Ja się ciebie pytam, gdzie ty tego Boga widzisz? To jest niestety, coraz bardziej, kraj ludzi chorych z nienawiści

Anika Zadylak
Anika Zadylak
15 marca 2017
Fot. iStock/wundervisuals
Fot. iStock/wundervisuals
 

Wiesz, droga koleżanko i szanowny kolego, jak śmieszni jesteście? Tak, do was piszę statusowi dobrodzieje, którzy na facebookowej tablicy kochacie bliźniego swego, jak siebie samego. Ale po wyjściu z domu zapominacie o swojej szumnie głoszonej tolerancji i brzydzi was każda inność – czym bardziej kolorowa, tym większa niechęć. Bo zamiast kogoś poznać, lepiej się głupio bać i pluć :

– na cudzoziemców,

– ludzi innej orientacji,

– ludzi innych wyznań,

– na osoby o innych poglądach,

– na polityków,

– na media,

– na znanych aktorów, piosenkarzy, celebrytów szczególnie, gdy im się noga powinie,

– na bezdomnych,

– na narkomanów,

– na feministki,

– na obrońców życia poczętego,

– na rząd,

– na sąsiada, bo przyjechał z Iranu. 

Zawsze ktoś się znajdzie, co nie?  Tak, do ciebie mówię patrioto z krwi i kości, który w imię honoru narodu swego lejesz pałą gdzie popadnie, niczemu niewinnych ludzi. I krzyczysz, że Bóg i Ojczyzna, a ja się ciebie pytam, gdzie ty tego Boga widzisz? W kałuży krwi, przy roztrzaskanej głowie człowieka, który dla ciebie, jest tylko nic nie wartym „pedałem”?

Maciek, którego pobito dwa lata temu, niechętnie o tym opowiada. Bo i co ma mi powiedzieć? Że o mało nie stracił życia tylko dlatego, że jego dziewczyna ma na imię Kamil? „Najgorsze było, że ja znam tych, którzy mnie tak urządzili. Z jednym z nich chodziłem do szkoły, pomagałem czasem przy matmie, drobne na bułkę pożyczałem. Była też z nimi dziewczyna, sąsiadka z osiedla obok, która wcześniej odpowiadała mi cześć. Wiesz, wtedy kiedy jeszcze się ukrywałem i byłem dla nich „normalny”. Gdy wyszło na jaw, że ja i Kamil, jesteśmy parą, od razu staliśmy się celem. Takimi śmieciami, który można kopnąć, rzucić nim w kąt, poniżyć i wyśmiać. Zupełnie jakbym z dnia na dzień stał się innym człowiekiem. Rozumiesz? Bo ja do dziś nie. Dorwali mnie we czworo, gdy wracałem z zajęć na uczelni. Nie miałem szans, bo mieli przewagę, byli silniejsi, nawet nie było jak uciec. Ta dziewczyna trzymała mnie za włosy, pluła na twarz i kazała lizać swoje buty. Reszta stała, śmiali się i podjudzali ją, aż zrobiła się agresywniejsza.

To ona uderzyła mnie pierwsza i zachęciła tym resztę. Dławiłem się własną krwią, leciały mi łzy, bo nie mogłem tego pojąć. Tego, że żyję w wolnym kraju, nieograniczonym wojnami czy skrajną biedą, a jednak tak ubogim. Biednym w zwykłe, ludzkie odruchy, odrobinę empatii czy po prostu akceptację. To tak, jakbym cię nienawidził i bił za twoje tatuaże i niebieskie włosy. Przecież to nawet brzmi jak chora abstrakcja. Ci którzy mnie wtedy kopali i okładali kijami, połamali mi rękę, spowodowali krwotok wewnętrzny, mają prawo wyborów chociażby w miłości, tak? Mogą związać się z kim chcą i kochać tę osobę. Popatrz na siebie i na mnie. Czym się różnimy, oprócz wyglądu? Niczym, bo oboje, jesteśmy tak samo wartościowymi i zasługującymi na szacunek, ludźmi. Więc dlaczego ja nie mam prawa pokochać, kogo chcę?

Czujesz coś złego patrząc na mnie i mojego partnera, czy na lesbijki trzymające się za ręce? Nie, bo jesteś zdrowa. A to jest niestety coraz bardziej kraj ludzi chorych z nienawiści, opętanych niezrozumieniem i brakiem jakiejkolwiek tolerancji. Cieszy mnie tylko jedno, że Robert Biedroń stąd pochodzi. Z tego nadal pogrążonego w ciemnościach zakątka Polski, który choć piękny, to nadal bardzo hermetyczny. Przez co niedostępny dla nikogo, kto ma odwagę być sobą. A Biedroń, przywraca mi nadzieję, że skoro jemu się tak bardzo udało,zmienić podejście tysięcy ludzi, to i mi starczy odwagi, żeby o siebie zawalczyć. Bo ja nie chcę stąd wyjeżdżać, tu jest mój dom, ale chcę poczucia wolności i bezpieczeństwa. Czy to tak wiele? A z tego przecież rodzi się szacunek do drugiego człowieka”.

Wstyd mi i wku*w mnie ogarnia, gdy widzę tęczowe zdjęcia na znak solidarności, a chwilę potem żółć zmieszaną z wiadrem pomyj, wylewaną wprost na głowę. I myślę sobie wtedy, że głupio mi jest coraz bardziej wychowywać własne dzieci w kraju, gdzie zawiść i nieuzasadniony strach odbiera ludziom rozumy. I tworzy tępe masy, które idą jak zombie za głosem większości, nie zastanawiając się nawet, w którą stronę i czy przypadkiem kogoś swoim wyborem nie krzywdzą. I śmieszne to i straszne, gdy 80 letnia kobieta, mówi mi, że ch*j ze mnie nie matka, skoro do kościoła dzieci nie prowadzam, a na drzwiach mam napisane WOŚP 2017. I boję, gdy na środku miasta stoi transparent i krzyczy, że jestem mordercą nawet, gdy tylko o tym pomyślę, bo patrzy na mnie martwy, rozerwany płód.

I zastanawiam się, gdzie jest ta cienka granica i czy nikt jej nie zatarł. Granica między człowieczeństwem a zezwierzęceniem,  jakiego dopuszczamy się każdego dnia. A do tego tak niewiele trzeba.  Do zwolnienia blokady z najgorszym złem –   brakiem miłości i szacunku dla drugiego człowieka.


Jak często żyjemy nie naszym życiem? Ania zawalczyła o siebie, o swoje szczęście. Dziś realizuje swoje marzenia!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 marca 2017
ania
 

– Mamo, a kto to jest ta pani na zdjęciu, co stoi obok mnie?

– To ja.

– No co ty? Przecież to niemożliwe.

Gdyby pamiętał mamę sprzed kilku lat, pewnie zdjęcie by go nie zdziwiło wcale. Ale to on stał się motorem jej zmian. To on podniósł ją z kolan, wyciągnął z depresji. To dzięki niemu zrozumiała, że musi być autorytetem. A kiedy w szkole poproszono dzieci o napisanie kilku słów o kimś, kogo uważają za prekursora jakiś rzeczy – on napisał o swojej mamie, która miała odwagę w wieku 30 lat rozpocząć całkowitą zmianę swojego życia.

Ale może od początku

Drobna, szczupła, z burzą blond loków i energią, która bije od niej na kilometr. Ania Kaczorowska w sportowych ciuchach, adidasach na nogach, z cudownym uśmiechem siada wygodnie w fotelu, a ja myślę o tym, jaką historię kryje ten człowiek. Dziś szczęśliwa mama dwójki dzieci, w udanym związku, spełniająca swoje marzenia.

– Nigdy zawodowo nie miałam nic wspólnego ze sportem. Jako nastolatka kochałam fitness, biegałam na wszystkie możliwe zajęcia i marzyłam, żeby iść na AWF. Ale tak się nie stało. Rodzice mówili: „I jako 40-latka będziesz skakała z ludźmi prowadząc aerobik?”. Stanęło na tym, że studia bez sensu, zawód bez przyszłości, więc poszłam na politologie, zgodnie z niespełnionymi ambicjami mojego ojca – opowiada Ania.

Często żyjemy życiem, do którego scenariusz piszą nam inni

Czasami wystarczy tylko wstęp. – W moim życiu kilka rzeczy potoczyło się zbyt szybko. Szybko się zakochałam, szybko wzięłam ślub i w wieku 24 lat zostałam już mamą. I tak szybko jak się zakochałam, tak szybko moje małżeństwo się rozpadło. Zostałam sama z dzieckiem, musiałam znaleźć pracę, bo dotychczas pomagałam w prowadzeniu firmy byłego męża. Byłam w bardzo kiepskim stanie psychicznym, bo przecież zawiodłam. Nie potrafiłam stworzyć rodziny, nie umiałam być wystarczająco dobrą żoną, tylko rozwódką przed 30-tką bez pracy i perspektyw. Moja depresja zaczęła się już w trakcie małżeństwa, a sytuacja po rozwodzie sprawiła, że kompletnie się załamałam.

Bywa, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo sobie szkodzimy. Ania siebie i swoje życie oceniała bardzo surowo. Za kiepskim psychicznym stanem szło fatalne fizyczne samopoczucie. – Na studiach jeszcze próbowałam coś robić, ćwiczyć, ale wiadomo, później zmieniły się priorytety, sport zszedł na dalszy plan. Po rozwodzie zaczęłam pracę w korporacji. Z koleżankami w biurze byłyśmy na ciągłej diecie nie mając o tym pojęcia. Wyłapywałyśmy porady, które nam pasowały i wprowadzałyśmy je bez zastanowienia. No więc zaczynałyśmy dzień wielką kawą z mlekiem, a potem cały dzień jadłyśmy chrupkie pieczywo ryżowe. Koleżanka jadła na przykład słonecznik, bo przecież pestki są zdrowe i idealnie nadają się na przekąskę. Gorzej jak stają się jedną nie kończącą się przekąską – śmieje się Ania, ona sama pracowała przy różnego rodzaju sesjach zdjęciowych, kiedy to cały dzień jadło się kanapeczki, a wieczorem z synkiem uwielbiała zjadać mleko z płatkami czekoladowymi.

– Mam 166 centymetrów wzrostu, jestem drobnej budowy. Na wagę ostatni raz w życiu weszłam ważąc 78 kilogramów, ale to nie był koniec, na pewno nie – wspomina Ania, która do dziś nie ma wagi w domu., zdjęć z przeszłości też niewiele.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Życie nas zaskakuje i to wbrew pozorom często bardzo miło

Ania zakochała się, poznała cudownego faceta. Jej życie zaczynało nabierać nowych kolorów, nieść nadzieję. To taki moment, kiedy masz wrażenie, że wszystko, co złe masz już za sobą, że teraz może być tylko lepiej. Nie chcemy myśleć o przeszkodach, które możemy napotkać i które najczęściej spotykamy. – Bardzo chcieliśmy mieć dziecko. Nie udawało się. Robiliśmy badania. Dziś wiem, że moja znaczna nadwaga i stres były jednymi z głównych składowych tych problemów…

Kiedy w końcu się udało, szczęście nie trwało długo. – Poroniłam. To był koszmar. Dobiło mnie to kompletnie. Nie byłam w stanie wstawać z łóżka. Wstawałam tylko po to, żeby syna zaprowadzić do przedszkola. Wracałam, kładłam się z powrotem myśląc, kto mógłby go odebrać, żebym ja nie musiała wychodzić. I spałam. Chodziłam w piżamie. Leżałam ja, a obok mnie leżał mój brzuch – to było dla mnie masakryczne doświadczenie. Kiedy czujesz, że twoje ciało nic nie jest warte, kiedy się nim brzydzisz, kiedy o sobie myślisz, że jesteś nikim, że nic nie możesz, nic nie potrafisz, nawet o siebie zadbać… – wspomina Ania.

Zmiana przyszła, kiedy Ani syn, chory na grypę, musiał zostać w domu, a ona była zmuszona się nim zająć. – To wtedy spojrzałam na siebie z boku. Pomyślałam, że jakim ja dla niego jestem wzorcem, że przecież jestem jego mamą, że ona na mnie patrzy, że za niego jestem odpowiedzialna, dla niego powinnam żyć lepszym życiem. Wyrzucałam sobie, że nie dałam mu pełnej rodziny, a teraz jeszcze musi patrzeć na mamę, która nie widzi i nie ma radości z życia. Jego choroba paradoksalnie wyrwała mnie z otępienia i cała ta sytuacja dała mi do myślenia, bo był ze mną, widział mnie, nie mogłam ukryć się pod przykryciem przedszkola.

Zastanawiała się, co zrobić ze swoim życiem

Po stracie dziecka Ania była długo na zwolnieniu lekarskim. – Ludzie na antydepresantach mają takie nagłe chęci do działania. Trwa to bardzo krótko – w moim przypadku były to dwa dni, ale wystarczyło, żeby rzucić pracę mając w głowie ideę stworzenia własnej firmy, założyłam agencję reklamową. Zapisałam się też na zajęcia fitness, w końcu to one dawno temu dawały mi największą radość. Poszłam pamiętając siebie z czasów jak byłam nastolatką, pełną życia, ruchu. Tymczasem trafiłam na salę, stanęłam w ostatnim rzędzie. Przede mną instruktorka – młoda dziewczyna, dla której liczyła się tylko ona sama i pierwszy rząd dziewczyn świetnie wytrenowanych. Patrzyłam w lustro i nie wierzyłam, że to odbicie to ja. Kurde, przecież to nie ja, przecież powinnam wyglądać inaczej… Przecież na sali z fitnessem wyglądałam zawsze inaczej.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Ale nie to było dla Ani najgorsze. – Stałam tam nie otrzymując żadnego wsparcia. Wyszłam po pół godzinie – psychicznie nie dałam rady, miałam wrażenie, że jestem jedynie widownią i publicznością dla tej dziewczyny. Nigdy więcej tam nie  poszłam.

I można by się było załamać, poddać po raz kolejny

Ale nie tym razem. Potrzeba zmiany była ogromna, już jej motor został odpalony. To były czas początków Ewy Chodakowskiej, później Ani Lewandowskiej, więc Ania zaczęła szukać w internecie inspiracji, propozycji ćwiczeń. – Odprowadzałam synka do przedszkola i po powrocie, na początek, ćwiczyłam 15 minut. Potem siadałam i szukałam dalej. Pożerałam wiedzę o zdrowym życiu. Moja agencja reklamowa leżała i kwiczała – w ogóle o ten biznes nie dbałam. Za to już wtedy wiedziałam, że pięć kaw dziennie, pieczywo chrupkie i słonecznik nie ma nic wspólnego ze zdrowym odżywianiem. Zmieniłam nawyki żywieniowe. Ćwiczyłam już 20 minut, potem nawet dwie godziny, później dwa razy dziennie, wszystko w domu. To dawało mi taką energię, wyzwalało takie endorfiny. Po prostu czujesz, że robisz to, co kochasz, że jesteś szczęśliwa, że żyjesz  – opowiada Ania.

Co było motywacją? Okazuje się, że zdjęcia. – Wiem, że dziewczyny tego nie lubią, ale zdjęcia to naprawdę jest największy motywator. Patrzyłam, porównywałam i nie chciałam za nic na świecie wracać do tego, jak wyglądałam. I kiedy marzyłam o kaloryferze na brzuchu w wakacje… zaszłam w ciążę. To był szok. Kiedy odpuściłam, zapomniałam, stało się to, na co tak długo czekałam… Moja córka ma dziś 3 lata. Kto by pomyślał – śmieje się.

Po porodzie Ania szybko wróciła do aktywności. Jeśli znajdziesz rzecz, która cię uszczęśliwia, jeśli zrozumiesz, co to jest, to już nie możesz przestać, nie możesz się wycofać. – Kiedy mała miała pół roku zapisałam się na pierwszy kurs instruktora rekreacji ruchowej. Dwa tygodnie po osiem godzin zajęć dziennie. Sami młodzi ludzie i ja 30-latka zadająca co chwilę pytania chcąc dowiedzieć się jak najwięcej. Nienawidzili mnie czasami za przedłużanie zajęć. Ale nie byłam tam przypadkowo. Wiedziałam, czego chcę. Zbyt dużo czasu zmarnowałam, poświęciłam na rzeczy, które nie sprawiały, że byłam szczęśliwa. W końcu robiłam to, co chciałam robić zawsze.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Wszystkim kobietom, które zwracają się do Ani o pomoc mówi: „wyrzućcie wagę z domu”. Kilogramy nie są najważniejsze, ba nie są w ogóle ważne. Patrz jak zmienia się twoje ciało, jakie staje się jędrne, jak widoczne zaczynają być mięśnie. – Cały czas mamy w głowach, że jak powiem: „schudłam dwa kilogramy” to będzie WOW. Ale to dwa centymetry są cenniejsze. To trzeba zrozumieć na początek – tłumaczy Ania.

Nie bójmy się. Sięgajmy po marzenia!

W Konstancinie pod Warszawą znajduje się Stara Papiernia – wyjątkowe miejsce. – Często tam bywałam i lubiłam to miejsce. Jakoś tak czułam, że kiedyś powstanie tam coś dla mnie bardzo ważnego. Ania marzyła o miejscu dla takich jak ona. Kobiet zagubionych, nie wierzących w siebie, we własne możliwości.

– Koleżanki zaczęły mnie pytać, co trzeba zrobić, żeby o siebie zadbać, jak ćwiczyć, co jeść. Utworzyłam grupę z mam, które znałam z przedszkola mojego syna i dla nich prowadziłam wieczorne zajęcia. Energia, którą dostajesz od innych kobiet – to jest coś niesamowitego, to ci daje takiego kopa do działania, do bycia jeszcze lepszą, do pogłębiania swojej wiedzy. Pewnego dnia mój partner spytał: „Wiesz, co się otwiera w Starej Papierni?”. Złapałam za telefon. „ Nie wiem, co mam zrobić i jak, ale wiem, że muszę u Pana pracować” – pamiętam te słowa jak dzisiaj. Maciek, właścicielowi siłowni w Starej Papierni umówił się ze mną na spotkanie…

Siedzimy z Anią w L’Atelier Athlétique, które wcale nie przypomina stereotypowej siłowni. Obok ćwiczą pojedynczy ludzie. Bo tu każdy traktowany jest indywidualnie. – Maciek mi zaufał – mówi Ania. –  Najpierw przychodziłam się uczyć, podglądałam jak zawodowi trenerzy prowadzą treningi, szkoliłam się i podnosiłam kwalifikacje na kolejnych szkoleniach i kursach, w międzyczasie prowadziłam na zastępstwach zajęcia w różnych miejscach, dzieląc się swoją wiedzą i chłonąc ją od lepszych ode mnie. Poznałam cudowną kobietę – Anię Witowską, której warsztaty  pokazały mi, jaką drogą chcę iść, co w swoim życiu robić i ile jestem warta.

Arch. prywatbe

Arch. prywatbe

Ania od dwóch lat jest związana z klubem w Starej Papierni, a od 1,5 roku jego menadżerem. Marzenia się spełniają. Choćbyśmy sami przestali w nie wierzyć.  – W każdej kobiecie, która do mnie przychodzi widzę siebie sprzed lat. Pamiętam siebie wtedy, na tych zajęcia fitnessu, z których wyszłam załamana, po których już nigdy mogłabym nie wrócić do sportu. Dlatego każdej z kobiet daję swój czas i swoją uwagę, ale w zamian otrzymuję jeszcze więcej – energię, która z nich wypływa, która przechodzi na mnie, daje mi moc.

Naszej rozmowie przysłuchuje się jeszcze ktoś, Sylwia. Napisała do mnie jakiś czas temu: – Kurde, mam super bohaterkę, świetna dziewczyna. Wierzę jej, jest autentyczna, wiem, że ona może mi pomóc! I tak naprawdę jest. Ania pomaga Sylwii w walce o nową siebie.

Za nie dwie dzisiaj trzymam kciuki z całych sił. I za każdą z nas, która stoi na rozdrożu… Nie bójmy się. Sięgajmy po marzenia! Zmieniajmy nasze życie na lepsze!

P.S. Z Anią, jeśli nie w Konstancinie, możecie się spotkać wirtualnie, na jej fanpage’u Pozytywna Siła Fitnessu.


Kobiety są słabe, ale matki są silne. W dniu, kiedy uciekałam, moja mama pozwoliła się zgwałcić, by ochronić mnie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 marca 2017
Fot. Screen/You Tube
Fot. Screen/You Tube

Chociaż przemówienie Yeonmi Park – tak bardzo poruszające i wzruszające pojawiło się jakiś czas temu, to warto do niego wracać i przypominać wszystkim ludziom, czym jest wolność, jak wielką wartość posiadamy często kompletnie jej nie doceniając.

Wolność to język, to dostępność do wiedzy, do własnych poglądów, a nawet myśli. Wolność to prawo wyboru i decydowania o sobie. Wolność to zgoda na własne poglądy i wyrażanie swoich opinii. Wolność to nawet oglądanie filmów w telewizji i słuchanie muzyki, jaką lubimy.

Wolność to szacunek do drugiego człowieka, a nie pogarda i zastraszanie.

Obejrzyjcie. Bo zawsze warto docenić to, co my dzisiaj posiadamy.

 


Zobacz także

Fot. iStock/oatawa

20 ważnych rzeczy o miłości i życiu, które chciałabym, żeby ktoś powiedział mi jeszcze przed 30-tką. Pewnie nie popełniłabym kilku błędów

Fot. iStock/KatarzynaBialasiewicz

Różne nazwy, ten sam schemat. W teorii możesz wszystko, praktyka jednak, strzela ci z liścia w twarz. O grupach na Facebooku

Fot. iStock/Geber86

11 adaptacji filmowych wartych obejrzenia. Co lepsze książka czy jednak film?