Idzie rak? To nie rak?

MamaM&M
MamaM&M
27 lipca 2017
pixebay.com/greyerbaby
pixebay.com/greyerbaby

Sama jestem na siebie zła, bo wytargałam w pełni prywatną sprawę mojego męża na blog i teraz czuję się tak, jakbym go zupełnie odzierała z prywatności… Jestem jednak winna swoim czytelnikom kilka słów na temat tego, co u nas, skoro już raz otworzyłam drzwi naszego mieszkania tak szeroko.

Lipiec to miesiąc „śląski”

Dwa wyjazdy do Instytutu Onkologii w Gliwicach i ciągłe oczekiwanie na to, co będzie dalej.

Najważniejsze dla nas jest to, że Pan Mąż czuje się niezmiennie dobrze i w najmniejszym stopniu nie wygląda na chorego. Tego cały czas się trzymamy.

W Gliwicach dowiedzieliśmy się tyle, że dwa zespoły badające te same preparaty podały skrajnie różne diagnozy. Jedną znamy od maja i brzmiała: „rak”. Druga brzmi: „to nie jest rak”…

Hurraoptymiści, którzy nas otaczają, komentują tę sytuację krótko: „zajebiście”, „to super”, „to świetnie”. My mamy jednak więcej racjonalizmu niż optymizmu i pytamy: „dlaczego mamy wierzyć, że to zespół z Poznania się pomylił”? Fakt, że druga diagnoza jest dla nas całkowicie korzystna i oznacza, że Pan Mąż jest zdrowy, nas nie satysfakcjonuje. Nie szukamy na siłę choroby, nie będziemy się przybijać do krzyża i umartwiać. Przeszliśmy konkretną lekcję pokory, miłości i akceptacji, ale właśnie ta lekcja każe nam być ostrożnym w stawianiu jednoznacznych sadów i odrzucaniu innych.

Emocje opadają

Mnie osobiście nic wcześniej tak nie uderzyło jak informacja o tym, że Pan Mąż ma nowotwór złośliwy. Nie pamiętam, ile miałam sesji terapeutycznych pod prysznicem w środku nocy. Ile ja przegryzłam ręczników, żeby tylko nikt nie słyszał, jak ryczę… Nigdy na głos tyle razy nie płakałam, jadąc samochodem. Każda dłuższa chwila samotności kończyła się atakiem paniki. Dlaczego? Ano dlatego, że „Pan Mąż może umrzeć”. Jakby to było odkrycie jakiejś tajemnicy. Ja mogę umrzeć, mój mąż może umrzeć, moje dzieci mogą umrzeć, ty możesz umrzeć i ktoś ci bardzo bliski też może umrzeć. Więcej. Wszystkie wymienione przed chwilą osoby umrą. To jest pewne jak podatki, polski ZUS i kac po upiciu się winem.

Podczas pierwszej wizyty w Gliwicach okazało się, że nie ma wszystkich wyników badań. Lekarka, z którą spotkał się Pan Mąż zasugerowała jednak już wtedy, że wynik może być rozbieżny z tym z Poznania. Dwa tygodnie później, podczas drugich konsultacji, potwierdziły się przypuszczenia zespołu gliwickiego. W międzyczasie zastanawialiśmy się, co zrobić, jeśli diagnozy będą się wykluczać, jeśli będzie 50/50. Braliśmy nawet pod uwagę możliwość konsultacji w innym ośrodku, także zagranicznym. Nie chcieliśmy dopuścić do sytuacji, że wierzymy w korzystniejszą dla nas diagnozę i zapominamy o problemie, a 2,5,10 lat później słyszymy: „ma pan przerzuty do płuc, może pan sobie wybrać kolor trumny”…

W Polsce da się leczyć

Okazuje się jednak, że z polską służbą zdrowia nie jest tak źle, jak się zwykło mówić. Prawdą jest, że większość badań i wizyt załatwiliśmy poza kontrolą NFZ, bo trwałoby to pewnie do dziś, ale IO w Gliwicach pozytywnie nas zaskoczył. Okazuje się, że w przypadkach takich, jak Pana Męża dwa razy w roku zbiera się zespół lekarzy onkologów – specjalistów od konkretnego nowotworu – i jeszcze raz omawia i bada preparaty. Co to oznacza dla nas? Czekamy. Od listopada nie robimy nic innego, tylko czekamy.

I chciałabym móc już napisać, że Pan Mąż jest zdrowy, ale też nie chciałabym w grudniu, kiedy będzie ostateczny wynik, napisać, że jednak zdrowy nie jest, więc napiszę: czekamy…

 

PS Ze względu na to, że się nie znam, że jestem tylko: filolożką, matką, blogerką, pseudo-dziennikarką, nie oceniam lekarzy z Poznania i Gliwic pod kątem postawionej diagnozy. Wierzę, że na studiach ściągali mniej ode mnie i bez względu ostateczny wynik szanuję ich za to, jak zajmowali się Panem Mężem i jak dzięki temu mogliśmy godnie przejść przez operację i cały pobyt w szpitalu…

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Zatrzymujemy emocje, kiedy tylko możemy

MamaM&M
MamaM&M
21 czerwca 2017
© Jacek Korzeniewski Fotografia
© Jacek Korzeniewski Fotografia

Kiedyś śmialiśmy się z Panem Mężem, że nasz album ze zdjęciami jest wart  tyle, co niezłe zagraniczne wakacje. Często umawiamy się na sesję zdjęciowe u zaprzyjaźnionych fotografów. Znamy prawdziwych profesjonalistów w swoim fachu. Dzięki temu na starość będziemy mogli pokazać dzieciom, a może i wnukom, porządny kawałek naszego wspólnego życia.

 

Lubię zdjęcia, najbardziej te drukowane, jeszcze bardziej te stare – wywoływane z kliszy, kiedy nie było szans powtórzyć ujęcia, bo nikt nie wiedział, co zostało zapisane i jaki będzie efekt pstrykania. Dziś fotografia powszednieje. Ludzie mają miliony zdjęć w telefonach, na dyskach komputerów, ale kiedy technologia zawodzi, pada dysk twardy, ginie smartfon, często nie mają żadnych zdjęć sprzed kilku, nie mówiąc już kilkunastu i więcej, lat.

 

My staramy się jak porządne, myślące o przyszłości małżeństwo gromadzić zdjęcia w albumach. Na miarę możliwości i posiadanego czasu fotografie są opisywane i komentowane. Znajomi lubili swego czasu oglądać nasze albumy z wakacji. Starałam się przemycić w nich jakąś zabawną historię, opowiedzieć sytuację, która nas rozbawiła do łez. Teraz miło się do nich wraca. Niestety muszę przyznać, że ostatnie dwa lata to okres, kiedy zaniedbałam albumy wakacyjne, ale tez wyjazdy już są inne. To już nie walka o przetrwanie ze znajomymi w polskich, niemieckich i czeskich górach, ale odlotowe wyjazdy z dzieciakami. Historii jest może i równie wiele, ale czasu na ich opisanie znacząco mniej.

Sesja0003

Nie zaniedbaliśmy jednak sesji zdjęciowych. Rokrocznie w maju umawiamy się na zdjęcia z moim kolegą z liceum. To taki nasz rocznicowy prezent. Kiedyś usiądziemy i będziemy mieć dowód na to, jak się zmienialiśmy. Tegoroczna sesja była wyjątkowa. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że Pan Mąż ma nowotwór, myśleliśmy, że leczenie definitywnie się zakończyło i to nasze szczęście na zdjęciach widać.

 

Sesja0004

Dziś nie jesteśmy szczęśliwi mniej, ale bardziej pokorni. Jestem przekonana, że za rok znowu staniemy razem przed obiektywem Jacka i znowu będziemy mogli poczuć się przez chwilę, jak gwiazdy pod ostrzałem paparazzi. Zdecydowaliśmy się na sesję bez dzieci – pierwszy raz od narodzin Marka. Pierwszy raz wybraliśmy też na plener ulice naszego miasta. Wcześniej wyjeżdżaliśmy w różne miejsca, które nas w jakiś sposób urzekły i które chcieliśmy na zdjęciach pokazać. Teraz, chyba bardziej podświadomie, zostaliśmy w Świebodzinie. Tu się poznaliśmy, tu niemal od początku naszej znajomości razem mieszkamy i pracujemy. Przechadzamy się ulicami i zauważamy, jak zmienia się nasza mała ojczyzna.

 

Sesja0001

Lubię dzień, w którym odbieramy zdjęcia od fotografa. Lubię patrzeć, jak widzą mnie inni, jak fotograf widzi uczucie, które jest między mną i Panem Mężem, jak pokazuje nasze emocje i nasze charaktery – każdy inny, każdy wyjątkowy.

Jacku, tym razem dziękujemy szczególnie…

A namiary na Jacka znajdziecie tu: Jacek Korzeniewski Fotografia
Wszystkim z zachodniej Polski (i innych regionów również, bo naprawdę warto) polecam, szczególnie na śluby i na sesje kobiece. Co on potrafi uchwycić, to głowa mała…

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉