Od jutra zmiana przyzwyczajeń. Wiesz, czego nie należy robić tuż po przebudzeniu?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
11 października 2017
Fot. iStock/filadendron
Fot. iStock/filadendron
 

Wiesz już, że nie należy późno kłaść się spać i lepiej też zrezygnować z wieczornego drinka, by rano po prostu obudzić się, a nie zmartwychwstać. Idziesz więc do łóżka o stałej porze, nie jesz przed snem, gasisz wszystkie światła w pokoju, a mimo to nie możesz rano dojść do siebie, jesteś poirytowana i masz problemy z koncentracją w pracy. Bardzo możliwe, że o poranku, zaraz po przebudzeniu popełniasz kilka podstawowych błędów.

Zaliczasz kilka drzemek

Budzik dzwoni po raz pierwszy, a ty zamiast wstać, naciskasz przycisk drzemki. Potem znowu i znowu. To duży błąd, ponieważ w ten sposób kilka razy wybudzasz się ze snu, co totalnie rozstraja organizm. Gdy jutro budzik znów zadzwoni, po prostu wyłącz go i wstań. Żadnych drzemek!

Zwijasz się w kłębek

To właśnie rozciąganie i przeciąganie się w łóżku dodaje nam sił i energii. Jeśli po przebudzeniu przekręcasz się na drugi bok, obierasz pozycję embrionalną i otulasz się kołdrą, zbyt szybko się nie rozbudzisz.

Wstajesz w ciemności

Światło daje nam sygnał, że czas już się obudzić. Latem wystarczy odsłonić zasłony tuż po przebudzeniu. Jesienią i zimą warto zapalić lampkę. Zdecydowanie łatwiej wstać, gdy wokół jest jasno.

Sprawdzasz pocztę

I to najczęściej jeszcze w telefonie, leżąc w łóżku. W ten sposób już po otwarciu oczu wywołujesz u siebie stres. Jeśli dodatkowo chodzi o pocztę służbową, zaczynasz żyć pracą, zanim jeszcze przekroczyłaś próg biura.

Robisz wszystko bardzo dokładnie

Rano najlepiej działać na autopilocie, zamiast wysilać swój mózg. Energii musi bowiem starczyć ci na cały dzień. Nie przykładaj zbyt wielkiej uwagi do porannych czynności.

Pijesz kawę

Jeszcze do końca nie wiesz, jaki dziś dzień tygodnia, a już grzejesz wodę na kawę? Niedobrze. Pierwszą filiżankę powinniśmy pić dopiero po 9:30. W przeciwnym razie zmniejszy się produkcja kortyzolu, hormonu, który dodaje nam energii. A najlepiej w ogóle zrezygnuj z kawy. Na początku będzie ciężko, ale efekty naprawdę cię zaskoczą.

Zostawiasz niepościelone łóżko

Tuż po przebudzeniu powinnaś zrobić porządek z pościelą. To bardzo dobry nawyk, ponieważ pozwala nam w pełni „zakończyć porę snu” i przejść do kolejnych elementów dnia codziennego. Co więcej, dzięki temu łatwiej będzie ci wieczorem zasnąć, gdy pójdziesz do sypialni, w której panuje ład i porządek.

Źródło: Business Insider


Przestałam tworzyć iluzje. Odeszłam, dziś uczę się akceptować błędy z przeszłości

Listy do redakcji
Listy do redakcji
11 października 2017
Fot. iStock/JTSorrell
Fot. iStock/JTSorrell
 

Odchodziłam dwa razy. To o jeden za dużo. Powinnam odejść od razu i nie oglądać się za siebie, nie dawać nawet tej jednej, dodatkowej szansy. Nie zabierać sobie czasu, bo przecież i tak już wiele straciłam. Ale nie udało się, trudno. Muszę nauczyć się z tym żyć. Nauczyć się akceptować swoje błędy, wybaczać je sobie. To nie jest łatwe. Trudne jest to całe odchodzenie. Bo na spakowaniu walizek i zmianie adresu sprawa się nie kończy. Odchodzenie to proces emocjonalny, podczas którego musisz sprawić, że ważna dotąd część ciebie musi umrzeć. Po to, żebyś ty mogła żyć.

Nigdy nie byłam zbyt pewna siebie – tego, że zasługuję na miłość. Na dobrą miłość, wspaniałe życie, na szczęście po prostu. Jasne, że tego chciałam, marzyłam o tym. Kiedy pojawił się on, miałam już dziecko z pierwszego związku. Nie zraziło go to – zakochał się we mnie, syna zaakceptował z radością. To było dla mnie najważniejsze. Poddałam się uczuciu, uwierzyłam w nie, zakochałam się. Stworzyliśmy rodzinę, we trójkę. Taką, o jakiej marzyłam, jakiej pragnęło moje dziecko. Pełną rodzinę. I iluzję związku opartego na miłości, szacunku, partnerstwie. Małżeństwem nie byliśmy długo. Szybko okazało się, że twoja miłość jest bardzo zaborcza i bardzo… trudna. Dlaczego nie zorientowałam się wcześniej? Nie wiem. Za pierwszym razem, gdy stałam po drugiej stronie drzwi własnego mieszkania, bez butów, w cienkiej koszuli błagając cię, żebyś wpuścił mnie do środka i modląc się, żebyś nie zrobił krzywdy naszemu synowi, usprawiedliwiałam cię każdą myślą. Tak trudno było mi zrozumieć, że ktoś kto kocha tak mocno jak ty, kto wielkimi gestami udowadnia mi swoją miłość, może być zdolny do okrucieństwa, przemocy, do najgorszego. Uciekłam, ale szybko wróciłam. Płakałeś, obiecywałeś, że się zmienisz. Chciałam, żeby bajka, którą wymyśliłam i którą opowiadałam o nas wszystkim wokół, była rzeczywistością. Za drugim razem, zmądrzałam. Przestałam zakrywać siniaki, przestałam okłamywać bliskich. Przestałam tworzyć iluzje i zaprzeczać temu, że nasz związek w niczym nie przypomina kolorowych zdjęć przedstawiających dwoje, bardzo szczęśliwych ludzi. Odeszłam naprawdę.

Jestem sama. Nie, to wcale nie jest łatwe. Jasne, że jest teraz lepiej – spokojnie, bezpiecznie, dobrze. Otaczają mnie ludzie, którzy mnie wspierają i kochają. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że podjęłam najlepszą decyzję. Wracam do równowagi. Choć, czy to na pewno już ten etap? Dużo płaczę, wydawałoby się, bez powodu. Ale ja płaczę, bo przeżywam żałobę po moim niedanym związku. Mocno wrosłam w tę moją bajkę, w iluzję, którą wspólnie tworzyliśmy. I w swoją rolę. Rozstanie boli, bo pozbywam się właśnie sporej części mojego dotychczasowego „ja”. Uzależniłam się trochę od swojej roli ofiary. Poddawałam się jej biernie, pozwałam mojemu mężowi kierować moim życiem, uwierzyłam, że słowa, którymi mnie określał, rzeczywiście mnie definiują. Że zasłużyłam na wszystko, co mi się przytrafiło. Dziś, odzyskana wolność przeraża mnie trochę. Oczywiście – oddycham, nikt mnie nie obraża, nie zabrania mi wrócić do własnego domu, nie straszy, że mnie „zniszczy”. Ale boję się, czy znajdę w sobie siły, by znów być sobą – niczego nie udawać, cieszyć się moim spokojem, doceniać to, kim jestem.

I tak, ciągle jeszcze zdarza mi się za NIM tęsknić. Mimo wszystko. Denerwuje mnie to, martwi, boli głęboko w środku. I to również uczę się akceptować – emocje, których nie wolałabym nie odczuwać. To część mojej terapii, niezbędnego elementu mojej nowej rzeczywistości.

Nie, nie zawrócę z mojej drogi, jestem już „po drugiej stronie”. Przeżyłam złą miłość, zapamiętam ją, ale już do niej nie wrócę, bo poznałam tę destrukcyjną moc. Czasem bardzo boję się momentu, w którym znów kogoś pokocham. Boję się marzyć o dobrej miłości. Boję się pomylić, ale nie chcę też myśleć, że nic pięknego już mi się nigdy nie przydarzy. Jestem w „zawieszeniu” między tym, co się wydarzyło, a nadzieją na to, że mogę być jeszcze prawdziwie szczęśliwa. Ta niepewność samej siebie jest chyba najtrudniejsza. Ale jeśli uda mi się ją pokonać, jeśli uwierzę, że zasługuję na to, co najlepsze, będę w stanie w końcu pokochać właściwą osobę.


O co chodzi z tymi rezydentami? Przecież lekarze na brak kasy narzekać nie mogą

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 października 2017
Fot. iStock/Chris Ryan
Fot. iStock/Chris Ryan

Ma 25 lat, skończył studia, niełatwe, bo medyczne. Pomyślisz: „sam tego chciał, jego wybór”. Tyle, że gdyby nie jego wybór, ty nie miałbyś się u kogo leczyć. Nikt do studiowania medycyny nie zmusza, ale są jednak ci, którzy to wyzwanie podejmują. Pewnie z różnych pobudek, część, o chce pomagać innym i ma poczucie misji, część mając nadzieję, na spokojnie finansowe życie za kilka lat.

Tyle tylko, że te kilka lat zmienia się w kilkanaście. Najpierw sześć lat studiów, później 13 miesięcy stażu. To początek. Staż, na którym stażyści zarabiają 2007 złotych brutto. Czyli jakieś 1400 złotych na rękę, czy nawet mniej. Ale jednak siedem złotych powyżej minimalnej jest? Jest. W tym czasie nie mogą dorabiać na dyżurach, w innych szpitalach. Więc udzielają korepetycji, zostają tłumaczami. Rozmawiam z rezydentem, którego kolega dorabiał jako instruktor tańca towarzyskiego i więcej był w stanie zarobić niż na stażu, a nawet na rezydenturze.

Od początku jest pod górkę. Jasne, wiem, zaraz usłyszę, że nikt ich do tego nie zmusza. Ale co, jeśli oni by tych studiów nie wybrali, jeśli nie zdecydowaliby się zostać lekarzami, jeśliby uparcie nie kształciliby się w tym czasie? Tak samo tobie nikt nie kazał zostać nauczycielem, sprzedawcą, pracownikiem korporacji czy dziennikarzem. Każdy wybiera swoją drogę. Ich jest ciut inna, bo nakierowana na ratowanie ludzkiego życia, bez względu na to jaką ostatecznie specjalizację wybiorą.

Jeśli zdasz egzamin zaczyna się wyścig o rezydenturę. Jeśli nie wybierasz wąskiej specjalizacji, chcesz zostać lekarzem rodzinnym – z rezydenturą nie ma większego problemu. Jednak gdy myślisz na przykład o hematologii, endokrynologii, cóż, może być gorzej. Bo w całej Polsce mogą być dla ciebie zaledwie dwa miejsca, a może mniej. To nie żart. Teraz rozumiesz, dlaczego okres oczekiwania do endokrynologa wynosi nawet 300 dni, bo specjalistów zwyczajnie nie ma, bo rząd nie przeznaczył środków na ich kształcenie. I co ma powiedzieć kobieta w ciąży, która w trzecim miesiącu dostaje skierowanie do endokrynologa? Nim ją przyjmie, zdąży urodzić… Idzie prywatnie klnąc na opiekę zdrowotną, bo tylko kiedy zapłaci, może być spokojna o swoje zdrowie. Tylko czy winni są lekarze?

Rezydent to lekarz bez specjalizacji, skazany na to, co szpital, w którym pracuje, akurat wymyśli mu do roboty. Nie może się sprzeciwić, bo kto wtedy podpisze mu specjalizację? I tak od czterech do sześciu lat musi wytrwać. – Pamiętam jak w pierwszym miesiącu rezydentury skierowano mnie na nocny dyżur na SOR, gdzie trafiało wielu pacjentów. Jako stażysta byłem wszędzie prowadzony za rękę, a tu nagle rzucono mnie na głęboką wodę i właściwie nikt się nie zastanawiał, czy dam sobie radę. Jasne, że mogłem dzwonić do kierownika specjalizacji, ale jak budzić go o trzeciej nad ranem, kiedy szef dyżuru w tym czasie też jest zajęty?

Ile zarabia rezydent na umowie o pracę podpisaną ze szpitalem? Niecałe 2300 złotych na rękę. Rezydenci sami mówią: „Zarabiamy tyle, ile panie na kasie w Biedronce, tyle, że nasza odpowiedzialność jest zupełnie inna”. Tak, wiem – zaraz ktoś powie: „to niech idzie na kasę”, ale ja znowu się pytam: „Kto nas wtedy będzie leczył? Prywatna praktyka lekarska w Biedronce?”. Może to jest myśl…

Bajońskie sumy u lekarzy? Na pewno nie ze szpitalnego etatu. To lekarze specjaliści po pracy w szpitalu idą do swoich prywatnych gabinetów, pewnie po cichu dziękując za to, że system opieki zdrowotnej w Polsce kuleje tak, że mogą dorobić prywatnymi wizytami. I nie ma co się dziwić, każdy chciałby dorobić.

Dorabiają też rezydenci, są tacy, którzy zarabiają w szpitalu 14 złotych za godzinę. Wyobraź sobie. Masz 30 lat, chciałabyś założyć rodzinę, mieć dziecko (uwaga wówczas specjalizacja się wydłuża), a co miesiąc na twoje konto za ciężką pracę wpływa niewiele ponad dwa tysiące złotych. Uczysz się kolejny rok, podczas gdy twoi koledzy rozwijają swoją karierę, awansują… A ty nie dość, że się uczysz, że zarabiasz marnie, to jeszcze masz świadomość, że twoje zaangażowanie odbija się od muru, bo środki na opiekę zdrowotną wydatkowane przez państwo są tak małe, że jedyne co możesz, to (przepraszam za rzewność) zapłakać nad losem swojego pacjenta, któremu pomóc nie możesz, bo nie masz na to funduszy. Zwyczajnie. Brak kasy. A rząd lekarzy pyta, jak zwiększyć środki? Ale czy to lekarzy sprawa? Czy oni mają powiedzieć – odbierzcie innym, dajcie nam? Czy mają sugerować przeznaczenie 500+ na lepszą opiekę? Nie, bo to nie jest ich sprawa. Oni chcą leczyć ludzi, chcą leczyć ich jak najlepiej, ale muszą mieć do tego stworzone warunki. I tak, jak zapewniają rezydenci, nie chodzi im w pierwszej kolejności o wynagrodzenia. Oni chcą, by zwiększono środki na opiekę zdrowotną. I nie ich obowiązkiem jest myślenie, skąd te pieniądze pozyskać. Oni chcą leczyć w godnych warunkach i tyle.

Nie chcą pracować po 400 godzin w miesiącu. Ale jakie mają wyjście? Jak mogą inaczej dorobić, jak nie wziąć dodatkowych dyżurów nie dość, że lepiej płatnych, bo wykonywanych na kontraktach, to często w jakiś sposób narzuconych przez szpital, w którym robią specjalizacje.

Rezydenci to lekarze od wszystkiego i do wszystkiego. Upychani przy łataniu dziur w dyżurach i brakach kadrowych. Mają często po 30 lat i więcej, nie widują swoich rodzin, jeśli zdecydowali się je założyć, bo wracają późno do domu, odsypiają czasami nawet 60-godzinne dyżury i wracają do pracy marząc o tym, by dotrwać do końca specjalizacji. Czy wtedy jednak ich warunki się zmienią? Może tak, choć niekoniecznie i nie wszystkich. Pytanie powinno brzmieć: czy zmienią się warunki pacjentów, skoro dzisiaj minister zdrowia, mówi, że pacjenci są najważniejsi, a kobietom (nomen omen pacjentkom) odbiera prawo do standardów opieki okołoporodowej. Sami rezydenci widzą i słyszą jak zaprzecza sam sobie.

Dzisiaj odbyło się spotkanie z panią premier Szydło. Media podawały obietnice złożone przez panią premier jeszcze przed rozpoczęciem spotkania, a minister zdrowia obwieścił porozumienie kilka godzin wcześniej… Wstępnie obietnice zakładają wzrost nakładu środków na opiekę zdrowotną do 6% PKB, a także zwiększenie wynagrodzenia dla rezydentów jeszcze w tym roku. Jak będzie naprawdę? Czy opieka zdrowotna w Polsce się poprawi? Dzisiaj brzmi to raczej jak marzenie ściętej głowy. Rezydenci wrócili do protestu głodowego…


Zobacz także

Fot. iStock/elenaleonova

Cierpisz na wzdęcia i zaparcia? Wypij koktajl od Ani Lewandowskiej i dalej ciesz się świętami

Tu nie ma miejsca dla takich jak my, dla tych którzy panicznie boją się o życie własnych dzieci...

Tu nie ma miejsca dla takich jak my, dla tych którzy panicznie boją się o życie własnych dzieci…

Lubisz własnoręcznie wykonane ozdoby, ale nie masz na to czasu? Zobacz jak zrobić choinkę z gazety

Jak zrobić choinkę z gazety – krok po kroku. Ozdoba last minute