Hej kobiety, nie dajmy prawa innym decydowania o naszym życiu! Nie pozwólmy, by decydowano o życiu naszych córek!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 września 2016
Fot. Pexels/ musicFactory lehmannsound / CCO
Fot. Pexels/ musicFactory lehmannsound / CCO
 

Przepraszam, nie chciałam… Nie chciałam od poniedziałku rano polecieć wku*wem. Myślałam sobie – zacznę tydzień spokojnie, weekend był wystarczająco burzliwy. A dziś poniedziałek, więc po co się denerwować ten dzień już sam z siebie wystarczy za dostateczny wku*w.

Ale co zrobić, jak wstaję po cichu wcześnie rano, kiedy wszyscy w domu jeszcze śpią. Robię sobie kawę  w ulubionym kubku, którego jeszcze nikt inny nie zdążył wyłowić na kakao czy herbatę, siadam i czytam. Czytam, bo interesuję się, co w kraju się dzieje, bo jestem Polką i myślę sobie – nie no gorzej być nie może niż jest. I co? I czuję, jak ciśnienie mi rośnie, jak włosy niebezpiecznie u nasady zaczynają się podnosić, jak kubek ściskam coraz mocniej i trudno, kot miauczący cicho o śniadanie musi poczekać.

Czytam i oczom nie wierzę. Zastanawiam się, jak bardzo trzeba nienawidzić kobiet, żeby nam to robić? Jak wielkim trzeba być szowinistą, żeby mieć kobiety za nic? Jak w końcu mieć mało szacunku do drugiego człowieka, by traktować go jak drugi sort, człowieka-kobietę. Ostatnio pewien lekarz powiedział mi: „Co się dziwisz, w takich czasach żyjemy, kiedy kobieta nic nie znaczy”.

Przeczytałam właśnie, że minister zdrowia chce wycofania zgody na sprzedaż pigułki „po” bez recepty. Jak twierdzi są dziewczynki, które zażywają te tabletki kilka razy w miesiącu. Najpierw zabiło mnie „dziewczynki”, bo kim są te dziewczynki? To 12-latki uprawiające seks? A może 14-latki? Tak, ja wiem, że wiek inicjacji seksualnej znacznie się obniżył, ale jak można mówić w kontekście antykoncepcji o „dziewczynkach”? To po pierwsze. Po drugie, jakim trzeba być ignorantem tłumacząc ten fakt zażywaniem pigułki kilka razy w miesiącu? Przecież to tylko dowód na to, że edukacja seksualna w naszym kraju jest poniżej zera? Dorosłe kobiety mają problem z ustaleniem swoich dni płodnych, a co dopiero te młodsze, nie mające pojęcia, jak rozkłada się ich cykl i kiedy zachodzi prawdopodobieństwo zajścia w ciążę? Przecież to wstyd Panie Ministrze, żeby w XXI wieku dorastającym kobietom nie dano możliwości poznania własnego ciała, własnej fizjonomii. Ale nie, kobiety są złe, złe są już dziewczynki, które nie chcą mieć dzieci. Złe są kobiety, które dzieci chcą mieć ale dla wielu (i od razu chce mi się krzyczeć CO ZNACZY WIELU?!?) w sposób nieetyczny, czyli dzięki in vitro.

No i mój poniedziałkowy spokój szlag trafił. Bo krew się we mnie zagotowała, bo pomyślałam sobie: „Rety, czy to naprawdę się dzieje, czy naprawdę tak trudno zauważyć jak krok po kroku odbiera się kobietom godność, jak dzień po dniu inni chcą nam udowodnić, jak niewiele jesteśmy warte? Jak mało oprócz funkcji rodzenia znaczymy?”. Kim trzeba być, żeby tak bardzo pogardzać kobietą. I tak, wiem, my sobie z tymi kawami siedzimy w ciepłym domku, w pracy między kolegami. Najczęściej mamy już dzieci, jakąś pozycję zawodową z trudem wypracowaną czasami i niższymi zarobkami niż kolega w dziale obok na tym samym stanowisku, ale myślimy sobie: „Oj tam, mnie ma co przesadzać. Mąż mnie szanuje, koledzy w pracy akceptują, po co robić szum. Mamy XXI wieku, przecież nikt i nic nie jest w stanie nam zaszkodzić”.

Drogie Panie, może i nam nikt już nie zaszkodzi, bo za bardzo jesteśmy świadome siebie, bo wiemy na czym nam zależy, znamy swoje priorytety, mocne i słabsze strony. Mamy konkretne plany i marzenia. Ale mamy też córki, córki mają nasze przyjaciółki, znajome, sąsiadka i pani ze sklepu. One są na początku swojej drogi. Na samym jej brzegu. Pomyślcie, że pomimo zaszczepionych im wartości trafią za chwilę na mur nie do przejścia, no mur pozwalający innym decydować za nie same o ich życiu. Pomyślcie, czego chcecie dla tych dziewczynek? Żeby były silniejsze, bardziej pewne siebie, żeby znały swoją wartość i żeby nikt im nie wmawiał, że nadają się tylko do garów i rodzenia dzieci?

Chciałybyście, żeby odważnie patrzyły do przodu? Żeby miały marzenia i plany, których nie będą się bały realizować? Żeby nikt nie oceniał ich przez pryzmat płci, ale po prostu – człowieka?

Chciałybyście, żeby mogły dokonywać samodzielnie wyborów? Żeby były świadome swoich własnych decyzji i nie ulegały presji społeczeństwa, której my niestety nadal często ulegamy?

Chciałybyście, aby musiały stawać przed wyborem – wyjechania z kraju, by czuć się bezpiecznie, by nikt nie osądzał zbyt krótką spódniczką, ilością wypitego alkoholu i wieku określającego ją jako starą pannę?

Chciałybyście, aby żyły w związkach, w których nie stać ich na samodzielność? W których to mężczyzna wyznacza sposób ich wspólnego życia, a raczej podporządkowania się jemu?

Znajoma jakiś czas temu usłyszała, że właściwie to ona nie powinna używać nigdzie stopnia magistra, że ten jej magister po skończonych studiach to pic na wodę fotomontaż. Dlaczego? Bo pisała o feminizmie. A co dzisiaj znaczy feminizm, czy w ogóle w naszym kraju ma rację bytu?

Drogie Panie, niech każda z was utka swoją własną definicję feminizmu, definicję zgodną z samą sobą, bo ile kobiet chcących o sobie stanowić, tyle definicji feminizmu. Każda z nas ma do niej prawo nie musząc zwać się feministką.

Otwórzcie proszę oczy, spójrzcie na to, co się tu wyprawia! Bo za chwilę okaże się, że kobieta bezdzietna będzie płacić wyższe podatki, a niezamężna oddawać część swojej pensji. Rozwódki? One już płacą często dość wysoką karę, bo za to, że pozwoliły sobie odejść, za to, że nie godziły się na męża i jego kolejną kochankę dzisiaj muszą walczyć o alimenty dla dzieci. A rząd chcąc podnieść średnią krajową skutecznie wytrąci im broń z ręki, bo wyższa średnia, to wyższy dochód, na mocy którego kobiecie świadczenie alimentacyjne przysługiwać nie będzie – za wysokie progi dla Funduszu Alimentacyjnego.

Może w naszym kraju zostanie powołana komisja do spraw prokreacji, która powtarzając kobietom, że dzieci najlepiej im rodzić między 20 a 23 rokiem życia doprowadzi do sytuacji, że kobiety przestaną kończyć studia, aspirować to zawodowego rozwoju i wtedy uda się zamknąć je w domu.

Pomyślcie o tych „dziewczynkach”, o których teraz mówi minister Radziwiłł. O dziewczynkach, które chce się chronić przed dostępem do edukacji seksualnej, o dziewczynkach gwałconych, którym chce się odebrać prawo do aborcji, ale nie zaostrza się prawa dla gwałcicieli. O dziewczynkach, które dziś z podziwem patrzą na swoje mamy, ciocie, sąsiadki, które chcą być takie jak my. Czy będzie im to dane to zależy dzisiaj tylko i wyłącznie od nas. Nie zamykajmy oczu na to, co się dzieje. Ja się wku*wiam i o tym moim wku*wie będę mówić zawsze głośno.


Co mnie wku*wia w poniedziałkach

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
10 października 2016
Co mnie wku*wia w poniedziałkach
Fot. iStock/SIphotography
 

Nie cierpię poniedziałków. Co więcej wkurzają mnie niemiłosiernie, jakbyśmy nowego tygodnia nie mogli rozpoczynać od na przykład środy. O ile przyjemniej by było. Weekend za nami. Odpoczynek po weekendzie zasłużony i w środę z trzeźwym u wypoczętym umysłem można ruszyć w nowe.

Ale ktoś postanowił się nad nami poznęcać i wymyśli, że to właśnie poniedziałek będzie tym dniem, którego najbardziej nie będziemy lubić, który stanie się tematem drwin i niewybrednych żartów, ba – nawet tekstów piosenek.

Ale gdyby tak zastanowić się dłużej, to czymże ten poniedziałek zasłużył sobie na miano najgorszego dnia w tygodniu u większości społeczeństwa. Pomyślmy.

Szaro-buro – nienawidzę. Jestem w stanie przełknąć poniedziałki, kiedy słońce wschodzi przed 5:00 rano, ptaki śpiewają i jakoś tak raźniej wejść poniedziałkowe tryby. Ale kiedy dzwoni budzik, a na dworze jeszcze ciemni, kiedy wystawienie stopy spod kołdry nie ma nic wspólnego z przyjemnością, to cóż… Kto by nie został w łóżku na resztę dnia, ba nawet na dwa dni, co by odespać nocne oglądanie filmów, imprezowanie, albo ząbkowanie dzieci.

Pierwsza myśl jaka mnie dotyka w poniedziałek to: „Matko, dlaczego to nie niedziela. Dlaczego dni wolne i miłe tak szybko się kończą, a my zostajemy wciągnięci w rozgrywkę między pracą, placówkami dzieci a zakupami, obiadami i marudzącymi kolegami w pracy”. Wrrr.

I dzisiaj nie wiem, co mnie bardziej wk*rwia, to że jest poniedziałek, czy ty, że my samy doskonale sobie psujemy humor.

Bo gdyby tak zrobić wszystko na odwrót i z samego rana pomyśleć, że ten poniedziałek jednak fajny. I że miło, że czas względnego rozleniwienia kończy, bo co by było gdyby go rozciągnąć. Snulibyśmy się po domu kombinując, co by tu zjeść, co obejrzeć i ewentualnie, czy może z nudów pościel wyprać. A tak. Poniedziałek każe się nam zmobilizować, tyłki z kanap dźwignąć i ruszyć na podbój świata. Bo poniedziałek, tak jak początek tygodnia, tak może być początkiem czegoś zupełnie nowego.  Gdyby tak spojrzeć na niego z ciekawością, ze świadomością kolejnej szansy. Tak, wiem, trochę naciągane, zwłaszcza, gdy siedzicie z kubkiem ciepłej kawy próbując odkopać się z maili i myśląc nad przedweekendowymi zaległościami. Nic przyjemnego, a jak jeszcze z boku ktoś ci jęczy: „O matko, ale pogoda”, „No teraz to już tylko dół, bo jesień”, „Kto to widział w taki dzień przychodzić do pracy” – nie ma co, cudownie. Po prostu aż chce się żyć i prosić o więcej.

A jak dorzucimy do tego ludzi z ulicy ubranych w bure kurtki, z naciągniętymi na głowy kapturami i czapkami, którzy przemykają tak, by stać się niewidzialnymi, to gdzie tu powód do radości, gdzie chęć do działania, do wzięcia do cholery życia w swoje ręce, jak jedyne co w ręce chcemy wziąć, to ten koc ciepły, co w domu został.

I słyszysz, że chleb więcej kosztuje, że ogrzewanie jakieś kiepski, a zapłacić trzeba będzie, że buty znowu kupić, a dzieciakom kurtki. Że ogólnie jest źle i do dupy i już z pewnością gorzej być nie może, choć wiemy, że może i że powód do marudzenia zawsze się znajdzie. Do marudzenia i dołowania innych, którzy własny dół mają i uwierzcie czasami naprawdę, próbują go zakopać. Tylko jak? Jak na łeb pada, jak auto w kałużę wjeżdża, jak od rana dzień rozświetla tylko żarówka, a słońca nijak nie widać? Jak wleźć w ten poranek w kolorowych butach, z myślami zajętymi tylko dobrymi rzeczami?

W poniedziałkowy poranek wk*rwia mnie wszystko. To, że wstać muszę, że zimno, że kawa szybko stygnie, że mleko w lodówce, to 3,2% a nie 0.5% – choć na co dzień mam to w dupie. Że dzieci do szkoły muszę budzić, a pospać by jeszcze mogły, że pies ma łapy czarne i zabłocone, a mi czasu brak na ich wytarcie. Że pani ze sklepu patrzy jakoś dziwnie i jeszcze ziewa, i że moje ulubione drożdżówki akurat w poniedziałek nie dojechały na czas. A to miało być moje światełko w tunelu, ta drożdżówka do kawy miała być odtrutką na poniedziałkowy spleen. Ale nawet to mi w poniedziałek odebrano. Czemu nie we wtorek, albo w czwartek, gdzie machnęłabym ręką i zjadła sobie chleb z miodem. Nie, akurat w poniedziałek, gdzie miodu jeszcze kupić nie zdążyłam, poza tym nie tak zaplanowałam sobie ten poranek.

I naciągam te buciory ciężkie i płaszcz coraz to cieplejszy z szafy wyciągam i myślę sobie: „Za jakie grzechy mam ciągnąć nogę za nogę brnąć w ten chłód i dożdżówkowy głód?”. Kto to widział, żeby tydzień zaczynać od pana, który cię mija i nie ma najmniejszego zamiaru się uśmiechnąć, od psa, co to umila nam porankowy zapach na trawniku obok domu, a jego właściciel na nasze: „A może worek na kupę” najchętniej zamordowałby wzrokiem. A ty w myślach widzisz, jak tą kupą wysmarowane jego dzieci biegają. Nie ma co, tak każdemu z rana pożyczyć dobrego dnia. Pani, co przepycha się w drzwiach sklepu, panu co zamyka nam drzwi tuż przed nosem, jakbyśmy nie byli widoczni. Dzieciakom co wchodzą na pasy, jakby auta nie istniały. I panom od świateł, co to właśnie się popsuły… Dobrze, że pasów od tej porze roku nie malują.

W poniedziałek wszystko co złe jest bardziej i mocniej. Chciałabym nie istnieć, zapaść w sen jednodniowy. Ruszam tyłek na spotkanie z nowym tygodniem. Próbuję wykrzesać z siebie jakiś nikły uśmiech i pomyśleć, że może jednak coś dobrego mnie dziś spotka, oprócz faktu, że ten dzień się w końcu skończy… I tego wam też dziś życzę. Znad kubka kawy, tony maili i tysiąca telefonów. Jak chcecie pomarudzić – bardzo proszę, macie we mnie wiernego towarzysza poniedziałkowej niedoli.

P.S. Na szczęście jutro już wtorek… tylko czy brzmi to jak pocieszenie?

 

 

 

 

 


Kiedy zostajesz matką, przestajesz być kobietą! Błagam, nie dajcie sobie tego wmówić!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
16 września 2016
Kiedy zostajesz matką, przestajesz być kobietą! Błagam, nie dajcie sobie tego wmówić!
Fot. iStock / Brainsil

Pod jakimś z tekstów przeczytałam ostatnio komentarz: „Matka jest od tego, żeby zajmować się dziećmi”. Przeczytałam nawet z trzy razy, kolejne trzy sprawdzając, czy aby na pewno ten komentarz napisała kobieta?!? Wiecie, są te profile, które małżeństwa mają wspólnie pewnie idąc tropem: „co moje to twoje” w ten sposób kryjąc wzajemny brak zaufania. Ale nie o tym.

Wracając do sedna, dla mnie taki komentarz kryje jeden słuszny przekaz: „Jak matką zostajesz, to kobietą być przestajesz”. Że jestem nadwrażliwa – być może. Że wku*wiona  – na pewno. To po prostu idealne hasło do kolejnej ustawy obywatelskiej, tym razem może odbierającej kobiecie prawo do antykoncepcji. Ach jak mogłam zapomnieć. Tego to nawet ustawą nie trzeba robić. Już wycofano chemiczną antykoncepcję. Jak się okazuje jedyny środek antykoncepcyjny dla kobiet dostępny bez recepty zniknął z aptek. Ministerstwo tłumaczy ten fakt uczuleniem kobiet na preparat… Producenci środków antykoncepcyjnych mówią o szantażu: albo się zgodzą na ich wycofanie, albo zostaną zmuszeni do usunięcia wszystkich swoich leków z aptek w naszym kraju.

Tym samym jedynym środkiem antykoncepcyjnym dostępnym bez recepty jest obecnie prezerwatywa, której przecież nie kobiety używają. Po cichu, bez rozgłosu zbędnego, bo na co ten komu, wchodzimy w dobrą zmianę. Zmianę, która każe postrzegać kobietę tylko w roli matki.

Rzeczona Pani z komentarzem pewnie się ucieszy. Wszak – rodzisz dziecko, jesteś matką. Co to za kobieta, która dzieci mieć nie chce? Co to za kobieta, która otwarcie mówi, że przerwała ciążę? Co to za kobieta, która na pierwszym miejscu stawia karierę zawodową? Tak, tak nie zdążyła zostać matką, za jakiś czas pewnie znowu jakaś kampania społeczna nam o tym przypomni i o nieszczęściu tej kobiety. A jak nie kampania to inna kobieta, która… kurczę znowu się pomyliłam – nie kobieta – matka, uczyni macierzyństwo naszym jedynym powołaniem.

Jestem matką. Ale jestem też kobietą. I wku*wia mnie niemiłosiernie, kiedy ktoś próbuje mi powiedzieć, że jest inaczej. Jestem matką, która zajmuje się swoimi dziećmi, robi im śniadania i kolacje, odprowadza je do placówek i na zajęcia. Mamą, która przytuli, wieczorem położy się koło małego ciałka, mamą, która opatrzy zdarte kolano i tą, co pyta: „jak się czujesz”. Jestem mamą, bo chciałam nią być. Bo kocham nią być, bo kocham moje dzieciaki i większego cudu poza nimi nie uznaję.

Ale na miłość boską, czy to, że zostając mamą jeszcze przed 30tką ma znaczyć, że już do końca życia mam niańczyć swoje dzieci, nie zauważać własnych potrzeb, że nie mam prawa powiedzieć: „Jeny jak mam czasami dosyć, zakleiłabym im usta, związała ręce i kazała spędzić w łóżkach całe popołudnie”. I nie prałabym im w tym czasie skarpetek, nie smażyła naleśników na kolację, ale bezczelnie z drinkiem w ręce gapiłabym się w telewizor oglądając Gesslerównę, albo inne cuda na kiju. Cokolwiek, ale w oderwaniu od bycia matką. A mordercze myśli krążyłyby mi po głowie. Co nie znaczy, że i tak nie krążą. Bo nikt za to, że zostałam matką, nie zabiera mi prawa do bycia kobietą.

No fucking way. Przyjaciółka mówi: „Ideologicznie się z tym zgadzam” z tym, że matka to matka i o swoje dzieci dbać musi. Ale żesz do diabła  – czy ona nie dba? Czy na zawsze ma pokutować na niej brzemię tej, która urodziła? Najpierw swoje dzieci do piersi przytula, a później resztę życia spędza na przytulaniu dzieci swoich dzieci?  To jedyny cel, jedyna słuszna misja? Oj pewnie są tacy, którzy tak kobietę widzieć by chcieli. Przepraszam – znowu pomyłka – matkę, a nie kobietę. Bo kim dla ludzi, którzy nami pogardzają, jest kobieta? Tylko li wyłącznie inkubatorem, który właściwą liczbę dzieci urodzić powinien. I oczywiście w bólu i krzyku bez prawa do znieczulenia, bez prawa decydowania o własnym ciele. Bo aborcja nie, bo antykoncepcja be, praca też nie za dobrze, bo kto dzieci wychowa? Nie no oczywiście, że matka. 500 zł na dziecko dostaje, niech w domu siedzi i nie narzeka. Niech nawet nie myśli, że ktoś pretensje będzie miał, że dzieciom się poświęciła.

I proszę, żeby mi tu dziecka w brzuch nie wkładano – bo oczywiście, jeśli poświęcić się chce – bardzo proszę i pewnie zazdroszczę jasno wytyczonej ścieżki, bo ja z tą moją kobiecością jednak wygrać nie umiem. I połączyć nijak ściśle nie potrafię bez żadnych odstępów między macierzyństwem a  byciem kobietą.

Bo zgrzyt zawsze będzie. Bo wybiorę wyjście na basen, zamiast czytania dziecku książki. Bo zostanę dłużej w pracy i nie ja tylko ojciec dzieci z placówek odbierze, bo z przyjaciółką napić się wina postanowię i wyjadę na dwa dni z domu, a dzieci o zgrozo z ojcem lub babcią zostaną. Bo pewnego dnia powiem: „Jestem zmęczona” i legnę na kanapie prosząc, aby wszyscy dali mi święty spokój, przez ku*wa (dodane w myślach najczęściej) choćby 15 minut.

I niech mi ktoś wytłumaczy jak pięcioletniemu dziecku – jak kobieta kobiecie może napisać: „Jesteś matką, zajmij się dziećmi. To twój zakichany obowiązek”. A może dla mnie to przyjemność w byciu taką mamą, jaką chcę być. W zgodzie z kobietą, którą jestem?

Oszaleję, przysięgam. Oszaleję, jeśli jeszcze kiedyś przeczytam, jak kobieta drugiej kobiecie dyktuje, co ta powinna zrobić, jak się zachować i kim właściwie w życiu być. I oceniać jeszcze będzie, czy nie za bardzo, nie za mało, a może niezbyt aktywnie i ze zbyt mały zaangażowaniem matką jest.

Żesz do diabła, co komu do tego. Czy nie możemy siebie nawzajem akceptować, szanować? A przede wszystkim zrozumieć, że nie dla każdej kobiety zajmowanie się dziećmi to jedyny jest szczyt marzeń? I jedyna misja dla narodu, Boga i ojczyzny i niej samej również? Że są kobiety świadome własnych marzeń, snujące plany niekoniecznie związane z tym, gdzie z dziećmi pojadą i co im pokażą. Są kobiety, które choć zostają matkami, nie zapominają o sobie, nie wyrzucają wraz z łożyskiem własnych pragnień i przekonań.

I choć jest to ku*ewsko ciężkie, starają się łączyć macierzyństwo z pracą, z własnym rozwojem, z realizowaniem tego wszystkiego, co czym marzą. I nie jest to wyrachowanie, nie jest to zepchnięcie najbliższych na margines kosztem własnego egoizmu. Nie. To ich święte prawo do tego, że zostając matkami pozostają kobietami, które troszczę się o siebie równie mocno, jak o własne dzieci. Amen.