Karma z siekierą

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 czerwca 2016
 

Wierzyć w to, że ludzie będą dla nas dobrzy i mili, skoro my jesteśmy dla nich dobrzy i mili – to jakby wierzyć, że lew nas nie zje, bo my nie zjedliśmy jego. Jako że takie porównanie przemówiło do mnie, przeprosiliśmy się z moją karmą nieco. Mamy w końcu być ze sobą po kres mych dni, więc warto się jakoś dogadać. Uświadomiono mnie ponadto, że to, iż nie widzę działania karmy w życiu innych, to nie znaczy, że ona nie funkcjonuje – może akurat w danym przypadku postanowiła się zamanifestować hemoroidami albo opryszczką narządów płciowych, skąd mnie to wiedzieć, innym ludziom nie zaglądam w majty bez zaproszenia. To fakt, nie wszystko mogę widzieć. Co prawda nadal nie do końca rozumiem, dlaczego u jednych karma odbija się wrzodem, a innemu rakiem, ale ostatecznie młoda jeszcze jestem i nie wszystko rozumieć muszę.

– No widzisz, ja ci przecież mówiłem jakieś 15 lat temu, żebyś się nie martwiła tyle, bo ci się to guzem mózgu odbije, no nie mówiłem? Mówiłem przecież!

No mówił, nie przeczę. Teorii na temat tego, co się ze mną dzieje i dlaczego, jest tyle, co osób dookoła mnie. Niebiosom niech będą dzięki za tych ludzi w moim otoczeniu, którzy obdarzeni są cudownym, wisielczym poczuciem humoru i troskę o mnie owijają w czarny humor. Kocham dystans do siebie i do mnie, a każdy problem okraszony śmiechem wchodzi mi łatwiej do krwiobiegu i oczyszcza organizm. Ludzie, którzy traktują siebie śmiertelnie poważnie, moim zdaniem umarli już za życia.

– Wie Pani, wstrzykniemy Pani takie kolorowe koktajle, rak się nie oprze, upije się, a my sprawdzimy, na jaki kolor delikwent będzie świecił.
– Yyyy, i czego się dowiemy?
– No, jak będzie świecił na niebiesko, to będzie rak – chłopczyk, a jak na różowo, to rak – dziewczynka.
– Ooookeeej… A co, jeśli, dajmy na to, chłopczyk?
– No jak to co? Śmierć na miejscu. Samiec twój wróg!
– To ciekawe. Podobno większe spustoszenie zwykle robią kobiety…
– Ale to w przyrodzie. Takie tornada na przykład. Kobieta = żywioł nie do opanowania.
– Naprawdę mam nadzieję, że Pan mnie jednak podpuszcza.
– Podpuszcz to moje drugie imię. Ale pomyślałem, że będzie Pani przyjemniej, jak powiem, że wrednemu samcowi w Pani imieniu odetniemy członki.

Nie przeczę, że dużo we mnie jeszcze gniewu i smutku. Nie jest łatwo pogodzić się z taką ilością rozczarowań i przykrości, jaką karma szanowna mi zaserwowała. Ale już wiem, że to, co robią nam inni – to ich karma, a jedynie to, co ja z tym zrobię, jak zareaguję – to jest moja karma właśnie. Tylko na to mam wpływ. Tylko nad sobą mogę pracować. Staram się więc każdego dnia przybliżać do mojego własnego ideału. Pracuję nad moim własnym spokojem i coraz mniej się chcę zajmować małością i podłością innych. Daleka od ideału, uczę się każdego dnia czegoś nowego na swój własny temat.

– Jako najlepszy środek przeciwbólowy zalecam dużo śmiechu oraz dzbanek czułości, pity trzy razy dziennie oraz w stanach nagłego napadu boleści.
– Czułości??
– Tak. Jak Panią boli, to niech Panią ktoś zawinie w puchaty kocyk szczelnie niczym naleśnik, położy na łóżku i tuli, dopóki ból nie przejdzie.
– Hmmm… Ze śmiechem dam radę, ale z tym tuleniem mam pewne problemy natury technicznej, rzekłabym. Chyba że zgłasza się Pan na ochotnika jako naleśnikarz…
– Niestety mam już żonę.
– Ja niestety mam męża. Tak jakby. Technicznie…
– Ale to nie ma problemu, zaraz wyjdziemy do dyżurki i zrobimy rekrutację.
– Ciekawymi rzeczami zajmują się teraz lekarze po godzinach pracy.
– Bo jak to wyżyć za te marne pieniądze, droga Pani, biedny lekarz orze jak może. Zwłaszcza że moi pacjenci szybko odchodzą… Proszę tak na mnie nie patrzeć – oni zdrowieją, oczywiście, że wszyscy w szaleńczym tempie zdrowieją!
– Przy takiej terapii to się nie dziwię.

Na początku jest sympatycznie – każdy ból głowy, brzucha, gardła, palca nawet, jest przez ukochanego zcałowywany, przeganiany, rozpuszczany w miłości. Każda łza jest suszona niemal natychmiast. I nagle coś się dzieje. Nie potrafię wskazać dokładnie, w którym momencie zostałam sama ze wszystkim bolesnym, co się przytrafiało. Pojawiła się totalna obojętność i teksty w stylu „Nie płacz, bo denerwujesz koty”. Jednocześnie miałam już świadomość, że pod pretekstem wyjazdu do pracy jechał do innej pani, by ją otulić i otrzeć łzy, bo miała gorszy dzień. Moje dni przestały się liczyć już tak dawno temu, że nie pamiętam już, jak to jest być czyimś naleśnikiem. Obawiam się, że ta część recepty mojego lekarza jest awykonalna, ja i moja karma skupiamy się więc na tej części związanej ze śmiechoterapią.
Każdemu wedle możliwości.

Podobno to nie tak, że jak się już wszystko dobrze ułoży, to wtedy będziemy szczęśliwi, ale wręcz odwrotnie – jak będziemy szczęśliwi, to wszystko się dobrze ułoży.

A ja zamierzam być jeszcze obłędnie szczęśliwa.

A dzisiejszy wpis sponsorowała piosenka „Siekiera” Dominiki Barabas – siedzi mi w głowie od tygodni, niczym zmiany chorobowe.


Socjopata, moja miłość

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
18 czerwca 2016
blog_yj_4654293_7147497_tr_narc
 

Trafił mi się. Mój własny, prywatny zabójca idealistycznej wersji miłości, morderca tego, co dobre i piękne we mnie. Emocjonalny socjopata. Nie mylić z psychopatą, bo on nikogo fizycznie ze skóry nie obdziera. Po prostu bierze, co chce, a potem, jak się posypie, przekonuje, że to nie jego wina.
Podobno w pierwszej fazie znajomości to najbardziej fascynujący typ ze wszystkich mężczyzn. Potrafi być elokwentny i zabawny, ma wdzięk i charyzmę. Wie, co i kiedy powiedzieć, sprawia wrażenie niezwykle tobą zainteresowanego, przez moment jesteś jego królową i boginią. W wersji podstawowej, szuka obiektów spragnionych miłości i uznania, tzw. łatwe cele. Kobiety poranione. Takie, które marzą o księciu z bajki (niech będzie, że naiwne), bo takim rycerzem na białym koniu potrafi być dobrym. Wedle literatury fachowej, mile łechce swoje ego, i tak już rozdmuchane, kiedy to białogłowa wpatruje się w niego cielęcym wzrokiem. Kobieta silna się na niego nie złapie, więc takie omija szerokim łukiem, rzucając w ich kierunku pogardliwe „Bo ty to taka WYZWOLONA/FEMINISTKA jesteś…”, wszelkie przejawy niezależności kobiety traktowane są jak zagrożenie.
Emocjonalny socjopata to ktoś z gatunku Doktor Jekyll i Mister Hyde – w jednej chwili cię kocha, w drugiej nienawidzi, nigdy nie wiesz, na czym stoisz. Coś obiecuje, coś deklaruje – a tu nagle wielkie nic. Daje słowo, ale po trzech tygodniach już mu się odwidziało. Zabawa z nim przednia, jak na karuzeli lub rollercoasterze. Dajesz się wciągnąć w takie wesołe miasteczko uczuć, sama zmieniasz się trochę w maniaczkę, usiłując nadążyć, sprostać i jednocześnie nie stracić.
Ten typ z lubością obwinia innych („To Ty mnie do tego zmusiłaś”, „To ona założyła na mnie sidła”) i gra na uczuciach. Rolę biednego misia ma opanowaną do perfekcji. Żona w ślub wmanipulowała, a w ogóle to się w jędzę zmieniła po latach, partnerki zawsze zdradzały, koledzy oszukiwali, szefowie nie doceniali.
Zadajesz pytanie, a odpowiedzi brak lub jest odpowiedź mętna. Jasna deklaracja to nie w jego stylu. Jeszcze by taka kobieta wiedziała, na czym stoi i dopiero by było!
Socjopata w związku niewiele się uczy, jeśli już, to tylko jak doskonalić technikę. Będzie zaprzeczał, póki się nie złapie za rękę, a potem zastanowi się nie nad tym, co zrobił źle, tylko dlaczego wpadł. Dla mojego męża problemem nie było to, że mnie zdradzał, tylko że przeczytałam jego prywatnego smsa, z którego wychodziło, że mnie zdradza.
Ten typ często przejawia też rys narcystyczny – jest zajęty sobą i swoimi potrzebami zajęty tak bardzo, że nie starcza miejsca i czasu na innych. Bywa to akcja w stylu „bo ja taki zły jestem”, będący w rzeczywistości także obsesyjnym wręcz zainteresowaniem się sobą samym. Tutaj każdy jest wrogiem – narcyzm nadwrażliwy zakłada, że inni wiecznie chcą go wyśmiać, oszukać, zmanipulować.
Socjopata to jednocześnie tchórz – konfrontacji unika jak ognia, niczym struś stara się włożyć głowę w piasek tak głęboko, że prawie cały się schowa nim dopuści do siebie jakiekolwiek słowa krytyki i zareaguje. Opcjonalnie może zareagować agresją, jak już kobieta bezczelnie zaatakuje i będzie się domagać wyjaśnień.
Długo nie dopuszczałam do siebie informacji, że mój ukochany nie jest zdolny do miłości. To choroba. Jakichś klocków w środku brakuje i tyle. Nawet po wyprowadzce, gdy zaczęła na jaw wychodzić moja poważna choroba, wierzyłam w jego pomoc i wsparcie. Szybko jednak wróciłam do formy i stwierdziłam, że odbijanie się od pustych obietnic, niepewności i nieprzewidywalności – to już zabawa nie dla mnie. Ja potrzebuję jasnych, logicznych podstaw w moim chwilowo postawionym na głowie (dosłownie) świecie. Mój Miś nadal jest obok wyłącznie na własnych warunkach. Nadal z chęcią przerzuca piłeczkę na moją połowę boiska, zrzucając na mnie ciężar działań.
O socjopacie w związku czytałam już parę lat temu – paradoksalnie, dosyć szybko dostrzegłam niebezpieczne cechy u mojego partnera. Potrafiłam to nazwać, oswoiłam, zrozumiałam podstawy. Tylko nie wiem, jak ja to robiłam – ale w żadnej z mądrych publikacji i opracowań, nie widziałam jednego zdania, które obecne było WE WSZYSTKICH – że socjopata się NIE ZMIENI. Że nie ma szans, proszę pani, proszę czasu nie tracić. Ja naprawdę tego nie widziałam! Nie słyszałam, gdy mówili to inni, dużo mądrzejsi ode mnie! Do samego końca dałabym się pokroić za mojego partnera i broniłabym jak lwica mojej opinii, że to jest dobry facet, który się otrząśnie! On zrozumie, no na pewno, to jakieś chwilowe zaćmienie. Ja się bardziej postaram, on na terapię pójdzie i będzie dobrze!
Ha ha!
Mój kolega terapeuta nazywa to tak: „pacjent ma emocjonalną jaźń zakopaną tak głęboko, że dokopanie się do niej może oznaczać przekopanie się na drugi koniec Ziemi”. Żeby się zmienić, trzeba czuć się źle z tym, że się kogoś rani. A jak można kogoś zranić, skoro to ten ktoś jest winny, nie ja?
Byłam partnerką w oszustwie wystarczająco długo. Pomagałam mojemu partnerowi oszukiwać samą siebie, w imię wyimaginowanej bliskości i ratowania związku

Mam wiadomość: związku w pojedynkę się nie uratuje.


Gdy świat stoi tyłem

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
10 czerwca 2016
Fot. Pixabay / Pixabay / CC0 Public Domain
Fot. Pixabay / Pixabay / CC0 Public Domain

WSTĘP
Tu był naprawdę dobry tekst. Ale komputer się zbiesił. I macie, co poniżej 😉

ROZWINIĘCIE
To zadziwiające, jak w ciągu pół roku świat może się odwrócić o 180 stopni. Myślę o tym, wpatrując się w zrobioną jeszcze w grudniu rezerwację w uroczym pensjonacie w górach. Miał to być prezent dla mojego partnera z okazji jego urodzin. Takie reset na nowy rok życia i kolejny rok ze mną. Było, ale się zmyło, no cóż. Oczywiście, mogłabym pojechać sama albo z kimś innym, ale nie czas i nie miejsce. Miałabym poważne trudności logistyczne i techniczne, poza tym byłoby podwójnie przykro, jak sądzę. Obecnie rytm mojego dnia i nocy wyznacza walka o siebie. Licząc te wszystkie leki i krople, przyjmowane z rozsądku, zastanawiam się przynajmniej dwa razy dziennie, jak można być hipochondrykiem – kto z własnej, nieprzymuszonej woli, pisałby się na to wszystko?

Mój świat wirował niezapowiedzianie kilka razy w moim życiu. Najmniej lubiany przeze mnie okres to ten, gdy nagle świat obrócił się do mnie tyłem i moje życie przypominało kiepski remake filmu „Och Karol”. Nie wiem, czy wiele rzeczy umiem, ale wydaje mi się, że jestem mistrzynią w zaczynaniu od nowa – lub od zera, jak wypada. Obecnie nie wiem, jak naprawdę zacząć, skoro zanosi się, że niebawem może będę musiała skończyć…? Jak nie zmarnować ani dnia? Jak się nie poddawać?
Bardzo bawi mnie, gdy słyszę od lekarzy, że mam nie dźwigać nic cięższego niż 4 kg (na litość boską, moja torebka jest cięższa!), mam unikać stresu (czy w naszym kraju jest w ogóle taka opcja, gdy prowadzi się działalność gospodarczą?) i unikać ludzi, którzy mnie denerwują i wysysają pozytywną energię (wolne żarty!). I odpoczywać, ciągle odpoczywać! Odpoczynek wychodzi mi już bokiem.
Bawię się więc w ogrodniczkę amatorkę, tłumacząc sobie i innym, że przecież zabawy w ziemi to zabawa oraz element arteterapii. Wystarczy zapytać dowolnego przedszkolaka, potwierdzi. Podobnie sprawa się ma z malowaniem domu – dlaczego mi nie wolno?

Tylko nagle cholera bierze, że wymaluję połowę pomieszczeń i siły znikają. Choroba się nie poddaje, syczy na mnie w nieodpowiednich chwilach i próbuje przejąć kontrolę.
Z tym można sobie jeszcze dać radę, wbrew pozorom. Chciałabym, żebym odtruwanie i leczenie organizmu było tak łatwe jak odcinanie się od trujących ludzi i wspomnień. Te toksyny odkładają się w nas na lata…

Trudne są wieczory i noce. I ataki bólu, zanim zdołasz je uśmierzyć, ujarzmić. Wtedy czujesz najmocniej samotność. Widzisz wszystko wyraźniej. Czasem czujesz wyraźniej, że świat nadal jest do ciebie odwrócony tyłem. Przeważnie nie czujesz już złości, tylko zgodę na świat. Poważna choroba jest czymś tak intymnym, że nie chcesz jej dzielić z byle kim.

ZAKOŃCZENIE
„Nieważne jak wielka bitwa i jak wielkie zwycięstwo, ostatecznie i tak każdy bohater umiera sam” – Hans Fallada