W jakich warunkach leczy się dzieci w Polsce?

MamaM&M
MamaM&M
30 września 2017
© MamaM&M Nasza sala szpitalna - nawet ja nie mam się czego przyczepić
© MamaM&M Nasza sala szpitalna - nawet ja nie mam się czego przyczepić

Jak wygląda pobyt dziecka w szpitalu w Polsce, można poczytać w komentarzach w internecie. Jak są traktowani rodzice, gdzie śpią, co jedzą i dlaczego wszystko jest złe? Opowiem wam swoją historię…

 

Właśnie teraz jestem w szpitalu z młodszym synem. Trafiliśmy tu we wtorek. Dokładnie rok wcześniej na tym samym oddziale dziecięcym Szpitala Międzyrzeckiego przebywało moje starsze mało zło. Wówczas wpadałam (to odpowiednie słowo) tu tylko na moment, ponieważ musiałam zajmować się młodszym dzieckiem i nie mogłam zbyt często i na długo przyjeżdżać w odwiedziny do Marka: w domu Mariusz karmiony piersią, na dworze plucha, wichury, drogi w remoncie i jakby cały świat przeciwko nam…

 

Starszak był więc pod opieką babci. Ta chwaliła szpital, opiekę, lekarzy, pielęgniarek, jedzenie i wszystko, co się działo, ale biorę na to zawsze poprawkę, ponieważ moja mama kilka ładnych lat w tym szpitalu przepracowała, płakała, gdy musiała się zwolnić i mam wrażenie, że sentyment do tego miejsca pozostał jej do dziś.

 

Ale od początku. Jesteśmy, jak wspomniałam, na oddziale dziecięcym. Przydzielona została nam sala jednoosobowa (matka blogerka – się wie, że muszą być profity z tego tytułu – a tak serio to nikt tu nie wie, że piszę i publikuję). W dniu naszego przyjęcia oddział był wypełniony po brzegi. Masa dzieciaczków kilkumiesięcznych, kilkuletnich. Do tego remont, zamknięta świetlica, w której obecnie też stoją łóżka. Wszystko to jest jednak jakby nieważne. Przyjechaliśmy tu z synem, żeby on mógł wyzdrowieć, a nie na wczasy (o tym za chwilę). Opieka już od momentu wejścia do izby przyjęć nie tylko fachowa, profesjonalna, ale przede wszystkim po prosu ludzka, nakierowana nie tylko na małego pacjenta, ale też na rodzica. Dziecko jest traktowane z należytą uwagą, obejrzane zostało z każdej strony i chyba tylko zabrakło trzymania za jedną nogę, żeby sprawdzić, czy nie odpada. Przy tym wszystkim masa pytań zadawana z wyczuciem i niezwykle taktownie, bez jakiegokolwiek pośpiechu.

 

Władzom szpitala należy pogratulować takich lekarzy na oddziałach. Sam oddział dziecięcy robi naprawdę dobre wrażenie, widać tu inwestowane pieniądze, przemyślane, słuszne decyzje, ale przede wszystkim dążenie do zapewnienia jak najlepszych warunków dzieciakom i rodzicom. Nas, starych narzekaczy nikt tu nie traktuje jak piątego koła u wozu, nikt nas nie popycha, nie lekceważy, nie przesuwa nogą naszych śpiworów i karimat… a właśnie… my, rodzice mamy tu swoje łóżka stojące obok łóżek naszych chorych dzieci. Śpimy razem z nimi, przebywamy z nimi całą dobę, kuchnia szpitalna daje możliwość wykupienia smacznych, domowych obiadów w bardzo atrakcyjnych cenach (kilka-kilkanaście złotych za posiłek), mamy do dyspozycji kuchnię i łazienkę z prysznicem, a część sal jednoosobowych jest wyposażona w łazienkę – widziałam tam wyłącznie mamy z najmłodszymi niemowlętami i noworodkami, co pokazuje, jak naprawdę duży nacisk kładzie się tu na komfort pacjentów i rodziców, a także zdrowie.

 

Wszystkie sale są kolorowe, korytarz to piękna bajkowa opowieść. Wiem, że niektóre obrazki są już daleko posunięte w latach (pamiętam je jeszcze z czasów, gdy sama byłam pacjentką), ale które dziecko nie lubi Reksia, smerfów, czy Misia Puchatka… Lubiliśmy je my i lubią je nasze dzieci. Do tego masa zabawek, pluszaków, wózki dla najmłodszych, w salach wanienki do kąpieli, telewizory (dla nas bez znaczenia, ale dla wielu osób to pewnie istotny element), porządne, bezpieczne łóżeczka i łóżka.

 

Warunki, wyposażenie (znaczna część sprzętów z serduszkami WOŚP) to jednak tylko wartość dodana do atmosfery, jaką stwarza personel. Uśmiechnięte, zagadujące dzieci pielęgniarki, miłe lekarki i lekarze, którzy porozmawiają z rodzicami i o dzieciach, i o zabawkach, i o czytanych przez rodziców książkach, i o sporcie. Bez pośpiechu, bez zadęcia, bez traktowania rodzica jak wroga służby zdrowia. Widać, że to zespół, który lubi dzieci i który z rodzicami umie pracować, bo to my jesteśmy najsłabszym ogniwem w procesie edukacji, wychowania i leczenia także…

 

My rodzice odwalamy tu kawał dobrej roboty, pilnując kroplówek, inhalacji, karmiąc, sprawując opiekę i nikt tu naszego wkładu w leczenie nie bagatelizuje. Pewnie są mamy i tatusiowie, którzy przeszkadzają personelowi, którzy zamiast być wsparciem, wydłużają i komplikują leczenie, więc tym bardziej doceniam cierpliwość i indywidualne podejście. Ja jako mama na pewno dużo zyskuję dzięki moim dzieciom, które, zawsze uśmiechnięte i takie po prostu pocieszne, skradają serca obcym ludziom. Pielęgniarki Mariusza uwielbiają, machają i zagadują, gdy tylko przechodzą obok naszej sali.

 

Nie jestem też typem mamy zbytnio integrującej się z innymi (kiedyś pisałam, że nie szukam znajomych w środowisku mam). Przyjechaliśmy tu, żeby się leczyć i jestem za tym, żeby dziecko w miarę możliwości w dobrych warunkach przeszło proces leczenia i niekoniecznie podłapało coś od innych maluchów. Nie mam potrzeby wymiany doświadczeń na temat choroby obecnej i wszystkich przebytych z zupełnie obcymi mi ludźmi i nie jestem zainteresowana słuchaniem, czym pluło i jak często robiło kupę inne dziecko, a już tym bardziej nie zależy mi na poznawaniu zawiłych historii z życia ludzi, z którymi łączy mnie tylko kilka metrów kwadratowych szpitalnej podłogi. Tyle, ile chcę o sobie opowiedzieć, piszę na blogu i to jest optymalna dawka informacji o mnie, mojej rodzinie, moim mężu, psie i emocjach, które przezywam.

 

Okres hospitalizacji postanowiłam ponadto poświęcić na jak najintensywniejsze przebywanie z Mariuszem (od pól roku jest żłobkowy, ja pracująca intensywnie, a przygotowania do Świebodzińskiej Dziesiątki sprawiły, że dzieci moje stały się półsierotami na kilka tygodni) i odpoczynek (po wspomnianej Świebodzińskiej Dziesiątce).

 

Jestem tu niemal jak w hotelu. Karmią nas, sprzątają, możemy leżeć całymi dniami i chodzić w dresach (kto mnie zna, wie że dresy nie pasują do szpilek, więc nie noszę), mamy czas na wygłupy i dużo przytulania. Jak chcę, wychodzę do sklepu po zakupy, jak chcę to palca na zewnątrz nie wysuwam. I tylko hotel ten jakiś dziwny, bo sauny nie ma…

 

Panie Ordynatorze, zazdroszczę i jednocześnie gratuluję takiego zespołu. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli tu wracać, ale to naprawdę ważne dla rodziców mieć pewność, że oddajemy nasze kilkanaście kilogramów szczęścia pod opiekę fachowców, a zarazem empatycznych i sympatycznych ludzi… i proszę nas wypuścić do domu w poniedziałek 😉

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Nie kop babci, bo się spocisz… musimy uczyć dzieci szacunku do świata

MamaM&M
MamaM&M
1 października 2017
Fot. pixabay.com/lenkafortelna
Fot. pixabay.com/lenkafortelna

Dzisiejsza sytuacja ze szpitala. Ładna pogoda, lekarz pozwala rodzicom zabrać dzieci na krótki spacer na teren placówki. Każdy, kto żyw, korzysta z tej możliwości, bo tydzień w murach dobić może największego miłośnika leżenia w łóżku.

 

Spaceruję sobie z moim małym złem. Po chwili wychodzi kobieta z dwu- może trzylatkiem (jak ja się nauczę rozpoznawać mniej więcej wiek dzieci, to chyba będzie cud). Nie wiem, czy to mama, czy babcia. Dochodzi do nich spoza szpitala jeszcze jedna kobieta z nieco starszym chłopcem. Dzieci zaczynają biegać i nagle wpadają na pomysł, żeby kopać liście zebrane w stertę. Z uporządkowanych dzień wcześniej i oczekujących na sprzątnięcie liści zrobił się na nowo bałagan. Po chwili dzieci wpadają na kolejny pomysł. Tym razem przenoszą liście z jednego miejsca w inne, robiąc przy tym bałagan na sporej przestrzeni. Matki siedzą na ławce, palą papierosa, rozmawiają, nie reagują. Po kilkunastu minutach jedna z kobiet wstaje i mówi coś w stylu: „nie psuj tego, bo się spocisz”, łapie dziecko za rękę i razem odchodzą.

Ani słowa o tym, że ktoś to wcześniej posprzątał, że to wymagało jakiegoś nakładu pracy, że znowu trzeba będzie to uporządkować i że generalnie nie jest to zachowanie godne pochwały. Już nie wspomnę, że należałoby od dziecka wymagać, aby przynajmniej spróbowało naprawić to, co zepsuło.

 

Sytuacja ze sklepu z artykułami dla dzieci. Wchodzi matka z 3-4-latkiem (na moje oko). Ogląda ubranka, przegląda akcesoria, rozmawia przez telefon. Syn przeszkadza w pogaduchach, więc kobieta mówi: – Idź pobaw się zabawkami.

Spadają dziecku na podłogę: auto, klocki, jakiś robot. Inne zabawki chłopiec próbuje wyciągnąć z opakowania, ale nie pozwala załoga sklepu. Matka niezadowolona, wręcz z fochem, mówi: – Chodź, wychodzimy stąd. I nadal rozmawia przez telefon.

Zabawki, które potencjalnie mogą być prezentem dla innych, które ktoś chce kupić jako nowe, matka traktuje jak sprzęt z wypożyczalni, darmowej wypożyczalni.

 

To tylko dwa przykłady, a z pobytu ze szpitala mogłabym dodać jeszcze ładnych kilka, ale nie będę się znęcać nad mamami, które może to czytają, bo już gdzieś po oddziale się poniosło, że piszę. Warto jednak zauważyć, że połamane, zepsute, porozrywane zabawki w takich miejscach jak szpital nie spadają z nieba, a przecież rodzic nie ma tu nic innego do roboty, jak tylko opiekować się swoim chorym dzieckiem. Mamy i tatusiowie uczą swoje dzieci, że jak coś jest wspólne, publiczne, „niewłasne”, to jest niczyje i nie trzeba o to dbać, można zniszczyć, można nie zwracać uwagi na konsekwencje działania. Skutkiem jest dorastające pokolenie małych terrorystów, którzy od wieku przedszkolnego są roszczeniowi i nie liczą się z nikim i niczym. Rodzice mądrzy, odpowiedzialni giną w tłumie.

 

Boję się, że moje dzieci nie będą umiały żyć w takim świecie. Tłumaczę Markowi, opowiadam, pokazuję świat, wyjaśniam, ale on pójdzie do przedszkola, na plac zabaw, na boisko i tam dowie się, że jest kosmitą, bo nikt „normalny” śmieci nie przynosi do domu, jak nie ma w okolicy kosza („normalny” zostawia je w rowie, na boisku, na chodniku), nikt „normalny”nie schodzi z chodnika, kiedy akurat służby porządkowe zamiatają („normalny” udaje, że nie widzi, a „bardziej normalny” wjedzie rowerem w kupkę zamiecionego wcześniej piasku), w końcu nikt „normalny” nie przejmuje się tym, że kopnięta piłka stłukła szybę w budynku sąsiadującym z boiskiem (niemoje, więc nic się nie stało, „ktoś” sobie naprawi).

 

Nie rozumiem tej znieczulicy, czasami mam ochotę się odezwać, ale coraz częściej zdaję sobie sprawę, że świata nie zbawię. Mogę jedynie trwać uparcie przy swoich zasadach i wychowywać synów na „nienormalnych”…

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Karmię tam, gdzie moje dziecko jest głodne

MamaM&M
MamaM&M
28 września 2017
© MamaM&M
© MamaM&M

Najdziwniejsze miejsce, w którym karmiłam syna piersią? Pas zieleni oddzielający jezdnie na autostradzie A4 na wysokości Opola, a chwilę wcześniej przystanek autobusowy przy krajowej „trójce”. Karmię już drugie dziecko. Nie zamierzam przestać. Karmię zawsze tam, gdzie akurat jesteśmy, gdy Mariusz jest głodny.

Ponieważ moja mleczna droga jest usłana różami o wyjątkowo ostrych kolcach, mój syn jest już konkretnych wymiarów, wróciłam do pracy, dzieci są żłobkowe, nasuwa się pytanie: kiedy kończysz karmienie? Moja odpowiedź brzmi: nie planuję!

Kiedy urodził się Marek, byłam pewna, że będę go karmić piersią. Udało się wyrwać pół roku plus trzy dodatkowe miesiące odciągania pokarmu. Mariusz ma 12 miesięcy i na mój widok wpada w euforię. Wie, że”cycki przyszły”. Lubię karmić, cenię sobie tę bliskość, której nie daje nic innego, ale też rozumiem matki, które nie karmiły, bo nie chciały i współczuje tym, które nie mogły, a chciały bardzo.

Nie o tym jednak ma być ten wpis. Co jakiś czas pojawiają się mediach społecznościowych publikacje dotyczące złego traktowania karmiących w restauracjach, na ulicach, w parkach, sklepach i innych miejscach. Nigdy mnie nic nieprzyjemnego nie spotkało. Obserwuję raczej mniej lub bardziej śmiałe spojrzenia w naszą stronę. Może to zależy od mojego charakteru – podobno od razu widać, że lepiej ze mną nie zadzierać, a i język ostry mam i długo nad ripostą myśleć nie muszę.

Jestem u lekarza, Mariusz jest głody, karmię. Jesteśmy na imprezie, Mariusz jest głodny, karmię. Jesteśmy w podróży, Mariusz jest głodny, zatrzymuję auto (ew. zjeżdżam na pierwszy parking), karmię. Nie robię z tego wydarzenia. Tak, jak wyciągam batonik z samochodowego schowka, gdy mam ochotę coś zjeść, tak wyciągam pierś, żeby nakarmić syna. Nie potrzebuję całej oprawy, typu: wygodny fotel, nogi na stołek, przestronne, zaciszne pomieszczenie. Mój syn jest głodomorem i jadłby pewnie obrócony do góry nogami.

© MamaM&M

© MamaM&M

Nigdy nie wyproszono mnie z żadnego miejsca, nie zwrócono mi uwagi, ale też komitetów powitalnych nie spotkałam. Raz w poczekalni u lekarza (prywatna praktyka pediatry) karmiłam i wchodzący mężczyzna (był z żoną i chorym kilkuletnim dzieckiem) zapytał, czy jego obecność nie będzie mnie krępować. Zapytałam, czy to ja nie krępuję jego. Odpowiedział: „dziecko jest karmione w najbardziej naturalny sposób, więc nie widzę problemu”.

Wiem, że kobiety spotykają się z nieprzyjemnymi sytuacjami, że w naszym kraju karmienie piersią, widok dziecka karmionego piersią nadal jest dla wielu osób krępujący i, o zgrozo, nienaturalny… Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje, tak samo nie rozumiem milionów ulotek z reklamą mleka modyfikowanego u lekarzy, w szpitalach i gdzie się tylko da.

Będę już po wsze czasy zwolenniczką i propagatorką KP. Nie będę terrorystką mówiącą, jakie złe jest MM, bo sama byłam nim pewnie karmiona i żyję, i mam się dobrze, i nawet całkiem zdrowa jestem. Będę chwalić mamy, które karmią wszędzie tam , gdzie ich dzieci są głodne i będę powtarzać, że to nie jest odwaga, ale naturalna kolej rzeczy.

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉