Jaki nauczyciel, tacy uczniowie. Czy potrafią jeszcze pracować z pasją?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
29 listopada 2015
Fot. Pixabay / Sharena / CC0 Public Domain
 

„Jeśli przez dziesięć lat mówisz: Proszę o ciszę, uspokójcie się. Boli mnie głowa, a to nie przynosi rezultatu, to może przestań to powtarzać i zrób coś innego. Nie wiem – stań plecami do klasy”.

„Powinniśmy uświadamiać dzieciom, że uczą się dla siebie, że nie dbając o swoją edukację robią krzywdę same sobie”. Te i wiele innych słów padły w stronę nauczycieli uczestniczących w sobotę, dniu wolnym od pracy, w konferencji „Republika edukacji” zorganizowanej przez Centrum Kształcenia Nauczycieli w Pile. Mówiono o potrzebie otwarcia się na nowe, o odwadze do zmian, a także o marazmie w polskiej szkole. Podkreślono niełatwą prawdę dla nauczycieli, że ci częściej słyszą niż słuchają uczniów.

Fot. Ewa Raczyńska

Fot. Ewa Raczyńska

O nauczycielach mówi się często, że to grupa zawodowa, której trudno przyjąć słowa krytyki. Pewnie nie tylko im. Dlatego tym bardziej można było z podziwem spojrzeć na tych, którzy z uwagą słuchali o efektywności pracy. O tym, że choć w naszych szkołach pojawia się coraz więcej komputerów i innych nowinek technicznych, to w edukacji nic się nie zmienia. „Wyposażanie szkół w narzędzia, które miały wspomagać nauczanie, to dziś pieniądze wyrzucone do śmieci”, mówiono podczas jednego z wykładów podkreślając, że jeśli nauczyciele nie otworzą się, nie zechcą poznawać nowego, to nic w edukacji naszych dzieci się nie zmieni. „Jakie znaczenie ma dziś nauka ręcznego pisania? Owszem, dziecko ćwiczy rękę, ale zamiast skupić się na formułowaniu myśli, pilnuje, by dociągnąć litery od linijki do linijki”.

Fot. Ewa Raczyńska

Fot. Ewa Raczyńska

Podawano przykłady otwartej szkoły, współpracy między różnymi dziedzinami nauki. Wspomniano także o szkole demokratycznej, gdzie każde dziecko uczy się w swoim indywidualnym rytmie. Pomyślałam: „Gdyby szkoła wyglądała, tak, jak o niej dziś mówią”. I jasne, można być sceptykiem, można machnąć ręką i powiedzieć: „Pogadają, a i tak nic się nie zmieni”. Ale kiedy widzi się ludzi, którzy lubią swoją pracę, którzy chodzą do niej „bo chcą”, a nie „bo muszą”, którzy z przyjemnością uczestniczą w warsztatach, chcą się rozwijać, kształcić, chcą słuchać tych, którzy powtarzają: „Wszystko zależy od was, zmiany nie są łatwe, ale ile można trwać w tym, co nie daje efektów?” to można mieć nadzieję, że coś jednak się zmieni. Choćby małymi krokami.

Ktoś spytał: „Do czego dążycie? Do osiągania wyników, czy odkrywania talentów”. To bardzo ważne pytanie. To też budujący przykład na to, że są nauczyciele, którym się chce i naprawdę warto o nich mówić głośno, bo to z pewnością daje motywację do działania i wkładania przez nich serca w edukację naszych dzieci.


„W życiu trzeba być przygotowanym na wszystko” – mówił mój były mąż. Ale to już nie moja historia

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
29 listopada 2015
Fot. Pexels / Tookapic / CC0 Public Domain
 

Czy  zdrada w związku z dwudziestoletnim stażem boli bardziej? Bardziej niż ta, odkryta przypadkiem po kilku miesiącach spotykania się raz u niego, raz u niej? Ewa tego nie wie. Uważa jednak, że w miłości każdy (i zakochana po uszy nastolatka i zapracowana, czekająca w domu na swojego męża żona) jest tak samo naiwny.

Ona już ma TO za sobą. Całą tę dość żałosną historię zdrady i oszukiwania, chowania się po kątach i dość spektakularnej próby powrotu do stanu rzeczy „ zanim TO się wydarzyło”. Ale po kolei.

– Początki były cudowne, no ale oboje byliśmy młodzi. Młodość się zawsze dobrze wspomina, prawda? – zamyśla się z uśmiechem Ewa –  Poznaliśmy się na pierwszym roku studiów, a po trzech miesiącach zwykłej znajomości zostaliśmy parą. Dlaczego się w nim zakochałam? Bo dał mi poczucie bezpieczeństwa. Romantyzm? Nie, nie. To raczej ja dbałam o atmosferę w naszym związku. On za to organizował nam życie. Wszystko miał dokładnie zaplanowane, wiesz? Zaraz po studiach wzięliśmy ślub i założyliśmy małą firmę usługową. Wszystko sami, od podstaw. Pracowaliśmy w tygodniu i w  weekendy, żeby tylko zaskoczyło. Na początku biuro mieliśmy w domu. W tym biurze, czyli w małym pokoju, który miał być kiedyś moją garderobą przewijałam naszą córkę Gabrysię. I tak wtedy sobie myślałam: kiedyś urządzę tu tę garderobę, będę w niej układać ukochane szpilki, trampki, ciuchy… Będę się stroić dla Krzyśka.

Kilka lat wyrzeczeń przyniosło efekty. Firma zaczęła naprawdę dobrze prosperować, a rodzina zyskała finansową stabilizację. Biuro przenieśli nawet do wynajętego lokalu. Ewa z uśmiechem wspomina ten okres. W pracy prowadziła księgowość, w domu gotowała obiady, składała w kostkę świeżo uprane koszulki męża, a skarpetki zwijała parami  – tak jak lubił. Lubił też porządek, taki kiedy wszystkie książki są poukładane na półce od tych największych do najmniejszych. I taki, kiedy szklanki w kuchni stoją równo, a talerze odkłada się zawsze w to samo miejsce. Więc Ewa układała te książki i szklanki równiutko. I talerze też. Dla Krzysia.

Małżeństwo? Dziękuję, jest dobrze

Kiedy na świecie zjawił się synek Ewy i Krzysztofa, czasu na dbanie o ten porządek przestało wystarczać. Krzysio troszkę przytył, więc Ewa prała i składała w kostkę jego koszulki, ale w odrobinę większym rozmiarze. Zaczęła też gotować warzywa na parze, przyrządzać dietetyczne dania i pilnować by dużo spacerował. W weekendy, bo w tygodniu to już nie było kiedy. Poza tym wszystko układało się naprawdę wspaniale. Na jedną gwiazdkę Ewa dostała nawet od męża piękny wisiorek w kształcie płatka róży. Byli szczęśliwi razem. To znaczy, wtedy Ewa tak właśnie myślała. Krzysiek pozakładał dzieciom lokaty, zabezpieczył je. I zaczął planować im przyszłość: studia, pracę. – W życiu trzeba być przygotowanym na wszystko – mówił do nastoletniej już Gabrysi.

Przebudzenie

Dwa lata temu Ewa skończyła 40 lat. Jakoś tak naturalnie zaczęła podsumowywać swoje życie. Pomyślała: za dużo tej pracy, przecież wszystko mamy. Pora zacząć z tego korzystać. – Zatrudnijmy kogoś w firmie, stać nas na to – poprosiła męża  Przydałaby nam się pomoc w biurze przy papierach, kontaktach z klientami… Mielibyśmy więcej czasu dla siebie.

Krzysztof zgodził się bez problemu. Klaudię znaleźli przez znajomą, od razu zyskała ich sympatię. Młoda, wesoła, deklarowała, że szybko się uczy. Zależało jej, żeby szybko zacząć – martwiła się jak opłaci następny semestr studiów. Dzieci też ją polubiły. A Ewa? Była wniebowzięta. Do biura jeździła teraz na dwie trzy godziny dziennie, resztę czasu spędzała w domu, z dziećmi. Dla Krzysztofa zaczęła gotować dania kuchni portugalskiej i wykupiła romantyczną wycieczkę do Lizbony. Wreszcie mogła cieszyć się tym, na co tak ciężko oboje pracowali.

Martwiło ją tylko jedno: że Krzysztof wciąż tak dużo pracuje. Właściwie coraz dłużej. I jak przez tę pracę jest coraz bardziej nieobecny. Nawet w domu, wieczorem, gdy kładli się spać, widziała wyraźnie, że jego myśli, jak nigdy wcześniej, krążą wokół pracy.

Pewnego dnia, zaniepokojona zwierzyła się z tego Klaudii. – Krzysztof długo zostaje w biurze bo chce mieć pewność, że wszystkie faktury wystawione są prawidłowo – zapewniła ją dziewczyna. Faktury? Przecież Ewa zamknęła miesiąc, wszystko jest w porządku. Ach, ten jego pedantyczny charakter. Dwa dni później Krzysztof wraca do domu po 23. – Musiałem przygotować ofertę świąteczną – rzuca tylko i kładzie się spać. Jest grudzień.

Nie dzwoń, nie pisz…

No i nadchodzi ten dzień. Dzień przed Wigilią, żeby być precyzyjnym. Krzysztof znika. To znaczy, nie wraca do domu na noc, nie odbiera telefonów, nie daje znaku życia. Rano Ewa dostaje SMS: Jestem za granicą, nie szukaj mnie. Przepraszam. Zakochałem się.

Tylko tyle i aż tyle.

Świat Ewy przestaje się kręcić, robi jej się zimno i niedobrze jednocześnie. Następne, świąteczne dni spędza na środkach uspokajających, działa jak robot. Zamyka się z dziećmi w domu i przełykając łzy tłumaczy, że tata musiał wyjechać. Sama nie wie jak przygotowuje dla siebie i dzieci skromną, wigilijną kolację. Gabrysia jednak czuje co się stało. Bezskutecznie próbuje się do ojca dodzwonić. A wieczorami, nic nie mówiąc, kładzie się obok mamy w sypialni, Mówi, że musi jej pilnować.

Ewa nie wie, w kim zakochał się jej mąż.

Pierwszego dnia po świętach jedzie do biura i robi przegląd służbowej poczty. W ten sposób dowiaduje się nie tylko o tym, że że jej mąż za granicę wyjechał razem z Klaudią, ale również, że ich romans trwa już dobre kilka miesięcy. Następne kilka godzin przypomina senny koszmar. Ewa wydzwania do męża, ten nie odpowiada. Odpowiada za to Klaudia –  Proszę nie robić scen. Kochamy się i zamierzamy się pobrać. Będziemy mieli dziecko. Oczywiście Krzysztof odda pani dom. Ale firmę zatrzymujemy. Tak zaplanowaliśmy.

Po powrocie do kraju, Krzysztof przysyła do domu znajomego: prosi, by Ewa spakowała jego białe koszulki, te uprane i złożone w kostkę. I prosi: nie dzwoń do mnie, nie rób mi wyrzutów. Do Klaudii też nie dzwoń: nie wolno jej denerwować. I nie nastawiaj dzieci przeciwko mnie.

A dzieci, nawet mały Karolek, stoją murem za matką. Rodzina? Są różne głosy : Tam musiało być coś nie tak – mówię jedni. – Dzwoń o każdej porze, Ewka, pomożemy – zapewniają drudzy. Teściowa oficjalnie przyjmuje na obiedzie nową „przyszłą synową”. Do wnuczki dzwoni z wyrzutami. – Może to ci się nie podobać, ale taki jest wybór twojego ojca. I masz ten wybór szanować.

Koniec

Po miesiącu Ewa jest już tak wyczerpana, że zaczyna zaniedbywać dom i pracę. Czuje, że musi coś zmienić. Natychmiast.

Dzieci wysyła do swojej mamy, za miasto. Zamyka się w domu. I przez dwa tygodnie dosłownie wyje w poduszkę. Po dziesięciu dniach staje przed lustrem i patrzy na zapuchnięte oczy, blade usta. Dociera do niej, że to naprawdę koniec, że cokolwiek się stanie, jej małżeństwo to etap zamknięty. I że trzeba zbudować siebie od nowa. Że są dzieci, córka – a w niej olbrzymie wsparcie. I jeszcze, że ona tej córce musi dać przykład, że nie wolno się tak poddawać, tak rezygnować z siebie. Więc robi listę spraw najpilniejszych, tych dotyczących dzieci i ich bezpieczeństwa. A potem firma. I na końcu ona. Rozwód to tylko formalność, Krzysztof ostatecznie godzi się oddać Ewie i firmę i dom. Potem znika z jej życia. Z życia dzieci także.

Początek

Mija 10 miesięcy. Ewa siada z dziećmi do wigilijnej kolacji. Uśmiecha się ślicznie, jest chyba szczęśliwa. I silna. Krótka, modna fryzura podkreśla jej urodę. Ewa sięga po opłatek, gdy rozlega się dzwonek domofonu. W drzwiach staje Krzysztof z niemowlęciem w modnym nosidełku. – Powiedziała, że nie po to przyjechała do Warszawy, żeby niańczyć dziecko i pojechała na narty. Zostawiła nas w święta – mówi.

Ewie żal jest maleńkiej dziewczynki, przykrytej nieudolnie zielonym kocykiem w żabki. Więc tata i córka zostają na kolację. Ale zaraz potem wychodzą. – Zadzwonię – próbuje Krzysztof, ale Ewa kiwa przecząco głową.

Kiedy samochód z małą Helenką i jej tatą odjeżdża, długo patrzą z Gabrysią przez okno.

– Cóż, zaplanował wszystko, ale tego to się chyba nie spodziewał – mówi w zamyśleniu Gabrysia, która przez ten rok naprawdę bardzo wydoroślała – Wiesz, nawet mi go żal.
– Mi również – odpowiada Ewa. – Ale to już nie moja historia. Wszyscy dokonujemy „jakiś” wyborów.

Epilog

Dziś Ewa sama prowadzi firmę, którą kilkanaście lat temu założyła razem z mężem. Radzi sobie naprawdę dobrze, ale priorytetem pozostaje dla niej czas spędzony z dziećmi. Odżyła, zdała egzamin na prawo jazdy i planuje kupno samochodu.

W mały pokoju, tym samym, w którym kiedyś przewijała Gabrysię – urządziła sobie garderobę. Bardzo kobiecą i nastrojową. To tam najczęściej rozmawia ze swoją dorastająca córką na „babskie” tematy. To tam właśnie zaniosła swoje nowe szpilki. Szpilki w kolorze dojrzałej pomarańczy.


Nie ma nic złego w smutku. Jest w nim nawet wiele dobrego

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
29 listopada 2015
Fot. iStock / Martin Dimitrov

Jestem smutna i jest mi dobrze. Nie każcie mi wracać. Boicie się smutku, dlatego go nie akceptujecie. W smutku nie ma nic złego. Jest uczuciem jak inne. A że boli? Nawet ból bywa przyjemny, gdy wiemy, że po nim nastąpi ulga.

Wszyscy chcemy być szczęśliwi. To naturalne. Chcemy cieszyć się i śmiać. Skakać z radości. Uszczęśliwiać innych. Czerpać życie pełnymi garściami. Żyć pełną piersią. Brać jak najwięcej i zamieniać swoje życie w bardziej komfortowe. Takie imperatywy kulturowe nam dziś towarzyszą. I dobrze. Człowiek szczęśliwy, to fajny człowiek. Ale…

Smutek jest piękny

Wycisza. Umniejsza powierzchowność, kierując uwagę na duchowość. Tworzy przestrzeń dla prawdziwej intymności. Ze sobą samym. Z innymi. Kiedy mój Tata odszedł, spędziłam wiele długich godzin z moimi bliskimi w milczeniu. Ile ważnych słów usłyszałam w tej przejmującej ciszy… Zmusił mnie do zwolnienia tempa. Jeszcze nigdy tak wolno nie gotowałam zupy, tworząc z niej kulinarne arcydzieło. Widać precyzja, którą smutek uruchamia, przekłada się na jakość. Zupy. Relacji. Myślenia.

Smutek dodaje odwagi

Przestajesz się bać rozmawiać o rzeczach trudnych z lęku przed utratą (przecież to też strach przed smutkiem, który wiąże się ze stratą). Nie boisz się podejmować ryzykownych działań, bo ryzyko porażki nie jawi ci się tak zagrażające jak wcześniej. Nie robisz uników, nie odkładasz na potem – bo zazwyczaj nie chcesz się zamartwiać tu i teraz. I tak jesteś przecież bardzo zmartwiona. Wreszcie towarzyszy ci więcej obojętności, a jak wiadomo nadmierne zaangażowanie zwiększa poziom lęku, a więc łatwiej ci podjąć działanie, nawet jeśli może się ono wiązać z negatywnymi emocjami.  Będąc bardzo smutną trudno być jeszcze smutniejszą.

Smutek odziera nas z powierzchowności

Żartu, podejmowanej gry, utrzymywania pozoru. Smutasy to słabi aktorzy. Gwiazda powinna nieść ze sobą dobrą energię, światło, charyzmę, a ty jej nie masz w tej chwili. Przechodzisz więc w rolę obserwatora. Nagle zauważasz tyle ważnych rzeczy, których dotąd nie widziałaś! Że ludzie mówią za dużo  z lęku przed intymnością. Bywają za głośni i zbyt egzaltowani. Widzisz nagle ich niepewność i zagubienie. Słabości mnożą się jak grzyby po deszczu. Dostrzegasz tych, którzy stoją poza sceną i nie rzucają się w oczy. Jak miło jest z nimi porozmawiać. Albo pomilczeć.

Smutek rozwija magiczne myślenie

Nagle wyobrażasz sobie inne scenariusze, w których nie wydarzyło się to, co jest powodem cierpienia. Widzisz różne drogi, a każda z nich mogła być twoim życiem. To opowieść o twoich marzeniach, potrzebach, może celach na przyszłość? Zyskujesz większą przestrzeń dla określenia gdzie chcesz być i z kim.

No właśnie. Z kim. Smutek przeprowadza dokładną selekcję bliskich. Odrzuca biorców, bo cóż oni mogą dostać od smutnego człowieka? Także egocentryków, bo przez łzy ledwo się widzi takich królów. Eliminuje także mało zaangażowanych i fałszywie kochających. Związek ze smutnym nie należy do atrakcyjnych społecznie. Zostają ci, którzy kochają szczerze. Ale pojawiają się też nowi. Tacy, za których wcześniej nie dałabyś złamanego grosza. Poważniejsi, smutniejsi, mało rozrywkowi. Z nimi jednak chciałoby się umierać.

Zaczynasz rozróżniać rzeczy ważne od mniej ważnych. Przewalają ci się wartości. Nie chce ci się brać kolejnego projektu dla sławy, kasy czy zajęcia; doceniasz nagle ten czas w domu, gdy wreszcie wiesz, o której jest angielski, a kiedy konie, a kiedy tenis.  Rozmawiasz z wychowawcą długo i nagle widzisz w niej człowieka. Pytasz Pani, która sprząta, czy tęskni za rodziną. Wysłuchujesz odpowiedzi do końca, bo nigdzie się nie spieszysz. Mówisz córce, że smutek ma swoje imię i jest częścią życia. Masz czas z nią o tym długo porozmawiać na spacerze (jak to jest możliwe, że nie wiedziałaś, że sąsiad ma cztery szczeniaki owczarki alzackie?).

Wreszcie smutek pomaga myśleć

Towarzyszy mu większa wnikliwość i refleksyjność. Patrzysz na obraz Hoppera, który dobrze znasz i nagle widzisz go zupełnie inaczej. Słuchasz po raz pięćdziesiąty nocturna Chopina w wykonaniu Arthura Rubinsteina i jakbyś go odkrywała na nowo. Trzymasz się z daleka od banałów i zaczynasz rozumieć, co twój kolega artysta miał na myśli, mówiąc, że sztuka ma pozostawiać w tobie niepokój. Profesor Łukaszewski napisał kiedyś, że to mit, że ludzie smutni są mądrzejsi. „To mądrzy są smutniejsi. Może to cena, jaką płaci się za mądrość, albo cena, dzięki której dochodzi się do mądrości…”

Nie ma nic złego w smutku, który jest stanem przejściowym. To właśnie kryzysy, a za tym idący lęk, smutek, ból – powodują, że człowiek się rozwija, zmienia, nierzadko stając się lepszym. Smutek jest dziś dla mnie jak łaskawy pan, który chroni mnie przed chaosem. Bo jak jest smutek, to ja wiem, że coś się wydarzyło, a to jest reakcja, a dalej będzie zmiana i życie, które na mnie czeka. Zwykła sekwencja zdarzeń, które mimo nieprzewidywalności zawierają w sobie porządek.

Zobacz, napisałam o smutku, ale w niesmutny sposób. Bo w sumie wyszło optymistycznie. Jak w życiu, gdzie smutek i radość nie istniałyby bez siebie wzajemnie. Nie bójmy się smutku, pozwólmy go innym przeżywać, a możemy i my z niego skorzystać.

PS. Ciociu K., nie dzwoń do mnie znów z zaproszeniem na weekend, by mnie rozweselić. Jestem smutna i jest mi dobrze. A jak chcesz być ze mną w smutku, to zapraszam do siebie.


Zobacz także

Czasami wystarczy zmienić perspektywę i spojrzeć inaczej na swoje życie – tu i teraz

Jak się pozbyć pryszcza na 5 sposobów!

Nie bój się kochać. Nieustannie powinniśmy doświadczać wzlotów i upadków rollercoastera miłości