na podłodze i pogramy w planszówki i pośmiejemy się wspólnie, a w Lany Poniedziałek to ja wypoczęta wstanę najszybciej, żeby oblać moje dzieci wodą.