„Jestem zmęczona, smutna, mam dość”. Boższ, dlaczego to takie tabu mówić o prawdziwych uczuciach?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
15 czerwca 2016
Fot. iStock / milicad
 

Zbieram się. Jeszcze tylko chwila. Za chwilę zrobię wielką rewolucję. Spakuję się, wyjadę na koniec świata, nie pasuje mi jak jest. Znacie to? Czy może nigdy nie doprowadzacie do takiego momentu, bo umiecie powiedzieć „dość” w odpowiednim momencie, w odpowiedniej chwili, umiecie powiedzieć sobie: „przecież to ja mam na wszystko wpływ”.

Dziś rozmawiałam z przyjaciółką. Przez godzinę opowiadała o swoim toksycznym związku. Płakała, krzyczała, klęła. Nagle zamilkła. „To jakieś kuriozum co ja gadam, przecież mam na to wpływ. To moje życie. Mogę tego faceta w minutę zostawić”. Jego, tego faceta. Wow, cóż za odkrycie. Możemy. Możemy wiele rzeczy, ale ich nie robimy.

I nie chodzi tylko o faceta. Chodzi o miliony rzeczy, w których tkwimy, choć wszystko nam mówi: „Nieeee”.

Więc za chwilę to zrobię. W sumie liczę tylko te poranki, które jeszcze jakoś wytrzymuję. Dzień Dobry, ukochany dniu Świstaka. Szybciutko tylko ogarnę przestrzeń, pójdę pobiegać, wezmę psa, nakarmię koty. Wykonam szereg obowiązkowych czystości. Ogarnę dzieci, podjadę do mamy, podam jej lekarstwa, wysłucham, że świat jest straszny, a ludzie beznadziejni. Wiadomo, trzeba się dużo uśmiechać. Najwięcej wtedy, gdy chce się płakać. To modne, to fajne i w cenie.

Wrócę od niej, przeleję jej jeszcze pieniądze, bo ich potrzebuję. To moja matka. Muszę to robić. Najwyżej nie będę spała w nocy, ale zarobię. Jestem to winna jej starości, choć starość bliskiej osoby samą ciebie doprowadza na granicę śmierci i pytania: po … my żyjemy? Ale dam radę. Zawsze daję.

Pojadę do pracy. Znów tysiąc maili. Młodzi ludzie o tym marzą. Ludzie bezrobotni o tym marzą. Każdy kolejny mail z jakimś pytaniem jest dowodem na to, że jesteś ważna. Serio? Proszę… Takie rzeczy trwają tylko chwilę. Gdy to wiesz, już nie musisz się tym karmić. Kariery, fajne stanowiska, bezpieczne posadki. Potem gapisz się w telefon, w maile na które nie ma odpowiedzi i myślisz: hmm, serio nie widziałam pierwszego kroku dziecka? Nie pamiętam rysunków, powiedziałam mężowi, ukochanemu: „później”, przyjaciołom: „sorry, nie mam czasu, nie rozumiecie?!! Pracuję!!!” Zrobiłam to?! Przecież tej pracy już nie ma, to minęło. To nawet za wiele mi nie dało, choć wydawało mi się wtedy, że daje wszystko. Tylko dziecko coraz starsze, przyjaciele coraz dalej. Naprawdę jest sens tak poświęcać? No może dla siebie…. Ale nigdy dla kogoś.

Ale spoko, może potrzebujesz czasu. Tak jak ja go potrzebowałam. W końcu poczujesz zmęczenie.

Zmęczenie jest twoim najgorszym wrogiem, tak myślisz na początku. Pojawia się nagle, nieproszone. Jest bladą cerą w lustrze, podkrążonymi oczami, nieobecnością w rozmowach, nieuważnością, nazywaniem „kawy” i „spotkań w kawiarni” marnowaniem czasu. Jest poddenerwowaniem, patrzeniem co chwila na Facebooka, sprawdzaniem maili. Nie byciem „tu i teraz”, ale gdzieś tam.

Spacer w spokoju? A co to, k…, jest spacer?

Wolny weekend? A co to, k…., jest wolny weekend?

Leżenie w łóżku? Oszalałaś?!!!!!

Jest nieustannym „muszę”, „powinnam”, „trzeba”.

Nieustanną irytacją na kogoś, że robi mniej. W ogóle nieustanną irytacją. Na wszystkich. Jest złością, która doprowadza cię do coraz większego szaleństwa.

Aż w końcu staje się przyjacielem. Ufff. Wreszcie. To dzieje się w momencie, gdy myślisz sobie. „Pier…, nie robię”. To jest już uczucie niemal fizyczne, że dłużej nie wytrzymasz w jakiejś sytuacji. Albo nie możesz wstać w łóżka. Albo nie masz motywacji, choć wcześniej tryskałaś energią, miałaś moc i przecież jesteś zdolna.

To jedyny moment, gdy możesz powiedzieć sobie, że:

Muszę coś zrobić dla siebie, nieważni są inni. Nieważni choć przez chwilę.

– muszę wreszcie zadać sobie pytanie: „Dlaczego czuję się tak zmęczona?”

– muszę wreszcie przestać się starać.

– muszę wreszcie przestać udawać. Udawać lepszą niż jestem, mądrzejszą, idealniejszą. Po co to?

– muszę wreszcie uznać, że jestem zmęczona i TERAZ nie daję rady.

Dlaczego to jest takie cholerne tabu. Dlaczego to taki wstyd powiedzieć: „jestem bezradna, jest mi źle”. „Mam dość”.

Jestem zmęczona tym gadaniem coachów. Tą presją na bycie dzielnym, dającym radę, byciem poukładanym, w porządku, kontrolującym.

Kończy się tak. „Mam ochotę spakować walizki, zaraz to zrobię. Obiecuję. Świat mi nie pasuje”.


Jak wytrzymać z własnym mężem? No cóż, odpuścić mu i kochać go. Jeśli tylko wart jest miłości

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
16 czerwca 2016
Fot. iStock / Dragan Radojevic
 

– Jak ty z nim wytrzymujesz? – jęknęła moja przyjaciółka. Pracuje z moim mężem. Zrobił jej o coś aferę.

Hmm, bo go kocham? Ciągle debatujemy jak z kimś wytrwać, jak ogarnąć, zrozumieć. Jaki ktoś powinien być. Nie wiem, patrzę na mojego męża.

Ma.

195 wzrostu. Obsesje na punkcie porządku. To jest serio nieznośne. Wraca do domu i mówi. Dlaczego tu nie jest czysto/ O Boże, jaki bałagan/ O Boże, gdzie jest mop.

Myślę: Psychol. Dlaczego człowiek po wejściu do domu nie myśli o tym, żeby przytulić partnera, spocząć na kanapie, tylko myśli o tym, żeby sprzątać? SPRZĄTAĆ.

Bo ludzie są różni. Wiem, że nie wspinam się na wyżyny intelektualne mówiąc ten banał. Są różni. Ale o tym zapominamy. Bo JA tak czuję. Bo dla MNIE miłość to to i to. Dla MNIE okazywanie uczuć wygląda tak. Partnerstwo tak. Tworzymy swoją wizję szczęścia, bliskości i uważamy, ze druga osoba musi CZUĆ jak my. Otóż nie. Jest tylko jedna recepta na prawdziwą bliskość, szczęście. ODPUŚCIĆ.

PORANKI

– Kotku, przytulisz mnie – mruczę.

– Aaaa, już siódma, muszę wstać. Aaaaa, zrobiłaś kawę? Gdzie te rachunki? Miałaś wczoraj je zapłacić. Boże, dlaczego w łazience tyle kosmetyków. Boże…

Zatykam uszy. Basta, dość. Co to za nieromantyczna żenada. Wstaję, potykam się o (własne) buty. Przypominają mi się wpisy na forum „młode mężatki”. „ Nie tak to sobie wyobrażałam, powinno być inaczej”, „Czy to normalne, że on”…

Oddycham milion razy.

Czy to coś mówi o naszej miłości?

Nie, mówi o tym, że on rano nie lubi się przytulać i chce napić się kawy.

TELEFONY

SMS: „Tęsknię”. Odpowiedź po ośmiu (to nie żart!) godzinach. „zapłaciłaś te rachunki? P.S Ja też”. Aaaaa, ratunku. Wracają do mnie wspomnienia. 200 smsów z pracy. To było nie tak dawno. Co się do cholery zmieniło. Świnia z niego.

Oddycham milion razy.

Czy to coś mówi o naszej miłości?

Nie, mówi o tym, że miłość ewoluowała, a on jest teraz zajęty

OBIAD

– Hej – rzuca on.

– Hej – odpowiadam znad kompa.

– Jest obiad? – pyta.

– Co? – pytam ja.

– No obiad.

– Obiad? Oszalałeś. Za 20 min oddaję tekst. Potem możemy coś zrobić.

On myśli: no tak, ona już się nie stara. Kiedyś nieważna była praca, jechała na bazarek po mięso i kroiła warzywka na milion kawałeczków.

Oddycha milion razy.

Czy to coś mówi o naszej miłości?

Nie, mówi o tym, że miłość ewoluowała i jestem zajęta.

WIECZÓR

– Idziemy spać – pytam ja.

– No zaraz, zaraz.

Wrr, świnia. Kiedyś by ze mną poszedł. A inne pary, a w innych związkach. Zresztą przeczytałam, że szczęśliwe małżeństwa chodzą spać o tej samej porze. No tak.

Oddycham milion razy.

Czy to coś mówi o naszej miłości?

Nie, mówi o tym, że on chce obejrzeć telewizję. I dobra, hormony przestały buzować. Nie musi mnie zdobywać. Wie, że lezę na górze w sypialni. O 23.00, no ale o pierwszej w nocy też. To gdzie się spieszyć?

WRRRRR. Nie ma lepszej lekcji bliskości niż stabilne, dobre małżeństwo. I w sumie wszystko sprowadza się do kilku zasad.

– Nie oczekuj, że ktoś zawsze nakarmi cię miłością i namiętnością. Zakochanie jest cudowne, takie symbiotyczne, ale to tylko iluzja

– Nie oczekuj, że ktoś będzie zawsze

– Nie doszukuj się w drobiazgach dramatu

– Nie rób generalnie dramatu

– Pomyśl, że jest fajnie, bo możesz naprawdę być z kimś blisko. I wreszcie się nauczyć, że dla każdego bliskość to coś innego.

Jeśli on poza tym JEST, możesz na niego liczyć, ufasz mu – to masz wszystko.


Pan „nie wiem co do ciebie czuję”. Czy warto o niego walczyć?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
10 czerwca 2016
Fot. iStock / Luso

Byłam dzisiaj świadkiem takiej sytuacji. M. stanęła przede mną i powiedziała, że K. (jej partner) nie wie. Wyglądało to jakoś tak.

– On nie wie – jęknęła dramatycznie.

– Czegóż to on nie wie? – spytałam.

– Czy chce ze mną być, czy chce ratować nasz związek, czy chce mieć dziecko.

Ups. Niedobrze.

– Kazałaś mu się wyprowadzić? – kontynuowałam rzeczowo.

– Wyprowadzić???? – zdenerwowała się.

Nie rozumiałam zdenerwowania, skoro nie wie, to niech idzie pomyśleć w samotności.  Co w tym złego.

– Stracę go wtedy – jęknęła.

Uff. Chciałam jej przywalić, potrząsnąć nią. Zrobić coś, co sprawi, że ona oprzytomnieje. Uśmiechnęłam się jednak i spytałam rzeczowo.

– A tak to go nie stracisz?

– Nie wieeeeeem– zajęczała. – Boję się, że tak.

Tu mam kontakt dla ciebie. Psycholog. Psychoterapeuta. Idź, zapisz się. Wiesz dlaczego? Nie, nie dlatego, że uważam, że jesteś szurnięta. Uważam tylko, że masz problem z odpuszczaniem kontroli. To bardzo charakterystyczne dla osób z syndromem DDA. Ale też dla dzieci niestabilnych rodziców czy dzieci doświadczających w dzieciństwie zmienności. Wyrastają na dorosłych, którzy mówią: „muszę kontrolować, bo stanie się coś złego”. Nie rozumieją, że czasem to właśnie kontrolowanie kogoś doprowadza do dramatu. W miłości, ale i w każdej innej dziedzinie życia.

Też byłam kiedyś dziewczyną, która „nie wiem” uważała za początek walki. Bo przecież on zrozumie, ogarnie, pojmie i tak dalej. Tariraram, srutututu. Jedną z cech, którą powinien mieć facet (człowiek?) to zdecydowanie. Chcę, nie chce, biorę, nie biorę. Nie wie? Okej, jego sprawa, niech idzie sobie gdzieś, przemyśli, wróci, jak się zdecyduje. Nie zdecyduje się? No trudno. Trzeba to przeżyć.

Skąd się bierze Pan Nie wiem?

Hmm….

To najczęściej chłopak, który chętnie, by gdzieś czmychnął, ale nie potrafi powiedzieć: „koniec”. No bo on nie wie…

To najczęściej mąż, który już się szykuje do ewakuacji, ale jeszcze nie znajduje słów (albo odwagi). „Nie wiem” jest jego przykrywką.

To CZASEM człowiek, który serio „nie wie”, ale należy go wtedy po prostu zostawić.  Bo jeśli będziemy go osaczać, on nie dowie się na pewno.

Jak wygląda relacja z Panem „nie wiem”. ? Każda z nas miała przynajmniej jednego takiego pana, no chyba, że jest oazą spokoju, kwintesencją racjonalności i nigdy by się z kimś takim nie zadała. Ale to są wyjątki.

Pan Nie Wiem typ 1.

„Jeśli czegoś chcę, chcę na maksa. Przestaję chcieć? To jestem tak samo na maksa, ale w uciekaniu”

Pamiętasz go jeszcze, gdy wiedział. Wow. przeleciał pół Europy, żeby do ciebie dotrzeć, zostawił żonę, zdradził żonę albo kobietę z którą był. Żadne obietnice nie były ważne. On chciał ciebie. Czułaś jego pewność w 100 proc, wydawał ci się najbardziej zdecydowanym człowiekiem świata. Po latach życia mówi ci, że nie jest pewny co czuje?

To lepiej mu uwierz i spakuj walizki ( swoje lub jego).  Wie co mówi. Nie poświęcaj mu czasu. Wiesz co robi, gdy mu zależy.

P.S Ohydny typ:)

Pan Nie Wiem typ 2.

„ Kochanie, ale co powinniśmy zrobić?”

On zawsze nie wie. Nie wie co chce zjeść, jak urządzić mieszkanie, kiedy zdecydować się na dziecko. Ślub tak czy nie. Ratunkuuuuuuuu. Świetne, gdy kochasz decydować. Gdy nie przeszkadza ci, gdy robisz więcej rzeczy. Masz gdzieś co mówi on, robisz swoje. Wychodzisz za mąż za jego „nie wiem” ( sama to załatwiasz), koisz jego „nie wiem” w każdym momencie życia.

Powodzenia. Mam nadzieję, że nie zwariujesz kiedyś.

P.S Typ do przeżycia, gdy ty wiesz za was dwoje :).

Pan Nie wiem typ 3.

„Udowodnij, że mnie kochasz”

Proś, przepraszaj, walcz. Robię to po to, żebyś mnie kochała. Jak rozpoznać taki typ? Mówisz mu: „okej”, a on prostuje: „Nie o to mi chodziło”.

Z doświadczeń z mężczyznami.

– Jeśli facet jest naprawdę zaangażowany, wie. To zawsze powtarza mi mój mąż: „każda niepewność wynika z braku uczuć”. Kochający człowiek przeniesie dla ciebie góry”.

Z autopsji:

– Czasem mówimy „nie wiem”, gdy chcemy, żeby ktoś nas dostrzegł, zauważył, potwierdził, że jesteśmy ważne. ( ważni). Dzielmy takie „nie wiem” na milion części. Ale… czy chcemy być z kimś niedojrzałym? Czy chcemy całe życie udowadniać komuś? Ej. Lepiej powiedzieć: okej, widzę, że potrzebujesz atencji. Jesteś ważny, zależy mi, jak mogę ci pomóc?

To tyle.

Gdy ktoś mówi: „nie wiem” to jest jego problem. Nie proś, nie tłumacz, nie angażuj się zanadto. Możesz dać czas, ale nie wieczność. Możesz rozumieć, ale nie zawsze.

Masz prawo się wściec. W końcu.

To dotyczy kobiet i mężczyzn. Jeśli ktoś nas kocha, prędzej czy później przyjdzie. Bo zrozumie, bo będzie chciał przeprosić. Tak naprawdę jest. Nie bójmy się puścić kontroli. Puszczenie kontroli jest często zawalczeniem o siebie i swój spokój.

Puszczenie kontroli, to nie zawsze zrywanie. Czasem po prostu powiedzenie: „okej, przemyśl sobie, jestem jakby co”. Tylko tyle. Aż tyle. 🙂