„Mam jedno życie, chciałabym przeżyć to jeszcze raz”. Zdrada jest niezwykle atrakcyjna

Z życia kobiety
Z życia kobiety
21 października 2017
Fot. iStock/emke
Fot. iStock/emke
 

„Wiesz, tak chciałabym mieć romans” zwierza mi się przyjaciółka. Śmiejemy się, bo zdrada to coś tak abstrakcyjnego… ale jednak możliwego.

Ona w długoletnim związku, w którym znikoma ilość deficytów przykrywana jest tym, co dobre. Fajną są parą, co prawda już bez fajerwerków, bez uniesień, ale w końcu czy motyle w brzuchu można czuć przez całe życie przy jednym facecie? Przy facecie, którego znasz na wylot i nie ma w tym nic złego, bo dzięki temu czujesz się przy nim bezpiecznie. Wiesz na co go stać, kiedy możesz na niego liczyć, on daje ci pewność stałości waszego związku

„Chciałabym znowu poczuć te motyle w brzuchu” – wzdychamy obie. Bo z jednej strony mamy wszystko – dom, rodzinę, dzieci, a z drugiej gdzieś nas ciągnie, coś nas gna. Czasami trochę bardziej uwiera codzienność, a my byśmy jeszcze chciały tak z pasją, namiętnością i ogromnym pożądaniem. I choć ten seks jest zdecydowanie lepszy niż wiele lat temu, to jednak tej iskry tych pierwszych przypadkowych dotknięć czasami brak.

Zdrada jest atrakcyjna, czyż nie? Pamiętam Magdę, która miała romans. Od razu było widać, tego błysku w oku nie da się ukryć, tego uśmiechu, który pojawia się w zamyśleniu. Była szczęśliwsza, aż promieniało od niej radością.

Słyszeliście te historie, gdy ze zdrady rodziła się przepiękna miłość. Ile znacie takich par, które mając romans podjęły decyzję o odejściu od swoich dotychczasowych partnerów i stworzyło cudowny związek.

Pamiętam rozmowę z pewną kobietą. Zdradzała męża przez dwa lata, aż postanowiła od niego odjeść. Facet, z którym miała romans zostawił swoją żonę. Ich patchwork to jeszcze czwórka dzieci, po dwoje z każdego małżeństwa i jedno ich wspólne. „Nigdy tak nie kochałam, z nikim nigdy nie było mi tak dobrze, przy żadnym mężczyźnie tak się nie czułam” – opowiadała. A ja myślałam: „Matko, przecież życie jest tylko jedno, a co jak już nigdy tego nie poczuję?”.

Zdrada niesie nadzieję na lepsze życie. Na to niezwykle atrakcyjne, pełne emocji, kolorowe, kiedy masz wrażenie, że cały świat się do ciebie uśmiecha. To wtedy czujesz się niezwykle atrakcyjna, zaczynasz myśleć o sobie dobrze, w końcu skupiasz się bardziej na sobie, dbasz o siebie. Każdy dzień niesie jakąś niespodziankę, jest niewiadomą, a to dla ciebie tak ważne – wyrwać się z tych okowów szarej codzienności. Przecież tyle razy powtarzałaś, że musicie coś zmienić, że powinniście popracować nad waszym związkiem, że się mijacie i chyba nie zauważacie. Ale mimo twoich uwag, nic nie się zmienia, Cały czas trwacie w tym układzie małżeńskim, jakby naturalnym było, że na pewnym etapie coś zamiera, coś wygasa i należy się z tym pogodzić.

Romans – lustro naszych braków i tęsknot w miłości, która miała być na całe życie. Romans wypełnia całą pustkę, która jest w nas, pozwala ponownie nabrać powietrza głęboko w płuca i odetchnąć z radością, że jestem, że żyję, że czuję się kochaną, zaopiekowaną. Że nie pozostaję jedynie matką, żoną, ale nadal mam w sobie tę nieuchwytną atrakcyjność, która w końcu kręci jakiegoś faceta.

Te spotkania po kryjomu, wyjazdy, to nic, że okupione kłamstwem – przecież inaczej się nie da. Nie myślałaś, że to cię będzie kręcić, że odnajdziesz się w tych szeptach, oszustwach, udawaniach. A jednak.

Gdzieś w myślach już układasz sobie życie na nowo. Z nim, z tym, który jest tutaj i kocha do utraty tchu. Który akceptuje ciebie taką jaką jesteś. Bo dziś jesteś już dojrzałą kobietą, która wie czego chce, która potrafi mówić o swoich potrzebach, a o których dotychczasowy mąż nie chce słuchać – bo tyle lat się znacie, że on nie przyjmuje, że coś się mogło zmienić, że ty się zmieniłaś.

Miłość po romansie jest inna. Ta miłość jest mądra, wyrozumiała i cierpliwa, bo oboje jesteście po przejściach, bo postanowiliście być razem wbrew wszelkim przeciwnościom. To daje siłę i zespala. To daje kopa do działania, do bycia jeszcze lepszym, do stworzenia związku tak zupełnie innego od małżeństwa, które się rozpadło.

„Zdrada, to najlepsze, co mogłoby mi się przytrafić w życiu” – usłyszałam jakiś czas temu od kobiety nieszczęśliwej w swoim małżeństwie. Romans to szansa na lepszy związek. To szansa na powiedzenie: „Nigdy już nie popełnię tych samych błędów”. I faktycznie, wiele tych związków, których początkiem była zdrada, zbudowanych zostaje na solidnych podstawach doświadczeń.

„To jest coś zupełnie innego” – powiedziała Aśka, która odeszła od męża i związała się z mężczyzną, z którym miała romans. Jest dzisiaj szczęśliwa, niczego nie żałuje, patrzy z miłością na niego, a on na nią z czułością, jakby odnaleźli siebie po latach. „Cieszę się, że pozwoliłam sobie na tę szansę” – mówi.

Tak, zdrada jest atrakcyjna. Pozwala uciec przed problemami, znaleźć usprawiedliwienie na to, że nie wyszło, że się nie udało, że nie chcemy już walczyć o to, co trwało przez lata. Pociąga nas to, co nowe, pełne niespodzianek. Rozwiązanie w efekcie okupione ogromnymi kosztami. Czy zawsze warto?


Tak, jestem w stałym związku, ale marzę o czymś więcej, marzę o romansie. Czy przez to jestem gorszą żoną?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 listopada 2017
Fot. iStock / m-gucci
Fot. iStock / m-gucci
 

Załóżmy, że mam na imię Magda. Załóżmy, że jestem tuż przed 40-tką. Dwoje dzieci wchodzące w nastoletni wiek. Mąż, od niemal 20-tu lat ten sam. Najpierw zakochanie, później chodzenie za rączkę, aż w końcu obrączka i wspólne życie.

Jestem jedną z wielu z was. Pracuję, zajmuję się domem. Mój dzień pewnie niczym nie różni się od waszego. Wstaję rano, robię sobie kawę, dzieciom i mężowi śniadanie. Spieszymy się każde do swoich obowiązków. Dzieci do szkoły, my do pracy. Szybka wymiana zdań, poranny buziak i rzucone „miłego dnia” na stałe weszły w naszą codzienną rutynę. Ustalamy popołudnie, kto kogo gdzie odwiezie, odbierze, zrobi zakupy. Wszystko działa jak w dobrze nakręconym zegarku . W końcu tyle lat razem, znamy się doskonale, wiemy na co kogo stać, w czym możemy na siebie liczyć.

Proste rodzinne życie. Bez zbędnych emocji. Czasami się pokłócimy, najczęściej od dzieci, czasami o jakieś głupoty. Że ja go prosiłam, żeby coś tam kupił, a on zapomniał. Albo on, żebym przestała zostawiać pod prysznicem końcówki od maszynki do golenia. Nic wielkiego. Nic, co wywołałoby burzę. Tyle tylko, że ja tej burzy chcę, potrzebuję tego deszczu, tych błysków i piorunów. Kiedy myślę sobie, że tak już będzie wyglądać moje życie, chce mi się wyć, uciec, zrobić coś szalonego. Rzucić pracę, spakować plecak i wyjechać poznawać świat. Nie chcę tkwić w tym zdrewnieniu, wykreślając jeden dzień podobny do drugiego. Serio? Tak mam teraz żyć? Moja mama mówi: „Masz dzieci, ciesz się nimi”. Jasne, że się cieszę, ale nie chcę jak ona żyć życiem moich dzieci, skupiać się jedynie na ich osiągnięciach i kłopotach. Naprawdę? Skończę 40 lat i to koniec? Koniec emocji, podnieceń, ekscytacji?

Rozmawiam o tym z mężem, ale słyszę jedynie: „Nie wiem, o co ci chodzi”. A mi chodzi o to, żebyśmy wyjechali gdzieś sami, pojechali w końcu na wakacje tylko we dwójkę. Żeby on mnie zaskoczył, zaprosił na randkę, zabrał do kina – ot tak spontanicznie, a nie po wspólnym prześledzeniu repertuaru i ustalaniu, co grają. Chcę, by iskrzyło, byśmy patrzyli na siebie z pożądaniem. Ale czy to jest w ogóle możliwe? Szczerze – straciłam nadzieję. Nie chcę seksu jedynie w sypialni, w ciszy, żeby dzieci nie słyszały. Dobrego, ale do bólu przewidywalnego. Kocham swojego męża, ale dzisiaj rozważam, czy nie jest mi bliższy jedynie jako przyjaciel, a nie jako kochanek?

Ktoś powie: „Głupia, ciesz się tym, co masz”. Jasne, że się cieszę, ale co, jeśli mi to nie wystarcza? Jeśli ja chcę od życia czegoś więcej. Mam siedzieć cicho i niczego więcej nie wymagać? Marzę o romansie. Marzę o życiu obok, po drugiej stronie lustra. O życiu pełnym namiętności, mrowienia na karku, podniecenia i pożądania, nad którym nie sposób zapanować. Kiedy jedyne o czym myśleć będę przez cały dzień, to o jego dotyku, o spojrzeniu, które mówi jedno: „Marzę, żeby zostać już z tobą sam na sam”. A potem kochać się na stole w kuchni, pod prysznicem, na podłodze przed telewizorem, bo przecież żaden film nie interesuje nas tak bardzo jak my sami.

Chcę tej radości w głowie, tego cudownego napięcia mięśni na godzinę przed spotkaniem. Chcę tęsknić całą skórą, całą sobą za nim, za jego ustami, językiem. Chcę poddać się temu, czekać na nieznane, wiedzieć, że nadal żyję, że moje życie trwa, a ja czuję, pragnę i jestem pożądana.

Chciałabym mieć dla kogo poprawiać włosy, malować usta szminką, zakładać szpilki i kupować sobie seksowną bieliznę. Chciałabym znowu poczuć się kobietą – piękną i atrakcyjną, chciałabym zobaczyć w oczach mężczyzny ten tylko dla mnie uchwytny moment, kiedy wiesz, że właśnie rozbiera cię wzrokiem i myśli tylko o tym, co będziecie robić, gdy zostaniecie sami.

Tak. Marzę o romansie, o tych rozbrajających cię emocjach, kiedy znowu wiesz, że żyjesz, że to, co w tobie ważne, nie umarło, nie spowszedniało, że nadal możesz tak kochać, tak czuć, tak na nowo odkrywać  samą siebie.

Czy przez to jestem gorszą żoną? Myślę o tym smażąc jajecznicę mojemu mężowi, wieszając pranie, wyciągając naczynia ze zmywarki i biorąc prysznic dotykając się tak, jak chciałabym, żeby on mnie dotykał. Nadal tu jestem, choć  chciałabym na kilka chwil być zupełnie gdzie indziej… A ty?


Wydaje ci się, że nigdy nie ma odpowiedniego czasu na zmianę? I… masz rację

Z życia kobiety
Z życia kobiety
3 października 2017
Fot. iStock / fcscafeine
Fot. iStock / fcscafeine
 

Stała przy zlewie. Woda leciała, a ona znieruchomiała. Z rękami mokrymi od piany. „Mamo” – wyrwało ja z zamyślenia. „Co się ze mną dzieje” – pomyślała, a odwracając się zdążyła przykleić do twarzy uśmiech. „Kiedy on tak urósł” – pytała siebie ostatnio dość często patrząc na swojego syna, już nastolatka, który przyglądał się jej stojąc w drzwiach. „Co jest?” – spytała, chciała, by jej głos zabrzmiał lekko. „Potrzebuję do szkoły kilka rzeczy”. No tak, właściwie czego innego mogła się spodziewać. Każdy ze wszystkim przychodził zawsze do niej. Z tym, co trzeba kupić, co naprawić, co znaleźć.

A ona miała już dość. Miała ochotę wykrzyczeć: „Dajcie mi święty spokój, zajmijcie się sobą”, ale nie potrafiła. Bała się, że kiedy to powie, spojrzą na nią ze zdziwieniem nie rozumiejąc o co jej chodzi. Przecież przez tyle lat znosiła te wszystkie zachcianki, oczekiwania wobec niej. Przecież nigdy nie odmówiła, nie powiedziała, że jej się nie chce, że jest zmęczona.

Ale od pewnego czasu czuła, że ma do twarzy przyklejoną gębę. Gębę tej zaradnej, tej nienarzekającej, która z pokorą znosi wszystko, co jej życie przyniesie.

A życie postanowiło jej nie oszczędzać. Pamięta, gdy znalazła te SMS-y w jego telefonie. Czy tęskni, kiedy znów porozmawiają… Ciemno zrobiło się jej przed oczami. Najpierw pomyślała, że to telefon syna, ale to nie mogła być pomyłka. I właściwie za nic miała jego tłumaczenia, nie o to w nich chodziło. Zastanawiała się, dlaczego to się stało, dlaczego to wydarzyło się w jej życiu.

Przecież mieli dom, rodzinę, pracę. Prawie 20 lat związku za sobą. Wydawało się jej, że udanego. Właśnie – wydawało się jej. Jemu się nie wydawało, on nie pozostawiał złudzeń. On szedł dalej, nie został tu, gdzie ona chciała stworzyć dla nich ciepłe miejsce.

„Ku*wa” wyrwało się jej z gardła. Przecież wszystko im poświęciła. Zrezygnowała z awansu w pracy, później ze zmiany pracy na inną, byleby dostosować się do ich potrzeb. Była oszczędna, żeby pieniędzy starczyło im na kredyt i na pasje muzyczne ich syna. Dzięki niej co roku jeździli na fajne wakacje. Dzięki niej mieli w domu zawsze ciepły obiad. To z nimi ona spędzała wieczory, a to grając w scrable, czy w karty. I myślała, że tak powinno być, choćby przez jakiś czas.

Za każdym razem, kiedy biła się sama ze sobą, myślała: „To nie jest dobry czas, poczekaj, przyjdzie odpowiedni moment”.

Te odpowiedni moment miał przyjść na rozwój jej kariery zawodowej, na zmianę pracy, na powiedzenie w końcu TAK różnym propozycjom. Najpierw dziecko miało pójść do szkoły, później zdać egzaminy, teraz będzie czekać na jego maturę? Naprawdę? Przyjaciółka mówi: „On za chwilę skończy 18 lat, pójdzie w świat, a ty z czym zostaniesz?”. No właśnie? Z czym zostanie?

Z domem, obiadem, którego nie ma komu ugotować. Z mężem, który raczej nie jest zainteresowany naprawianiem ich związku?

Ile razy czytała te bzdety: spytaj siebie kim jesteś, czego chcesz? Na pamięć znała te wszystkie samorozwojowe hasła, że jak o siebie samą nie zadbasz, to nikt nie zadba, że dla siebie powinnaś być najważniejsza.

Ale jak być najważniejszą? Jak, skoro nie chcesz nikogo zawieźć, skoro wszyscy na ciebie liczą, każdy ma wobec ciebie jakieś oczekiwania. To jak i kiedy pomyśleć o sobie, skoro zawsze i wszędzie musisz myśleć o innych!?!

Najchętniej rzuciłaby kubkiem o ścianę, jego kubkiem, który kupiła mu na służbowym wyjeździe… Idiotka. Zamiast się dobrze bawić ze wszystkimi z synem przez telefon lekcje odrabiała, bo tacie cierpliwości brakowało. Taka się wtedy czuła ważna, że ona wyjechała, a oni jej jednak potrzebują. Dzisiaj ogarnia ją tylko pusty śmiech, bo tak sobie wmawiała. Bo tak chciała się czuć. Nigdy nie była ważna dla siebie, to chociaż w oczach najbliższych chciała się taką widzieć.

Tymczasem zderzyła się z własną iluzją. Kiedy się rozsypała w drobny mak, kiedy nie była w stanie wstać do pracy, zrobić obiadu, okazało się, że świat bez niej dalej się kręcił, że nikt nie zauważył specjalnie jej nieobecności. W pracy bez problemów, syn dzwonił, że zje na mieście z kolegami, wieczorem tylko pytał, czy wszystko w porządku i przytulał się do niej mocno.

On? On od dawna żył swoim życiem, do którego ona się przykleiła pod postacią kanapek do pracy, telefonów z pytaniem, o której będzie, wyprasowanych koszul. Była obok, kiedy on robił karierę, wyjeżdżał na konferencje, chodził na basen, tenis, umawiał się z kolegami. Zawsze gotowa do poświęcenia swojego czasu i uwagi dla niego.

Idiotka. Pamięta, gdy przyjaciółka mówiła jej: „Jolka, ty musisz w końcu zadbać o siebie”. Gotowało się w niej, bo jak to zostać egoistką? Skupić się na sobie? A co z domem, z obiadami, praniem, synem? Co z jej małżeństwem? Jak mogła myśleć o sobie, skoro tyle rzeczy miała do zrobienia.

A dzisiaj? Dzisiaj syn się jej pyta, czy kupi mu potrzebne do szkoły rzeczy. Męża nie ma w domu, a ona kompletnie nie umie sobie poradzić z rzeczywistością, która ją dopadła.

„Ile jeszcze chcesz czekać na odpowiedni moment? Jakich jeszcze argumentów potrzebujesz” – pyta się jej przyjaciółka. I ona wie, że ma rację. Nigdy nie ma odpowiedniego momentu. Nigdy nie ma dobrego czasu na to, żeby całe swoje życie poświęcić innym, a nie sobie. Nie ma, bo później nigdy nie znajdujesz już czasu dla siebie. Nie umiesz się wykaraskać z przestrzeni, którą sama sobie stworzyłaś. Boisz się. Ona też się boi, boi się odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest, czego chce. Całe życie uciekała przed odpowiedzią, nikt nie wyposażył jej w odwagę bycia tym, kim chce. Boi się, bo wie, że odpowiedź ją zdruzgocze, pokaże, że jest w miejscu, w którym nigdy nie chciała się znaleźć. Przecież miała tyle planów, marzeń, tyle chciała zarobić. A dzisiaj? Dzisiaj ma 45 lat i poczucie, że wszystkie okazje i szanse przegapiła, że jest taką szarą kulką, która leci tam, gdzie ktoś ją popchnie, gdzie jej potrzebuje.

Rzuciła talerzem o podłogę. I kolejnym. I następnym. Tłukła wszystko, co stało w zlewie, a co przynosiło jej ulgę. Jakby swoje całe życie rozbijała na te małe kawałki, z których część może da się złożyć, ale pewne okruchy zniknęły bezpowrotnie, trzeba się z nimi pożegnać raz na zawsze i skończyć się szarpać z samą sobą. Śmiała się i płakała na przemian, jakby przyszło do niej oczyszczenie. Zrozumiała, że przecież jej życie się nie kończy, że nadal może zawalczyć o dobre życie dla siebie. Zdumionemu synowi włożyła w rękę 50 złotych i wysłała po potrzebne mu do szkoły rzeczy, nie protestował. Sama wykopała z szafy strój kąpielowy, zapakowała ręcznik i klapki, od dawna marzyła o basenie, o tym, żeby popływać. Tak bardzo kiedyś to lubiła. I może to nie jest odpowiedni moment, może powinna dokończyć obiad, powiesić pranie, ale dziś ma to gdzieś, dziś chce iść popływać. A reszta? Reszta się pewnie jakoś ułoży. Może od tego trzeba zacząć…