Jeszcze o tym nie wiesz, ale prawdopodobnie nie jesteś prawdziwą kobietą…

Listy do redakcji
Listy do redakcji
14 stycznia 2016
Fot. iStock /  gpointstudio
Fot. iStock / gpointstudio
 

Hej, siostro!

„Prawdziwe kobiety mają krągłości” – czytam, a brwi marszczą się same. Przeglądam fotografie zmysłowych, pełnych kobiet. Niektóre ledwie puszyste inne z wyraźną nadwagą. Piękne. Piękno, seksapil i kobiecość nie zależą przecież od tuszy. Dlaczego więc marszczę brwi? Bo znów wyrzucono mnie poza nawias. Znów nie mieszczę się w kategorii „prawdziwe kobiety”. Ja i miliony innych drobnych i szczupłych. Nic to, pocieszam się myślą, że przecież jestem matką. To też jakiś rodzaj kobiety.

Niestety, tu również spotyka mnie rozczarowanie. Prawdziwe matki mają bowiem brzuchy naznaczone pręgami rozstępów, mają piersi wylewające się z potężnych miseczek, mają okrągłe uda. Znów nie o mnie. Prawdziwą matką zatem też nie jestem, łaskawe geny przesądziły. Prowokacja – powiecie? Niezupełnie.

Wy wszystkie, które ochoczo wykrzykujecie hasła typu: prawdziwa kobieta ma/wygląda/jest nie różnicie się niczym od tych, którzy odmawiają Wam kobiecości i urody, bo nie macie brzuchów jak Chodakowska. Piętnujecie inne kobiety z równym zaangażowaniem, co natrętne wielbicielki wyrzeźbionych bicepsów twierdzące, iż kobietą jest się jedynie do pięcioprocentowej zawartości tłuszczu w organizmie, powyżej to już tylko orki i walenie.

Za każdym razem, kiedy kościstej koleżance mówicie: weź coś zjedz, bo jesteś już za chuda, zastanówcie się, czy przełknęłybyście: weź już nic nie jedz, bo jesteś za gruba. To w gruncie rzeczy to samo.

Z jednej strony borykamy się z lansowanym przez media wizerunkiem super smukłych barbiepodobnych ideałów, a z drugiej same bierzemy udział w piętnowaniu kobiet, które wyglądają inaczej niż my. Mało tego, o ile piętnowanie pań plus size witane jest ogólnym oburzeniem, o tyle „patyczaki” można obrażać bezkarnie. W końcu bycie za chudą to nie problem. Wystarczy przecież dojeść!

W ciągu przeszło trzydziestu lat mojego życia przerobiłam obie strony „barykady”. Byłam więc za gruba i zbyt leniwa, aby kwalifikować się do elitarnego grona prawdziwych kobiet, bywałam za chuda, aby ktokolwiek o kobiecość mnie podejrzewał. Byłam „świnią” i „szczapą”.  Za każdym razem jakaś część „prawdziwych kobiet” odmawiała mi wstępu do swojego klubu. Bo przecież prawdziwe kobiety ważą do 55 kilogramów. Prawdziwe kobiety zaczynają się od miseczki D.

Prawdziwe matki nie mają czasu na siłownie, wolą poświęcić czas dzieciom. Prawdziwe matki muszą mieć czas na siłownie, mają być w formie – dla dobra dzieci.

Prawdziwe matki karmią piersią.

Prawdziwe kobiety to te w szpilkach i makijażu. Prawdziwe kobiety nie potrzebują szpilek i makijażu.

Prawdziwe kobiety nie mają cellulitu. Prawdziwe kobiety mają cellulit.

Prawdziwe kobiety stawiają dom na pierwszym miejscu. Prawdziwe kobiety robią karierę zawodową.

Skąd to się bierze? Nie jestem psychologiem, myślę jednak że to taka nasza próba sprostania stawianym przed nami sprzecznym wymaganiom. Wiemy, że się nie da, dyskredytujemy zatem to, co nas nie dotyczy. Prawdziwe kobiety mają krągłości. Ja mam, więc jestem  prawdziwą kobietą, TY NIE.

Prawdziwe kobiety mają płaskie brzuchy i wysportowane ciała. Ja mam, więc jestem prawdziwa. TY NIE. Owo TY NIE, niedopowiedziane, wiszące w powietrzu pokazuje jaki jest nasz stosunek do siebie nawzajem.

Jesteśmy rywalkami. Wciąż się porównujemy, zazdrościmy, własne niedoskonałości usprawiedliwiamy kosztem innych. Tylko po co? Czy dzięki temu stajemy się mądrzejsze, lepsze, piękniejsze? Przeciwnie, nie dostrzegamy ile warta jest nasza różnorodność, ile piękna tkwi w różnicach, ile mogłybyśmy nauczyć się od siebie nawzajem, gdybyśmy patrzyły na siebie jak siostry, nie jak rywalki.

Potrafimy walczyć o równość dla kobiet, zawalczmy więc o równość wśród kobiet. Czas najwyższy! A zatem zacznę. Do nowego klubu PRAWDZIWYCH KOBIET przyjmuję siebie i ciebie. Podaj dalej.


 

Autorka: Żaneta Rakowiec


Zakochujesz się w niewłaściwych facetach? Życie to lekcja za lekcją, ważne, by uczyć się na własnych błędach

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
14 stycznia 2016
iStock/DragonImages
iStock/DragonImages
 

Rozmawiałam ostatnio z Melą. Życie to lekcja za lekcją, tak mi powiedziała, myśląc o swoich jakże toksycznych związkach. Spojrzałam na nią i pomyślałam… rację ma dziewczyna. Człowiek sobie bowiem myśli, że jak skończy szkołę, to dorosłość winna już pójść mu jak z płatka. Tymczasem wtedy dopiero zaczyna się prawdziwe szkolenie. Życie bierze dyscyplinę i zabiera się za nasz trening. Różne lekcje nas czekają… lekcja partnerstwa, małżeństwa, rodzicielstwa, lekcja kariery i przyjaźni. Jest tego cały wachlarz w Wyższej Szkole Nauczania Życia. A i studenci bywają różni. Jedni celująco sobie radzą, inni zaledwie przyzwoicie, większość niestety raczej cienko przędzie.

Najtrudniej zawsze mają pierwszaki…

… Zaskoczeni, że jednak w szkole znowu wylądowali, pierwsze lekcje odbierają jako swoistą torturę. Tym bardziej bolesną, im większy w niej element zaskoczenia, a w nich samych brak zgody na to, co i tak nieuniknione. Mela dla przykładu, zakochała się w facecie, który wymaga nieustającej atencji. Ona uwagę tę daje, bo naturę ma empatyczną. Potrafi wyczuć nawet co czuje drzewo, gdy szumi sobie niby to niezobowiązująco w ogrodzie. Taka już jest. Wrażliwa na byle emocję. Jej facet tymczasem przechodzi katusze, bo choć przyznaje, że Mela uważna jest na wszystko i wszystkich, to jednak na niego, jakby złośliwie, nie. Taki ma program ów facet  i podług niego cierpi szczerze, gdy tak w jego głowie Mela uwagi mu nie daje. A nawet jak już daje, to on też ciągle cierpi, bo czego nie dostanie, to jest mu wiecznie za mało. Taki to typ po prostu.

Za owo cierpienie, które notabene naprawdę na szczere wygląda, Mela karana jest surowo przemocą słowną, która układa się w mantrę na przyszłość: jesteś beznadziejna, głupia i co gorsza jesteś złym człowiekiem Melu. Matką też nie jesteś celującą, a wszystko to dlatego, że się nie słuchasz, nie reagujesz, nie zauważasz, nie odgadujesz moich pragnień i potrzeb. Jesteś zimną, złą kobietą, gardzę tobą, fe! Kiedy przemocy owej gadanej jest ilościowo tyle, że więcej już znieść się nie da (mimo że da się dużo przecież) wtedy to Mela w akcie kompletnej desperacji wychodzi  pospiesznie z klasy szarpana szlochem i na dni kilka zamyka się w smutnym pokoju bez okien z tabliczką  „WINA” na drzwiach. Spędza tam czas oglądając wyświetlane na ścianach projekcje o Meli beznadziejnej, niewiele wartej i durnej po prostu. Facet tymczasem załącza szósty zmysł i nagle widzi, że chyba przesadził. Uzbrojony tym razem już tylko w bukiet róż puka do pokoju winy i przez łzy wyznaje: Melu najdroższa, jakże głupi byłem. Cudem moim jesteś, moją boginią, życie bez Ciebie sensu nie ma, I love you Melu teraz i  forever. Wróć w ramiona moje, będziemy kochać się wiecznie… tak jej mówi.

Trzeba przy tym jeszcze dodać, że w szkole życia starannie dobierają nam towarzyszy niedoli, z którymi lekcje przyjdzie nam odrabiać. Kolega z ławki nie jest więc przypadkowy, ale dokładnie taki, jaki ma być. No i aktywuje się na nasz komunikat zewnętrzny. Rzecz jasna my również reagujemy na kolegę bo się nam wydaje, że jest jak puzzel. Dopasowany na styk. I w zasadzie jest. W tym konkretnym układzie sił w jakim akurat się znajdujemy w danej chwili, jest to najlepiej dopasowany puzzel spośród puzzli wszelakich. Razem tworzymy obrazek, na miarę pierwszej klasy.

Wracając jednak do Meli zamkniętej w pokoju winy. Jeżeli Mela posłucha kuszących zapewnień faceta, których notabene pragnie najbardziej na świecie, tak zaraz potem wyląduje z dwóją na świadectwie i z zaleceniem do powtarzania klasy. Czasami jest to zjawisko, z serii ” never ending story”. Do tak zwanego skutku. Bo w szkole życia nie ma przepychania z klasy do klasy, nie ma też oszukiwania na klasówkach. Nie nauczysz się, nie zdajesz. Repetujesz raz, dwa, piętnaście razy, aż wreszcie pojmiesz co takiego dana lekcja ci niesie. Albo i nie. Wtedy głupi umierasz, niewyedukowany i taki jakiś życiowo, całkiem zmarnowany.

Jeżeli więc nasza Mela, zamiast facetowi dać się zbałamucić zbierze się w sobie i obetrze łzy, wyłączy film o złej, nieudanej, niewartej miłości kobiecie i wyjdzie z pokoju winy prosto w nowy szkolny rok, wtedy taka Mela przejdzie do klasy wyżej gdzie nową lekcję będzie musiała odrobić. Znów dostanie partnera, który jak puzzel wpisze się w jej świat, choć na tym obrazku, dla przykładu, przemocy złożonej ze słów już nie będzie. Może nowa Mela będzie silna, uważna i dobra dla siebie. I może nowy facet będzie kochał ją na zasadzie lustrzanego odbicia… silną, uważną i dobrą miłością. A może nie. Może jeszcze nie będzie to czas dla Meli by prymuską w klasie została. I może zaledwie na trójkach przejdzie przez ten szkolny rok. Grunt, że będzie parła do przodu, otwarta i ufna, gotowa na kolejną lekcję.

Tak bowiem życie nas szkoli i szkolić będzie nieustannie…

… Zdaje się, że aż po sam grób. Są tacy co mówią, że nie ma się co opierać takiej nauce z życia wyssanej. Im szybciej przyjmiemy lekcję tym szybciej dane nam będzie zrobić do przodu krok. Jedno jest bowiem pewne, że co jak co, ale życie nam nie odpuści. Lekcję za lekcją będzie nam zadawać, a jak się wyuczymy i na pamięć,  i ze zrozumieniem, tak w chwilę potem następny przedmiot dostaniemy do przerobienia.

Ze szkoły życia nie ma bowiem ucieczki. Fakt, pewnie na wagary da się czmychnać czasem, ale tam się dopiero lekcję od życia dostaje! Nie ma. Nie ma ucieczki powtarzam. Życie to lekcja za lekcją. Nawet Mela to wie. Im szybciej się z myślą tą oswoimy, im szybciej do nauki pilnie się przyłożymy tym większe szanse na dobre życie mamy. Na promocje, wyróżnienia i na życiowy sukces. Bo życie też ma swoją małą słabość. Jak każdy belfer tak i ono wyszuka sobie zawsze jakiegoś  pupila. Takiego ucznia ulubionego, który swoją mądrością, wiedzą i mistrzostwem zachwyca życie dając mu do dumy powód. Taki człowiek odbiera nagrodę od życia…. za życia. I ma zdecydowanie łatwiej. Nie dlatego jednak, że ktoś mu coś ułatwi, podsunie, podpowie. Nic z tych rzeczy oczywiście. Ma łatwiej bo wie jak to zrobić. Bo się dobrze nauczył w życiowej szkole i teraz odcina kupony aż miło. A życie przygląda się z boku z łagodnym uśmiechem wszechmędrca, zadowolone, że oto człowiek wreszcie zrozumiał jak byc człowiekiem. Spełnionym, szczęśliwym, ludzkim, z krwi i kości człowiekiem.


„Kiedyś, jak kobieta przychodziła do lekarza i mówiła, że podczas seksu ją boli i cierpi na bolesne miesiączki, słyszała, że jak urodzi dziecko, to wszystko minie”. Kobiecy wróg – endometrioza

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
14 stycznia 2016
Fot. iStock / Martin Dimitrov
Fot. iStock / Martin Dimitrov

„Wyobraź sobie ból, który narasta stopniowo, aż w końcu dnia staje się nie do zniesienia. Łykasz środki przeciwbólowe, żeby przetrwać w pracy. Wieczorem z nich rezygnujesz, żeby nie niszczyć wątroby – i ból znów narasta. Dosłownie zwijasz się na kanapie. Wyobraź sobie, że nie ma już mowy o spontanicznym seksie, bo w pewnym momencie ból podczas współżycia okazuje się nie do zniesienia. Elektryczny, zabijający podniecenie w sekundę. Masz straszne poczucie winy. Trafiasz z partnerem do seksuologa, potem już sama do gastrologa, bo oprócz tego, że boli cię brzuch, masz wzdęcia. Robią ci usg, gastroskopię. Nikt nie wie co ci jest.

W końcu trafiasz do ginekologa i słyszysz prawdziwą diagnozę – endometrioza.  Po powrocie do domu wpisujesz w Google ten termin. Natychmiast pojawia się strach, czy będziesz mogła mieć dzieci. Dowiadujesz się, że kobiet takich jak ty  jest bardzo dużo, bo aż 10 procent. Oznacza to, że co dziesiąta twoja koleżanka zmaga się z podobnymi dolegliwościami. Wiele z nich o tym nie wie”.

O leczeniu endometriozy rozmawiamy z doktor Agnieszką Konca, specjalistą ginekologiem położnikiem, w trakcie specjalizacji z onkologii ginekologicznej ze szpitala Św. Zofii oraz z FertiMedica Centrum Płodności w Warszawie.

Iwona Zgliczyńska: Dlaczego warto rozmawiać o endometriozie?

Agnieszka Konca: Ponieważ pacjentki, które trafiają do gabinetu ginekologa, często przez lata próbują zdiagnozować, co im dolega. Były już u lekarza pierwszego kontaktu, gastroenterologa, urologa nawet seksuologa. Czują się sfrustrowane, niezrozumiane. Ktoś im powiedział, że histeryzują. Jeden lekarz zdiagnozował zespół jelita drażliwego, drugi nietolerancje pokarmowe. A prawda jest taka, że jakość codziennego życia takich kobiet jest poważnie obniżona. One cierpią, szukają lekarza, który w końcu pomoże. Ale mimo swoich starań, ciągle nie wiedzą, co im dolega.

Jak czuje się na co dzień pacjentka z endometriozą?

Niech pani sobie wyobrazi, że ma bardzo bolesne miesiączki. Do tego czuje pani ból podczas oddawania moczu i stolca. Kiedy zaczyna pani współżyć, natychmiast pojawia się przeszywający ból. Zwłaszcza tuż przed, w trakcie miesiączki i drugiej fazie cyklu. Wtedy też mogą pojawić biegunki, wzdęcia oraz uporczywy ból w dole brzucha. Warto też podkreślić, że nie wszystkie objawy muszą występować u jednej pacjentki. Czasem przychodzą kobiety, które skarżą się tylko na bolesne miesiączki, a po badaniu okazuje się, że przyczyną jest właśnie endometrioza.

Jak silny jest ten ból?

Niektóre pacjentki opowiadają, że odczuwają tak silny ból, że unikają współżycia. Zdarzają się kobiety, które permanentnie biorą zwolnienie z pracy w pierwszym dniu miesiączki. Niektóre twierdzą, że nie są w stanie normalnie żyć: bawić się czy uprawiać sportu. Nie mogą o niczym innym myśleć. Ale uwaga – dolegliwości bólowe nie zawsze muszą być tak nasilone. Ta choroba niestety bywa przewrotna: czasem u pacjentki, która mówi, że odczuwa niewielki ból, stwierdzamy zaawansowaną endometriozę. Albo odwrotnie: ból jest silny, a zaawansowanie choroby – niewielkie.

Opisane przez panią doktor objawy faktycznie są w stanie z życia zrobić piekło. Ale może powinnyśmy zacząć od tego, co to w ogóle jest endometrioza?

Macica jest jak gruszka, którą w środku wyścieła właśnie endometrium. To jest taka specjalna gąbczasta warstwa, która przygotowuje się na przyjęcie zarodka. Tuż po miesiączce jest cienka. W kolejnych dniach cyklu pod wpływem hormonów zachodzą zmiany i staje się ona na tyle gruba, by przyjąć zarodek. Jeśli nie dojdzie do zapłodnienia, to w trakcie miesiączki endometrium złuszcza się i razem z krwią jest wydalone na zewnątrz. I teraz sprawa najważniejsza – musi pani wiedzieć, że endometrium ma prawo być tylko w jamie macicy. W żadnym innym miejscu! Jeśli zaś mamy do czynienia z endometriozą, to tkanka endometrialna pojawia się niespodziewanie poza macicą. Umiejscawia się np.: w jajnikach, na pęcherzu moczowym, jelitach, w miejscu blizny po cięciu cesarskim albo na otrzewnej.

Co to jest otrzewna?

Niech pani wyobrazi sobie, że dół brzucha jest jak damska torebka, w której ułożony jest pęcherz, macica, jelita. A otrzewna to jest podszewka tej torebki. I w nią też potrafi wszczepić się „ogniskami” tkanka endometrialna.

Ale skąd to się bierze? Dlaczego nasz organizm myli się w tak dziwny sposób?

Nie potrafię dać jednoznacznej odpowiedzi. Obecnie uważa się za najbardziej prawdopodobną teorią jest ta, która mówi o cofaniu się krwi miesiączkowej przez jajowody z macicy. Wtedy może dochodzić do implantacji wszczepów endometrialnych, czyli mówiąc bardzo kolokwialnie „rozsianiu” ich na inne organy – np. jajniki czy pęcherz. Druga teoria mówi, że komórki różnych narządów mogą ulegać tzw. metaplazji i przemieniać się w endometrium, pod wpływem hormonów i innych substancji czynnych, obecnych w krwi miesiączkowej.

Czy ta choroba może być dziedziczna?

Według mojej wiedzy nie ma w tym temacie jeszcze potwierdzonych badań. Niektórzy ginekolodzy jednak twierdzą, że zdarza im się leczyć matkę i córkę lub siostry z endometriozą.

Dlaczego podczas tej choroby tak bardzo boli dół brzucha?

Musi sobie pani wyobrazić, że endometrium na jelicie czy jajniku podlega takim samym procesom jak endometrium w jamie macicy. Czyli jak zbliża się miesiączka, to endometrium poza macicą również rozpulchnia się i zaczyna drażnić. Stąd ból. Dodatkowo organizm broni się przed tymi niechcianymi ogniskami, które wydzielają mediatory stanu zapalnego. W konsekwencji mogą tworzyć się zrosty. To wszystko jest jak choroba zapalna, tylko nieinfekcyjna.

Czy kobiety od wieków chorowały na endometriozę? Czy to jest jakaś nowa choroba?

Moim zdaniem zawsze. Tyle, że dziś łatwiej rozpoznać tę chorobę, bo mamy lepszą diagnostykę – laparoskopię, usg, doświadczonych lekarzy. Obecnie przyjmuje się, że ok. 10 % kobiet w wieku rozrodczym ma endometriozę. Co zaskakujące, diagnozuje się ją coraz częściej u bardzo młodych pacjentek, zdarza się, że nawet u siedemnastoletnich.

Wynika z tego, że chorych przybywa.

Kiedyś, jak kobieta przychodziła do lekarza i mówiła, że podczas seksu coś ją boli i cierpi na bolesne miesiączki, słyszała, że jak urodzi dziecko, to wszystko minie. W niektórych wypadkach ból ustępował albo się wyciszał. Ale kobiet dotkniętych tą chorobą jest faktycznie coraz więcej. Z wielu powodów. Nie sprzyjają nam: życie w permanentnym stresie, zła dieta, zanieczyszczenie środowiska (toksyn, pestycydy, które działają podobnie jak estrogeny). Kiedyś kobiety miały więcej dzieci, szybciej zachodziły w pierwszą ciążę. A przecież w czasie ciąży w wyniku działania hormonów ogniska endometriozy nie są aktywne. Można powiedzieć kolokwialnie, że wtedy ta choroba przycicha.

Jak można pomóc kobietom z endometriozą?

Wszystko zależy od tego, na jakim są etapie życia i jaki jest ich główny problem. Nie ma tu jednego prostego rozwiązania i recepty. Na szczęście mamy laparoskopię, dzięki której możemy lepiej zdiagnozować chorobę i w końcu usunąć wszystkie ogniska endometriozy, zrosty, torbiele endometrialne jajników. Jak wygląda taka operacja? Przez trzy lub cztery nacięcia wielkości 5-10 mm wprowadza się narzędzia chirurgiczne do jamy brzusznej i wycina zmiany.

Co daje taka operacja?

Zwykle to prawdziwa rewolucja w życiu kobiety: uwalnia ją od codziennego uporczywego bólu, ale też poprawia płodność. Chcę jednak mocno podkreślić, że laparoskopowe niszczenie i wycinanie zmian edometrialnych powinni wykonywać bardzo doświadczeni lekarze. Często są to trudne, trwające 3-4 godzin operacje.

Jestem ciekawa, co pani mówi młodej kobiecie z endometriozą, która nie planuje w najbliższym czasie zostać mamą?

Jeśli jej głównym problemem są dolegliwości bólowe w trakcie miesiączki lub współżycia, a w badaniu ginekologicznym nie ma większych odchyleń, wtedy ginekolog przepisuje najczęściej tabletki antykoncepcyjne albo leki hormonalne, które powodują, że endometrium nie narasta. To zazwyczaj przynosi ulgę i pozwala dobrze funkcjonować na co dzień.

Weźmy inną sytuację. Do gabinetu przychodzi 35-letnia kobieta z zaawansowaną endometriozą i twierdzi, że pragnie zajść w ciążę. Ale ma z tym kłopoty. Co wtedy?

Wtedy pytamy się, jak długo para stara się o dziecko i sprawdzamy, czy w grę mogą wchodzić inne powody niepłodności. Badamy nasienie partnera i sprawdzamy drożność jajowodów. W takiej sytuacji trzeba też pamiętać, że jeśli pacjentka ma 35 lat, to statystycznie tylko co piąta komórka jajowa nadaje się do zapłodnienia. Dlatego szkoda czasu! Czekaniem, że uda jej się zajść w ciążę w sposób naturalny, kradniemy jej czas reprodukcyjny. Najlepiej jeśli taka pacjentka zgłosi się do ośrodka leczenia niepłodności, w którym możemy wykonać kilka prób inseminacji, zwykle 4-6. Jeśli nie przynoszą skutku, proponujemy zapłodnienie in vitro.

Czy w jakiś naturalny sposób pacjentki mogą łagodzić sobie te dolegliwości?

Jest kilka teorii na ten temat. Jedna zaleca uprawianie sportu. Druga dietę wegetariańską, czyli ograniczenie białka zwierzęcego, co może poprawiać ogólne samopoczucie pacjentek. U części pozytywny skutek przynosi też dieta bezglutenowa, która usprawnia trawinie i pasaż jelitowy. Ale żeby było jasne – dietą nie wyleczymy pacjenta i nie zlikwidujemy wszystkich dolegliwości.

Jestem ciekawa, czy informuje pani pacjentki z endometriozą, że w przyszłości mogą mieć problem z zajściem w ciążę?

Pacjentka ma oczywiście prawo do takiej informacji. Ale powiem pani, że najczęściej jak mówię: „Dobrze by było, żeby pani nie odkładała myśli o macierzyństwie na dużo później”, to słyszę: „Ale ja nie mam z kim.” Z mojego doświadczenia wynika, że kobiety chcą mieć dzieci. I jeśli spotkają odpowiedniego partnera, nie wahają się długo. Zdecydowanie mniej jest takich, które świadomie odkładają macierzyństwo, bo robią karierę.

Jest dla nich szansa jak już spotkają tego jedynego?

Według obecnych badań wiemy, że u 50 % kobiet z niepłodnością rozpoznajemy endometriozę. Ale spokojnie, nie chcę nikogo straszyć. Mocno chcę natomiast podkreślić, że nie każda kobieta z endometriozą, na sto procent będzie miała problem z zajściem w ciążę. Z mojego doświadczenia wynika, że niektóre pacjentki z zaawansowaną endometriozą kompletnie bez leczenia, czyli samoistnie zostają mamami. Ale są też niestety takie, które mają nieduże ogniska i przez lata starają się o dziecko. Powiedziałabym więc raczej tak: endometrioza może znamionować kłopoty z zajściem w ciążę. Ale nie musi.

koncaAgnieszka Konca specjalista ginekolog-położnik. Absolwentka I Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie. W 2004 roku rozpoczęła pracę w Szpitalu Specjalistycznym św. Zofii w Warszawie, gdzie odbyła szkolenie specjalizacyjne zakończone uzyskaniem tytułu specjalisty położnictwa i ginekologii. W swej codziennej praktyce lekarskiej zajmuje się pacjentkami ciężarnymi i z problemami ginekologicznymi.


Zobacz także

Fot. Screen Instagram/m_rozenek

Małgorzata Rozenek-Majdan w pięknych błękitnych sandałkach za grosze. Zobacz, gdzie możesz je kupić

Fot. iStock/Dimedrol68

Ja chcę się rozstać, ty powtarzasz jedynie: „O co ci właściwie chodzi?”. Nie wierzę, że można nie wiedzieć, kiedy się krzywdzi

1pr_st_580x400

Dzieci radzą sobie same tylko w bajkach. W prawdziwym życiu potrzebują naszej pomocy