Kąpiel godna królowej. Nasze Ochy i Achy – kosmetyki do ciała prosto z drogerii

Ochy i Achy
Ochy i Achy
16 października 2017
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Najlepsze kosmetyki do ciała, godne uwagi królowej, czyli mnie, ciebie, każdej kobiety… Takie, które kupisz w drogerii – kosmetyki, nie kobiety oczywiście ;). Czy są takie cuda, ukryte gdzieś między szarym mydłem a siermiężną szczotką do pleców? Są i kropka. Jeśli tylko wiecie, czego szukać!

Ponieważ ma być po królewsku, dziś wyjątkowo w naszych ocenach zamiast serduszek pojawią się korony! Zobaczcie, co tym razem skradło nasze serca. Zapraszamy!

 Vianek – MALINOWY PEELING DO CIAŁA

czyli, „Ja chcę jeszcze!”

IMG_3864

Peeling to coś, co moje ciało skatalogowało w szufladce z napisem „no, jasne”, tyyyle mam czasu wolnego, że gdy wreszcie wygospodaruję swój czas na prysznic, peeling staje się złem… Znam to doskonale. Wiem, że jest potrzebny, ale co tu zrobić, kiedy tak bardzo się „nie chce”, a przynajmniej wtedy, gdy nie mam pod prysznicem malinowego cuda od Vianka. Wierzcie lub nie, ale kto raz rozpieczętuje banderolkę na zakrętce, prędko z łazienki nie wyjdzie!

Osobiście jestem posiadaczką już 3 słoiczka z kolei (być może to malinowe uzależnienie) i wiem, że nie ma takiej siły, która by osłabiła moją miłość do tego peelingu! O mamo, jak on pachnie! Ale zapach to nie wszystko – konsystencja genialna, zmielone pestki malin oraz cukier doskonale złuszczają, nie za grube, nie za drobne. Duet idealny.

Peeling z mielonymi pestkami malin jest kosmetykiem ujędrniająco-wygładzającym i… tak, jestem gładka i jędrna i bardzo to lubię. Skóra po peelingu jest pięknie nawilżona, aż się znowu chce! W moim przypadku, po takim peelingu nie muszę walczyć z balsamem do ciała – chyba, że dla własnej przyjemności.

Ach i jeszcze olejek cynamonowy – choć samego zapachu cynamonu nie wychwycicie wśród soczystych, dzikich malin, to cudownie wpływa na jędrność skóry (baj, baj cellulicie) i pozostawia ją po spłukaniu gładką i aksamitną. Stosować po umyciu ciała, absolutnie! Szkoda by było zepsuć mydełkiem taki efekt!

cena: ok.  27 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie👑👑👑👑👑
Zapach👑👑👑👑👑
Opakowanie👑👑👑👑
Cena👑👑

Nacomi – GALARETKA  DO MYCIA – ŚWIEŻE CIASTO Z PAPAJĄ

czyli, „Duże dziewczynki tez lubią słodycze!”

IMG_3863

Całkiem nowe odkrycie na mojej kosmetycznej liście. W pierwszej chwili spodziewałam się galaretki podobnej do tej dla dzieci, sprzedawanej w marketach – czyli „glutowatej”, ale to cudeńko od Nacomi z przaśną zabawką do kąpieli ma niewiele wspólnego! Bowiem galaretka do mycia, jak sami o niej piszą producenci, to bardziej zabawna siostra mydła glicerynowego.

Pamiętacie, gdy 15-20 lat temu, jako podlotki dostawałyśmy pierwsze „ekstra” mydełka na urodziny i pod choinkę? Nie skłamię, jeśli powiem, że towarzyszyły mi podobne odczucia. Już podczas mycia jest bardzo dobrze i relaksująco. Czuć, że mamy w rękach produkt w wersji lux, taki, który sprawia przyjemność.

Galaretkę najlepiej wyjąć z pudełka w całości, ma zwartą lecz sprężystą konsystencję i użyć jak mydełka. Można też podzielić się z mamą (choć niekoniecznie z własnej woli 😉 ). Po użyciu czuć, że skóra robi się przyjemnie miękka, aksamitna w dotyku i nawilżona.

W mojej łazience zagościła galaretka w wersji „świeże ciasto z papają” – i znów zapach obłędny, powodujący głód :) , ale sprawiający wiele radości i przyjemności. Uwielbiam, gdy kosmetyki dobrze pachną… Główne, pielęgnacyjne skrzypce grają tutaj ekstrakt z aloesu oraz D-panthenol.

Co jeszcze warto dodać? Że produkt jest dostępny w bardzo przystępnej cenie i jest zaskakująco wydajny. Tego się nie spodziewałam – duży plus,  to nie „jednorazówka”.

cena: ok. 15 zł

PS: Marzę o innych, także, gdyby ktoś bardzo się zastanawiał, co sprezentować mi na urodziny… 😀

Nasze Ochy i Achy!

Działanie👑👑👑👑👑
Zapach👑👑👑👑👑
Opakowanie👑👑👑👑
Cena👑👑👑👑

Lirene- MINERAL COLLECTION

czyli, „Kocham luksus w swojej łazience”

IMG_3932

Lekki balsam odżywczy do ciała – Jedwab morski oraz Multi-regenerujący balsam do ciała – Minerały z morza martwego

Tutaj będzie sporo Achów. Bo seria „morska” z Lirene, to produkty idealne do domowego SPA. Czekają na was równie piękne lecz subtelne zapachy. To jedna z bardziej eleganckich serii tej marki kosmetyków. Oprócz pięknego wyglądu (taki zestaw w ładnym koszyku, to również dobry pomysł na elegancki prezent), gwarantują dużo luksusu w zasięgu domowej łazienki.

W serii Mineral Collection, znajdziecie dwa balsamy, dedykowane dwóm typom skóry, choć przyznam, że ja chętniej podzielę je ze względu na preferencje „smarujących” oraz olejkową mgiełkę do ciała.

Obydwa produkty mają w składzie wiele dobrego –  to co je łączy, to stymulowanie skóry do naturalnego procesu regeneracji i odnowy. Lubię ogromnie kosmetyki, które stawiają na działanie, a nie maskowanie problemu. Oznacza to przede wszystkim to, że gdy raz ich nie użyjesz twoja skóra nie zamieni się obraz nędzy i rozpaczy. Regularne stosowanie faktycznie poprawia kondycję skóry, co dobrze widać w miejscach dla kobiet strategicznych (brzuch, uda, ramiona). Dobrze napięta i zadbana skóra jest cenniejsza od utraty kilku centymetrów.

Lirene o skórę dba, bez dwóch zdań. Obydwa produkty zawierają kapsułki z witaminą E. Genialne – ponieważ dopiero podczas aplikacji kapsułki (mikro, mikro kapsułki) rozcierają się na skórze i uwalniają produkt , dzięki czemu witamina jest zawsze świeża i (jak mawiają fachowcy) „biologicznie aktywna”. Po pierwszym zastosowaniu czuć różnicę, skóra jest ładnie napięta, nawilżona (jakaś taka bardziej pasująca 😉 ).

A czym różnią się balsamy?

Lekki balsam, przeznaczony dla skóry normalnej  posiada kompleks kojący. Oprócz tego, że sprawdzi się w przypadku skóry delikatnej, skłonnej do podrażnień, docenicie go podczas aplikacji po goleniu nóg. Co ciekawe, mimo lekkiej formuły i naprawdę szybkiego wchłaniania, pozostawia na skórze wrażenie wilgoci dłużej niż bardziej gęsty balsam multi-regenerujący. Nie pozostawia żadnych śladów i filmów. Dobrze odżywia i nawilża skórę.

Multi-regenerujący balsam, dedykowany skórze suchej, jest bardziej konkretny w konsystencji, gęsty. Ku mojej uciesze wchłania się również ekspresowo i zostawia jedynie delikatny, ledwo wyczuwalny film. Tak naprawdę widać to np. po pogłaskaniu ręki, gdy włoski delikatnie przykleją się do skóry. Skóra nie jest tłusta. Ten kosmetyk również stawia na wielopłaszczyznową regenerację skóry, a minerały morskie słyną ze swoich odżywczych właściwości (nie bez powodu tak często reklamują ekskluzywne ośrodki SPA…). Dodatkowo balsam wspomaga utrzymanie równowagi poprzez utrzymanie warstwy ochronnej skóry. Tak jak pisałam wcześniej, pozostawiony film ochronny nie jest uciążliwy. Kosmetyk również zawiera kompleks CalmProtect .

Cała seria pachnie spokojem, wakacjami, SPA – po prostu morzem! Jest dobrze.

cena: ok. 16 zł / balsam

Nasze Ochy i Achy!

Działanie👑👑👑👑👑
Zapach👑👑👑👑👑
Opakowanie👑👑👑👑
Cena👑👑👑👑👑

Olejkowa mgiełka do ciała – Koral morski

IMG_3933

Świetna propozycja dla wszystkich, którzy są na bakier z tradycyjnym nawilżaniem skóry. Jeśli na myśl o „smarowaniu” i przyklejonych do nóg spodniach od piżamy zaczynasz lekko dygotać – to produkt dla ciebie. Tak, wiem, czasem trudno przełamać opór przed balsamem… i ten czas…

Olejkowa mgiełka ma formułę dwufazową, co oznacza, że przed użyciem należy wstrząsnąć (nie mieszać 😉 ) opakowaniem. Co w tym takiego fajnego? Przede wszystkim dostajemy dobrodziejstwo pielęgnacji olejkiem w dużo lżejszej formule. Mgiełka dobrze się rozprowadza, a film jaki pozostawia na skórze, niczym nie przypomina typowego, tłustego śladu po olejku. Kosmetyk świetnie i szybko się wchłania.  Również skład kosmetyku zachwyci każdego, kto docenia dobrą pielęgnację. Koral morski ma działanie antyoksydacyjne, ujędrniające, nawilża długotrwale skórę – i to czuć po pierwszym użyciu. Uczucie nawilżenia nie mija po założeniu szlafroka.

PS: Bardzo pragmatyczna uwaga – jeśli nie ma kto ci wysmarować pleców, nie zwlekaj, pędź po mgiełkę do drogerii 😉 – świetny atomizer, nie zacina się w dziwnych pozycjach, plecy znów gładkie i zadbane…

Piątka z plusem dla Lirene za całą morską serię – morskie i boskie 💙 Świetne jakościowo kosmetyki, w bardzo dobrej cenie i na wyciągniecie dłoni.

cena: ok. 19 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie👑👑👑👑👑
Zapach👑👑👑👑👑
Opakowanie👑👑👑👑
Cena👑👑👑👑👑

 

 Ochy i Achy!

ochyiahy-awatar-100px

Specjalnie dla was bierzemy na warsztat, wałkujemy, wąchamy, smarujemy i sprawdzamy! Nie znajdziecie tu bubli i produktów, których same byśmy nie użyły. Witajcie w naszych Ochach i Achach – czyli rusza nowy przegląd kosmetyczny, a w nim to, czym warto się zachwycać!


Farba do włosów z Joanny za 12 złotych? Opadły nam szczęki, serio, nie trzeba przepłacać [test redakcji]

Ochy i Achy
Ochy i Achy
6 listopada 2017
Fot. iStock / yuriyzhuravov
Fot. iStock / yuriyzhuravov
 

Farbujecie włosy w domu? My też. Jeśli nie usiłujecie uzyskać nad wyraz dziwnego i skomplikowanego efektu, zazwyczaj domowa koloryzacja nie sprawia trudności, pozostaje tylko jeden element ryzyka… wybór farby.

Kiedy zaproponowano nam redakcyjne przetestowanie nowego produktu z Joanny, zgodziłyśmy się bez wahania, ale z potężnym i bardzo „babskim” niedowierzaniem. „Najwyżej obetnę…”, „mam w szafce swoją farbę, gdyby nie wyszło”… bo przecież każda z nas, ma swoje pewniaki. Ale okazuje się po raz kolejny, że kto nie ryzykuje, nie pije szampana 😉 .

Zobaczcie, jak poszło na naszych głowach!

Hanna 10.01 – platynowy blond

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Włosy farbuję od… umówmy się, że od zawsze ;), zdążyłam nosić już włosy długie i krótkie, blond, brązowe, rude i czarne – ale do blondu wracam po każdej chwili słabości. Miałam okazję farbować włosy prawie każdą dostępną w drogerii farbą, z drobnymi wyjątkami.  Jednak zawsze odnosiłam wrażenie, że Joanna niekoniecznie będzie moim wyborem. Blond, mój ulubiony, to jasny, popielaty odcień, koniecznie zimny – podobny do mojego naturalnego koloru (tak, do tego się dochodzi z wiekiem 😉 ).

Nie dajcie się zwieść nazwie tego odcienia. Większość marek pod platynowym blondem skrywa dość ordynarny białawy kolor, kojarzący się z lalką. Od początku urzekła mnie barwa zaproponowana przez Joannę. Bardzo subtelna, lekko popielata, naturalna. Oczywiście zaraz potem pojawiło się niedowierzanie: „taa, mhm, pewnie i tak wyjdzie żółte”. Bo spośród dziesiątek dostępnych farb, miałam na liście na swoich pewniaków tylko dwie marki, które „dobrze” spisywały się na moich włosach. Okazało się, że Joanna pobiła je na głowę!

Przed farbowaniem

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Zadanie było wymagające, bo i odrost po poprzednim farbowaniu do małych nie należał. Około 2 cm pola bitwy.

W zestawie znajdowały się: farba, utleniacz, stabilizator koloru oraz para rękawiczek.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Farbowanie:

Cała procedura była dość zaskakująca i banalnie prosta. Była tylko jedna niewiadoma: czy jedno opakowanie wystarczy???

Pierwsze zaskoczenie – po wymieszaniu składników w miseczce, nic nie śmierdziało w łazience! To zaskoczenie zrodziło pytanie, czy ta farba poradzi sobie z odrostem?

Drugie zaskoczenie – farbę nakłada się na wilgotne włosy.

Farba ma lekką konsystencję i bardzo dobrze rozprowadza się na włosach. Dodatkowo aplikacja na wilgotne włosy okazała się olbrzymim ułatwieniem. Mokre włosy nie plączą się podczas nakładania farby na kolejne pasma, łatwiej się je przeczesuje i rozdziela, a dzięki temu – dokładniej. Po nałożeniu mieszanki na odrosty należy odczekać 15-20  minut, po czym nałożyć farbę na resztę włosów i pozostawić na głowie na kolejne 5-10 minut.

Po upłynięciu czasu podanego w instrukcji należy włosy lekko zmoczyć i wymasować, jak podczas mycia głowy. Następnie spłukać dokładnie głowę i nałożyć stabilizator. Ostatnim krokiem jest zawinięcie głowy po nałożeniu stabilizatora ręcznikiem i 10-15 minut relaksu. Spłukiwanie i zachwyty nad nowym kolorem. :)

Postępowałam zgodnie z instrukcją i było wyśmienicie!

Kolor wyszedł przepięknie,  nie pozostała żadna różnica między odrostem a wcześniej farbowanymi włosami (inną farbą!). Zobaczcie sami (zdjęcie w dziennym świetle bez retuszu).

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Dla mnie Joanna zasługuje na miano efektu WOW. Nie spodziewałam się kompletnie tak fajnego efektu i dobrego produktu. Gratulacje. Zostaje na następne farbowanie … i następne, i następne i…

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

PS: Włosy są naprawdę miękkie i ładne. Zero „siana”.

Ewa 8.1 i 6.36 – naturalny blond i ciepły brąz

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Mnie do farbowania włosów naprawdę nie trzeba długo namawiać. Co prawda przeszłam wszystkie możliwe kolory, ale (podobnie jak Ewelina) ostatnio z chęcią sięgam po te farby, które dają moim włosom najbardziej naturalny kolor. Od dawien dawna włosy farbuję sama w domu, to znaczy farbuje mąż, ale on nie lubi, jak mówię o tym głośno, więc jakby co, to nie mówiłam. Kiedy idę do fryzjera, często słyszę: „Jaką farbą farbowała pani włosy” i szczerze – nigdy nie pamiętam. Najczęściej wybieram z półki ten kolor, który mi się podoba patrząc oczywiście na to, czy farba jest w rozsądnej cenie. Nie jestem wierna żadnym markom, barwom i innym tym podobnym rzeczom. A farby firmy Joanna znam, nie raz na moich włosach lądowały, więc zdecydowałam się użyć.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Co więcej, zadeklarowałam, że wymieszam dwie farby. Dlaczego? Bo po pierwsze nigdy nie pomyślałam, że przecież faktycznie tak można, a po drugie – zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Trudno, jak nie wyjdzie, pofarbuję jeszcze raz.

Przed farbowaniem

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Wymieszałam po połowie każdej farby. I fakt – nie śmierdzi chemią tak jak zazwyczaj, ma zdecydowanie łagodniejszy zapach. Świetnie rozprowadza się na włosach. Ja zawsze postuluję, żeby załączać pędzelek do farbowania włosów, bo notorycznie gubię swoje, byłoby miło. I powiem szczerze – zmyta po 30 minutach farbach, wysuszone włosy – to był efekt WOW. Ta farba jest naprawdę fantastyczna, wychodzi piękny kolor, bez żadnego przekłamania czy nieoczekiwanych efektów. I w końcu nie farbuje samej skóry głowy tak, że do kolejnego mycia głowy strach wyjść z domu. I powiem szczerze – tak jak nigdy nie zwracałam uwagi, jaką farbą farbuję włosy, tak teraz coś mi się wydaje, że na bardzo długo pozostanę wierna ULTRAPLEX COLOR.

Po farbowaniu

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Żaklina 8.45 – płomienny rudy

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Moje z natury nijakiego koloru włosy od dobrych siedmiu lat farbuję na rude odcienie.  Muszę przyznać, że dotychczas wypróbowałam wiele różnych farb do włosów, ale jedynie dwie lub trzy z nich gwarantowały efekt, który chciałam osiągnąć. Z ciekawości wypróbowałam farbę Ultraplex o kolorze płomienny rudy, zastanawiając się, czy ów rudy będzie tak płomienny, jak widać na opakowaniu.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Mam długie i bardzo gęste włosy, więc zastanawiałam się, czy dwa opakowania farby wystarczą, czy może zostanę z niezafarbowanymi plackami? Pierwsze wrażenie było na plus — farba jest wydajna i ma lekką konsystencję, nie jest zbyt gęsta, dzięki czemu bezproblemowo rozprowadza się po włosach. Gdy w ubiegłym miesiącu korzystałam z innej farby, modliłam się o to, by wystarczało jej na całość. W tym przypadku dwa opakowania farby wystarczyły i nawet zostało jeszcze troszkę farby w miseczce.

Przed farbowaniem

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Podczas farbowania włosów schemat jest chyba wszędzie taki sam, więc tu rewolucji nie było. Nowością jest nałożenie stabilizatora, który ma na celu zamknięcie łusek na powierzchni włosów, dla ich wytrzymałości, sprężystości i połysku. Po wysuszeniu włosów mogłam stwierdzić, że nie tylko nie ubyło im z miękkości (niektóre farby, których wcześniej używałam, pozostawiały po sobie przesuszone włosy), w dodatku kolor jest identyczny z tym, który zaprezentował producent na zdjęciu poglądowym z opakowania. Ja jestem zachwycona tą farbą, dla mnie kolor jest idealny i z przyjemnością sięgnę po nią w przyszłości.

 Po farbowaniu

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Ewelina 5.36 – medium brown

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Doskonale pamiętam czasy, gdy kolor włosów zmieniałam kilka razy w roku – od platynowego blondu, przez delikatne brązy, aż po głęboką czerń. Po wszystkich tych eksperymentach pokochałam w końcu (a może raczej musiałam, bo włosy swoje przeszły) swój naturalny kolor. Bez entuzjazmu, więc zabrałam się za testowanie farby ULTRAPLEX marki Joanna. Skoro jednak wszystkie, to wszystkie. „Trudno, najwyżej zetnę” – pomyślałam. Noszę przecież krótką fryzurę.

Przed farbowaniem

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Wybrałam średni brąz, ponieważ nie zależało mi na totalnej zmianie, a na pogłębieniu mojego naturalnego koloru włosów. Instrukcja nie sprawiła mi żadnych problemów, choć samodzielnie farbowałam włosy w domu może trzeci raz. Jedyne, co bym zmieniła w kwestii samej aplikacji, to naczynie. Fajnie, jakby farbę mieszało się poprzez wstrząśnięcie w dołączonej buteleczce i za jej pomocą aplikowało na głowę. Ale dramatu nie było. Moja wina, że jestem fleją. Na moje włosy zużyłam może 1/4 produktu. Farbę zmyłam po 30 minutach.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Efekt? No czegoś takiego to się nie spodziewałam! Kolor dokładni taki, jak sobie wyobrażałam. Wygląda naturalnie i pasuje do mojej karnacji. W czasie aplikacji nie odczułam ani pieczenia ani swędzenia. To, co jednak zrobiło na mnie największe wrażenie, to bezproblemowe zmywanie farby ze skóry głowy. Przy tak krótkich włosach jak moje widać wszystkie zacieki na linii włosów. Tak było i w tym przypadku, jednak udało mi się zmyć farbę ze skóry już podczas jednego mycia włosów. To duży plus, ponieważ pamiętam czasy, gdy przez kilka dni musiałam chodzić w czapce z powodu nieestetycznych zacieków i czarnych plam w miejscach, gdzie prześwituje skóra. Szczerze polecam.

Po farbowaniu

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Zajrzyjcie na stronę Joanny, znajdziecie tam całą gamę kolorystyczną: www.joanna.pl.


Odkryłyśmy i nie wypuścimy z rąk! Ochy i Achy nad fajną, polską marką [żal przegapić!]

Ochy i Achy
Ochy i Achy
12 października 2017
Fot. iStock / Tassii
Fot. iStock / Tassii
 

Choć na rynku kosmetycznym świętują swoje trzydziestolecie, okazuje się, że wiele kobiet jeszcze o nich nie słyszało… Pewnie dlatego, że ich kosmetyki nie krzyczą do nas z gazetek hipermarketów. A szkoda! Wiecie dlaczego? Bo robią kawał dobrej roboty! O kim mowa? 

Wzięłyśmy na warsztat kilka perełek marki BANDI – i chcemy więcej! Zobaczcie, co i dla kogo wyśledziłyśmy.

Dziś mocno skupimy się na pielęgnacji twarzy, bo choć innych produktów w ofercie marki nie brakuje, to te do twarzy zrobiły na nas piorunujące wrażenie! Będą też dwa mega odkrycia – coś wspaniałego do ciała i rewolucyjny produkt na włosy… Zresztą zobaczcie sami.

Nasze TOP 7 kosmetyków marki BANDI

Gold Philosophy Ultimate Elixir

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Eliksir, w którym zakochałam się od pierwszego użycia. To produkt typu „all-in-one”, czyli na dzień, na noc i pod makijaż. Tę ostatnią rolę pełni wyśmienicie! Odkąd zaczęłam go używać nie wyobrażam sobie wykonania makijażu bez niego! Pa, pa efekcie suchej skóry pod fluidem…

Fajnie i długotrwale nawilża skórę, i widocznie dodaje jej blasku. Po aplikacji błyskawicznie się wchłania. Ma piękny i bardzo delikatny zapach, na mój nos można wywąchać lekko cytrusową nutę – co sprawia, że czujemy się jeszcze bardziej świeżo.

Skóra jest wyraźnie w dużej lepszej kondycji (jędrna, zdrowiej wyglądająca, o ładniejszej, rozświetlonej barwie). Już po aplikacji widzimy różnicę – krem daje efekt twarzy bardziej wypoczętej, promienistej – dzięki zastosowaniu pigmentów nowej generacji. Eliksir jest produktem beztłuszczowym. Ma również działanie stymulujące produkcję kolagenu i przeciwstarzeniowe.

PS: Piękne opakowanie to dodatkowy „smaczek”. Kosmetyk, którego chce się używać (i nie trzeba go ukrywać w szafce)!

cena: ok. 119 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie💗💗💗💗 💗
Zapach💗💗💗💗 💗
Opakowanie💗 💗 💗 💗 💗
Cena💗 💗 💗

 

sebo Care Emulsja zmniejszająca pory

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Drugi „ulubiony” kosmetyk z floty Bandi. Jeśli borykacie się z zaskórnikami i rozszerzonymi porami, i to jedyne, co w waszej skórze przypominamy czasy bycia nastolatką, doskonale znacie ten problem. Pryszcz przed miesiączką? Aha… niestety po zastosowaniu preparatów dla młodzieży zazwyczaj jest tylko gorzej – niedoskonałości znikają, ale reszta przypomina solidnie wysuszoną na pustyni mumię. I tu Emulsja zmniejszająca pory sebo Care wcieliła się w rolę bohatera!

Walka z niedoskonałościami tak, przesuszenie – nigdy! Pięknie matuje skórę, zmniejsza pory (u mnie efekt był widoczne już po tygodniu), a po „czyszczeniu” utrzymywał się bajecznie długo (oczywiście przy regularnym stosowaniu). Zero ściagania i wysuszenia. Czuć, że skóra jest nawilżona.

Przyjemna, lekka konsystencja o bardzo delikatnym zapachu. Pachnie hmmm, pachnie kremem 😉  – bardzo ładnie i subtelnie. Można go stosować miejscowo lub na całą twarz. Również sprawdza się doskonale, jako baza pod makijaż.

cena: ok. 44 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie💗💗💗💗 💗
Zapach💗💗💗💗 💗
Opakowanie💗 💗 💗 💗
Cena💗 💗 💗 💗 💗

 

Delicate Care – Krem z Algami Morskimi

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Pozycja obowiązkowa dla wrażliwców. Porządnie nawilżający i kojący krem na dzień. Lekki, szybko się wchłaniający. Sprawdzi się również w sezonie zimowym, gdy nasza skóra zaczyna obrywać z powodu sezonu grzewczego, czy jako ukoronowanie domowych zabiegów kosmetycznych. Świetnie koi skórę.

Łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia występujące na skórze. Krem z algami morskimi zawiera również takie substancje aktywne, jak: alantoina, elastyna i kolagen. Bardzo prosty i skuteczny kosmetyk, dobrej jakości i w genialnej cenie!

Ma lekki, „morski” zapach.

cena: ok. 26 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie💗💗💗💗 💗
Zapach💗💗💗💗
Opakowanie💗 💗 💗 💗
Cena💗 💗 💗 💗 💗

 

Hydro Care – Krem Intensywnie Nawilżający

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Ten produkt zasługuje na miano „must have”. Bez względu na to jaki macie typ cery, jaka za oknem jest pogoda, nawilżenie to podstawa pięknej i zdrowej skóry – a HYDRO Care, wie jak to się robi!

Największą zaletą tego kosmetyku jest jego odczuwalna skuteczność! Jeszcze długo po aplikacji na skórę towarzyszyło mi uczucie „wilgotności” skóry, odczucie – ponieważ produkt wchłania się błyskawicznie. Ja czułam się jak po wizycie u kosmetyczki, kiedy wychodzisz z gabinetu, z bardziej miękką niż zazwyczaj skórą i nie możesz się powstrzymać od pogłaskania po twarzy :) .

Głęboko nawilża, praktycznie bezzapachowy produkt, doskonały na każdą porę dnia i nocy. Jeśli oczywiście zależy wam na porządnym nawilżaniu. Ma lekką i przyjemną konsystencję.

cena: ok. 44 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie💗💗💗💗 💗
Zapach💗💗💗💗 💗
Opakowanie💗 💗 💗 💗
Cena💗

 

Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Prawdziwa perełka. Już sama nazwa jest intrygująca – Krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami… zaciekawione?

Otóż to krem do stosowania na noc, który pomaga w złuszczaniu martwych komórek naskórka. I jest fajny (no dobra, bardziej niż fajny). Użyłam kiedyś kremu typy peeling enzymatyczny innej marki i rano obudziłam się w ciapki, więc do testu podchodziłam z duszą na ramieniu… ale nie stało się nic złego. Bo to kosmetyk naprawdę wysokiej klasy. Nie jest agresywny i nadaje się do stosowania nawet przy wrażliwej skórze. A efekty?

Wygląd skóry poprawia się już po kilku aplikacjach. Skóra jest bardziej gładka, zmienia się jej faktura. Widać, że krem spełnia swoją funkcję i bardzo dobrze oczyszcza i pobudza do regeneracji wierzchnią warstwę naskórka. Oprócz zmiany struktury, czyli wygładzenia, zaobserwujecie również różnicę w widoczności porów i ilości zaskórników. A wszystko bez podrażnień i zachowując nawilżenie i elastyczność. Regularne stosowanie pomaga również w wyrównaniu kolorytu. Żeby zobaczyć na swojej skórze efekt pełnej kuracji, najlepiej stosować ją przez trzy miesiące. Eksperci zalecają taką kurację dwa razy w roku.

Dobra wiadomość jest taka, że właśnie teraz jest na to najlepszy moment – ponieważ podczas kuracji „kwasami” nie powinniśmy nadmiernie eksponować skóry na promieniowanie słoneczne.

Jeszcze raz powtórzę, bardzo fajny produkt w doskonałej cenie.

cena: ok. 66 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie💗💗💗💗 💗
Zapach💗💗💗💗 💗
Opakowanie💗 💗 💗 💗 💗
Cena💗 💗 💗 💗 💗

 

Złote mleczko opalające pod prysznic

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Najlepsze słońce w tubce, jakie dotychczas widziałam i rewolucyjna formuła, bo oto jawi się przed wami Złote mleczko opalające POD PRYSZNIC.

Aplikacja kosmetyku jest banalnie prosta – po zakończonej kąpiel/prysznicu nakładamy potrzebną ilość mleczka na mokre ciało i postawiamy na 3 minuty. Następnie spłukujemy ciepłą woda i gotowe. Efekt jest bardzo naturalny i delikatny, idealny na tę porę roku oraz by latem podkreślić naturalną opaleniznę. Po pierwszej aplikacji osiągniemy efekt rozpromienionej, lekko zarumienionej skóry. Zero smug, pomarańczowych pasków i wszystkiego, co budzi grozę podczas zdobywania zimą opalenizny. Oczywiście przy regularnym stosowaniu, z każdym użyciem efekt się stopniowo pogłębia. Ale bez obaw, skóra ma pozostać naturalna, muśnięta słońcem.

Konsystencja jest kremowa i mleczko łatwo rozprowadza się na skórze. Cały zabieg jest zwyczajnie bardzo przyjemny. Nawet jeśli teraz nie planujecie w ten sposób poprawiać sobie humoru, koniecznie zarezerwujcie sobie miejsce na taki zabieg przed Sylwestrem.

Mleczko pięknie pachnie i nijak nie przypomina zapachem siermiężnych, pomarańczowych samoopalaczy.

cena: ok. 39 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie💗💗💗💗 💗
Zapach💗💗💗💗 💗
Opakowanie💗 💗 💗 💗
Cena💗 💗 💗 💗

 

Tricho-peeling oczyszczający do skóry głowy

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Genialne! Jak często wykonujecie peeling głowy? Tak, tej, na której rosną wasze włosy… nigdy? Owszem można zrobić domowy specyfiki z cukrem, ale nie każdemu uśmiecha się spłukiwanie potem takiego cuda. A jeśli chcemy mieć piękne i zdrowe włosy, należy zadbać o skórę, z której wyrastają.

Kosmetyk podstawowy dla każdego, kto zmaga się z problemami na głowie i każdego, kto chce o swoje włosy zadbać kompleksowo.

Buteleczka posiada praktyczny aplikator w formie szklanej pipetki. Użycie jest banalne. Wystarczy nałożyć kosmetyk na skórę głowy i wmasować go palcami. Pozostawiamy produkt na głowie na około 10 minut i spłukujemy. Po zabiegu myjemy głowę. Produkt przede wszystkim pomaga dokładnie oczyścić skórę głowy – a sporo na niej nosimy. Od zwykłych zanieczyszczeń zewnętrznych, przez wydzielane sebum, po pozostałości kosmetyków do stylizacji włosów. Dzięki takiemu zabiegowi skóra jest dużo lepiej przygotowana do wchłonięcia substancji odżywczych – obojętnie czy stosujecie specjalistyczną terapię czy też zależy wam na głębokim odżywieniu lub pozbyciu się łupieżu.

Produkt jest bardzo wydajny.

Jedyna ważna uwaga,  to zachowanie ostrożności przy koloryzacji włosów. Producent zaleca by nie stosować peelingu ok. 7 dniu przed farbowaniem. Zapewne po to, by farba nie podrażniła za bardzo skóry.

cena: ok. 37 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie💗💗💗💗 💗
Zapach💗💗💗💗 💗
Opakowanie💗 💗 💗 💗
Cena💗 💗 💗 💗

PS: My przetestowałyśmy tylko niektóre produkty z oferty BANDI, zajrzyjcie koniecznie do ich sklepu internetowego, bo oprócz kremów mają do zaoferowania o wiele więcej! Każdy z kremów, o których pisałyśmy pochodzi z serii kosmetyków (skompletujecie cały zestaw, odpowiedni dla waszej cery) KLIK ➡ www.bandi.pl.