Iluzje w życiu Dorosłego Dziecka Alkoholika. „Będę jeszcze kochać…”

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
23 stycznia 2016
Fot. iStock / Lise Gagne
 

Iluzje.

Pierwsza najważniejsza to spokój

Każdy, kto mnie poznaje mówi „ale jesteś opanowana, ja bym się wściekła na twoim miejscu za takie zachowanie”. Spokój znajomy, spokój tak fałszywy, że śmiać mi się chce, bo ja go znam najlepiej i wiem, że nic ze spokojem nie ma wspólnego. Ja po prostu wyłączam się, robię „off” w swojej głowie huczącej od niepokoju i nie czuję nic. Szpital, choroby, pogróżki szefowej, plotki, że będą redukcje, jego zdrada. Ten sam wyraz twarzy, który mówi, że nie ma we mnie ani odrobiny emocji, jak wtedy, gdy matka darła się na mnie i dała mi w twarz, to właśnie wtedy ta twarz robiła się sztywna, czerwona od jej uderzenia, ale napięta jak struna, ona pijana, ja nieobecna, twarz zawieszała się między strachem a potrzebą przetrwania.

Jestem jak spokój oceanu przed sztormem. W sumie antyteza spokoju.

Druga moja ulubiona to przywiązanie

Jak ty kochasz ludzi. Dobre sobie. Kocham ich na chwilę, tylko przez moment, gdy jesteśmy w tej fazie „ale jesteś niezwykła, chciałbym cię poznać”, uwielbiam to i jestem naprawdę wyjątkowa w sprzedawaniu im iluzji, że dalej jest coś, cokolwiek, gdy tak naprawdę nie ma kompletnie nic. Znikam tak gwałtownie, jak się pojawiam, tempo dostosowuje do nacisku. Zaplanujmy coś. Chciałbym żyć z tobą. Zamieszkajmy razem. Myślałaś o dziecku? Hahahahaha. Też bym tak chciała, naprawdę myślisz, że to takie proste, gdy wszystko, co wymieniasz kojarzy mi się z niewolą, najgorszym więzieniem, z którego jako dziecko nie widzę wyjścia.

Dlatego wybieram potem starszych panów, którzy zabierają mnie na weekend, wakacje, rok a potem kilka – w podróż w dorosłość, której się boję, nie lubię i nigdy nie zaznam. A ten o dziecku, domu – przecież to mnie boli najbardziej, to stracone bezpowrotnie, samotność w małym pokoju, gdzie nie ma dzieciństwa, bo ono zawinęło się w butelkę wódki. Mam zaryzykować jeszcze raz, skrzywdzić potem kolejne dziecko, kiedy sama nim jestem? Przywiązuję się więc na chwilę, jak można się przywiązać do współlokatora na obozie lub nawet pasażera w pociągu, z którym wracasz kilka godzin i rozmawiasz w Warsie. I możesz wyobrazić sobie tysiące scenariuszy, możecie je nawet przeżyć w tej krótkiej chwili, ale potem zawsze wysiadam, bo choć jestem ciekawa, co jest dalej, to bardziej się boję niż chcę. Jestem więc ze wszystkimi, a tak naprawdę zawsze sama. Nieprawda, mam DDA, ono jest obok mnie.

Trzecia to sukces

To jest dopiero ściema. Jak ci się udało osiągnąć tyle w takim czasie? Udało ci się, dziewczyno. Los ci sprzyja. Ty to masz poczucie wartości. Czuć pewność siebie i wysoką samoocenę. Zazdroszczę, naprawdę zazdroszczę. Mam bekę z tego, choć to wcale nieśmieszne. Przez większość czasu jestem zerem, gnojem, który prześlizgnął się przez życie i miał farta, że ma odrobinę uroku, który innych kręci. Lubią to, ten śmiech perlisty i odwagę, żeby ryzykować (kto ryzykuje ten zyskuje).

Jak można nie widzieć, że to ten rodzaj odwagi, jest niczym innym jak brawurą. Tym, że ci nie zależy, gdy stracisz, bo na niczym specjalnie ci nie zależy. Co możesz utracić? Miłość? Pieniądze? Reputację? Całe życie żyłam w tajemnicy i musiałam udawać, że wszystko mamy i że jest w porządku, a nawet jest lepiej niż u innych, bo ojciec prezes, a matka doktor prawie habilitowany. A więc i miłość i pieniądze i społeczny szacunek – wszystko to było na wysokim C, a ja najlepiej wiem, jak niewiele to warte, jak budować obrazki tak, by wykreować w nich te wszystkie piękne słowa. Sukces więc przychodzi mi łatwo, bo się nie boję. Taka recepta na sukces. A w środku wciąż jestem nikim. Naprawdę nikim. Nic mnie to nie obchodzi.

Czwarta to optymizm

Ty jesteś taka radosna. Dajesz innym dobrą energię. Twoje poczucie humoru to mistrzostwo. Tylko się turlać ze śmiechu. To hipokryzja największa, bo jestem najsmutniejszym człowiekiem na świecie, jak w tej książce Halber, często płaczę i mam spłaszczone płuca z bólu. Może nawet smutek to za małe słowo, bo czuję rozpacz. Jak wtedy, gdy matka mówiła do mnie, że jestem złą córką, że się mnie wstydzi, że marzy o chwili, gdy skończę 18 lat i się mnie pozbędzie. A kiedy była trzeźwa, była taka zabawna. Muszę przyznać, że rozśmieszała mnie do łez. Tańczyła kankana w koszulce z pawim okiem i śpiewała do widelca. Wspomnienia najdroższe. Może po niej bywam zabawna, teatralna, a może jest we mnie jeszcze jakaś część, która chciałaby żyć, cieszyć się i śmiać i ona czasami podskakuje we mnie i wymyka się spod kontroli smutku. To mnie w sumie ratuje, bo nikt by ze mną przecież nie wytrzymał.

Piąta to moje DDA

Jak tarcza chroni mnie przed życiem, podjęciem wyzwania największego, jakim jest relacja z drugim człowiekiem. Nie potrafię, bo dzieci dorosłych alkoholików nie potrafią. Mam to alibi sprytne, mam zwolnienie z życia. Na długo, na ile mi się zechce. Może na zawsze. Wyjmuję to z wachlarza moich obron i używam, gdy mi wygodnie. Przykro mi, nie kocham cię, jestem DDA – my nie umiemy kochać. Tak, zdradziłam cię, jestem DDA – my jesteśmy autodestrukcyjni. Tak, odchodzę, nudzę się, jestem DDA – my szukamy niestabilności. A na końcu dnia wracam do matki, dzwonię do niej, mając nadzieję, że odbierze trzeźwa i powie: „co słychać córeczko?” i spojrzy na mnie oczami mojej terapeutki, które są mądre, dobre i rozumieją jak nikt, jak ona nigdy. Zamieni się z nią oczami i zdejmie ze mnie zaklęcie dzieciństwa i stanie się cud.

Szósta to właśnie cuda

One się nie zdarzają (przynajmniej nie mnie). Wiem, że muszę sama. Że zaklęcie rzuciłam sobie ja. Że może kiedyś zyskam tę odwagę prawdziwą, zostawię DDA i zaryzykuję. Będę jeszcze kochać.


Wysłuchała: Małgorzata Ohme


Jest takie miejsce w mózgu mężczyzny pełne… niczego. Kobieto, wyjdź z tej głowy!

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
23 stycznia 2016
Fot. iStock / sunemotion
 

Miałam w zwyczaju żyć w głowie. Wchodziłam tam z rana, kawa, gazetka i ten nadajnik! Wiecznie włączony, wiecznie komentujący, mózgogadacz niestrudzony. A jaki kreatywny to był świat! Z małej tyci tyci spraweczki potrafił wystrugać myślowego King Konga, który potem szarżował po neuronach jak jakiś psychicznie chory monster. I dawaj! Rozpierducha na całego! Bo w tym, zdaje się, się specjalizował.

Wszystko oczywiście zależało od tego, która półkula go wykreowała, a konkretniej, z której szuflady w głowie wypełzła tycia spraweczka.

Jeżeli z szuflady „kontrolującej zołzy” to wpadałam w szał na myśl o tym, że mąż, bez uprzedniej formalnej aplikacji, pełnej konsultacji i zgody, pojechał po pracy naprawiać kumplowi komputer. Mąż przy tym szczyci się tym, że nie pije, nie bije, nie szwęda się, a więc jak pojechał naprawiać komputer, to pojechał naprawiać komputer. Sprawa prosta. Zdrowa kobieta powie: jasne kochanie, pozdrów Zdziśka. Kobieta, która żyje w głowie i otwiera te wszystkie szuflady ze sportowym wręcz zapałem i która choćby i przez straszny przypadek uwolni kontrolującą zołzę, taka kobieta…. nie powie nic. W każdym razie nie od razu. Najpierw bowiem zazieje ogniem w zaciszu łazienki, zaleje łzą pół chałupy, po czym solidnie się przygotuje do druzgoczącego monodramu, który brawurowo odstawi po męża powrocie. Facet, rzecz jasna stanie jak wryty. Po pierwsze dlatego, że przecież tylko komputer Zdziśkowi naprawiał, po drugie dlatego, że pomiędzy tym faktem i krzywdą tą straszną od której kobieta tak ubolewa, związku przyczynowego nie widzi. I chyba go za to nawet winić nie można! A to już prawie zakrawa na koszmar!

Przeczytałam gdzieś dnia pewnego, albo może nawet i video obejrzałam[1], o tym że kobiety i mężczyźni, w głowie mają jakby różnie.

Oni w czaszkach, no bo nie w rzeczywistości przecież, porządeczek mają jak ta lala. W pudełeczkach wszystko pięknie posegregowane, ty w jednym, teściowa w drugim, kumple w kolejnym, praca w następnym, hobby w jeszcze innym… pudeł tyle ile spraw w życiu faceta. Pięknie poukładane, a pomiędzy nimi obszerne ścieżki. Nie ma szans na spraw zazębianie się, a zatem teściowej facet z hobby nie pomiesza, nie ma takiej możliwości. Jest jeszcze jedno pudło w głowie faceta, takie przez niego najbardziej  ukochane. Nothing Box się nazywa i jest pełne… niczego. Piękne, puste pudło, w którym nie ma absolutnie nic. Łatwo jest przy tym ustalić kiedy facet w nim siedzi, bo jest zazwyczaj nadmiernie zadowolony, zrelaksowany, najczęściej na rybach od 4 godzin albo przed telewizorem z pilotem w łapie na 42 kanałach jednocześnie. Czysta, męska kwintesencja.

To pudło ostatnie, z powodów oczywistych, mężczyzna ochrania jak może przed pazerną i wścibską kobieta. A kobieta jak to ona, z każdej strony wleźc w pudło chce. Więc jej facet tłumaczy z lekka poirytowany:
nie próbuj kochanie do pustego pudła wchodzić.
Ale dlaczego misiaczku mój miły?
– Jakże dlaczego?!
 – Jeszcze bardziej się irytuje! – Bo jak mi wejdziesz do pustego pudła, to pudło puste już nie będzie!

Fakt! Rację chłop ma. Czy tego chcesz czy nie, kobieto.

Reasumując, mężczyzna prosty jest jak zwierz. Finezji nie ma! Powie kobieta, która w głowie ma jak w torebce. Burdel na kółkach choć jak dla niej to całkowicie do rozpracowania.

Mózg kobiety, według mówcy z video, to plątanina kabli, drucików, całych systemów autostrad i sieci, a wszystko połączone, powiązane, pokorelowane. Taki mózg nieustannie procesuje, łączy, wiąże, wnioskuje, praca w nim wrze, aż bulgocze! A wszystko wariacko napędzane za pomocą emocji. To dlatego jedna mała spraweczka w ułamek sekundy zamienia się w King Konga. Z faktu, że mąż pojechał naprawiać komputer koledze wnioskujemy w trymigi że: nas nie szanuje, nie kocha, kumpli woli, a w ogóle to pewnie ma kochankę, kto wie może nawet kochanka i kumpel to pewnie nie Zdzisiek lecz adwokat rozwodowy, a może wait a minute, może ten kumpel to lekarz onkolog i mąż tak naprawdę ma raka, o którym nie chce mi mówić bo wie, że ze zmartwienia najnormalniej oszalaję…

Dali by nam te pudła to może byśmy porządek w głowie zrobiły, sprawy posegregowały i co więcej Nothing Box zainstalowały, w którym relaks i spa pozwalałyby nam odzyskać grunt podczas nieoczekiwanych kryzysów! Tymczasem nie. Takiego oprogramowania u kobiety brak.W rezultacie skazane jesteśmy na całe rzesze King Kongów, które dręczą nas we dnie i w nocy. Każda wyprawa do głowy kończy się dramatem. Tą lawiną myśli, które jakoś szybko znajdują ujście w mowie pełnej epitetów. Dręczymy potem siebie, dręczymy też cały świat. A po neuronach myśli nam śmigają z prędkością światła i jadowitością mamby. Ech, życie!

Czy zatem jest na to sposób? Ów sposób na ocalenie kobiety zakleszczonej w rozpędzonej głowie? Wydaje się, że tak. Poniekąd prosty choć prawie nie do zrobienia. Warto jednak choć raz zrobić wysiłek i zamiast umknąć do głowy zatrzymać się w momencie. Przyjrzeć się, spojrzeć, popatrzyć, oswoić z chwilą. Zatrzymać chwilę na chwilę jak prawdziwe carpe diem.

Pisały dziewczyny tu niedawno o uważności. O tym byciu tu i teraz, które włada umysłami. Prosty i bezbolesny zabieg, którego wpływ na wyciszenie głowy jest prawie zawsze stuprocentowo skuteczny. Jak wytresowany pies, mózg pochyla się przed chwilą, merda przyjaźnie ogonkiem i oto jest… spokojny, zrównoważony i ufny. Efekt? Mąż jedzie do kumpla komputer naprawiać, a mózg kobiety mówi: tak kochanie, pozdrów Zdziśka. Uśmiech, stop klatka. Cóż za ulga!


[1] Bajka o dwóch mózgach – Męski i kobiecy mózg – Mark Gungor


„Dopiero niedawno, po siedmiu latach pomyślałam, że już nigdy do niego nie wrócę. To nie była miłość, ale uzależnienie… uzależnienie od cierpienia”

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
22 stycznia 2016
Fot. Unsplash / Matthew Wiebe / CC0 Public Domain

Czasami ludzie pytają, czy jestem szczęśliwa. Tak, jestem. Dopytują, czy jest ktoś w moim życiu, a ja odpowiadam, że nie. Dlaczego? Nie umiem tego wytłumaczyć. Minęło tyle lat, a ja mam wrażenie, że jeszcze od niego nie odeszłam, nie dlatego że nadal go kocham, ale dlatego, że są we mnie tamte przeżycia i one wpływają na moje życie cały czas. Dopiero niedawno, po 7 latach pomyślałam, że już nigdy do niego nie wrócę, choć nawet, gdy głośno ci to mówię, wiem jak trudne byłoby dla mnie powiedzieć „nie”. Bo on był moją miłością i uzależnieniem. Tyle, że to nie było uzależnienie od miłości, ale od cierpienia.

Katarzyna. Menadżer w dużej firmie, 36-latka, ma 12-letniego syna. 

Dziś tak samo nienawidzę, jak i pragnę mężczyzn. Chcę i się boję. Karzę ich za każdą słabość tak jak on karał mnie. Wystarczy że spotkam faceta, który za szybko napisze „tęsknię za tobą” lub „jesteś dla mnie ważna” i natychmiast robię to samo co on; staje się sarkastyczna, nie odzywam się kilka dni i tak samo każę mu czekać na odpowiedź. Mam wtedy tę moc, której on mnie pozbawiał. Bo ja w tym związku tylko czekałam, żebrałam i przepraszałam.

Byłam w kilku krótkich związkach po nim, ale to były moje strefy komfortu. Nie kochałam więc nic mi nie zagrażało. Zachowywałam się arogancko, roszczeniowo i podle. Byli mi potrzebni, by pomóc w opiece nad synem, zrobić zakupy, wymienić opony, ewentualnie wieczorem zrobić mi dobrze. Bez wzajemności, samolubnie to brałam, czując się silną i pewną siebie. Lubiłam krzywdzić, bo wtedy stawałam się nim. A ja chciałam mu dorównać przez ten cały czas, gdy byliśmy razem, choć zawsze czułam się gorsza.

„Nie znasz się na muzyce. Jak można być taką ignorantką?” komentował, gdy nie umiałam odpowiedzieć, co to za utwór w radio.

„Nie masz żadnych zdolności myślenia analitycznego, daruj sobie” – przy grze w szachy, którą znał od 6. roku życia.

„Nie umiesz gotować, co z ciebie za kobieta”- gdy makaron nie był al dente.

„Nie masz ambicji, skoro w wieku 30 lat zarabiasz tak mało” – gdy narzekałam, że nie stać mnie na wakacje.

Pytasz, czy nie pomagał mi finansowo? Chyba żartujesz. Nawet gdy mieszkaliśmy razem i robiliśmy zakupy na wieczór odkładał jogurt mojego syna z komentarzem „przecież masz alimenty”. Więc stałam za nim w kolejce z tym jogurtem, aby zapłacić oddzielnie. Każde wakacje to rozliczanie się z kartką, każdy wydatek do złotówki po połowie, mimo iż zarabiałam kilkakrotnie mniej, a on mieszkał u mnie. Nie, nigdy nie przyszłam do niego z rachunkiem za gaz, abyśmy się na niego złożyli.

Z inteligentnej dziewczyny po jednym z najlepszych liceów w Warszawie, świetnych studiach, znającej języki, mającej swoje zainteresowania – stałam się nikim. Debilem. Manipulantką. Beztalenciem. Tępą babą. Złym człowiekiem. To ostatnie bolało najbardziej, bo ja całe życie bałam się być zła.

Pochodziłam z prostej rodziny, gdzie najważniejszymi wartościami była uczciwość, dobro, lojalność, wiara. A ja byłam dziwnym dzieckiem, z wielką wyobraźnią, które lubiło eksperymentować. Robiłam różne numery i czułam, że nie spełniam oczekiwań swoich rodziców. Nosiłam żółty beret do szkoły tylko po to, aby się wyróżniać. Paliłam, piłam i testowałam narkotyki. Słyszałam, jak mama wciąż mówi, po kim ona taka jest. Nie masz zasad – mówili do mnie – zawsze szukasz czegoś, czego w życiu nie ma. Czułam, że zawodzę.

Wszystko, co powiesz…

Uderzał we mnie wszystkimi historiami, które mu opowiadałam na początku, gdy było jeszcze dobrze. Na przykład to że miewam depresyjne nastroje, że czuje się nikomu niepotrzebna, to potem w każdej kłótni mówił mi, że jestem chora psychicznie. Mówiłam mu o ex-kochankach, a on potem, że jestem dziwką, kontrolował mnie, mimo iż ja nikogo poza nim nie widziałam. Mówił, że moja matka ma rację i że jestem zła. Tylko to moje zło w jego oczach było zupełnie inne niż u rodziców. Oni chcieli, by moje życie było lepsze i ja, a on chciał, abym czuła się słaba. Bo kiedy czułam się beznadziejnie, miał największą władzę nade mną.

Wszystko, co porzucisz…

Zaczęłam izolować się od ludzi, zaniedbałam przyjaźnie, moja mama powiedziała, że jeśli z nim będę, zabierze mi dom. Został mi tylko on: jako mężczyzna, kochanek, przyjaciel, mentor. Wiedziałam więc, że jeśli go stracę, zostanę kompletnie sama, stracę wszystko. Tak mi się wtedy wydawało. On zresztą często to podkreślał mówiąc „nie masz nikogo prócz mnie. zobacz, ryczysz teraz, a twoja przyjaciółeczka ma wyłączony telefon”. „Gdy odejdę, zostaniesz sama”. Dlatego tak długo nie dostrzegałam tego, co on robi, bo to było wyrafinowane, nie wprost. Nigdy nie mówił, że moja przyjaciółka jest zła, ale w kryzysowych momentach interpretował negatywnie jej zachowanie, tak samo było odnośnie mojej mamy. W jego postrzeganiu nikt mnie nie lubił, nie kochał, nie dbał o mnie. A jego oczy stały się moimi oczami.

Wszystko, czego nie chcesz widzieć…

Pytasz, czy niczego nie zauważyłam? Najgorsze jest to, że ja zobaczyłam go prawdziwym dopiero parę lat po rozstaniu. W swoim wyobrażeniu jeszcze raz przeżyłam z nim życie i on był w nim najgorszym człowiekiem na ziemi. Dosłownie. I to nie dlatego, że łatwiej było mi odejść, bo widzisz sama ile mi to zajęło, ale dlatego, że był wobec mnie tak okrutny. Okazało się, że osoba, która obnosiła się z zasadami moralnymi, wytykała mi ich łamanie- miała kochanki, kokietowała innych, a potem mnie zdradziła i odeszła do byłej kobiety, z którą zresztą walczył w sądzie, a mnie kazał przeciwko niej zeznawać. Zobaczyłam nagle faceta, który wyznaje wartości rodzinne ponad wszystko, a jednocześnie wyzywa swoją matkę od najgorszych. On, który uważał się za najlepszego ojcem, tak naprawdę obarczał mnie wychowaniem swojej córki, wychodził na spotkania z kolegami, gdy spędzała noc u nas. Nigdy nie mogłam jednak powiedzieć żadnej uwagi na ten temat, bo zaraz była awantura, że niby kim ja jestem, że daję sobie prawo zwracania mu uwagi, ja matka beznadziejna z synem, który jest do niczego.

Wszystko, czym się staniesz…

Dlaczego tak długo z nim byłam? Bo ja poświęciłam temu związkowi wszystko. Małżeństwo, przyjaciół, rodziców, swojego syna. Nie dość, że było mi wstyd przed innymi, że zrobiłam to dla takiego człowieka, to jeszcze bałam się, że czeka na mnie tylko pustka, bo przecież wszyscy mnie opuścili. Ja już nawet nie wiedziałam kim jestem, naprawdę. Słuchałam poważnej muzyki, miałam włączony TVN24 non stop, czytałam tylko wskazane przez niego książki, zrezygnowałam ze wszystkich rzeczy, które sprawiały mi przyjemność z obawy przed bycia wyśmianą, ale też w swoich oczach bałam się być głupia. Nawet na fitness bałam się włączyć jakiś pop, więc miałam na uszach Mozarta. Śmiejesz się, ale tak było. Czyściłam wciąż komputer, aby nie było śladu po tym, że oglądałam coś na allegro albo zajrzałam na jakąś plotkarską stronę. Dopiero bym się nasłuchała.

Pytasz, czy nigdy nie okazywał słabości? Raz tylko. Gdy kończyliśmy nasze małżeństwa, a on płakał odchodząc od żony i mówił mi, że nie da rady. I właśnie wtedy zbudowałam taki punkt odniesienia, który pojawiał się w naszych najgorszych momentach, że przecież on nie może być zły, że był wtedy taki słaby, dobry, a ja mu pomogę. Zmienię jego życie. To zresztą towarzyszyło mi przez cały czas, to przekonanie, że człowieka można zmienić, że przecież jest inteligentny, że wszystko można wytłumaczyć. Otóż, nie można. Nawet gdy miałam racjonalne argumenty, ucinał dyskusję mówiąc, że niestety nie dogadamy się i to kolejny dowód na to, że nie pasujemy do siebie. Zaczynałam się więc bać, ze go stracę i wycofywałam się. W konsekwencji najczęściej przepraszałam.

Wszystko, czego się boisz…

Oczywiście, że bałam się potem powiedzieć swoje zdanie, więc przestałam się odzywać. Żyłam w ciągłym strachu, że odejdzie, obrazi się, rozczaruję go. A przecież stając się bierną w tej relacji, straciłam całą swoją osobowość, w której się „zakochał”. To coś co nazywał na początku „słodkim wariactwem” zamieniło się w lęk. Stałam się przezroczysta. Kiedyś zapytałam się, czy nie boi się, że kogoś utraci. Usłyszałam „nie, widocznie ta osoba nie była tego warta” i to było moje motto, które nie pozwalało mi odejść. Przecież to by znaczyło, że nie byłam nic warta.

Pytasz, czy się zmieniłam w tym związku? Na pewno straciłam zaufanie do ludzi, straciłam umiejętność bycia blisko z drugim człowiekiem, byłam najbardziej samotną osobą na świecie. Najgorsze, że straciłam zaufanie do siebie, nie wiedziałam nawet, czy to co mówię jest prawdą. Potem w terapii pracowałam nad tym, że moje błędy nie określają mnie jako osoby i że miłość nie polega na tym, by na nią zasługiwać tylko jest. Pierwszej osobie, której zaczęłam ufać, był mój terapeuta, dopiero potem zaczęłam dostrzegać inne osoby. Zaczęłam też na nowo się czymś interesować, nie patrzeć na to, czy to jest wystarczająco ambitne, alternatywne. Uwierzyłam w to, że jestem dobra. I wiesz co? Zrozumiałam, że dla mnie być dobrym znaczyło być stabilnym. Dlatego całe życie szukałam tego dobra, nie mając stabilności nigdzie. Dziś ją mam i to daje mi szczęście.

Wszystko, co możesz wygrać…

Wtedy miłość wydawała mi się najważniejsza. Nie rozumiałam, że to nie jest miłość tylko uzależnienie. Jedyne co mogę powiedzieć, że dziękuję, że odszedł, bo ja nie wiem, czy kiedykolwiek bym się odważyła. Myślę nawet, że już by mnie nie było.


Zobacz także

Pamiętajcie, że dobro, które dajemy, zawsze do nas wraca. Przyjdź, spotkaj się z nami, a przy okazji zrób coś wyjątkowego!

Biustonosz, który powiększa biust nawet o dwa rozmiary. To prawdziwy hit

10 sprawdzonych miejsc w Warszawie, czyli gdzie naprawdę warto zjeść!