Jeśli macie odwagę zatrzymać się na chwilę, to idźcie do kina na „Cichą noc”, być może każdy z was odkryje dla siebie coś innego

Bardzo Kobiecy Blog Filmowy
Bardzo Kobiecy Blog Filmowy
27 listopada 2017
Mat. prasowe
Mat. prasowe
 

Jest taki dzień w roku – niepodobny do innych. Dzień kiedy zapominamy o tym, co najważniejsze byleby zdążyć przed pierwszą gwiazdką, nie przypalić cebuli do pierogów i usiąść do wigilijnego stołu. To dzień, kiedy z jednej strony wszystko wydaje się takie radosne, wyczekiwane, kiedy nie dostajemy gorączki na dźwięk piosenki „Last Christmas”, jesteśmy pełni miłości i zrozumienia, a z drugiej – oddalibyśmy wszystko, żeby się skończył jak najprędzej.

Podobno Wigilia, i przygotowania do niej, według badań psychologów, wywołuje równie silny stres jak ten towarzyszący rozwodowi lub utracie osoby najbliższej. Dlaczego? Jeśli jesteśmy na tyle odważni, żeby wymieść całoroczne śmieci spod dywanu, to odpowiedź będzie bardzo prosta. Boże Narodzenie i wieczór wigilijny to doskonały czas, żeby rozprawić się z trupami w szafie, konfliktami rodzinnymi, długo skrywanymi uczuciami. To magia tego wielkiego stołu, do którego siadamy gromadnie, ubieramy się pięknie, trzymamy fason, dopóki ktoś przez przypadek nie uderzy w stół…

Tak poznajemy Adama, głównego bohatera filmu Piotra Domalewskiego – „Cicha noc”. Wraca z Holandii, do której, jak miliony innych Polaków, wyjechał w poszukiwaniu pracy, zarobków, lepszego życia. Wraca z dobrą nowiną, bo Wigilia, cała rodzina w domu, okazja, by podzielić się nowymi planami na życie. I dziewczyna w ciąży, i perspektywa na pieniądze większa, byleby plan się powiódł – ojciec musi wyrazić zgodę na sprzedaż domu po dziadkach…

Mat. prasowe

Mat. prasowe

„Cicha noc” to zasłużenie nagrodzony Złotymi Lwami na festiwalu w Gdyni obraz. Żaden to film wybitny a zwyczajnie i po ludzku mądry, uczciwie zrobiony – prostymi, szlachetnymi narzędziami. Po raz pierwszy nasza rodzima kinematografia pozwoliła nam się w tym roku przed Świętami: zachwycić – Listami do M3 i zreflektować. Bo z „Cichej nocy” nie wychodzi się bez refleksji, dlatego wybierając się na ten film, przygotujcie się, że oprócz znakomitej obsady i wartkiej akcji, dostaniecie rykoszetem prosto w serce. Bo film boli. Boli ta polska prawda życiowa, kiedy nawet w najtrudniejszych relacjach, nie zawsze wyjaśnionych, siadamy do stołu – bo usiąść trzeba. Taka tradycja. Boli ta polska prawda o nas samych, o tym, że zawsze mamy za mało, że jesteśmy nieobecni, że tak bardzo chcemy być lepsi. Jakie to polskie – napisałam, a powinnam napisać, jakie to nasze…

Jeśli macie odwagę zatrzymać się na chwilę, to idźcie do kina na „Cichą noc”, być może każdy z was odkryje dla siebie coś innego i postanowi przede wszystkim, żeby w Wigilię, było po prostu – mniej a wtedy słowo RAZEM, oznaczać będzie dużo więcej …

„Cicha noc” już w kinach. Na film zaprasza MULTIKINO

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat. prasowe


Masz być „Najlepszy”. Ten film wbije was w fotel, poznacie historię osoby silnej i słabej jednocześnie

Bardzo Kobiecy Blog Filmowy
Bardzo Kobiecy Blog Filmowy
1 grudnia 2017
Fot. Materiały prasowe/R.Pałka
Fot. Materiały prasowe/R.Pałka
 

Choć historię polskiego Ironmana znają nieliczni, głównie ci, związani ściśle ze sportowym światem, mam przeczucie, że najnowszy film Łukasza Palkowskiego sprawi, że Polska oszaleje na punkcie Jerzego Górskiego, sportowca, który wyrwał się ze szponów nałogu. I na punkcie Jakuba Gierszała, który go zagrał – również. Bo życie Górskiego to wspaniały materiał na dobre, mocne kino z przesłaniem – i twórcy filmu tej szansy nie zmarnowali.  

Jak to się stało, że długowłosy narkoman – hipis skończył, jako mistrz świata najbardziej morderczej dyscyplinie sportu?

„Masz być najlepszy” – mówi do Jurka w jednej ze scen Janusz Gajos, czyli filmowy Marek Kotański. I Jurek taki się staje, choć właściwie, chyba zawsze taki był. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że tyle razy był na krawędzi przepaści między życiem a śmiercią i nie tylko przetrwał, ale również stał się prawdziwym sportowym mistrzem?

Górski podniósł się z dna, z którego dla większości nie było już ratunku. Odeszli jego najbliżsi – dziewczyna, przyjaciel – oboje w równym stopniu uzależnieni od heroiny. On przetrwał. Ogromna siła wewnętrzna, mądrość, która pozwoliła mu się podnieść i motywacja w postaci córki dosłownie „postawiły go na nogi”.

Fot. Materiały prasowe/R.Pałka

Fot. Materiały prasowe/R.Pałka

Film Łukasza Palkowskiego w bardzo realistyczny, bezpardonowy sposób pokazuje na czym polega nałóg narkotykowy i walka z nim (przejmujące dialogi Jurka z własnym odbiciem w lustrze). I dobrze, bo dzięki temu mamy wspaniałe, europejskie (nie „hollywoodzkie”), wiarygodne kino. Historię tak zagraną i opowiedzianą, że aż wywołującą dreszcze.

Najbardziej wstrząsająca scena? Chyba pogrzeb Andrzeja (w tej roli Mateusz Kościukiewicz) – symboliczny obraz upadku człowieka uzależnionego, kogoś, kto nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo upadł i gdzie się znalazł. Życie i śmierć są w tej scenie tak bardzo obok siebie, że już bliżej nie można. A jednak dopiero brutalny detoks w Monarze, jest prawdziwym przełomem dla Jurka.

Fot. Materiały prasowe/R.Pałka

Fot. Materiały prasowe/R.Pałka

Film Palkowskiego jest obrazem wartościowym, pięknym i mądrym, bo reżyser skupił się na tym, co w historii Jerzego Górskiego najważniejsze – na jego walce o samego siebie. Ale żeby ją zrozumieć, trzeba zrozumieć czym jest uzależnienie.

Warto pewnie jeszcze poświęcić kilka słów grającemu główną rolę, Jakubowi Gierszałowi. On jest „Najlepszym”. To dojrzały, wybitny (mimo ,młodego wieku) aktor, który z niezwykłą intuicją  wciela się w postać osoby silnej i słabej jednocześnie.

Trudno uwierzyć, że prawdziwy Jerzy Górski jest w Polsce wciąż za mało znany. Bo to postać godna podziwu, inspiracja dla tych, którzy pragną się podnieść, zawalczyć o siebie, dokonać „czegoś więcej”. Jeśli wybieracie się na „Najlepszego”, zapoznajcie się choć pobieżnie z jego biografią. Zresztą, po filmie sięgnięcie po nią na pewno.

Fot. Materiały prasowe/R.Pałka

Fot. Materiały prasowe/R.Pałka

Na film zaprasza

logo-Multikina

Najlepszy_1000x400px

 


Światu potrzeba dziś miłości… Listy do M3 dadzą wam jej tyle, ile potrzebujecie. Serio

Bardzo Kobiecy Blog Filmowy
Bardzo Kobiecy Blog Filmowy
12 listopada 2017
Fot. Materiały prasowe
Fot. Materiały prasowe
 

To, czego potrzeba dziś światu, to miłość… Ilu z was nuciło słowa tej piosenki (śpiewanej przez Anię Karwan), tuż po wyjściu z kina po seansie pierwszych „Listów do M”? I to uczucie, ciepła i wzruszenia, lekkości gdzieś na sercu, pocieszenia, którego zaznaliście dopiero co przed chwilą, dając się wciągnąć w te kilka wzruszających historii, pamiętacie je jeszcze?

Muszę szczerze powiedzieć, że obawiałam się trochę, kiedy producenci ogłosili, że powstaje kolejna, trzecia już część „Listów”. Bo ile razy można opowiadać tak podobne do siebie historie? Jak wiele da się jeszcze utkać ze świątecznej atmosfery, jak mocno skomplikować historie głównych bohaterów, by wciąż były interesujące i wzruszające? Tak, bałam się.

I wiecie co? Zupełnie niepotrzebnie. Ta trzecia, ostatnia część okazała się dla mnie najważniejsza i … najlepsza. Bo opowiada nie tylko o miłości. Jest „o czymś więcej”. O poszukiwaniu siebie i więzi łączących nas z bliskimi, nawet tymi, których prawie nie znamy. O smutku, który potrafi paraliżować i o tym, że i na ten smutek można coś poradzić, jeśli tuż obok jest ktoś, komu na nas zależy.

O tym wreszcie, że kiedy spotka nas ogromna, osobista tragedia musimy zdecydować, czy chcemy ciągle jeszcze być tu, po stronie życia, czy wolimy uciekać w stronę ciemności, za tym, czego już nie ma, co nie wróci (cudownie wzruszająca i mądra rola Wojciecha Malajkata).  Więcej nie zdradzę, za bardzo chciałabym, żebyście przekonali się o tym sami, na własne oczy – w kinie.

I tak, tym razem w obsadzie zabrakło Macieja Stuhra, ale zupełnie nie dało się tego odczuć. Bo pojawiło się kilku „nowych” aktorów w tej historii, którzy tak świetnie zbudowali swoje postaci, że uwierzycie im tak samo jak Mikołajowi Koniecznemu.

Zaskakująco romantyczny okazał się zakochany w rozmarzonej i twardo stąpającej po ziemi (jednocześnie:)) prezenterce radiowej, Borys Szyc w roli policjanta Gibona. Łagodny, poczciwy Zbigniew Zamachowski zagrał jego zawodowego partnera.

W epizodzie – zabawnym i poruszającym – wystąpił wspaniały Krzysztof Kowalewski, a w rolę mamy Mela wcieliła się Stanisława Celińska.

Ale wasze serce skradnie pewnie niesamowity duet Agnieszka Dygant i Piotr Adamczyk. „Nie mamy nawet ślubu, mamy tylko rozwód”- powie w jednej z ostatnich scen Karina. I to nie będzie jedyna jej kwestia, która na dłużej zapadnie wam w pamięć.

W „Listach” nawet złodziej ma w sobie pierwiastek dobra. I niedoszła teściowa przy wigilijnym stole, również.

Nie, nie będziecie zaskoczeni, tak, jak się spodziewacie, wszystko skończy się dobrze. Jednak w słowach „szczęśliwe zakończenie” każdy z bohaterów odnajdzie coś innego.

Na koniec powiem wam tylko, że ta historia się zamyka i to zamyka się tak pięknie, że „Listy do M” przestają być jedynie tytułem filmu… Tak jak symboliczna staje się czerwona sukienka, fruwająca na wietrze, w pierwszych minutach filmu.

Wychodząc z kina miałam mokre oczy. Ale i właśnie tę lekkość, którą powinno się nieść przez jakiś czas w sercu po obejrzeniu świątecznej komedii romantycznej.

I chyba o to właśnie chodzi w magii tych świąt…

P.S. Nie byłabym sobą, gdybym po powrocie do domu, nie przesłuchała jeszcze raz całej muzyki z filmu. Jest piękna!

Dobre filmy obejrzycie w

logo-Multikina

Zajrzyjcie koniecznie na Facebooka Multikino i weźcie udział w konkursie! KLIK: Konkurs na Facebooku