Ja tych gejów, to nawet lubię. Naszą tolerancję mierzymy liczbą lajków pod postem Roberta Biedronia

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 listopada 2016
Fot. iStock/SvetaZi
Fot. iStock/SvetaZi

Gdzie jest granica naszej tolerancji? Myślę, że tam dopóki jej brak nas nie dotyka. Co tam, że mówimy ciapaty – kiedy obok nas nie ma uchodźcy. Co z tego, że pedał i ciota – gdy żadnego geja na horyzoncie nie widać, a w końcu lubimy tego Biedronia. I co, że ona nosi ciuchy bez znanej metki, a on jeździ starym rozwalonym oplem, skoro akurat nie mijają nas na ulicy, a my ich do domu nie zapraszamy.

A tamta stara dziwaczka, co koty dokarmia? A ta – co się jej w głowie poprzewracało, bo włosy na różowo farbuje i kolczyków jej przybywa?

Przecież my jesteśmy tolerancyjni. Rozumiemy, że inność nie jest niczym złym, że odmienność powinna być akceptowana. Przytakujemy za każdym razem, gdy ktoś pyta, czy tolerancyjni jesteśmy.

Oczywiście, że jesteśmy. W końcu przyjaźnimy się z Olą, której brat jest gejem – nie, nigdy go na kolację nie zapraszaliśmy, bo czasem przyszedłby z chłopakiem i co dzieciom byśmy powiedzieli.

Pozwalamy się naszym dzieciom bawić z tą Kasią z kamienicy obok. Mama co prawda sprzątaczka, ale przecież nie musimy się od razu na sąsiedzkie kawki zapraszać.

A jak nasze dziecko przeklnie? To na pewno wina tego Piotrka, co to ojciec odszedł do jakieś innej baby i kto go ma dobrych manier uczyć, skoro matka cały czas w pracy.

Miarą naszej tolerancji jest ilość lajków pod kolejnym wpisem Roberta Biedronia. Ale już Anna Grodzka – lepiej, żeby publicznie się nie pokazywała. I ten, o którym słyszeliśmy, że w kobiecie ciuchy lubi się przebierać  – niech nie mówi tego głośno. To co inne najlepiej pierzmy we własnym domu, w czterech ścianach. Nie wychodźmy z tym do ludzi, bo tolerancja jest fajna, ale na odległość. Tak łatwo jest tolerować tych, którzy są daleko, których nie spotykamy każdego dnia na ulicy.

Mam takie poczucie, że dziś samo słowo tolerancja urosło do rangi wysokiej wartości. Bo jak nie być tolerancyjnym w multi-kulti świecie. Oczywiście, że jestem. Odmienność mi nie przeszkadza, żadna. Ja tych gejów to nawet lubię. Krzywdy nikomu nie robią, dopóki żadnego mój syn do domu nie przyprowadzi.  I na te kolczyki i tatuaże machnę ręką, dopóki córka z takim chłopakiem spotykać się nie zacznie. Ten dzieciak z upośledzeniem w szkole, też ok, ale niech się z moimi lepiej nie bawi.

Fot. iStock/DragonImages

Fot. iStock/DragonImages

Taka jest nasza tolerancja. W szkole na informację podaną przez dyrekcję, psychologa i lekarza – że w klasie jest dwoje dzieci zarażonych wirusem HIV, co nie stwarza absolutnie żadnego zagrożenia dla reszty dzieci, rodzice postawili warunek: „Albo te dzieci znikną ze szkoły, albo oni przeniosą swoje do innej”.

W lodziarni pani, tuż po tym, jak obsłużyła dwoje dzieci z ciemniejsza karnacją skóry i kręconymi włosami, wyszeptała złowieszczo: „Coraz więcej się ich tu pojawia”.

Jest mi wstyd, gdy słyszę w kolejce: „co za głupia baba, skasować cebuli nie potrafi, do szkoły specjalnej z taką, a nie na kasę”. A obok stoi mama z niepełnosprawnym dzieckiem. Nie, nikt się nie zreflektował, kiedy wyszła ze sklepu zostawiając zakupy w koszyku.

Dzisiaj jest Dzień Tolerancji. Jakoś nie huczą o nim media, nikt o niej nie dyskutuje, dopóki czarnoskórego ktoś nie skatuje na ulicy, albo gdy geje nie zostaną pobici przechodząc przez krakowski rynek.

Ile w nas tolerancji? Tyle, by nie musieć opuszczać swojej bezpiecznej strefy komfortu.  By nie musieć się zderzać z odmiennością, z innością. Tyle, by jeszcze matkę z niepełnosprawnym dzieckiem przepuścić w drzwiach sklepu, a już nie tyle, by pozwolić swojemu dziecku spotykać z tym z zespołem Downa.

Wyślemy kilka złotych na jakąś akcję charytatywną – pomoc uchodźcom, dzieciom z krajów Afryki, byleby do nas nie przyjeżdżali, byleby nie mieszkali po sąsiedzku.

Wytykamy palcem tą, która co niedzielę jest w kościele, a ona wytyka nas – że do niego nie chodzimy. Śmiejemy się z tych, co wierzą w innego boga uznając ich za głupców. Oceniamy tę która aborcji dokonała miarą naszej tolerancji. Wystawiamy opinie, doklejamy łatki. Ta gruba, ta świnia, ten cham, ta głupia, idiota, pedał, maminsynek, pantofel, szmata, dziwka.

Spytajcie się dzisiaj samych siebie, czym dla was jest tolerancja. Odpowiedzcie sobie na podstawowe pytanie – jak wyglądałby świat, gdyby większość ludzi nosiła w sobie tyle tolerancji, ile wy jej macie dla innych. I czy chcielibyście, by w takim świecie żyły wasze dzieci, w świecie, gdzie one wyróżniać się będą swoją odmiennością?


Rzuciłam karierę dla mojego męża. I cholernie tego żałuję

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 listopada 2016
Fot. iStock/lolostock
Fot. iStock/lolostock

Chociaż pochodzę z małego miasteczka, nigdy nie wychowywano mnie w przeświadczeniu, że kobieta powinna być jedynie „żoną przy mężu”. Moja mama zawsze nam powtarzała,  –  mnie i mojej młodszej siostrze – że przede wszystkim powinnyśmy zadbać o swój rozwój, skończyć szkołę, studia, znaleźć pracę. Że nie wolno nam rezygnować z siebie, ani czekać na księcia z bajki. Że związek powinien opierać się na partnerstwie.Mój dom rodzinny był szczęśliwy, choć nie często pachniał domowym ciastem. Nie miałyśmy nigdy idealnie wyprasowanych białych bluzek na rozpoczęcie roku i często biegałyśmy po podwórku z kluczem na szyi, czekając aż rodzice wrócą z pracy. Jednak nie miałam poczucia, że mnie zaniedbywano, wręcz przeciwnie, uważam, że i mama i tata przekazali nam wszystkie najlepsze wzorce. Dziś mogę tylko żałować, że słowa mamy nie zapadły we mnie na tyle mocno, by w odpowiednim czasie pomóc mi dźwignąć się z tego dna, na które spadałam, może nawet niepostrzeżenie, przez ostatnich 13 lat.

Po maturze wyjechałam na studia do Krakowa. Skończyłam ekonomię, zrobiłam jeden kurs księgowy, drugi, zdałam egzaminy z języka angielskiego. Szybko znalazłam pracę i zaczęłam żyć, tak jak tego by chciała moja mama: wynajęłam maleńkie mieszkanie, stać mnie było na opłacenie rachunków, na kino od czasu do czasu, na życie w pojedynkę. Najpierw z pomocą rodziców, potem już samodzielnie.

Przyszłego męża poznałam w pracy. On robił karierę w pionie menadżerskim, ja nabierałam doświadczenia w dziale księgowości. Zakochałam się. Był o pięć lat starszy, lubił jazz i chciał mieć dzieci. To mi wystarczyło. W tamtym czasie niewielu moich znajomych myślało o założeniu rodziny. Ślub wzięliśmy po kilku miesiącach znajomości, zanim tak naprawdę zdążyliśmy się dobrze poznać. Byłam pełna nadziei, wiary w to, że będzie nam ze sobą dobrze, że wszystko sobie poukładamy. I tak było, przez pierwsze dwa lata małżeństwa. Zamieszkaliśmy w jego mieszkaniu pełnym antyków i rodzinnych pamiątek, w kamienicy, którą odziedziczył po dziadkach. Czułam się tam swobodnie, tak wówczas myślałam. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że tak naprawdę nigdy nie dano mi odczuć, że coś tam jest naprawdę „moje”. Wprowadziłam się do męża z dwiema walizkami ubrań i trzema kartonami książek i choć przez lata wspólnego życia, nagromadziłam wiele pięknych, ważnych dla mnie przedmiotów, ukochanych mebli – jak na przykład bujany fotel, na którym siadałam wieczorem przy łóżkach naszych dzieci, wyprowadzając się stamtąd zabrałam niewiele więcej.

Po trzech miesiącach od ślubu zaszłam w ciążę, od samego początku – zagrożoną. Obowiązkowe L4 i, co jakiś czas, kilkudniowe lub kilkutygodniowe pobyty w szpitalu. Myślę, że wtedy zaczęły się u mnie pojawiać stany depresyjne. Mąż dbał o mnie tak, jak umiał, ale miał też odpowiedzialną pracę, szansę rozwoju kariery. Urodziłam wspaniałego, zdrowego synka i… wyjechaliśmy za granicę. To znaczy ja i dziecko dołączyliśmy do mojego męża, któremu zaproponowano funkcję menadżera olbrzymiego zespołu i pięcioletni kontrakt w Argentynie. Z dnia na dzień znalazłam się w obcym kraju, w obcej kulturze zupełnie sama.

Nie mogę powiedzieć, żebyśmy tę decyzję podjęli razem. Dla niego było jasne, że wyjeżdżamy – chodziło o prestiż, pieniądze, przyszłość, także naszą. Ale nie moją.

Jednak nie czułam, że powinnam oponować. Co z tego, że będę praktycznie całymi dniami sama, z maleńkim dzieckiem przy piersi, w miejcu tak bardzo innym,  z daleka od najbliższych? Co z tego, że szanse na to, żebym wróciła do pracy były praktycznie w tej sytuacji bliskie zeru? Liczyła się jego kariera, jego plany rozwoju. No i pieniądze.

Pojechałam i udawałam dzielną. Byłam wzorową mamą, wzorową żoną, a mój stan psychiczny pogarszał się z miesiąca na miesiąc. O moim powrocie do zawodu nie rozmawialiśmy. Z resztą, nie znałam języka na tyle by móc myśleć o pracy. Nie skarżyłam się. Zdarzało mi się płakać w ciągu dnia, zagryzając zęby na kolorowych poduszkach, a wieczorem witać męża z uśmiechem i pyszną kolacją.

Kiedy syn miał 1,5 roku, zaszłam w drugą ciążę, tym razem znosiłam ją bez problemów. Na kolejne dwa lata jakiekolwiek plany kontynuowania mojej kariery automatycznie odsunęłam na bok.

I chyba wtedy w ogóle, przestałam robić cokolwiek, żeby się rozwijać. Moje życie ograniczało się do gotowania dziecięcych obiadków, zabaw klockami, spacerów, a sporadycznie – wyjść z mężem na kolację do restauracji. No i jeszcze – nowego nałogu – Internetu. Moje nowe znajome, inne „żony na kontrakcie” wydawały się radzić sobie o wiele lepiej z tą samotnością. Z resztą, może one nie były samotne? Moje relacje z mężem układały się poprawnie, ale oddaliliśmy się od siebie. On szedł do przodu, rozwijał się, szybciej uczył języka. Ja zostałam w tyle, tak to odczuwałam. W pewnym momencie zaczęłam nawet naciskać na powrót do Polski. Mówiłam, że jestem nieszczęśliwa, że nie mogę się realizować, że może wrócę sama z dziećmi, wtedy mogła, przy pomocy rodziców wrócić do pracy. Że to dla mnie ważne. Nie zgodził się.

Nie twierdzę, że mój mąż jest złym człowiekiem. Jest człowiekiem, który ma swoje priorytety, bardzo konkretne oczekiwania stosunku do partnerki na całe życie. Żałuję, że poświęciłam dla tego związku swoje życie zawodowe.

Kiedy po pięciu latach wróciliśmy do Polski, dla niego nic się nie zmieniło. Miałam być nadal „żoną przy swoim mężu”, wychowywać nam dzieci, dbać o domowe ognisko, a jednocześnie być dla niego ciekawym partnerem do rozmów o polityce i biznesie. Nie dałam rady. Psychicznie ani fizycznie.

Kiedyś wrócił z pracy wyjątkowo późno, po jakimś mocniejszym alkoholu. Okazało się, że był na kolacji, na której większość szefostwa firmy zabrała swoje żony. Mnie nie zabrał, bo się wstydził. Pozostałe żony miały jakieś hobby, którymi mogłyby się pochwalić, albo prowadziły „własne” biznesy. Ja byłam zwykłą kurą domową, czytującą rosyjskie powieści, kochającą hiszpańskie kino i specjalizującą się w maślanych ciasteczkach i kolorowych lunchboxach, którymi moi synowie chwalili się codziennie w szkole.

Następnego dnia wróciłam do rozmowy o moim powrocie do pracy. – Po co ci to – mówił. – Będziesz tylko jeszcze bardziej zmęczona. Przecież pieniędzy mamy dość.

Nie rozumiał, że tu chodzi o mnie. Bał się tego, jak taka nowa sytuacja wpłynęłaby na dotąd poukładane, rodzinne życie. Może zbyt pózno zaczelam wysyłać mu sygnały, że takie życie, trochę „w jego cieniu” mi nie odpowiada? Moja stagnacja i narastająca frustracja trwała tak do 12 rocznicy ślubu. Potem zebrałam się na odwagę i powiedziałam, że muszę odejść. To był przełom. Choć na początku wydawał się załamany, myślę, że moje wyznanie mąż przyjął z ulgą. Fascynacja, która nas połączyła, dawno wygasła. Okazaliśmy się na tyle dojrzałymi ludzmi, żeby zrozmieć, że oboje chcemy zupełnie czegoś innego w związku.

Rozeszliśmy się w zgodzie, mamy ze sobą dobry kontakt. Myślę, że teraz mój były mąż jest o wiele lepszym ojcem dla naszych dzieci, niż wtedy, gdy mieszkaliśmy razem.

Dziś mam 39 lat, jestem niecały rok po rozwodzie. Mieszkam z synami w mieszkaniu przyjaciółki, która wyjechała za granicę, ale to jest moja decyzja: nie chciałam przyjąć mieszkania męża. Każdego dnia prześladuje mnie wrażenie, że zmarnowałam te lata życia, które powinnam przeznaczyć na swój rozwój. Dzięki znajomej, która prowadzi własną firmę księgową, powoli, bardzo powoli wracam do zawodu. Uczę się obsługi programów komputerowych, wieczorami powtarzam angielskie słówka, ale przede wszystkim – wychodzę z ogromego doła. Wszystkim kobietom chciałabym powiedzieć – nigdy nie rezygnujcie z siebie, nie zaniedbujcie swoich karier. Niezależnie od tego, czy pracujecie w sklepie, czy założyłyście swoją firmę. Niezależnie od tego jak bardzo kochacie, priorytetem powinna być wasza niezależność.


Wysłuchała: Anna Frydrychewicz

 


Kto nie lubi weekendowych, leniwych poranków? Śniadaniowe spotkanie z Gosią Ohme

Redakcja
Redakcja
16 listopada 2016
Fot. Paulina Wyszyńska
Fot. Paulina Wyszyńska

Jak odczarować jesienny poranek i zyskać nieco energii? To bardzo proste! Nic nie poprawia nastroju tak, jak wspólne, długie i aromatyczne śniadanie. A gdy spędzimy je w dobrym towarzystwie, weekend musi być udany!

Śniadanie to nie tylko posiłek, szybkie płatki z mlekiem, byleby tylko wrzucić coś na ząb. O nie, przez cały tydzień pędzimy od samego rana, dlatego w sobotni lub niedzielny poranek zdecydowanie warto celebrować śniadanie! W im większym gronie – tym lepiej!

I nie myślcie od razu: „O nie, nikt nie zapędzi mnie w sobotę do kuchni i garów. Musiałabym postradać zmysły, żeby gotować od rana dla znajomych!”. Przecież wspólne śniadanie, to i wspólne przygotowanie, zabawa, i ten bezcenny czas dla dzieci, bliskich, znajomych. Właśnie dlatego ochoczo przyjechałyśmy na wspólne śniadaniowanie u Gosi Ohme. Zobaczcie, jak nam udało się odczarować pewien szaro-bury poranek.

_MG_7691

Fot. Paulina Wyszyńska

Żeby było miło i przyjemnie podczas naprawdę „wielkiego” śniadania – obowiązuje jedna zasada: wszystkie ręce (małe i duże) na pokład, a raczej do kuchni. Weekend to czas przeznaczony dla nas, dla naszych najbliższych, dlatego na naszym śniadaniu nie mogło zabraknąć dzieci – sobota i niedziela, to jedyny czas, gdy wszyscy mamy siebie na wyłączność. Bez szkoły, pracy, wszystkich dodatkowych zajęć i szybkich wypadów po konieczne zakupy. I choć Gosia jest dziś szefem i królową kuchni, pracują wszyscy, nikt się nie ociąga ;).

_MG_7703

Fot. Paulina Wyszyńska

A co, jeśli goście nie są tacy chętni do pomocy – no cóż, pozostaje wytoczyć najcięższe działa, wypróbujcie śniadaniowe przepisy Gosi Ohme i skuście ich zapachami, wtedy z kuchni już nikogo nie wygonicie – nawet siłą.

Śniadaniowe menu Gosi Ohme

Jaja w czerwonym oczku

_MG_7592

Fot. Paulina Wyszyńska

 

Składniki:

Jajka – po jednym na osobę,
Duże, czerwone papryki,
Przyprawy – wybierz swoje ulubione,
Tłuszcz do smażenia

Przyda się: porządna patelnia, do której nie przywierają potrawy. My korzystałyśmy z patelni Valdinox Black

Przygotowanie:

Papryki pokrój na grube plastry. Przygotuj tyle jajek, ilu planujesz śniadaniowych gości.

_MG_7554

Fot. Paulina Wyszyńska

Jajka umyj i odłóż do miseczki.

Rozgrzej tłuszcz na patelni.

Podsmaż krążki z papryki na patelni. Po chwili obróć je na drugą stronę, a do środka „czerwonych oczek” wbij po jednym jajku.

_MG_7570

Fot. Paulina Wyszyńska

Smażymy tak jak jajka sadzone. Na górę jajek dodaj ulubione przyprawy.

_MG_7579

Fot. Paulina Wyszyńska

Gdy jajka będą gotowe, wystarczy podać je na pięknej zastawie – tak by cieszyły i żołądek, i oczy. Zobaczcie sami, jak pięknie prezentują się na porcelanie z kolekcji Cynie! Prawda, że ten prosty przepis skradnie serca najbardziej wybrednych?

_MG_7582

Fot. Paulina Wyszyńska

Placuszki z jabłkami Gosi Ohme

_MG_7681

Fot. Paulina Wyszyńska

Składniki:

3 jaja,
kubek (200 ml) kefiru,
¾ szklanki mąki (ilość kontrolować tak, by ciasto dobrze nakładało się łyżką na patelnię),
2 duże jabłka,
cukier wanilinowy,
olej do smażenia (względnie inny tłuszcz do smażenia jeśli nie przepadasz za olejem),
ewentualnie cukier puder do posypania gotowych placuszków.

Przyda się:  patelnia z dobrą powłoką nieprzywieralną. My ponowie zaufałyśmy patelni Valdinox Black.

Przygotowanie:

Jaja wbijamy do naczynia, roztrzepujemy trzepaczką lub zwykłym widelcem.

Dodajemy kefir i znów roztrzepujemy. Dodajemy kolejno suche składniki: mąkę, cukier i cukier wanilinowy i… roztrzepujemy ;), a dokładnie mieszamy do uzyskania jednolitej masy (powinna swoją konsystencją przypominać gęstą śmietanę).

_MG_7620

Fot. Paulina Wyszyńska

Do gotowej masy dodajemy jabłka pokrojone w plasterki

_MG_7623

Fot. Paulina Wyszyńska

Placuszki smażymy na rozgrzanym oleju, aż zrobią się złocisto-brązowe.

_MG_7644

Fot. Paulina Wyszyńska

_MG_7654

Fot. Paulina Wyszyńska

Po zdjęciu z patelni nadmiar tłuszczu możemy odsączyć układając je na ręczniku papierowym.

_MG_7657

Fot. Paulina Wyszyńska

_MG_7659

Fot. Paulina Wyszyńska

Układamy na porcelanie, posypujemy niewielką ilością cukru pudru… i gotowe. Pycha!

_MG_7666

Fot. Paulina Wyszyńska

My, nasze leniwe śniadanie zaserwowałyśmy na pięknej porcelanie Cynie z kolekcji Altom Design, możecie znaleźć ją tutaj.

Dodatki śniadaniowe, których nie może zabraknąć

Oczywiście co to za śniadanie, które kończy się na dwóch potrawach? Bez obaw, nie będziemy zaganiać nikogo do kuchni ;), idealnym uzupełnieniem przedłużonego śniadania i dekoracją, będą nasze pyszne, polskie, sezonowe owoce! Jabłka, gruszki, śliwki – to najlepszy moment, żeby zachwycać się ich smakiem – i wyglądem! Możecie zjadać je w całości, wycisnąć z nich sok lub ugotować pyszny kompot z dodatkiem goździków!

porcelana z gory

 

Piękne podkładki pod naczynia, serwetki – to wszystko drobiazgi, które nadadzą spotkaniu wyjątkowego charakteru. Postawcie na stole doniczkę z wrzosem, kwiaty lub bukiet z nazbieranych liści. Będzie pięknie, obiecujemy!

15057764_10207828483418897_2015748304_n

Fot. Paulina Wyszyńska

PS: Nie zapomnijcie o prostych i eleganckich szklankach na zimne napoje, doskonale sprawdzą się jako uzupełnienie dekoracji!

_MG_7700

Fot. Paulina Wyszyńska

_MG_7407

Fot. Paulina Wyszyńska

_MG_7673

Fot. Paulina Wyszyńska

 


Zobacz także

children-1149671_1920

Będzie dobrze…

Tom Hanks

Siedem cytatów wartych przemyślenia, czyli Tom Hanks „na życie”

warto przeczytać