Ja pie*dole, no łeb spadł mi i leży obok. Czy ci panowie nie mieli własnego rozumu?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
15 grudnia 2016
Screen/You Tube
Screen/You Tube

Są cudowne.

Uwielbiam je.

Lubię patrzeć, jak wypełniają twoje spodnie.

Jak delikatnie podskakują, gdy biegasz, w tych swoich obcisłych szortach.

I kiedy dyndają, jak ściągasz majtki.

Lubię, gdy je masujesz, gdy sam się nimi zachwycasz. Podnieca mnie to.

Dbaj o swoje jądra. Pamiętaj o profilaktyce badań… Pytanie, a co, jak facet właśnie został pozbawiony jądra, ma raka??? Czy ktoś o tym pomyślał tworząc seksitowski spot z Opola o profilaktyce badań kobiecych piersi?

Ja pie*dole. No łeb mi spadł i leży obok.

Zastanawiam się, czy ci panowie wymienili się doświadczeniami, mierząc w dłoniach fikcyjne piersi, czy dzielili się tym, które im odpowiadają najbardziej. Ja wiem, że oni chcieli w dobrej wierze, ale naprawdę trzeba nie mieć rozumu, żeby na coś takiego się zgodzić. Nasze piersi nie są dla waszej zabawy! Noszą w sobie bardzo często śmiertelną chorobę! Są owszem kwintesencją naszej kobiecości, ale tak jak nasze cycki, tak i my nie chcemy być traktowane przedmiotowo. A co, gdyby żona jednego z tych panów w wyniku nowotworu została piersi pozbawiona? Też by tak ochoczo opowiadał, że lubi patrzeć, gdy one podskakują!?!

Nie, no ręce mi opadły. Jestem zażenowana, oburzona Jedno cieszy, że TVP3 Opole ten spot wycofało. Ciekawe, czy taką decyzję podjęła kobieta, czy mężczyzna!


A w d*pie mam noworoczne obietnice. Nie chcę być fit i git. Koniec z tym raz na zawsze

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 grudnia 2016
Fot. iStock/LaraBelova
Fot. iStock/LaraBelova

Postanowienia noworoczne tu, postanowienia noworoczne tam. Ja pierdzielę, czy naprawdę świat przez ostatnie kilka dni starego roku musi się kręcić wokół tego, co zaplanuję sobie na przyszły rok?

Gdzie nie spojrzę to – jak zrobić, coby dotrzymać składanej sobie obietnicy, jak zaplanować coby tym razem się udało. A ja to pier*ole. Nie mam zamiaru w nowym roku schudnąć 10 kilogramów (tak wiem, przydałoby się), kupić auta, o którym marzę od kilku lat (w końcu ten mój grat nie jest taki zły), zmienić pracy (bo jak nie udało mi się przez ostatnie trzy lata, to teraz ma się nagle udać, po co się znowu frustrować, że nic z tego nie wyszło).

Jakbyśmy nie mogli po prostu pożegnać starego roku i wejść w nowy ot tak. Nie, my wszędzie musimy coś sobie obiecywać, o coś się postarać, a po 12 miesiącach udawać, że nic takiego nie miało miejsca, w duchu myśląc: „nie no teraz to już naprawdę, to już ostatni rok, żeby coś zmienić”.

Są różne sposoby: mówić głośno, że rzuca się palenie, czy zaczyna się biegać – bo wtedy motywacja większa, bo wstyd przed znajomymi, jak się nie uda. I tak podpalamy, jak nikt nie widzi, albo tłumaczymy: „a wiesz, ja tak tylko na imprezach”. Mówimy, że kolano boli i biegać już nie można, że może lepiej jednak najpierw siłownia na wzmocnienie, ale ta siłownia oczywiście od kolejnego roku, bo jak to w połowie zacząć. Najpierw trzeba odpocząć.

A ja mówię stanowcze NIE. Na pytanie: „To jak, dietka od poniedziałku?”, mówię: „W dupie mam diety” – i szczerze – nie mijam się z prawdą spoglądając na swój tyłek.

Jak ktoś spyta, czy już fajki rzucam, powiem, że nie mam najmniejszego zamiaru, bo palić lubię. Pić też – właśnie nikt nie pyta, czy może nie będę pić alkoholi w 2017, czemu nikt sobie takich wyzwań nie stawia?

Nie mam zamiaru wymyślać sobie rzeczy, które mnie zadręczą, upokorzą pokazując, że moja wola jest zerowa, zwłaszcza, gdy chodzi o rzeczy, na które zupełnie nie mam ochoty, ani nie wierzę w ich sens.

Nie no czas najwyższy powiedzieć STOP rzeczom, które świat próbuje mi narzucić.

W nowym roku mam zamiar pogodzić się z tym, jak wyglądam, i że nie ma takiego bata, bym wbiła się w rozmiar 36, a w sumie o 38 też mogę pomarzyć. O nie, nawet marzyć nie chcę, bo i po co, dobrze mi tak jak jest i tego przez cały kolejny rok trzymać się będę.

Odpuszczę sobie wszelkie obietnice typu – siłownia dwa razy w tygodniu, fitness, cztery razy i jeszcze kurs tańca. Czy mnie powaliło? Pytam się? No i już z pomysłem nauki chińskiego sprzed dwóch lat to w ogóle jakiegoś oszołomu się nażarłam.

Nie. Teraz mam zamiar jedynie mieć oczy szeroko otwarte, nie fiksować się na dietach, sretach, kursach gotowania potraw, których później i tak w domu nie robiłam, bo nikt tego jeść nie chciał. A kasa za niezjedzoną ośmiornicę sorry – nie zwróci się.

Jedno wiem. Nie chcę być fit i git. To zwyczajnie nie dla mnie. Tak wiem, że można z Chodakowską ćwiczyć w domu, a kurs języka kupić na allegro, ale czy to naprawdę mnie uszczęśliwi? Czy otworzy horyzonty, gdy będę miała tyłek tak wysoko, że nie daj Boże spodni w pasie nie zapnę?

Czy ja naprawdę chcę robić karierę zawodową na miarę koleżanki z działu obok, której dziś nikt już na „cześć” nie odpowiada, a ona podobno łyka prochy przeciw lękowe, bo boi się, że wszyscy knują przeciwko niej. Cóż, pamiętaj, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Czy jakoś tak.

I te wakacje na Malediwach, no w sumie i fajnie, bo ciepło i pięknie. Ale co? Zdjęciami się na Facebooku pochwalę, ale pożyczki za wakacje już nikt lajkami za mnie nie spłaci. A pie*dole to. I przyznaję się w tym roku, że kocham Pojezierze Drawskie i tam bez ściem się wybiorę. Jeziora, świeże ryby, rowery, spacery, słowem luksus, na który mnie stać, i który kocham miłością dziecięcych wjazdów z rodzicami.

Tak, tylko te moje oczy szeroko otworzę i nie ograniczę się żadnymi z postanowień. Co to, to nie. Tak mi już przeszedł kurs spadochronowy w promocji koło nosa, bo ja jednak ten chiński próbowałam oswoić. Nijak się nie dało, a kasy na dwie rzeczy brak było. Tak też nie pojechałam na wycieczkę ze znajomymi na Słowację, bo durna bilety na all inclusive ch*j wie po co zabukowałam. Było drętwo, smutno, uciekaliśmy od hotelowych basenów jak najdalej. Na all inclusive byłam dwa razy – pierwszy i ostatni raz. No zwyczajnie się nie nadaję. Wkurza mnie rutyna codzienności, a tu się pakuję w wakacyjną rutynę, to sobie ulepszyłam czas wolny. Pięknie.

No wiec, w tym nadchodzącym nowym roku przyrzekam uroczyście, że będę wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję na doświadczanie nowego. Nie ograniczę się żadnymi postanowieniami, co to, to nie. Będę uważna i zamierzam łapać szansę, która pojawi się na horyzoncie. Zmiana pracy – jak tylko zobaczę idealną ofertę – wyślę cv, ale bez ciśnienia, że za 12 miesięcy muszę być w innym miejscu. Wszystko przyjdzie, a jak nie przyjdzie, to albo ja za mało się starałam, albo nie doceniam tego, co mam, albo byłam zbyt skupiona na rzeczach dla mnie mało w efekcie ważnych. I tyle. Dziękuję za uwagę.

PS. Wszystkiego co zgodne z Wami w nowy roku życzę!


Trzeba mieć serce z kamienia, albo nie mieć go wcale!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
29 listopada 2016
Fot. iStock/Marjan_Apostolovic
Fot. iStock/Marjan_Apostolovic

Ryczeć mi się chce! Przysięgam. W głowie mi się nie mieści! Jakim trzeba być człowiekiem, by postąpić tak, jak poznańscy urzędnicy. Ja wiem, że system bezduszny, że przepisy i tak dalej. Ale żesz ku*wa na miłość boską znam wielu urzędników, którzy myślą, jak pomóc, a nie jak odebrać szansę na godne życie.

No dobra, może od początku. Pamiętacie Asię? Tę Asię, która w Poznaniu zorganizowała zbiórkę pieniędzy dla swojej ciężko chorej mamy? Ich wspólne życie to raczej długie miesiące spędzone w szpitalu, a nie na popołudniowych spacerach i zabawach. Mamie Asi niezbędna jest rehabilitacja. Wiadomo, że na tę z NFZ czeka się tygodniami, jeśli nie latami. Mama Asi nie ma tyle czasu, potrzebuje pomocy tu i teraz, a środki socjalne jakie otrzymuje z racji swojej choroby są niewystarczające. Dziewczynka więc, aby pomóc mamie, postanowiła zorganizować kiermasz na swoim osiedlu. Przygotowała wszystkie dla niej zbędne rzeczy – swoje ubrania, książki, zabawki, by móc wyprzedać je na kiermaszu i w ten sposób zebrać pieniądze na leczenie swojej mamy. To co się stało po wywieszeniu przez Asię ogłoszenia o kiermaszu, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Sprawa rozniosła się w mediach, zebrali się ludzie dobrej woli, którzy chcieli pomóc Asi i jej mamie. Ostatecznie na leczenie i rehabilitację zebrano UWAGA 101 tysięcy złotych. Po prostu serce rośnie! Jak wiele jest ludzi chcących pomagać! Jak niesamowite jest to, że potrafimy się zebrać tak po prostu, aby wesprzeć przecież obcą dla nas osobę!

I chociaż nie powinno mnie to dziwić, bo przecież niemal każdego roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy bije rekordy zbiórek. Każdy pomimo burz i zawirowań politycznych wokół samej Fundacji wrzuca do puszek to co ma najcenniejsze – i nie mówię o pieniądzach, ale o kawałku dobrego serca. WOŚP te pieniądze przekuwa na sprzęt szpitalny, na pomoc najbardziej potrzebującym.

Asia zebrane pieniądze chciała przeznaczyć dla swojej mamy, najdroższej i najważniejszej dla niej osoby. Tyle tylko, że poznańscy urzędnicy uznali zebrane podczas kiermaszu pieniądze za dochód mamy Joasi i cofnęli jej prawo do wszelkich świadczeń z tytułu jej choroby i niepełnosprawności…  Mi się to BARDZO PRZEPRASZAM, ale ku*wa nie mieści w głowie! Najpierw nikt nie robić kompletnie nic, by pomóc Asi i jej mamie, a później się okazuje, że to nic – to i tak było błogosławieństwem, bo można zrobić coś więcej niż nic i odebrać środki do życia!

Czy ktoś może mi to wyjaśnić? Ja wiem, że teraz każdy urzędnik zasłoni się przepisami, ale przecież każdy z nas jest człowiekiem! Jak można być tak bezdusznym, by w ogóle wpaść na taki pomysł! Jak można złożyć podpis pod pismem odbierającym środki do życia kobiecie, której OŚMIOLETNIA córka potrafiła zorganizować pomoc, a nie państwo, które przecież dba o każdego obywatela. Nie każcie mi tam dzwonić i pytać, czy z racji „dochodu” odebrano na przykład też 500 plus, bo rodzina przekroczyła próg dochodowy na jedno dziecko, a jak widać dziecko potrafi sobie pomóc bez jałmużny!

No i ryczę. Ze wściekłości, z bezsilności, z tego, że nie mamy na to wpływu, a przecież wystarczyło jednemu urzędnikowi z drugim zadzwonić, powiedzieć: „Pani kochana, tak bardzo się cieszymy, ale żeby nie odbierać Pani świadczeń podpowiadamy, że…”. To żadne przestępstwo! Mama Joasi nie zabiera pieniędzy państwu, nie jest złodzieje, po prostu jej córka trafiła do dobrych serc setek, jeśli nie tysięcy ludzi! Nie mogłabym spać na miejscu urzędników, naprawdę… Nie byłabym w stanie spojrzeć sobie w oczy. Żeby chociaż odmówić zajmowania się tą sprawą, zgłosić, powiedzieć jakie to nieludzkie…

Myślę teraz o pani Hani od bułek. Znacie sytuację? Otóż zwykły człowiek, przedsiębiorca z Olsztyna szedł sobie ulicą i postanowił kupić bułki od pani, która sprzedawała je przy ulicy. Jedną bułkę – za złotówkę. W czasie, kiedy tam stał straż miejsca wlepiała pani babci mandat w wysokości 200 złotych za nielegalny handel bułkami… Pan Konrad – ten od bułki – wrócił do Warszawy i znalazł panią babcię – Anię. Zaprosił ją na kawę i ciasto. Okazało się, ze kobieta jest po trepanacji czaski, miała guza mózgu, nie ma środków do życia, bo nie przysługuje jej renta, więc sprzedaje te bułki, jej dzienny dochód to kilkadziesiąt złotych… Pan Konrad postanowił jej pomóc, spontanicznie zorganizował zbiórkę dla „pani babci od bułek” i media znów obiegła wieść o człowieku z wielkim sercem. Dla pani Ani zebrano już około 200 tysięcy złotych, na spłatę jej długów potrzeba jeszcze sto tysięcy. Na pewno się uda, nie mam co do tego wątpliwości! Ale nasuwa mi się pytanie – co dalej? Kiedy znajdzie się ktoś, kto położy łapę na tych pieniądzach, kto odbierze daną pani Ani nadzieję na dobre i godziwe życie?

Pewnie większości z wam od razu przypomina się historia piekarza, który chleb rozdawał charytatywnie, a w wyniku działań urzędniczych był zmuszony zamknąć działalność… Takich historii na nieszczęście tych wszystkich ludzi można mnożyć.

Jedno mnie zastanawia – czy jest granica między systemem, prawem a ludzkim zrozumieniem i empatią. Przecież jesteśmy ludźmi, a nie maszynami wykonującymi zapisane na kartkach papieru zadania! A może się mylę?

Nie ma i nigdy nie będzie we mnie zgody na takie działania. Tyle mogę zrobić. I dołożyć się do kolejnej zbiórki organizowanej dla mamy Asi!